Bronia Kuberska
Jeszcze minutę temu byłam absolutnie pewna, że jedynymi osobami, które ocalały, jesteśmy ja i mój młody towarzysz. Teraz wszystko się zmieniło. Ledwo przechodzę przez szczelinę, którą znaleźliśmy na końcu korytarza, i widzę, jak bardzo się pomyliłam.
Dwójka ludzi patrzy na mnie z dołu. Są cali umorusani, krew zaschła na nich jak skorupa i sprawiają wrażenie, jakby przeżyli znacznie więcej niż my.
- Bożeż ty mój... - mówię, gramoląc się na drugą stronę.
- Co jest? - pyta Szymon, czołgając się za mną.
- Tutaj ktoś jest.
- Co? Ktoś oprócz nas przeżył?
W tej chwili jestem gotowa udzielić praktycznie każdej odpowiedzi. Ci ludzie wyglądają jak dwa widma.
Przez moment trwają w bezruchu, jakby postrzegali mnie podobnie jak ja ich. Zaraz potem jednak otrząsają się z szoku i szybko ruszają, by mi pomóc. Dziewczyna jest ładna, ma długie włosy związane w koński ogon. Mężczyzna niedużo starszy od niej, o wyglądzie nieco zarozumiałego inteligenta.
Nie sprawiają wrażenia groźnych.
- Ostrożnie - mówi ona. - Niech pani uważa.
Podają mi rękę i pomagają zejść. Tuż za mną idzie Hawro, niezgrabnie pokonując kolejne metry rumowiska. Nikt się nie odzywa, choć w głowie kłębi nam się setka pytań. Wszyscy skupiamy się na tym, by bezpiecznie zejść.
Na dole patrzymy na siebie badawczo, jakbyśmy wszyscy musieli się upewnić, że naprawdę istniejemy.
- Byliśmy pewni, że tylko my przeżyliśmy - odzywa się mężczyzna.
- My też - odpowiada Szymon. - W naszej grupie było sześć osób, ale wszystkie...
Urywa i patrzy na mnie, jakbym była jego matką i potrafiła dokończyć jego myśl. Traktuje mnie tak, od kiedy tylko doszło do tej tragedii, ale sam pewnie nie byłby w stanie tego przyznać.
Wszyscy czujemy się bezbronni i zagubieni. Teraz jednak, kiedy znaleźliśmy innych, to dojmujące poczucie nieco słabnie.
Kobieta i mężczyzna przedstawiają nam się, wymieniamy się uściskiem dłoni. Radek zdaje się dość ufny, Natasza nieco mniej, jakby uznawała, że w tej sytuacji powinna spodziewać się wszystkiego.
- Szymek Hawro - oznajmia mój towarzysz. - Można mówić po nazwisku.
- Bronka Kuberska - odzywam się. - Bronia.
Zdaję sobie sprawę, że wyglądamy jak babcia i wnuk, więc dodaję, że nie jesteśmy spokrewnieni. Spotkaliśmy się całkowicie przypadkowo, podobnie jak Ossowski i Szatecka.
- Wiecie, co się wydarzyło? - pyta Hawro.
- Nie - odpowiada Natasza. - Usłyszeliśmy niski pomruk, a potem wszystko się zawaliło.
- U nas też.
- "U nas", czyli gdzie? - włącza się Radek.
- W Wolfsbergu.
- We Włodarzu - dodaję, widząc konsternację na twarzach rozmówców. - Wybaczcie, Hawro to pasjonat Riese. Mimo że w naszej grupie był przewodnik, Szymek właściwie zasypywał go nie tylko pytaniami, ale także odpowiedziami. Wiedział znacznie więcej od niego.
Hawro ucieka wzrokiem, jakby nie był gotowy tego przyznać albo wstydził się swojej wiedzy. Znamy się jedynie parę godzin, ale tyle wystarczy, bym rozumiała, że nawet w normalnych okolicznościach nie najlepiej radzi sobie w kontaktach międzyludzkich. Teraz musi mu to przychodzić z jeszcze większym trudem.
Za kilka miesięcy skończy dwadzieścia trzy lata, ale wydaje mi się, że nie dorobił się jeszcze choćby jednego bliższego przyjaciela, nie wspominając o jakiejś dziewuszce. Z naszych rozmów wynika, że woli siedzieć z nosem w książkach traktujących o dawno zmarłych ludziach, niż spędzać czas z tymi żyjącymi.
- Przeszliście tutaj aż z Włodarza? - pyta Radek.
Hawro kiwa głową.
- Też myślałem, że to niemożliwe - przyznaje. - Ale trzęsienie odsłoniło wcześniej zasypany tunel. - Obraca się i patrzy na rumowisko, przez które przeszliśmy. - Okazał się dosyć wąski, ale drożny.
Widzę, że Ossowski nie dowierza, co każe mi sądzić, że ma pewną wiedzę o tym miejscu - być może jest świadomy, że od wielu lat poszukiwano połączenia jednego kompleksu z drugim. I ostatecznie uznano je za podziemną legendę.
- Przecież to... - zaczyna.
- Nieziemskie, nie?
- Powiedzmy - potwierdza Radek.
- W dodatku daje nam jakąś szansę - zauważa Natalia.
Patrzy na Szymka i lekko się uśmiecha, jakby chciała zasygnalizować, że to jemu oddaje inicjatywę. Hawro szybko z tego korzysta. Przekonałam się, że jeśli o czymkolwiek może mówić swobodnie i bez końca, to właśnie o Riese. Odwiedzenie tego miejsca musiało być dla niego spełnieniem marzeń. Przynajmniej do momentu, gdy przerodziło się w najgorszy koszmar.
- Jeśli Włodarz i Osówka są połączone, to możliwe, że istnieją inne korytarze - mówi Szymek. - Zresztą zawsze byłem zdania, że tak jest.
- Bo? - dopytuje Radek.
- Bo kopano tutaj dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie oszczędzając więźniów i prowadząc prace równocześnie we wszystkich kompleksach. Zaczęto w czterdziestym trzecim i nigdy nie chciało mi się wierzyć, że zdążono by wydrążyć tak mało korytarzy.
Wszyscy skupiamy wzrok na Szymku, bo mówi z takim przejęciem i pewnością, jakby przedstawiał fakty, a nie spekulacje.
- W dodatku są dokumenty, które...
- Podobno zostały utajnione - zauważa Szatecka.
- Zgadza się, ale nie wszystkie. Wiemy na przykład, ile ton materiałów zostało zużytych do budowy Riese. I jeśli przeliczysz to na kilometry znanych tuneli, wychodzi na to, że nie odkryliśmy nawet połowy tego terenu.
Wszystko to już słyszałam, kiedy tylko trafiliśmy na przejście prowadzące tutaj. Od razu zaczęłam dokonywać w głowie obliczeń - i pewnie to samo zaraz będą robili Natasza oraz Radek.
- Z Włodarza do Osówki są trzy kilometry - mówi Hawro, uprzedzając pytania. - Nawet jeśli do ogólnej długości znanych tuneli dodamy ten odcinek, wciąż wychodzi nam tylko kilkanaście kilometrów. A materiałów starczyłoby co najmniej na kilkadziesiąt.
Wciągam powietrze ustami, starając się zignorować odór rozkładu. We Włodarzu unosił się identyczny. Byłam pewna, że się do niego przyzwyczaiłam na tyle, by zrobić głębszy wdech, ale być może czas w tym wypadku nie jest w stanie pomóc.
- Jeśli cały ten beton nie rozpłynął się w powietrzu, to przecież musiał zostać do czegoś zużyty - ciągnie Hawro.
Czeka, aż ktoś podejmie temat, ale nikt tego nie robi.
- Do czego innego, jak nie do budowy kolejnych tuneli? - dodaje. - A jeśli gdzieś tu są, może...
- Znajdziemy wyjście - kończy za niego Szatecka.
- Właśnie - przyznaje Szymek, po czym wbija wzrok w ciemność spowijającą dalszą część tunelu. - Bo domyślam się, że wasze zostało zasypane?
Nie musi pytać. Gdyby ci ludzie wiedzieli, jak stąd uciec, nigdy byśmy ich tutaj nie zastali.
- Sprawdzaliście inne korytarze? - rzucam.
- Tak - przyznaje Ossowski. - Wszystkie przejścia zawalone lub zalane. Jedyna droga to ta, którą tu przyszliście. U was podobnie?
- Od Włodarza jedyna droga biegnie na południe - odzywa się Hawro. - Liczyłem na to, że może uda się pójść w drugą stronę, do Jawornika, który jest bliżej, ale niestety dupa.
- Czyli wciąż jesteśmy uziemieni - kwituje Radek. - Po jednej i drugiej stronie ślepa uliczka.
Przypomina mi trochę mojego syna, jest nawet w podobnym wieku. Na pierwszy rzut oka nie widać w nim delikatności i pewnej kruchości, ale wyraźnie je w sobie ma. To ta dziewczyna, Natasza, zdaje się mieć twardszą skórę.
- Niekoniecznie - mówię. - Po drodze mijaliśmy inne, mniejsze, odchodzące w bok korytarze.
- Możliwe, że prowadziły do Sobonia lub Rzeczki - dodaje Szymek.
- I nie sprawdziliście ich?
- Hawro uznał, że najlepiej iść głównym tunelem. Spodziewał się, że trafimy prosto do Osówki i...
- I co? - włącza się Radek.
Wymieniamy się z Szymkiem krótkimi spojrzeniami.
- Zakładałem, że jeśli gdzieś będzie wyjście, to właśnie tutaj - mówi. - W tej części kompleksu były najsolidniejsze umocnienia. Soboń walił się już wcześniej, a Gontowa była zamknięta, od kiedy pamiętam.
Cisza, która zapada, jest jak kurtyna obwieszczająca koniec przedstawienia. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nie ma co czekać na ciąg dalszy. To koniec.
- To nie znaczy, że gdzie indziej nie ma wyjścia - dodaje Hawro, ale w jego głosie brakuje nadziei. - Lata temu pewien dziennikarz, Świątkiewicz, pisał o tym, że po wojnie zjawił się tutaj jeden rosyjski podporucznik, który pokazywał miejscowym plany Riese. Przepadły bezpowrotnie, ale tutejsi mieszkańcy mówili o tym, że było wiele wejść do kompleksu.
- Było - mówi z naciskiem Ossowski. - To kluczowe słowo. Wszystko to albo jest już pod ziemią, albo zostało umyślnie zasypane.
- Sprawdzimy pozostałe tunele - rzuca Natalia. - W jakiś sposób dociera tutaj powietrze, więc...
- Więc co? - przerywa jej Radek, a potem wskazuje na plecak, który przepchnęłam przez szczelinę. - O ile nie macie wody i jedzenia, zegar tyka. I niestety niedługo na dobre przestanie.
Kucam przy plecaku i otwieram suwak. Wiem doskonale, ile mamy zapasów, ale teraz muszę podzielić je na cztery osoby. Natasza i Radek nie dysponują nawet niczym do picia, widzę to po ich spierzchniętych ustach.
Szybko dokonujemy prostych obliczeń i wychodzi nam, że na resztkach wody, jakie mam w butelce, pociągniemy najwyżej kilka dni. Ledwo zwilżymy nią usta.
- Ile tuneli zdążymy sprawdzić? - rzuca Ossowski i kręci głową. - Jeśli ten kompleks jest tak rozległy...
- Bądźmy dobrej myśli - odzywam się. - Znajdujemy się tak naprawdę w siatce jaskiń i grot, więc może...
- Znajdziemy cudowne źródełko? - wtrąca Radek. - Gdyby to były naturalne twory, może. Ale w tym wypadku to mało prawdopodobne.
Ma rację, ale mógł zachować tę uwagę dla siebie. Uznaję, że należy jak najszybciej sprowadzić rozmowę na bardziej optymistyczne tory. W tej chwili potrzeba nam nadziei, nawet jeśli byłaby zupełnie nieuzasadniona.
- Ruszajmy - mówię. - Szkoda czasu.
Nikt nie polemizuje. Każdy zdaje sobie sprawę, że pozostanie w Osówce do niczego dobrego nie doprowadzi. Zbieramy wszystko, co może nam się przydać, a potem gramolimy się po rumowisku w kierunku niewielkiego przesmyku.
Wszyscy inni przechodzą przez niego bez większego problemu, ja znów z trudem, jakbym ciągnęła za sobą kilka ton ładunku. Wiem, że powinnam schudnąć choćby dla zdrowia. Na wyglądzie przestało mi zależeć dobre dwadzieścia lat temu.
W końcu przechodzimy na drugą stronę. Otrzepujemy się z pyłu i ziemi, po czym ruszamy korytarzem przed siebie. Powoli, jakbyśmy wszyscy czuli, że gdzieś w mroku czeka na nas zagrożenie.
Czuję, że atmosfera robi się coraz bardziej przygnębiająca. Ciemność, wilgoć i złowroga cisza nie pomagają.
- Możliwe, że gdzieś są jakieś zapasy - zauważam.
- Zapasy? - pyta Radek, ściągając brwi.
Daję znak Szymkowi, by wyjaśnił pozostałym, co mam na myśli.
- Pamiętacie, że prace tutaj były prowadzone do ostatniej chwili? Niemcy uciekali dopiero, kiedy nie było już wyjścia, stąd ślady butów tam, gdzie cement jeszcze nie zasechł - zabiera głos. - Naziści byli przygotowani na to, by szybko zakończyć całą robotę, zasypać przejścia i od razu się tu schronić. Pewnie widzieliście maski gazowe i inne rzeczy przy wejściu.
Szatecka kiwa głową, Radek mruży lekko oczy.
- Wszystko to znaleziono w tunelach, a potem wystawiono jako eksponaty. Większość rzeczy jednak przepadła, bo po wojnie zapuszczały się tutaj grupy szabrowników. Zabierali wszystko, co tylko się dało, zanim władze w ogóle się zorientowały, że Riese istnieje. Dopiero w czterdziestym ósmym powstało przedsiębiorstwo, które miało zająć się eksplorowaniem tych terenów. Wcześniej była tu wolna amerykanka.
Hawro mówił z coraz większym przejęciem, a ja po raz kolejny uświadomiłam sobie, że musi mieć rozległą wiedzę nie tylko dotyczącą tego kompleksu, ale historii w ogóle.
- Do czego zmierzasz? - pyta Ossowski.
- Do tego, że nigdy nie ustalono, ile zapasów zostało zgromadzonych w kompleksie. Ale biorąc pod uwagę liczbę osób, która miała się tu schronić...
- Czyli? To chyba nie do końca ustalone?
Tak już na wstępie oświadczył nam przewodnik, z którym Hawro od razu wdał się w dyskusję. Już wtedy zdawałam sobie sprawę, że chłopak wie o tym miejscu więcej niż inni. A teraz upatrywałam w tym jedynej nadziei na ratunek. Jeśli ktokolwiek mógł wyprowadzić nas z tych katakumb, to jedynie Szymek.
- Ostateczna liczba nadal pozostaje zagadką - przyznaje Hawro. - Ale Anthon Dalmus twierdził...
- Kto? - pyta Radek.
- Główny energetyk budowy Riese. - Szymek bierze głęboki wdech. - Ciekawa postać. Po wojnie został od razu zatrudniony przez władze PRL-u i powierzono mu pieczę nad tym miejscem. Trochę dziwne, prawda? Facet prosto z nazistowskiej administracji trafia do...
- Co twierdził? - pyta Natasza, sprowadzając Szymka na ziemię.
Chłopak jest wyraźnie zawiedziony, chciałby mówić dalej.
- Cóż... podał dokładne dane co do liczby ludzi, którzy mieli schronić się w Riese. Przynajmniej na moment wstrzymania prac.
- I ile wynosiły?
- Czterdzieści tysięcy osób. Tyle miało tutaj przetrwać, a to znaczy, że gdzieś znajdują się zapasy, z których mieli korzystać ci ludzie.
- Zapasy sprzed ponad siedemdziesięciu lat.
- Tak.
Szatecka i Radek patrzą na niego jak na wariata, a ja wcale im się nie dziwię. Kiedy wspomniał mi o tym jeszcze we Włodarzu, też byłam sceptyczna.
- Zakładam, że nie słyszeliście o Bertrandzie.
- Dobrze zakładasz - przyznaje Ossowski. - Kto to?
- Nie kto, tylko co. Parowiec, który zatonął na rzece Missouri u schyłku dziewiętnastego wieku. Odkryto go przeszło sto lat później i znaleziono stare konserwy. Owoce morza, warzywa i...
- Nadawały się do jedzenia? - przerywa mu Natasza.
Hawro kiwa głową, jakby to było zupełnie normalne. Za moment z pewnością przedstawi im całą tę historię, a potem oznajmi, że wybijanie dat przydatności do spożycia na puszkach jest w gruncie rzeczy wymogiem prawnym. Producenci robią to, by w razie czego nikt nie mógł pociągnąć ich do odpowiedzialności.
W rzeczywistości konserwy tracą wartości odżywcze, a już z pewnością smak, ale wciąż nadają się do jedzenia. I mogą okazać się naszą jedyną nadzieją na przetrwanie, o ile gdzieś tutaj są.
Hawro jednak o tym nie wspomina. Nie ma na to szansy.
Otwiera usta, ale się nie odzywa. Zatrzymuje się i sprawia wrażenie, jakby z niewiadomego powodu nagle ogarnął go paraliż. Zanim udaje mu się choćby podnieść rękę i wskazać, co sprawiło, że zamarł, sami już możemy się o tym przekonać.
W oddali korytarza widać snop światła. Nie pochodzi z komórki, jest zbyt duży, zbyt mocny. Ktokolwiek idzie w naszym kierunku, ma latarkę z prawdziwego zdarzenia.
Początkowy szok opada. Zdaję sobie sprawę z tego, że nadchodzi ratunek.