Przejęcie. Jakub Mortka. Tom 3 - Wojciech Chmielarz

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (32,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PO­LACO

Po­laco - wo­łali Ko­lum­bij­czycy.

Po­lacy też. Ta­kie za­sady. Tylko ksywki, żad­nych imion, żad­nych na­zwisk.

Co roku, tuż po Wiel­kim Po­ście, roz­po­czy­nała się trasa w Pol­skę po­wia­tową. Wielki tour po tęt­nią­cych ba­sami i mi­go­czą­cych ko­lo­ro­wymi świa­tłami dys­ko­te­kach. Po tanc­bu­dach, gdzie na par­kie­tach pach­ną­cych sztucz­nym dy­mem ocie­rali się o sie­bie w mo­no­ton­nym ryt­mie wy­że­lo­wani chłopcy i wy­pin­drzone dziew­częta. Wiele z par szło po­tem za­cie­śniać zna­jo­mość do ubi­ka­cji albo do po­bli­skiego la­sku, który co week­end to­nął w zu­ży­tych pre­zer­wa­ty­wach.

Czer­wony van z Po­laco w środku, cały ob­le­piony na­klej­kami Coca-Coli, wjeż­dżał na żwi­rowy par­king z gło­śnym trą­bie­niem. Ci, któ­rzy aku­rat wy­szli na dymka, pod­cho­dzili sku­szeni. Nie­któ­rzy pę­dzili po zna­jo­mych. Po­tem na­stę­po­wała wielka pre­miera - otwar­cie klapy i pre­zen­ta­cja zgrze­wek.

- Chodź­cie, chodź­cie. Dar­mowa cola! Dar­mowa cola dla spra­gnio­nych!

Wkrótce wieść się roz­no­siła i Po­laco ota­czał żądny pu­szek tłum. Lu­dzie rzu­cali się na nie, jakby to była pierw­sza rzecz, którą pili po czter­dzie­stu dniach po­stu.

Na Po­laco cze­kało zaś za­da­nie. Ca­sting. Na­le­żało wy­ła­pać jedną, dwie, może trzy osoby. Nie za dużo. Ważne, żeby na wy­cieczce nie było zbyt wielu lu­dzi z jed­nej oko­licy. Sa­motni w gru­pie - ci byli naj­lepsi. Po­żą­dane ce­chy: pew­ność sie­bie i od­waga - wy­star­cza­jące, żeby przy­jęli zło­żoną pro­po­zy­cję. Nie­fra­so­bli­wość - na tyle duża, żeby zro­bili to, czego się bę­dzie od nich ocze­ki­wać. Sła­bość - na tyle wy­raźna, żeby można było ich zła­mać. Głu­pota - żeby dali się pod­po­rząd­ko­wać i nie pró­bo­wali bun­to­wać.

Ca­sting to złe słowo. Po­lo­wa­nie - lep­sze.

Wy­że­lo­wani chłopcy. Wy­pin­drzone dziew­częta. Wy­ty­po­wani.

Po­tem roz­mowa na boku. W ci­szy, na chłod­nym po­wie­trzu. Z al­ko­ho­lem szu­mią­cym w gło­wie i wzro­kiem za­ćmio­nym od mięk­kich nar­ko­ty­ków.

- Słu­chaj­cie, słu­chaj­cie. Jest taka sprawa, Coca-Cola szuka lu­dzi do re­klamy. Bę­dziemy krę­cić na Ka­ra­ibach. Su­per rzecz. Wielka im­preza, pracy tyle co nic, trzeba się tylko bę­dzie po­bu­jać pod pal­mami, a na ko­niec i tak wam za­płacą. Co wy na to, chętni je­ste­ście? Szu­kamy sa­mych faj­nych lu­dzi!

Za­wsze się zga­dzali.

For­mal­no­ści za­ła­twiali więc od razu: spi­sy­wali dane oso­bowe, ad­resy, nu­mery te­le­fo­nów. A po­tem czer­wony van od­jeż­dżał i ni­gdy nie wra­cał w to samo miej­sce.

Po dwóch mie­sią­cach ta­kich wy­pa­dów miesz­ka­nie Po­laco to­nęło w no­tat­kach. Po­ma­gała fo­to­gra­ficzna pa­mięć. Je­den rzut oka, imię, na­zwi­sko, na­zwa miej­sco­wo­ści i już w gło­wie po­ja­wiała się kon­kretna twarz, kon­kretna osoba.

Nad­cho­dził czas de­cy­zji.

Trzy łyki zim­nej kawy. Pa­pie­ros wy­pa­lony przy oknie wy­cho­dzą­cym na aleję Ar­mii Lu­do­wej. W dole sznur sa­mo­cho­dów, za­pach spa­lin, w od­dali szare bryły war­szaw­skich wie­żow­ców.

Te­le­fon w ręce. Nu­mer wy­bie­rany w rytm me­lo­dii z ra­dia.

- Cześć. Pa­mię­tasz mnie? Po­laco. No, rze­czy­wi­ście śmieszna ksywa. Od Coca-Coli... No wła­śnie... Dzwo­nię do cie­bie, żeby ci po­wie­dzieć... Gra­tu­la­cje! Wy­gra­łeś! Je­dziesz na Ka­ra­iby.

Pisk ra­do­ści w słu­chawce.

Dziwne. Jakby za­nik pa­mięci. Pierw­szy. Skąd była ta dziew­czyna? Z któ­rej dys­ko­teki? Z któ­rego mia­steczka? Jak brzmiał jej głos? Bo była prze­cież roz­mowa, Po­laco i jej, kilka ty­go­dni przed wy­lo­tem.

Drobna, szczu­pła, nie­śmiało uśmiech­nięta. Czarne włosy do ra­mion, zie­lone oczy, de­li­katne piegi na no­sie. Usta po­cią­gnięte ró­żo­wym błysz­czy­kiem. Ładna.

- Do­bra! Słu­chaj­cie. Zbie­ramy się. Zbie­ramy się w kó­łeczko. Świet­nie. Su­per. Su­per, że je­ste­ście. Że jest tu tyle faj­nych... nie... że jest tu tyle za­je­bi­stych osób!

Wy­ćwi­czona prze­mowa i wy­ćwi­czone ge­sty Po­laco. Za­sty­gnię­cie z unie­sio­nymi ra­mio­nami. Od­po­wiedź taka jak za­wsze - ra­do­sne okla­ski.

- Słu­chaj­cie, słu­chaj­cie. Je­dziemy na Ka­ra­iby sma­żyć się na zło­tym pia­sku, pić coca-colę. - Pusz­czone oko, wy­buch śmie­chu. Bo prze­cież żadna coca-cola, prawda? Co naj­wy­żej kilka kro­pel do rumu, dla smaku. - Bę­dziemy pły­wać w błę­kit­nym oce­anie, a w mię­dzy­cza­sie na­krę­cimy za­je­biasz­czą re­klamkę!

Za­miast "hurra" - pi­ski dziew­cząt i "da­waj, kurwa" chłop­ców.

- Słu­chaj­cie, słu­chaj­cie! Jedno wam mogę obie­cać! To będą wa­ka­cje, które za­pa­mię­ta­cie do końca ży­cia!

Bili brawo. Kiedy prze­stali, przy­szedł czas na pracę. Spraw­dza­nie pasz­por­tów, li­cze­nie, za­pę­dza­nie by­dła do sa­mo­lotu.

Tamta dziew­czyna miała na imię Agnieszka.

Prze­siadka we Frank­fur­cie. Ko­lejny sa­mo­lot i je­de­na­sto­go­dzinna po­dróż. Nudny film na zbyt ma­łym ekra­nie, nie­wy­godne sie­dze­nia, nie można było po­rząd­nie wy­pro­sto­wać nóg.

Wy­lą­do­wali na lot­ni­sku El Do­rado w Bo­go­cie. Dziki tłum, za­pach potu, ośle­pia­jące słońce. I gło­śni La­ty­nosi ze zbyt ener­giczną ge­sty­ku­la­cją.

- Słu­chaj­cie. Je­ste­śmy w Ko­lum­bii. Je­dziemy na wy­brzeże, że­by­ście na­brali opa­le­ni­zny przed wy­stę­pem w re­kla­mie. W końcu chcemy, że­by­ście wy­glą­dali pięk­nie, prawda? Więc pa­nie będą le­żeć na plaży, są­czyć drinki i wy­sta­wiać swoje plecki i brzuszki na sło­neczko, a pa­no­wie po­ćwi­czą ABS-y. Do­bra? Ho­tel mamy za­ła­twiony, wszystko all-in­c­lu­sive, w tym al­ko­hol.

Wy­szcze­rzyli zęby z ra­do­ści, kiedy się o tym do­wie­dzieli. Nic dziw­nego, po­łowa zdą­żyła się już upić w sa­mo­lo­cie. Je­den ko­leś, na któ­rego wo­łali Pa­ję­czarz, bo miał pa­ję­czynę wy­ta­tu­owaną na mu­sku­lar­nej szyi, za­raz po star­cie, za­ta­cza­jąc się, po­pę­dził do ki­bla, żeby spę­dzić tam na­stępną go­dzinę.

- To Car­los, jest stąd, też pra­cuje dla Coca-Coli. Bę­dzie się nami opie­ko­wał z ra­mie­nia pro­du­centa, po­ma­gał w kon­tak­tach z Ko­lum­bij­czy­kami i dbał o to, że­by­ście za­wsze mieli pełne kie­liszki.

Wszy­scy wy­cią­gali szyje, żeby do­brze się przyj­rzeć de­li­kat­nemu, me­tro­sek­su­al­nemu Ko­lum­bij­czy­kowi o czar­nych, lekko krę­co­nych wło­sach i śnież­no­bia­łym uśmie­chu.

- Come with me! I will show you the way to our bus, OK? Come on...

Cze­kała ich ko­lejna mę­cząca, czter­na­sto­go­dzinna po­dróż. Au­to­bu­sem do­je­chali do ho­telu na wy­brzeżu, nie­da­leko Santa Marta. Nie­wielki, ale schludny ośro­dek, któ­rego wła­ści­ciel nie za­da­wał zbyt wielu py­tań. W po­bliżu piasz­czy­sta plaża, na ho­ry­zon­cie so­czy­ście zie­lone, po­ro­śnięte dżun­glą stoki gór. Za­jęli po­koje i nie­mal na­tych­miast za­snęli.

Na­stęp­nego dnia roz­po­czął się ty­go­dniowy fe­sti­wal sma­że­nia się na plaży, pi­cia oraz wie­czor­nych im­prez, które cią­gnęły się do rana. Po­lacy przy­wieźli swoje płyty, więc ośro­dek nie­ustan­nie wi­bro­wał w takt ryt­mów di­sco pro­sto spod Ra­do­mia.

- Ba­nia u Cy­gana, ba­nia u Cy­gana, ba­nia u Cy­gana do rana! - wrzesz­czał na par­kie­cie je­den z chło­pa­ków z bu­telką miej­sco­wego piwa w dłoni.

Nie wia­domo, dla­czego uparli się, żeby na­zy­wać Ko­lum­bij­czy­ków Cy­ga­nami, ale się przy­jęło.

To był je­den z ta­kich wie­czo­rów. Car­los to­nął w ob­ję­ciach blon­dynki o imie­niu Do­rota, która tej nocy wy­grała wy­ścig do eg­zo­tycz­nej przy­gody. To­wa­rzy­szyły im krzyki wo­kół ba­senu. Al­ko­hol, pa­pie­rosy i gło­śna mu­zyka. Po­ni­żej ośrodka znaj­do­wała się plaża. Tam pa­no­wał spo­kój i można było zła­pać chwilę od­de­chu, za­nim trzeba bę­dzie wró­cić do pracy.

Agnieszka usia­dła na mięk­kim, cie­płym pia­sku i po­dała Po­laco bu­telkę wina.

- To moje ma­rze­nie - po­wie­działa po chwili mil­cze­nia.

- Ma­rze­nie?

- Po­dró­żo­wać, wi­dzieć to wszystko. - Za­kre­śliła dło­nią sze­roki łuk. - Tro­chę ża­łuję, że się stąd ni­g­dzie nie ru­szamy, nie oglą­damy kraju.

- Tu jest nie­bez­piecz­nie. Kar­tele, FARC, AUC... - Skró­towce, które wśród miej­sco­wych bu­dziły strach, Agnieszce za­pewne nic nie mó­wiły. - Ter­ro­ry­ści.

- To po co tu­taj przy­je­cha­li­śmy?

- Opa­le­ni­zna. Coca-Cola. Nie wiem, to ich de­cy­zja.

- Jak to jest?

- Co?

- Tak po­dró­żo­wać. Po świe­cie.

- Do­brze. Ale mę­cząco.

Agnieszka uśmiech­nęła się i po­ło­żyła. Łyk wina. Pia­sek pod głową. I gwiazdy. Tyle, ile ni­gdy nie uda się zo­ba­czyć w Pol­sce.

- Ni­gdy nie my­śla­łam, że po­jadę tak da­leko.

- Pierw­szy raz je­steś za gra­nicą?

- Tak. To zna­czy nie. Wcze­śniej by­łam we Frank­fur­cie. Tym nad Odrą. Ale to się chyba nie li­czy. - De­li­katny uśmiech. - Dzię­kuję ci.

- Za co?

- Za to, że tu je­stem.

Pod­nio­sła się. Jej twarz. Od­dech pach­nący wi­nem i owo­cami. Jej usta. Po­ca­łu­nek. De­li­katny ruch ję­zyka.

- Prze­pra­szam - szep­nęła Agnieszka. - Tu­taj jest tak pięk­nie, że chce się pró­bo­wać no­wych rze­czy.

- Wiem.

Ma­giczna chwila, kiedy było ja­sne, że dziew­czyna tego pra­gnie i Po­laco też.

- Uwa­żaj! - krzyk­nęła Agnieszka.

Trzech Po­la­ków prze­bie­gło tuż obok nich, wzbi­ja­jąc w górę chmury pia­sku. Gło­śno wrzesz­cząc: "Da­waj, kurwa!!!", wpa­dli w fale Mo­rza Ka­ra­ib­skiego.

Po­laco ude­rzyła głu­pia, pełna na­dziei myśl, że de­bile się tam uto­pią, ale Agnieszka za­śmiała się i Po­laco nie po­zo­stało nic in­nego, jak do­łą­czyć. Chło­pacy ochla­py­wali się na­wza­jem wodą jak małe dzieci, krzy­cząc i chi­cho­cząc.

Po ty­go­dniu w oko­li­cach Santa Marta roz­po­częło się go­to­wa­nie żaby.

Po­laco z Car­lo­sem zwo­łali wszyst­kich do ho­te­lo­wej ja­dalni. Tym ra­zem to­wa­rzy­szył im Ilich - po­tężny, umię­śniony Kreol o twa­rzy po­kry­tej bli­znami po ospie, który swoje imię otrzy­mał po Wło­dzi­mie­rzu Il­ji­czu Le­ni­nie lub, co bar­dziej praw­do­po­dobne, Ili­chu Ra­míre­zie Sán­che­zie, słyn­nym "Sza­kalu". Było pew­nym ak­tem od­wagi, że Ko­lum­bij­czyk pu­blicz­nie uży­wał tego imie­nia. W tym kraju tyle wy­star­czyło, żeby wy­lą­do­wać w wy­ko­pa­nym w dżun­gli ro­wie z kulką we łbie. Ilich stał z boku, po­nury, mil­czący, pa­trzył na wszyst­kich by­kiem. W ustach ob­ra­cał wy­ka­łaczkę, którą co ja­kiś czas wyj­mo­wał tylko po to, żeby splu­nąć na pod­łogę. Nikt nie sko­men­to­wał gło­śno jego obec­no­ści, a Po­laco z Car­lo­sem za­cho­wy­wali się tak, jakby Kre­ola w ja­dalni po pro­stu nie było.

Nad­szedł czas na Po­laco.

- Słu­chaj­cie, słu­chaj­cie! Po­ja­wił się pro­blem. I to duży. Oka­zuje się, że z re­klamy nici. Od­wo­łano zdję­cia. Coś nie wy­szło, pro­du­cenci się nie do­ga­dali i nie je­dziemy na Ka­ra­iby.

Jęk za­wodu i za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nia.

- Ale nie ma po­wodu do pa­niki. Tu­taj wszystko jest opła­cone, bi­lety do domu ku­pione, wszystko jest okej.

- Okay! - krzyk­nął Car­los i po­ka­zał wy­cią­gnięty w górę kciuk.

- Zo­sta­jemy tu­taj jesz­cze pięć dni. Ho­tel opła­cony, drinki opła­cone, żar­cie opła­cone. Czyli co jest?

Po­pa­trzyli po so­bie, nie ro­zu­mie­jąc, czego Po­laco od nich ocze­kuje. Trzeba im było po­móc.

- Jest im­preza!

Po­zor­nie nic się nie zmie­niło. W dzień ba­sen, plaża, opa­la­nie się i drinki z pa­lemką. Wie­czo­rami mu­zyka, al­ko­hol, śpiewy.

Ilich nie znik­nął. Po­zo­stał w ośrodku. Nie pił. Sie­dział za­wsze z boku. Ob­ser­wo­wał Po­la­ków, ba­wił się wy­ka­łaczką, raz dzien­nie wy­pa­lał grube cy­garo. Co ja­kiś czas po­ja­wiali się jego ko­le­dzy. Za­wsze przy­cho­dziło ich co naj­mniej dwóch. Wy­glą­dali rów­nie po­dej­rza­nie jak Ilich. Pod­ry­wali dziew­czyny lub za­cze­piali chło­pa­ków, jakby szu­kali oka­zji do bójki. Kiedy sy­tu­acja ro­biła się ner­wowa albo kiedy Po­lki ucie­kały na drugi brzeg ba­senu, Ilich uspo­ka­jał ko­le­gów krótką se­rią hisz­pań­skich słów.

- Kim jest ten Cy­gan? - spy­tała Po­laco Agnieszka.

- Nie wiem do końca. To ktoś od pro­du­centa. I zna­jomy wła­ści­ciela ho­telu.

- Dziwny jest.

- To inna kul­tura. Ma­cho, sama ro­zu­miesz.

Agnieszka kiw­nęła głową, ale w jej oczach cią­gle wi­dać było nie­po­kój.

- Wszystko jest okej.

Dłoń Po­laco na jej ra­mie­niu. Pro­sty, uspo­ka­ja­jący gest.

- Obie­cu­jesz?

- Obie­cuję.

Agnieszka uśmiech­nęła się i cmok­nęła Po­laco w po­li­czek. Po­tem spoj­rzała Po­laco pro­sto w oczy. Szcze­rze i z peł­nym za­ufa­niem.

Po pię­ciu dniach po raz ko­lejny spę­dzili by­dło do sto­łówki. Tym ra­zem oprócz Po­laco, Car­losa i Ili­cha byli tam też ko­le­dzy Kre­ola. Ko­lum­bij­czycy po­cze­kali, aż wszy­scy się zbiorą, i za­mknęli drzwi od ja­dalni. Pil­no­wali, żeby nikt nie wy­szedł. Car­los i Po­laco ob­rzu­cali się ner­wo­wymi spoj­rze­niami. Ilich stał z boku.

Szcze­rzył groź­nie zęby, jak pies, który chce ko­goś ugryźć.

- Słu­chaj­cie - roz­legł się zmę­czony i prze­stra­szony głos Po­laco - mamy pro­blem. Coś się spier­do­liło.

Kil­ka­na­ście se­kund ci­szy, żeby te słowa do nich na pewno do­tarły.

- Nie ma kasy, żeby za­pła­cić za nasz po­byt. Ro­zu­mie­cie? Wi­simy tu­taj kupę kasy za całe żar­cie i al­ko­hol.

- Ile? - za­py­tał ktoś.

Trudno po­dać kon­kretną kwotę. Za ni­ska nie zrobi od­po­wied­niego wra­że­nia. Za wy­soka może się wy­dać nie­re­alna.

- W chuj.

Spo­glą­dali po so­bie nie­pew­nie. Banda prze­ra­żo­nych gów­nia­rzy, któ­rzy jesz­cze nie wie­dzieli, w ja­kie kło­poty się wpa­ko­wali, ale już prze­czu­wali, że nie bę­dzie im ła­two się z nich wy­plą­tać. Jedna z dziew­czyn, drobna blon­dy­neczka w oku­la­rach, za­częła ci­chutko szlo­chać.

Drzwi od sali otwo­rzyły się i do środka wszedł któ­ryś z kum­pli Ili­cha, trzy­ma­jąc w ręce pla­sti­kową torbę. Wy­sy­pał jej za­war­tość na je­den ze sto­łów. Pasz­porty po­szo­ro­wały po bla­cie bor­do­wymi okład­kami z or­łem w ko­ro­nie.

- Hej, to na­sze! Zo­staw to, kurwa, Cy­ga­nie! - krzyk­nął chło­pak z wy­ta­tu­owaną pa­ję­czyną.

Ru­szył w stronę Ko­lum­bij­czyka, żeby od­zy­skać swoją wła­sność, ale ten za­mach­nął się i na­gle głowa Po­laka unio­sła się lekko, a po­tem wraz z ca­łym cia­łem ru­nęła na pod­łogę. Któ­ryś z ko­le­gów chciał po­móc Pa­ję­cza­rzowi, ale za­nim zdą­żył zro­bić dwa kroki, uj­rzał wy­ce­lo­waną w sam śro­dek swo­jego czoła lufę re­wol­weru. Ko­lum­bij­czyk uśmiech­nął się drwiąco, kiedy Po­lak pod­niósł ręce, i prze­krzy­wiał głowę to w lewo, to w prawo. Sto­jący na­prze­ciwko niego chło­pak był blady jak ściana, a strużki potu spły­wały mu po twa­rzy.

- Apu­esto que se va a mear - wark­nął ban­dzior.

Od­po­wie­działo mu kilka za­chę­ca­ją­cych chrząk­nięć. Ko­lum­bij­czyk jakby na to cze­kał, bo zbli­żył lufę do twa­rzy Po­laka. Chło­pak prze­łknął ślinę, kiedy spoj­rzał pro­sto w oczy oprawcy. W tej sa­mej chwili po­mię­dzy nich wszedł Car­los.

- Ba­sta ya. Creo que ha­brán en­ten­dido - po­wie­dział sta­now­czo.

- ?Es el mo­mento cu­ando te grito? - od­krzyk­nął gniew­nie gang­ster. - ?Eso tiene que ba­star para que te con­fíen? ?Es­tás se­guro de que no ha­blan ca­stel­lano?

- Sí. Y aleja esta mierda de mí o te de­span­zurro - od­parł nie­śmiało Car­los i spu­ścił wzrok.

Ban­dzior przez chwilę się wa­hał, ale wresz­cie scho­wał re­wol­wer za pa­sek spodni. Omi­nął Car­losa, który stęk­nął z ulgą, i pod­szedł do cią­gle le­żą­cego na ziemi i trzy­ma­ją­cego się za nos Pa­ję­cza­rza. Splu­nął na niego, a po­tem wró­cił do stołu, ze­brał pasz­porty z po­wro­tem do torby i po­ma­chał nią do Po­la­ków.

- We will come back to­mor­row. No­body move or we will kill you. Un­der­stand? - po­wie­dział Ilich.

- Nie mo­żemy opusz­czać ośrodka, bo nas za­biją. - Tłu­ma­cze­nie z an­giel­skiego na pol­ski było za­da­niem Po­laco.

- No po­lice, no sol­diers or we will kill you. Un­der­stand?

- Je­śli spró­bu­jemy za­dzwo­nić na po­li­cję, to nas za­biją.

- Good.

Ilich mach­nął na swo­ich lu­dzi i wszy­scy opu­ścili salę. Po­zo­stali w niej tylko Po­lacy oraz Car­los. Roz­po­częła się ty­powa li­ta­nia gróźb, pła­czów i idio­tycz­nych po­my­słów.

- Co tu się dzieje?

- Nie wiem, nie ro­zu­miem. To nie tak miało być. Pro­du­cent coś za­wa­lił. Spró­buję się z nim skon­tak­to­wać.

- Za­je­bię cię, kiedy wró­cimy do Pol­ski.

- Kiedy wró­cimy do Pol­ski, bę­dziesz mógł mi zro­bić, co chcesz. Obie­cuję.

- Za­dzwońmy po po­li­cję, tu­taj nie może tak być.

- Ale tu­taj wła­śnie tak jest. Pew­nie nas pil­nują i nie po­zwolą ni­kogo za­wia­do­mić. A na­wet je­śli, w Ko­lum­bii po­li­cja sie­dzi w kie­szeni ta­kich jak Ilich.

- To uciek­nijmy.

- Do­kąd? Nie mamy kasy, nie mamy pasz­por­tów, nie wiemy, gdzie je­ste­śmy. Ci fa­ceci nie żar­tują. Mają broń, sam wi­dzia­łeś.

Roz­bra­ja­nie bomb, jedna po dru­giej, po­woli, spo­koj­nie, kon­se­kwent­nie. Z każdą chwilą nie­na­wi­dzili Po­laco co­raz bar­dziej. Ale Po­laco to była je­dyna osoba, która mo­gła mieć blade po­ję­cie, co tu się dzieje. Je­dyny łącz­nik z tym dziw­nym świa­tem.

Car­los stał obok z opusz­czoną głową. Wy­glą­dał na za­że­no­wa­nego, jakby się wsty­dził, że taka pa­skudna przy­goda mo­gła spo­tkać mi­łych cu­dzo­ziem­ców w jego oj­czyź­nie. Ale jego akt od­wagi spra­wił, że Po­lacy uczy­nili go czę­ścią grupy. W końcu ry­zy­ko­wał ży­cie, żeby sta­nąć w obro­nie jed­nego z nich. To coś zna­czyło, prawda?

Kiedy wró­cili do po­koi, zo­rien­to­wali się, że za­brano im wię­cej niż pasz­porty. Znik­nęły także rze­czy oso­bi­ste, pie­nią­dze, nie­liczne ko­mórki. Te­le­fony ho­te­lowe mil­czały, nie było w nich sły­chać na­wet sy­gnału. Na obrze­żach ośrodka z ko­lei po­ja­wili się ko­le­dzy Ili­cha. Le­ni­wie wę­dro­wali z miej­sca na miej­sce, ob­ser­wu­jąc bu­dy­nek. Każdy z nich miał broń, dwóch na­wet ka­ra­binki au­to­ma­tyczne. Je­den gang­ster wy­ce­lo­wał w sto­ją­cego na bal­ko­nie Po­laka, szczu­płego blon­dyna spod Gru­dzią­dza, i udał, że strzela.

- Tra­ta­tata! - za­wo­łał i ro­ze­śmiał się chra­pli­wie.

Blon­dyn uciekł do środka.

Ode­brano im al­ko­hol. Na ko­la­cję po­dano nie­smaczny chleb to­stowy i tro­chę sera. Zbyt mało, żeby za­spo­koić głód.

Na­stęp­nego dnia pod­czas śnia­da­nia do ja­dalni wpa­dło trzech kum­pli Ili­cha. Chwy­cili Car­losa i po­mimo jego gło­śnych pro­te­stów wy­pro­wa­dzili go na ze­wnątrz. Po­tem wró­cili po Po­laco. Nie pa­tycz­ko­wali się. Za­miast przy­wi­ta­nia wy­mie­rzyli cios pię­ścią w żo­łą­dek. Wró­cili z Po­laco po pół­go­dzi­nie. Za nimi wszedł Ilich i jesz­cze dwóch jego po­ma­gie­rów. Po­lacy się bali. Nie wie­dzieli, co zro­bić, jak za­re­ago­wać. Tkwili w bez­ru­chu jak za­hip­no­ty­zo­wani.

Ko­lejna prze­mowa Po­laco.

- Słu­chaj­cie. Po­wie­dzieli nam, że mamy u nich dług. Bar­dzo duży. Ale mo­żemy go spła­cić. Jedna przy­sługa, jaką im wy­świad­czymy, i bę­dziemy kwita. Ni­komu nie sta­nie się krzywda.

- Co to za przy­sługa? - za­py­tała Agnieszka.

- Wła­śnie? - do­py­ty­wał sto­jący obok niej Pa­ję­czarz.

Chwila mil­cze­nia. Ba­da­nie by­dła. Na ra­zie wszystko zgod­nie z pla­nem. Byli uro­bieni.

- Mamy prze­wieźć dla nich coś do Pol­ski.

- Co ta­kiego?

- Ko­ka­inę.

Za­szem­rali. Do Po­laco do­cie­rały urywki słów, zdań, roz­mów. Ale to wy­star­czyło. Mó­wili do­kład­nie to samo, co tyle grup przed nimi: to nie­moż­liwe, nie mo­żemy tego zro­bić, co bę­dzie, jak po­li­cja nas zła­pie, oni nas za­biją, co za po­je­bana sy­tu­acja.

Ilich wy­stą­pił kilka kro­ków na­przód i kla­snął gło­śno.

- Hey! Hey! Li­sten! - za­wo­łał i wska­zał pal­cem na Po­laco.

Uci­szyli się.

- W ba­gażu każ­dego z nas ukryją paczkę z ko­ka­iną. Mamy ją tylko prze­wieźć do kraju. W Pol­sce ktoś od­bie­rze od nas nar­ko­tyki i to bę­dzie ko­niec. Ni­gdy wię­cej o nich nie usły­szymy.

- A co bę­dzie, je­śli się nie zgo­dzimy?

Kto to po­wie­dział?

Agnieszka.

Szlag.

- Po­wie­dzieli, że nas za­biją.

Mil­cze­nie. Cięż­kie, prze­peł­nione stra­chem.

- Tell them one thing - ode­zwał się Ilich. - There ain't no such thing as a free lunch.

Cie­kawe, czy Ko­lum­bij­czyk do­strzegł iro­nię tych słów pa­da­ją­cych z jego ust.

Na­stępny etap - ob­ser­wa­cja. Po­dzie­lili się na grupki. Po­tulni - z tymi nie bę­dzie pro­blemu. Da­lej Bez­radni - kil­koro ta­kich, któ­rzy z ja­kie­goś po­wodu nie do końca ogar­niali sy­tu­ację. Nimi ła­two było ma­ni­pu­lo­wać. Po­tem Nie­zde­cy­do­wani - naj­licz­niejsi. Sami jesz­cze nie wie­dzieli, jak się za­cho­wają, co zro­bią. Więk­szość z nich do­łą­czała do Po­tul­nych, ale w gło­wach nie­któ­rych po­ja­wiały się głu­pie my­śli. Wresz­cie ostatni - Bun­tow­nicy. Tacy jak Agnieszka. Bała się, to oczy­wi­ste, ale nie da­wała tego po so­bie po­znać. Uda­wała po­go­dzoną z lo­sem.

Ale w rze­czy­wi­sto­ści knuła.

Car­los, prze­stra­szony, snuł się od jed­nej grupy do dru­giej, ale za­wsze od­bi­jał się od ba­riery ję­zyka. Mało który Po­lak mó­wił po an­giel­sku. Je­śli już, to ab­so­lutne pod­stawy. To było jedno z kry­te­riów do­boru do wy­jazdu. Cho­dziło o to, żeby w ra­zie ucieczki taka osoba nie wie­działa, jak we­zwać po­moc, i nie po­tra­fiła wy­tłu­ma­czyć, co się dzieje.

Po­lacy współ­czuli Car­lo­sowi, bo po­zo­sta­wał w tym na­prawdę sam.

Dla Po­laco był to czas wy­tę­żo­nej pracy.

- Wi­dzę, że so­bie świet­nie ra­dzi­cie. Mo­że­cie za­opie­ko­wać się Izą?

Pod­rzu­cić Po­tul­nym Bez­rad­nych. Jedną, dwie osoby na­raz, żeby Po­tulni mo­gli na spo­koj­nie za­ra­zić ich swoim prze­ko­na­niem.

Te­raz Nie­zde­cy­do­wani.

Nie­któ­rych na­le­żało po­chwa­lić za spo­kój. Po­móc im. Dać drobną na­grodę. Spra­wić, żeby po­ja­wił się syn­drom sztok­holm­ski - niech uwie­rzą, że coś ich łą­czy z po­ry­wa­czami, że mają wspólny in­te­res. Bu­do­wa­nie re­la­cji - krok po kroku, za po­mocą drob­nych ge­stów, kilku uśmie­chów.

Tam gdzie nie po­ma­gały na­grody, trzeba było ka­rać. Po­zwo­lono więc na dwie bójki z Ko­lum­bij­czy­kami. To za­dzi­wia­jące, jak wi­dok wy­ce­lo­wa­nej lufy pi­sto­letu pro­sto w śro­dek czoła chło­dzi naj­go­ręt­sze głowy. Do tego kilka cio­sów, a w od­po­wied­nim mo­men­cie wy­cią­gnięta do po­mocy dłoń.

Wresz­cie Agnieszka, po­ten­cjal­nie naj­groź­niej­sza z nich wszyst­kich. Byli już tacy przed nią. Cisi, nie­po­zorni, ale prze­bie­gli.

Agnieszka była na­tu­ral­nym przy­wódcą. Nor­mal­nie tego się nie do­strze­gało, spra­wiała wra­że­nie zwy­kłej dziew­czyny, ale w chwili kry­zysu zmie­niła się nie do po­zna­nia. Krą­żyli wo­kół niej ci, któ­rzy także mo­gli spra­wiać kło­poty. Na przy­kład Pa­ję­czarz. To aku­rat Po­laco spe­cjal­nie nie zdzi­wiło. Fa­cet był wy­star­cza­jąco dziki i wy­star­cza­jąco głupi, żeby nic nie zro­zu­mieć z lek­cji, któ­rej mu udzie­lono. Albo Mar­cin, na któ­rego wszy­scy wo­łali Pin­glarz, bo no­sił na pie­go­wa­tym no­sie oku­lary, a wiecz­nie prze­tłusz­czone włosy za­cze­sy­wał do tyłu. Za­wsze cho­dził w dżin­sach i fla­ne­lo­wej ko­szuli, jakby zu­peł­nie nie od­czu­wał tro­pi­kal­nej tem­pe­ra­tury.

Na­stępny wie­czór, naj­chłod­niej­szy z do­tych­cza­so­wych. Agnieszka sam na sam z Po­laco - sie­działa na le­żaku nad opróż­nio­nym ba­se­nem (ot, jedna z drob­nych szy­kan), Po­laco obok. Mil­cze­nie Agnieszki. Za­sta­na­wiała się pew­nie, czy za­li­czyć Po­laco do ofiar czy do spraw­ców.

Ko­lejny akt przed­sta­wie­nia Po­laco.

- Jest ich sze­ściu. W ga­rażu są sa­mo­chody, klu­czyki trzy­mają w swo­jej kan­cia­pie. Może uda­łoby mi się je­den pod­wę­dzić. Tu­taj nie mamy czego szu­kać, w Santa Marta pew­nie rów­nież wszy­scy sie­dzą w kie­szeni Ili­cha. Ale gdy­by­śmy do­tarli do Bar­ra­nqu­illi, to mo­gli­by­śmy za­wia­do­mić pol­ski kon­su­lat. To tylko ja­kieś sto ki­lo­me­trów, może się udać.

Agnieszka wy­pro­sto­wała się.

- Czemu mi to mó­wisz?

- Bo chcę coś zro­bić. Je­stem tu­taj trzeci raz i po raz pierw­szy wy­da­rza się coś ta­kiego! Nie wiem, co się dzieje, ale to coś złego. Ro­zu­miesz?

- Za­sta­no­wimy się - od­po­wie­działa.

Agnieszka po­sta­no­wiła zre­ali­zo­wać plan Po­laco. Tyle że po swo­jemu.

We­szła do po­koju Ko­lum­bij­czy­ków. Ła­ma­nym an­giel­skim, tymi kil­koma słów­kami, które znała, ge­stami i po pol­sku wy­ja­śniła im, że po­trze­buje pod­pa­sek. Miała okres, bo­lał ją brzuch. Lu­dzie Ili­cha, kiedy wresz­cie zro­zu­mieli, o co jej cho­dzi, wy­śmiali ją. Ale Agnieszce wy­star­czyła ta krótka chwila, żeby pod­wę­dzić klu­czyki do sa­mo­chodu.

Nie mieli dużo czasu. Ra­zem z Pa­ję­cza­rzem i Pin­gla­rzem za­kra­dli się w oko­lice ga­rażu. Wej­ście było pil­no­wane przez jed­nego straż­nika. Pin­glarz za­sy­mu­lo­wał atak pa­daczki, Pa­ję­czarz pod­biegł do Ko­lum­bij­czyka, tłu­ma­czył mu, że trzeba po­móc jego ko­le­dze. Po­dzia­łało. Za­in­try­go­wany straż­nik opu­ścił po­ste­ru­nek, a Agnieszka wśli­zgnęła się do bu­dynku.

Wie­działa, że znik­nię­cie trzech osób za­raz zwró­ci­łoby uwagę. Ale kto za­uważy nie­obec­ność ma­łej, drob­nej dziew­czyny, która w do­datku skar­żyła się na bo­le­sny okres? Na­wet je­śli, to Ko­lum­bij­czycy mo­gliby naj­pierw po­my­śleć, że za­szyła się w swoim po­koju czy w in­nym ciem­nym ką­cie. Miała przy­naj­mniej kilka go­dzin dla sie­bie. Nie prze­wi­działa tylko jed­nego - że w ga­rażu też bę­dzie ktoś cze­kał.

Ktoś taki jak Agnieszka za­wsze się po­ja­wiał. Trzeba go było zi­den­ty­fi­ko­wać, po­pro­wa­dzić, a po­tem przy­kład­nie uka­rać.

Ko­lum­bij­czycy wbie­gli z ka­ra­bi­nami na te­ren ośrodka. Nie pa­tycz­ko­wali się. Ktoś do­stał kolbą w łeb tak mocno, że nie­mal stra­cił przy­tom­ność. Za­go­nili wszyst­kich do ja­dalni. Kiedy Po­lacy już się tam zna­leźli, drżący i prze­ra­żeni pod lu­fami ka­łasz­ni­ko­wów, Ilich wpro­wa­dził Agnieszkę. Trzy­mał ją za włosy. Wy­szedł na śro­dek i rzu­cił dziew­czynę na zie­mię. Po­tem ją kop­nął z ca­łych sił, tak że można było usły­szeć trzask ła­ma­nych że­ber.

- You are fuc­king thin­king that this is a game? ?Qué? This is not a fuc­king game, no! - mó­wił za szybko, za gło­śno. Był po ko­ka­inie.

Na­chy­lił się nad Agnieszką i przy­gniótł ją ko­la­nem. Chwy­cił za włosy, od­chy­lił jej głowę i przy­ło­żył ostrze noża do gar­dła. Usły­szała, jak Ko­lum­bij­czycy od­bez­pie­czają broń.

- No fuc­king game! - po­wtó­rzył Ilich.

To była próba. Ko­lum­bij­czyk chciał spraw­dzić, co zro­bią. Co zrobi Pa­ję­czarz, co zrobi Pin­glarz. Czy będą wal­czyć, czy się pod­da­dzą. Je­śli to pierw­sze, zginą, je­śli to dru­gie, ich szanse na po­wrót do domu ro­sły.

Ilich trzy­mał ostrze noża na szyi dziew­czyny, a spoj­rze­niem prze­krwio­nych oczu prze­śli­zgi­wał się po ko­lej­nych twa­rzach. Ale nikt się na­wet nie po­ru­szył. Ilich pu­ścił Agnieszkę i splu­nął na bok. Wstał, chwy­cił dziew­czynę pod pa­chę i wy­pro­wa­dził. Chwilę póź­niej mo­gli usły­szeć od­głos od­jeż­dża­ją­cego z pi­skiem opon sa­mo­chodu.

Na­stęp­nego dnia rano wy­wle­kli ich z po­koi. Za­pa­ko­wali do pod­sta­wio­nych fur­go­ne­tek i wy­wieźli. W po­jaz­dach nie było okien, więc nie wie­dzieli, do­kąd jadą. Sie­dzieli w kucki, w cia­sno­cie, du­cho­cie, po­cąc się nie­mi­ło­sier­nie. Wer­tepy spra­wiały, że co chwila pod­ska­ki­wali i raz po raz ktoś ude­rzał głową o twardą ściankę.

Po go­dzi­nie jazdy sa­mo­chody się za­trzy­mały. Otwo­rzono drzwi i ude­rzyła w nich chłodna mor­ska bryza. Ka­zano im wyjść. Znaj­do­wali się na piasz­czy­stej plaży przy nie­wiel­kim ry­bac­kim mia­steczku. Ba­wiły się tam dzieci, kilka ro­dzin roz­ło­żyło koce. Przy po­bli­skim nad­brzeżu za­cu­mo­wane były li­che ło­dzie ry­bac­kie.

- Hey! You see?! - krzyk­nął Ilich i po­ka­zał im jedną z ło­dzi. Męż­czyźni o spa­lo­nych słoń­cem twa­rzach ła­do­wali na nią drew­niane skrzy­nie. - Stop! - wrza­snął ban­dzior do jed­nego z tra­ga­rzy.

Ry­bak za­trzy­mał się, zmru­żył oczy i opu­ścił skrzy­nię na zie­mię.

Uzbro­jeni Ko­lum­bij­czycy ge­stami dali znać Po­la­kom, że mają po­dejść. Ilich ostrzem noża pod­wa­żył wieko skrzyni. Od­sko­czyło z głu­chym skrzyp­nię­ciem. Się­gnął do wnę­trza i wy­cią­gnął kwa­dra­tową paczkę wy­peł­nioną bia­łym prosz­kiem.

- You see?! It is co­ca­ine - po­wie­dział, po­trzą­sa­jąc pa­kun­kiem przed Po­la­kami. - You see? - po­wtó­rzył Ilich i za­to­czył ręką sze­roki łuk obej­mu­jący ło­dzie ry­bac­kie, po­bli­skie mia­steczko, ba­wiące się na plaży dzieci z ro­dzi­cami. - And no­body gi­ves a fuck.

Kiedy wró­cili, cze­kał na nich na­peł­niony wodą ba­sen. Za­pew­nili im dzień od­po­czynku. Wo­kół cią­gle krę­cili się uzbro­jeni Ko­lum­bij­czycy, ale na­kar­miono Po­la­ków do syta, za­pew­niono na­poje oraz al­ko­hol.

Po­laco pra­cuje da­lej. Krą­że­nie od grupy do grupy, roz­mowa, do­le­wa­nie al­ko­holu, po­da­wa­nie pa­pie­ro­sów, stra­sze­nie ludźmi Ili­cha. Aż wresz­cie pa­dały te słowa, o które cho­dziło od po­czątku: "Tak. Zro­bimy to". Car­los, rów­nież prze­stra­szony, wę­dro­wał za Po­laco krok w krok.

Na­stęp­nego dnia rano ze­bra­nie. To ro­biło się mę­czące. Po jed­nej stro­nie po­nu­rzy, ska­co­wani Po­lacy, po dru­giej uzbro­jeni Ko­lum­bij­czycy.

Czas ogło­sić de­cy­zję.

- We will do it. But we want Agnieszka back.

Roz­le­gły się pełne zdu­mie­nia jęk­nię­cia. Spi­sali Agnieszkę na straty. Ba! Nie­któ­rzy twier­dzili na­wet, że dziew­czyna, co­kol­wiek ją spo­tkało, sama so­bie na to za­słu­żyła. Po co się wy­chy­lała, trzeba było grzecz­nie cze­kać, jak inni. Ale to był ko­lejny etap przed­sta­wie­nia. Po­laco ura­tuje Agnieszkę. Na po­wrót zdo­bę­dzie ich za­ufa­nie. Bo dziew­czyna, po­bita, po­si­nia­czona, taka, która swoim wy­glą­dem bę­dzie przy­po­mi­nać wszyst­kim, jaki los czeka bun­tow­ni­ków, była jesz­cze po­trzebna.

Ilich zna­lazł się tuż przy Po­laco. Śmier­działo mu z ust.

- Oh re­ally?

- We want Agnieszka back.

Cios pię­ścią pro­sto w żo­łą­dek. To nie było za­pla­no­wane. Mu­siał być na­ćpany.

- We want Agnieszka back.

Ilich za­mach­nął się po­wtór­nie, ale tym ra­zem nie ude­rzył. Za­trzy­mał się w ostat­nim mo­men­cie, jakby coś prze­my­ślał. Wark­nął na swo­ich lu­dzi i po chwili dwóch ban­dy­tów chwy­ciło Po­laco pod ra­miona i wy­nio­sło z sali.

Płó­cienny wo­rek na gło­wie. Po­dróż sa­mo­cho­dem. Je­chali szybko, nie­bez­piecz­nie, jak to La­ty­nosi. Mdło­ści. Wy­mioty pro­sto do kap­tura.

Wresz­cie się za­trzy­mali. Ilich wy­pro­wa­dził Po­laco z sa­mo­chodu. Ko­lum­bij­czyk ścią­gnął wo­rek z głowy Po­laco i skrzy­wił się, kiedy zo­ba­czył wy­mio­ciny. Po­krę­cił głową i wy­mam­ro­tał coś ob­raź­li­wego pod no­sem. Rzu­cił na zie­mię chustkę do wy­tar­cia twa­rzy.

- Come.

Byli w ja­kimś od­lud­nym, za­po­mnia­nym go­spo­dar­stwie. Za po­bli­skimi po­lami za­czy­nała się już dżun­gla. Bu­dynki w więk­szo­ści chy­liły się ku upad­kowi i wy­glą­dały tak, jakby miały się roz­paść pod sil­niej­szym po­dmu­chem wia­tru.

Ilich za­pro­wa­dził Po­laco do cze­goś, co przy­po­mi­nało staj­nię, i po­ka­zał celę. Agnieszka le­żała na brud­nej be­to­no­wej pod­ło­dze. Miała na so­bie je­dy­nie na wpół po­dartą ko­szulkę. Na no­gach, po­ślad­kach, ra­mio­nach wi­dać było ob­tar­cia i si­niaki. Na głowę za­rzu­cili jej kap­tur. Ręce zwią­zali szpa­ga­tem na ple­cach.

- Go fuck her - ode­zwał się Ilich.

- No.

- I was see how you look at her. Go fuck her.

- No.

Ilich uśmiech­nął się pa­skud­nie, uka­zu­jąc rząd żół­ta­wych zę­bów, i po­ło­żył dłoń na rę­ko­je­ści za­wie­szo­nego przy pa­sie noża.

- Go fuck her - po­wtó­rzył, po­woli i chra­pli­wie wy­ma­wia­jąc każde słowo.

Serce Po­laco za­częło bić moc­niej.

- No.

Ilich zmarsz­czył brwi.

- Déjalo. Ella está muy bien - usły­szeli za ple­cami.

Car­los. Po­ja­wił się nie wia­domo skąd i stał za Ili­chem, który te­raz jakby się zgar­bił i już nie był tak pewny sie­bie. Wy­raź­nie się bał.

- Bo je­steś okej, prawda? - po­wie­dział czy­stą pol­sz­czy­zną Car­los, a Po­laco na­gle za­krę­ciło się w gło­wie.

Car­los mó­wił po pol­sku? Od kiedy? Olśnie­nie. Za­wsze przy nich był. Mil­czący, spo­kojny i, wy­da­wa­łoby się, nie­groźny. Pil­no­wał ich. Ło­wił każde słowo. Spraw­dzał, czy wszystko idzie zgod­nie z pla­nem. Ale dla­czego oba­wiał się go Ilich? Kim, do dia­bła, był ten drobny, me­tro­sek­su­alny chło­pa­czek?

- Tak. Je­stem okej.

- To bierz dziew­czynę, jak to było usta­lone, i spier­da­laj. Bo tak się mówi po wa­szemu, prawda? Spier­da­laj.

- Tak, tak się mówi.

Car­los uśmiech­nął się ła­god­nie, nie­mal przy­jaź­nie. Wszystko - wy­raz twa­rzy, ge­sty, ton głosu, po­stawa - wszystko to mó­wiło: "Cześć, je­stem do­brze wy­cho­wa­nym chło­pa­kiem, twoim kum­plem. Mo­żesz mi za­ufać". I czło­wiek mu wie­rzył, bo czemu by nie miał?

Tylko że Car­los był za­bójcą.

Wszy­scy byli zdu­mieni, kiedy Agnieszka wró­ciła z Po­laco. Za­jęli się dziew­czyną. Umyli, ubrali, opa­trzyli rany. Jed­nak ani Pin­glarz, ani Pa­ję­czarz na­wet się do niej nie zbli­żyli. Wsty­dzili się, czuli się winni.

Agnieszka spo­tkała się z Po­laco do­piero wie­czo­rem. Dziew­czyna le­żała na łóżku. Pod ko­cem.

- Jak się czu­jesz?

- Źle - od­po­wie­działa po pro­stu i szcze­rze Agnieszka.

- Wiem.

Nie­zręczne mil­cze­nie.

- Po­wie­dzieli, że mo­gli cię za­bić.

- Tak.

Ko­lejne dłu­gie i ko­nieczne se­kundy mil­cze­nia.

- Ju­tro bę­dziemy wra­cać.

- Z ko­ka­iną?

- Tak.

- Nie wiem, czy dam radę.

- A ja nie wiem, czy ci po­zwolą. Oni... są na cie­bie źli. Po­zwo­lili ci wró­cić, żeby uspo­koić in­nych, ale nie wiem, czy wpusz­czą cię do sa­mo­lotu.

Ro­zu­miała. Znowu bu­dził się w niej wo­jow­ni­czy duch. To było aż nie­wia­ry­godne. Ale to do­brze. Te­raz po­winna być harda. Na ko­la­nach Agnieszki wy­lą­do­wała ko­perta od Po­laco.

- W środku jest tro­chę peso, do­la­rów i bi­let na lot do No­wego Jorku. Na lot­ni­sku odłą­czysz się od grupy.

- Pasz­port?

- Roz­da­dzą nam jesz­cze w ho­telu. To­bie na pewno też. Żeby nie bu­dzić po­dej­rzeń in­nych.

- Do­brze.

- W No­wym Jorku skon­tak­tuj się z kon­su­la­tem. Za­dbają o cie­bie.

- A co z wami?

- Mam na­dzieję, że bę­dzie do­brze.

Długo wa­żyła w dłoni ko­pertę. Po karku Po­laco spły­wała kro­pla potu. Ten mo­ment za­wsze był naj­gor­szy. Aż wresz­cie Agnieszka kiw­nęła głową. Uwie­rzyła w kłam­stwa.

Tak było ła­twiej.

Ostat­nia od­prawa. Ostat­nie groźby.

- Ka­zali po­wie­dzieć, że wie­dzą, kim je­ste­śmy. Spi­sali na­sze dane. Wie­dzą, gdzie miesz­kamy, gdzie są na­sze ro­dziny. Jak coś zro­bimy, to ich za­biją. Żad­nych głu­pot. Ktoś za­wsze bę­dzie nas ob­ser­wo­wał.

Roz­dali im pasz­porty i każ­demu po trzy bu­telki rumu. Po­lacy byli zdzi­wieni, ale wy­raz twa­rzy Ko­lum­bij­czy­ków spra­wił, że na­wet nie pró­bo­wali za­da­wać py­tań. Nie wie­dzieli, że ko­ka­ina była roz­pusz­czona w al­ko­holu. W ten spo­sób nie wy­czu­wały jej psy. Tru­nek nie bu­dził ni­czy­ich po­dej­rzeń. W końcu jaką pa­miątkę mo­gli przy­wieźć z Ko­lum­bii tu­ry­ści wra­ca­jący do domu?

Agnieszka odłą­czyła się na lot­ni­sku w Bo­go­cie. Wszy­scy, na­wet Po­laco, byli zbyt zde­ner­wo­wani, żeby to za­uwa­żyć. Tłum lu­dzi, od­prawa ba­ga­żowa, uzbro­jeni po­li­cjanci, cel­nicy, straż gra­niczna. Wa­lizki i ple­caki z nar­ko­ty­kami zni­ka­jące na ta­śmie.

Ner­wowe ocze­ki­wa­nie w sa­mo­lo­cie. Pusz­czą, nie pusz­czą? Znajdą, nie znajdą? Ko­ło­wa­nie. Wzbili się w po­wie­trze. A po­tem dziki wy­buch ra­do­ści, kiedy zna­leźli się nad oce­anem. Inni pa­sa­że­ro­wie pa­trzyli na nich zdu­mieni.

Naj­więk­sze nerwy dla Po­laco jak zwy­kle we Frank­fur­cie. Z Ko­lum­bij­czy­kami dało się do­ga­dać, z Po­la­kami także. Ale Niemcy byli po­je­bani. Ni­gdy nie wia­domo, co zro­bią. Ale tym ra­zem, po raz ko­lejny, nikt ich nie za­trzy­mał.

Przy­lot do Ka­to­wic-Py­rzo­wic. Bo ła­twiej i bez­piecz­niej niż na Okę­ciu. Po­laco znika za­raz po wy­lą­do­wa­niu. Reszta za­cznie się pew­nie włó­czyć po lot­ni­sku, zdez­o­rien­to­wana, aż wresz­cie od­bie­rze swoje ba­gaże. Będą z nimi po­tem stać, go­dzinę, może dwie, aż ktoś ich za­czepi. Wresz­cie zwrócą na sie­bie uwagę straży gra­nicz­nej. Pa­trol za­pyta, czy na coś cze­kają. Wtedy odejdą, zdu­mieni, że to już ko­niec, że nikt ni­czego od nich nie chce.

Co się działo z nar­ko­ty­kami? Po pro­stu zni­kały. Może w sor­towni w Ka­to­wi­cach. Może jesz­cze we Frank­fur­cie. To dru­gie miało wię­cej sensu. Ry­nek nie­miecki był bar­dziej do­cho­dowy niż pol­ski. Po­lacy byli tylko mu­łami, ga­star­be­ite­rami - nie kon­su­men­tami.

Ostatni etap po­dróży dla Po­laco. Fur­go­netka bez okien. Po­tem dom jed­no­ro­dzinny gdzieś na od­lu­dziu. Po go­dzi­nie czy dwóch po­ja­wiał się tam męż­czy­zna. Do­brze ubrany, po­stawny. Sta­rał się za­cho­wy­wać przy­jaź­nie, ale nie miał ta­lentu Car­losa do mi­mi­kry. Zdra­dzały go oczy. Oczy węża. Wo­łali na niego Wielki B.

- Brawo. Po­wiem ci szcze­rze, że je­ste­śmy pod wra­że­niem. Świet­nie do­bie­rasz lu­dzi. Tylko jedna osoba się po­sta­wiła. Zwy­kle jest ich wię­cej. Kie­dyś zbun­to­wała się na­wet cała grupa. To był do­piero cyrk.

- Co się z nimi stało?

- Na­prawdę chcesz wie­dzieć?

- Nie.

- Do­bra de­cy­zja. Co się dzieje w Ko­lum­bii, zo­staje w Ko­lum­bii.

Męż­czy­zna po­sta­wił przed Po­laco spor­tową torbę. Otwo­rzył ją i po­ka­zał za­war­tość. Żad­nego ru­chu. Żad­nego ge­stu.

- Nie prze­li­czysz?

- Nie.

- Po­do­basz mi się - oznaj­mił męż­czy­zna. - To co, do przy­szłego se­zonu?

- Do przy­szłego se­zonu.

Znowu do fur­go­netki. Po­tem prze­siadka w szcze­rym polu do zwy­kłego oso­bo­wego. Wresz­cie dwo­rzec w Czę­sto­cho­wie. I to by było na tyle.

Agnieszka ni­gdy nie do­tarła do No­wego Jorku. Ko­lum­bij­czy­ków można było ła­two prze­ku­pić, ale każda służba musi mieć też suk­cesy, któ­rymi może się po­chwa­lić przed prze­ło­żo­nymi. Wszy­scy w tym in­te­re­sie do­sko­nale ro­zu­mieli, że je­śli chcesz brać, to mu­sisz też da­wać. Dla­tego od czasu do czasu usta­lano, kto wpad­nie, z czym i gdzie. Agnieszkę zła­pano z ki­lo­gra­mem ko­ka­iny, kiedy nada­wała ba­gaż. Co się z nią da­lej stało?

Szcze­rze mó­wiąc, Po­laco ni­gdy to nie in­te­re­so­wało.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki