5
Pilny raport z Kabulu - objęty tajemnicą tak ścisłą, że przesłano go
jedynie do Sokoła i jego przełożonego, dyrektora Wywiadu Narodowego -
już w pierwszych trzech akapitach stawiał sprawę jasno: druzgocący atak
będzie miał wpływ na cały zachodni świat, lecz bezpośrednim celem będzie
Ameryka.
Dwaj zaniepokojeni wodzowie natychmiast zaprzęgli do pracy wszelkie
dostępne aktywa ogromnej sieci wywiadowczej Stanów Zjednoczonych - armii
liczącej dziewięćset tysięcy ludzi i ponad dwóch tysięcy organizacji
rządowych, z których około trzydziestu nie figuruje w żadnych rejestrach
- z zadaniem odkrycia szczegółów tego, co na razie jawiło się jako
bezkształtny, ledwie zarysowany plan. Obaj wiedzieli, że trzeba znaleźć
więcej świeczek.
Następnego dnia mało znaczący współpracownik służb USA w Afganistanie
otrzymał zaszyfrowaną telefoniczną wiadomość: miał uważnie nasłuchiwać
wszelkich sygnałów.
Ów mężczyzna, Afgańczyk po pięćdziesiątce, w pracy noszący poplamiony
kombinezon, był jednym z kilkuset wolnych strzelców współpracujących
lokalnie z CIA. Na co dzień pracował jako technik klimatyzacji i jeździł
do klientów mobilnym warsztatem, poobijaną ciężarówką z napędem na
cztery koła. Napis na budzie powtórzony w trzech językach - paszto, dari
i angielskim - głosił, że Doktor Klima uleczy każdą klimatyzację w dowolnym samochodzie, dowolnego producenta, w dowolnym miejscu. Na całym
pograniczu afgańsko-irańsko-pakistańskim nie było lepszego speca od
doraźnych napraw, więc od dwudziestu pięciu lat zarabiał na życie,
kursując między miasteczkami i wioskami tego regionu. Znał z imienia
większość miejscowych urzędników i żołnierzy służb granicznych trzech
państw, którzy przepuszczali go bez zbędnych formalności, bo od czasu do
czasu za darmo nabijał freonem układy klimatyzacji w ich samochodach,
dokonując przy okazji drobnych napraw.
Jego specjalnością było sprowadzanie niedostępnych części i choć żaden z jego klientów nie miał pojęcia - i nie pytał - jak to możliwe, ów talent
nie był cudem, lecz skutkiem prostego układu: to CIA co miesiąc
dostarczała ze Stanów do jego kabulskiego magazynu wszystko, czego
potrzebował. Zwerbowanie go i zapewnienie mu warunków do prowadzenia
dobrze prosperującego biznesu było natchnionym pomysłem, na który wpadł
Sokół, gdy przed laty kierował Stacją Kabul.
"Trzeba go ukryć na widoku; ten teren to istny piekarnik i każdy
potrzebuje tam klimatyzacji", powiedział swym współpracownikom. "Niech
sobie siada przy ogniskach, pije herbatkę, jak Allah przykazał, i nasłuchuje".
I tak właśnie było: w ciągu lat technik przekazał swym mocodawcom setki
plotek i strzępów danych wywiadowczych, a teraz opiekun ze Stacji Kabul
poprosił go o szczególną uwagę. Być może zignorowałby ten apel - uważał,
że Agencja często śle "pilne" dyrektywy tylko po to, żeby ludzie nie
spali na służbie - gdyby nie to, że do wiadomości załączone było, po raz
pierwszy od lat, ciepłe pozdrowienie od starego przyjaciela Sokoła.
Czuł, że powinien zrobić wszystko, żeby pomóc.
Dziesięć dni później, gdy jak zwykle w nieznośnym smrodzie dolatującym z pobliskiej oczyszczalni ścieków pracował w swym magazynie na terenie
parku przemysłowego na przedmieściu Kabulu i ładował do wozu najnowsze
części sprowadzone dzięki uprzejmości CIA, ktoś zadzwonił, prosząc o pilną naprawę. Nie było w tym zgłoszeniu niczego nadzwyczajnego,
zwłaszcza że telefonował człowiek, któremu technik naprawiał
klimatyzację już parę razy w ciągu kilku lat. Klient, nieustanie
podróżujący po okolicy, tym razem utknął w Iranie, w przygranicznej
wioseczce opodal Zabolu, regionalnego ośrodka regularnie określanego
przez Światową Organizację Zdrowia mało chlubnym mianem "najbardziej
zanieczyszczonego miasta świata".
W normalnych okolicznościach technik po prostu by odmówił - wioskę
dzieliło od Kabulu ponad tysiąc kilometrów, a żadnych innych zgłoszeń z tamtej okolicy nie było. Co więcej, zamierzał odpocząć kilka dni w stolicy, zanim znowu wyruszy w trasę. Nie podniecała go też myśl o dławiącym powietrzu Zabolu, którym ciężko było oddychać... ale ów klient
od dawna go intrygował. Rodowity Afgańczyk, małomówny, wiecznie w drodze, dawniej jeździł taksówką w Kabulu, lecz teraz mieszkał w Iranie
i najwyraźniej nie parał się żadną pracą, a przynajmniej nigdy nie
wspomniał ani słowem o sprawach zawodowych. Być może zadziałała intuicja
zrodzona z ćwierćwiecza kontaktów z tajnymi służbami, a może po prostu
chciwość - tak czy inaczej, technik postanowił przyjąć zlecenie. Stacja
Kabul dobrze płaciła za informacje, a z wiadomości od Sokoła jasno
wynikało, że w tej chwili jest na nie wielki popyt.
Późnym popołudniem, w palących promieniach słońca, przekroczył granicę z Iranem. Jechał prawie bez wytchnienia i dobę później dotarł do wioski.
Trudno było nie zauważyć głównej przyczyny zanieczyszczenia w tych
stronach: porywisty wiatr niósł chmury brązowego pyłu. Chcąc uniknąć tej
lokalnej atrakcji, umówili się na spotkanie w zacisznym kącie u podnóża
wysokich murów meczetu, ale na nic się to nie zdało. Wiatr był
gwałtowniejszy niż zwykle, co chwilę zmieniał kierunek, porywając dym z palenisk w walących się domach. W tym duszącym koktajlu ludzie spieszący
zaułkami przypominali duchy to pojawiające się, to niknące w tumanach
pyłu.
W popołudniowym półmroku wóz pełzł z włączonymi światłami wzdłuż ściany
meczetu, aż wreszcie przystanął obok unieruchomionego nissana patrol z napędem na cztery koła. Kierowca natychmiast wysiadł z terenówki,
podbiegł do tylnych drzwi ciężarówki, otworzył je energicznym ruchem i wskoczył do środka. Był przystojnym, trzydziestoparoletnim mężczyzną o skórze w odcieniu starej rzeźby z brązu, spieczonej słońcem i wysmaganej
wiatrem. Technik uśmiechnął się doń krzywo, jak to miał w zwyczaju, po
czym wskazał palcem apokaliptyczny pejzaż za przednią szybą.
- Na Allaha... - mruknął po persku, kręcąc głową.
Podniósłszy się z fotela kierowcy, przeszedł na pakę ciężarówki, gdzie
wśród skrzynek z częściami zamiennymi stały łóżko i kilka krzeseł.
Sięgnął po dwie filiżanki i uruchomił mały palnik gazowy. Czekając na
herbatę, skinął głową w stronę nissana.
- Znowu problem ze sprężarką? - spytał.
- To już przeszłość - odpowiedział klient, stojąc w półcieniu w głębi
budy. - Parę miesięcy temu się obluzowała i musiałem ją wyjąć do
naprawy.
- Więc o co chodzi tym razem?
- O to - odpowiedział przybysz, unosząc w palcach skrawek papieru
zadrukowany dwiema linijkami angielskich słów i cyfr.
Technik nie musiał przyglądać się zbyt uważnie.
- Gdy wymontowałem sprężarkę, zobaczyłem to na odwrocie obudowy -
wyjaśnił klient. - Zdaje się, że ktoś zapomniał usunąć. - Choć wcale nie
było takiej potrzeby, podsunął papierek niemal pod nos rozmówcy.
Technik wiedział doskonale, co to jest: naklejka z numerem części,
symbolem identyfikacyjnym i danymi adresowymi. Centralna Agencja
Wywiadowcza była przecież zbiurokratyzowaną instytucją rządową i każdy
element wysyłany poza granice Stanów Zjednoczonych musiał być
skatalogowany i opisany. To zaś oznaczało, że technik był zmuszony
usuwać naklejki ze wszystkich części, które docierały do jego warsztatu.
Tak mu się przynajmniej wydawało. Od razu wiedział, że numer i symbol
identyfikacyjny nie stanowią problemu; były nim dane adresowe, z których
wynikało, że część nabyto na zlecenie "zast. dyr. Langley" dla Stacji
Kabul, a końcowym odbiorcą był "Kontakt Lokalny 11789".
Technik opowiadał mi później, gdy składałem w całość elementy tej
historii, że słuchając bulgotania wody w czajniku, zastanawiał się, czy
skoczyć po stary rewolwer Smith & Wesson leżący na fotelu pasażera,
ale porzucił tę myśl. Był przekonany, że prawa dłoń klienta -
niewidoczna, ukryta w cieniu - zaciska się na kolbie broni.
Choć był bliski paniki, przyszła mu do głowy nagła, błyskotliwa myśl:
gdyby chodziło o rozliczenie za to, że został zdemaskowany, już by nie
żył. Jednocześnie nie widział powodu, by ratować się kłamstwami.
- Coś trzeba jeść - rzekł, wzruszając ramionami.
- Dobrze znasz tych Amerykanów? - spytał klient.
- Dość dobrze.
- Kontaktujesz się bezpośrednio ze szpiegami czy przez miejscowego
pośrednika?
- Bezpośrednio - odparł technik.
Jego rozmówca uniósł wyżej prawą rękę, rzeczywiście zaciśniętą na kolbie
rugera GP100. Skierował lufę ku kuchence i czajnikowi z wrzącą wodą.
Roztrzęsiony technik zabrał się do parzenia herbaty.
Klient nie spuszczał z niego oczu.
- Przez te parę lat spotkaliśmy się w co najmniej sześciu miejscach. Jak
sądzisz, czym się zajmuję?
Technik bezradnie rozłożył ręce.
- Nigdy nie miałeś towarzystwa, więc myślałem, że na pewno nie trudnisz
się przerzucaniem ludzi przez granicę. Doszedłem do wniosku, że
szmuglujesz złoto albo tytoń, choć do tego przydałby ci się większy
samochód.
Klient pokiwał głową, ale nie zamierzał tracić czasu na potwierdzanie
lub obalanie tych teorii.
- Wiesz, ile kosztował Amerykanów jedenasty września? - zapytał.
Technik odstawił czajnik i obrócił się ku niemu tak zaskoczony, że nawet
dłonie przestały mu drżeć.
- Ile?
- Same budynki, bliźniacze wieże, wyceniono na sześćdziesiąt dwa
miliardy dolarów. Kolejny miliard kosztowało oczyszczenie placu.
- To ciekawe - mruknął technik, nie mając pojęcia, dokąd zmierza ta
rozmowa.
- Ciekawe - powtórzył klient. - Aż człowiek się zastanawia, ile byliby
gotowi zapłacić, żeby tego uniknąć, nie? Albo żeby uniknąć czegoś
podobnego.
Technik pochylił się znowu nad filiżankami. Co właściwie proponował mu
ten człowiek? Coraz mocniej biło mu serce, ale nie był pewny, czy ze
strachu, czy z chciwości.
Przypomniał sobie o zaszyfrowanej wiadomości ze Stacji Kabul i pozdrowieniach od Sokoła. Czyżby mężczyzna z terenowym nissanem wiedział
o czymś ważnym? Czy dotarły doń szepty niesione wiatrem, które tak
interesowały CIA? A może nawet coś więcej niż szepty.
- Przypuszczam, że zapłaciliby mnóstwo - odrzekł ostrożnie.
- Też tak myślę - zgodził się klient. - Pytałem, czy wiesz, czym się
zajmuję - dodał, ale nie zaczekał na odpowiedź. - Jestem kurierem.
- Kurierem? - zdziwił się technik, nie bardzo wiedząc, co o tym myśleć.
- Czyim?
- No, na pewno nie FedEksu - odparł klient.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
Wyruszyłem kiedyś w podróż, żeby zabić człowieka. Dawniej, gdy byłem
młodszy, praca zaprowadziła mnie w rozświetlone neonami uliczki Tokio.
Widziałem też wschód słońca nad meczetem dziewięciu kopuł, a gdy
czekałem na nabrzeżu starego Stambułu, łzy pewnej kobiety były niczym
deszcz.
Tym razem zaniosło mnie na wschód, tam gdzie Morze Egejskie łączy się ze
Śródziemnym, a słońce praży łańcuch tureckich wysepek. Najmniejsza z nich była zarazem najdalszą - fale przewalały się przez wrak frachtowca
osiadłego na rafach, niebezpieczne prądy wirowały w ustronnych
zatoczkach, a po rybackiej wiosce, w której dawno już nie było
drewnianych łodzi, zostały jedynie ruiny.
Dotarłem tam późną wiosną. Na brzeg wysadził mnie kapitan parowca,
Egipcjanin wystarczająco mądry, by nie zadawać mi wielu pytań. Wciąż
pamiętam tę bryzę na twarzy i upojny aromat sosnowych igieł, gdy szedłem
przez cichy las. Tak jak czyniłem przez większość mego zawodowego życia,
trzymałem się cienia.
Moim celem tego dnia był człowiek niewątpliwie dzielny - ponoć Niemiec z Norymbergi, owego starego, pięknego miasta, tak głęboko skąpanego w mrocznej historii. Gdy zaskoczyłem go w kuchni willi na odludziu, obaj
wiedzieliśmy, że pokonałem wielki dystans - i w milach, i w latach - by
stawić się na to zabójcze spotkanie.
Byłem wtedy człowiekiem Agencji i od wielu lat posługiwałem się
kryptonimem Kane. Pięć lat wcześniej ów Niemiec był zaufanym
współpracownikiem wywiadu Stanów Zjednoczonych w Teheranie. Do czasu, aż
się wydało, że w tajemnicy pracował na zlecenie Rosjan. Zdaje się, że
żyjemy w czasach outsourcingu, nawet w branży szpiegowskiej.
W spokojny poniedziałkowy wieczór Niemiec udał się na późną kolację do
bistra w ekskluzywnym teherańskim hotelu Espinas Palace. W męskiej
toalecie podał wysłannikowi moskiewskiej Centrali nazwiska dziesięciu
spośród naszych najcenniejszych irańskich informatorów. W świecie służb
wywiadowczych powszechnie wiadomo, że agencje szpiegowskie Rosji i Iranu
od lat współpracują, toteż pewne było, że lista wkrótce trafi w ręce
Irańczyków z PAVA, brutalnej tajnej policji. W rezultacie nasza siatka,
budowana przez lata kosztem wielu ofiar i ogromnych wydatków - co
ważniejsze, będąca naszą furtką do irańskiego programu nuklearnego -
przestała istnieć w ciągu kilku godzin. Nawet w CIA, organizacji, w której dziejach doprawdy nie brakuje porażek, uznano to za katastrofę
bez precedensu.
Konsekwencje dla ośmiu mężczyzn i dwóch kobiet, których tożsamość
ujawnił nasz zdrajca, były jeszcze tragiczniejsze. W środku nocy stanęli
przed obliczem sędziego, a już następnego dnia robotnicy zaczęli
montować na jednym z największych placów Teheranu dziesięć żurawi
budowlanych. Początkowo mieszkańcy miasta nie zwracali na te poczynania
większej uwagi, lecz wkrótce przeznaczenie niebosiężnych konstrukcji
stało się jasne: chodziło o to, by jak najwięcej świadków przyglądało
się wykonaniu wyroku. W wielu krajach Bliskiego Wschodu samo wymierzenie
kary nie wystarczy, musi ona być ostrzeżeniem dla innych.
Gdy stanęły wieże, zainstalowano na nich poziome ramiona. Zwoje lin
trafiły na swoje miejsce, a potem, pewnego wiosennego dnia pod wieczór,
cztery czarne furgony więzienne przywiozły skazańców. W ciągu kilku
niemiłosiernie długich minut każdy z dziesięciorga nieszczęśników dotarł
w klatce na szczyt swego żurawia.
Na oczach tłumu zgromadzonego na placu żołnierze Korpusu Strażników
Rewolucji siłą wypchnęli przerażonych mężczyzn i kobiety na nieduże
platformy z desek na końcu stalowych ramion. Tam każdy ze skazańców
dostał tabliczkę z napisem "Szpieg Wielkiego Szatana", a na ich szyjach
zawisły pętle znane w tych stronach jako "irańskie krawaty".
Operacja była starannie zaplanowana, toteż zgromadzeni mieli znakomity
widok na dziesięć postaci zawieszonych wysoko między niebem a ziemią, na
tle nieskazitelnego błękitnego bezkresu. Zważywszy na okoliczności,
śmiem twierdzić, że całkiem dosłownie właśnie tam się znajdowały.
Najbliżej żurawi można było dostrzec niewielkie grupki modlących się na
klęczkach i zawodzących ludzi - zapewne krewnych i przyjaciół skazańców.
Unieśli głowy, gdy mężczyzna w mundurze podpułkownika wdrapał się na
dach jednego z furgonów i przemówił przez megafon w języku farsi. Jego
głos niósł się echem ponad placem, gdy odczytywał nazwiska więźniów,
postawione im zarzuty i wyroki.
Wreszcie opuścił kartkę i jeszcze głośniej wyrzekł jedno słowo, które
można przetłumaczyć jako "Przygotować się". Gdy usłyszał to jeden ze
skazanych, opuściły go resztki odwagi: krzyknął przeraźliwie, wzywając
Boga, by go ocalił.
Jak zwykle - przynajmniej wedle mojego doświadczenia - to odwieczne
błaganie nie przyniosło żadnego skutku. Strażnicy wyćwiczonymi ruchami
zbliżyli się do skazańców i oparli prawe dłonie na ich plecach.
Ten gest sprawił, że w tłumie zapadła grobowa cisza i wtedy około
sześcioletni chłopiec wstał pośród klęczących bliskich, zapatrzony w jedną z dalekich postaci - zapewne matki lub ojca - i zaczął wołać ją po
imieniu. Jakaś kobieta szybko przyciągnęła go ku sobie. Płakał przez
nieznośnie długą chwilę, zanim mężczyzna z megafonem wydał kolejny
rozkaz: "Teraz!".
Strażnicy jednocześnie pchnęli więźniów. Tłum mimowolnie wstrzymał
oddech, gdy dziesięć par stóp oderwało się od drewnianych platform.
Krewni i przyjaciele w rozpaczy przyglądali się, jak sandały i buty ich
bliskich szybują ku ziemi.
Ciała mknące w stronę placu wlokły za sobą metry lin, a gdy rozwinęły
się ostatnie zwoje, zatrzeszczały kotwy, do których je uwiązano. Pętle
zacisnęły się na szyjach i gwałtownie pociągnęły w górę skazańców,
których karki trzasnęły w ułamku sekundy. Wśród gapiów nikt nie wyrzekł
choćby jednego słowa i tylko płacz najbliższych towarzyszył dziesięciu
ciałom, łagodnie kołysanym ciepłą bliskowschodnią bryzą.
Nie zdziwiło mnie zbytnio to milczenie zgromadzonych. Miałem
nieszczęście być świadkiem wielu egzekucji - kilku przez rozstrzelanie,
dwóch przez powieszenie oraz takiej, w której sędziwego mężczyznę
przypięto do krzesła elektrycznego, by, jak mawiają strażnicy pilnujący
cel śmierci, "przejechał się na błyskawicy" - i jedno mogę wam
powiedzieć: kto raz zobaczy twarz człowieka, którego wszelkie nadzieje
nagle rozpływają się w wieczności, ten nigdy jej nie zapomni. A pamięć
podsunie mu ten obraz około trzeciej nad ranem, gdy to, czego lęka się
najbardziej na świecie, będzie się skradać ku niemu ciemnymi schodami.
Kilka dni wcześniej w męskiej toalecie hotelu Espinas ów Niemiec
otrzymał zapłatę za listę nazwisk: walizeczkę z fortuną zaklętą w szwajcarskich obligacjach na okaziciela. Nie jestem wierzący - doprawdy
nie znajdziecie nikogo, kto by mnie tak nazwał - ale przed dwoma
tysiącami lat Święty Paweł napisał coś, o czym niełatwo zapomnieć: że to
miłość do pieniędzy jest korzeniem wszelkiego zła. Niewątpliwie tak
właśnie było tamtej nocy w Teheranie.
Zdaniem analityków Agencji od chwili, gdy zdrajca zostawił filiżankę z kawą, stary płaszcz przeciwdeszczowy, dwa niedopałki i zmięty kwit z transakcji kartą kredytową na stoliku w bistrze, by wejść do toalety,
dokonać wymiany, wyjść przez palarnię cygar, wskoczyć do czekającej nań
motorikszy i zniknąć gdzieś w trzewiach miasta, minęły dziewięćdziesiąt
dwie sekundy. Dokładnie tyle potrzebował, by stać się multimilionerem,
zniszczyć sporą siatkę wywiadowczą i podpisać wyrok śmierci na
dziesięcioro kolegów i koleżanek. Był bez wątpienia znakomitym
szpiegiem, a jako wolny strzelec, który sam wyuczył się rzemiosła,
potrafił działać nieszablonowo.
Jak należało się spodziewać, CIA - organizacja pełna wad, lecz od czasu
do czasu zaiste genialna, dla której przepracowałem już wtedy dwanaście
lat - podjęła liczne próby odnalezienia tego człowieka, lecz żadna z nich nawet nie zbliżyła się do szczęśliwego finału. Jako że każdego dnia
spływały nowe raporty o dokonanych przez niego zdradach, jego status
wręcz rósł w oczach, aż wreszcie ów człowiek stał się czymś w rodzaju
mrocznej legendy amerykańskich służb wywiadowczych. Co gorsza, analitycy
kopiący coraz głębiej ustalili, że na przestrzeni lat przybierał tak
wiele fałszywych tożsamości, że w końcu należało powiedzieć sobie wprost
wstrząsającą prawdę: nikt w całej Firmie nie miał pojęcia, kim on
naprawdę jest. I czy w ogóle jest Niemcem.
Jako że jego tożsamość stanowiła zagadkę - a także, jak podejrzewam, z szacunku dla imponującej sztuczki, jaką było jego zniknięcie - jeden z intelektualistów na usługach Agencji nadał mu kryptonim, który szybko
się przyjął. Nazwał go Magiem, być może także na cześć biblijnych trzech
mędrców, którzy wyruszyli na spotkanie z nowo narodzonym Jezusem, niosąc
dary złota, mirry i kadzidła. Innymi słowy, CIA, która niejeden raz
bywała pionierem mrocznej sztuki szpiegostwa, nareszcie spotkała na swej
drodze prawdziwego sztukmistrza, samotnego wilka, który niemal jej
dorównywał.
Ta świadomość frustrowała, rzecz jasna, mężczyznę w drogim garniturze
urzędującego w narożnym gabinecie. Zachęciła go też do wydania rozkazu,
by kontynuowano poszukiwania ze zdwojoną energią. Możecie mi wierzyć: w elitach wywiadowczego światka nigdy nie brakowało testosteronu. Kiedy
jednak nawet zwiększenie nakładów na działania śledcze, wsparte pracą
zespołu starannie dobranych analityków danych i najlepszych operatorów,
nie przyniosło skutku, sprawa Maga trafiła na moje biurko. Był piątek i wybierałem się na dość wczesny lunch w nadziei, że wyprzedzę południowy
tłum - Starbucks w kwaterze głównej CIA w Langley jest zdaniem wielu
najbardziej zatłoczony na świecie. Zdążyłem już zamknąć sejf i wyłączyć
komputer, gdy charakterystyczny sygnał poinformował mnie, że w mojej
skrzynce właśnie wylądowała priorytetowa wiadomość.
Odszyfrowałem ją i zobaczyłem ściśle tajne dokumenty dotyczące zdrady w Teheranie, a zaraz potem upiorne nagranie z publicznej egzekucji
(wykradzione z kamer funkcjonariuszy PAVA) oraz raporty z licznych,
konsekwentnie nieudanych prób schwytania Maga. W osobnej nocie dyrektor
prosił mnie, żebym zapoznał się z dostarczonym materiałem i stawił się w jego gabinecie w poniedziałek przed świtem. Spotkanie o tak nieludzkiej
porze nie było niczym nadzwyczajnym; niektórzy twierdzili, że to stała
sztuczka szefa, który wcale nie jest pracoholikiem, ale lubi sprawiać
takie wrażenie.
Tak się jednak składa, że byli w błędzie: to człowiek silnie zmotywowany
i ambitny, ukształtowany - o czym bardzo niewielu wiedziało - przez
osobliwe, trudne warunki. Zawsze miałem wrażenie, że praca wypełnia mu
emocjonalną pustkę, i szczerze mówiąc, nie była to wyjątkowa sytuacja w Agencji pełnej ekscentryków i indywidualistów.
Dyrektor, choć siwy, był wciąż tym samym rosłym i muskularnym mężczyzną,
który w czasach studenckich błyszczał jako gwiazda lekkiej atletyki.
Znany był wtedy jako Richard Rourke, lecz już od wielu lat nikt go tak
nie nazywał. Dla wszystkich był po prostu Sokołem, odkąd jako młody
agent i członek amerykańsko-izraelskiego oddziału trafił do Iranu z misją zniszczenia wirówek do wzbogacania paliwa jądrowego, usytuowanych
w niedostępnych górach opodal miasta Natanz.
Wyprawa skończyła się katastrofą, a Rourke, choć był najmniej
doświadczonym członkiem zespołu, wykazał się nie tylko nadzwyczajną
odwagą, ale i wyjątkowym opanowaniem w ekstremalnych warunkach: co
najmniej pięciu Irańczyków pracujących dla Agencji zawdzięczało mu
życie. W środowisku tajnych służb szybko rozniosła się wieść o jego
brawurowej ucieczce w środku nocy i pod ostrzałem. I już na zawsze
pozostał Sokołem, odkąd przemknął pick-upem przez granicę z Irakiem,
wioząc na pace połowę siatki miejscowych współpracowników.
Przeszywające spojrzenie i mocno zaznaczona linia szczęki czyniły zeń
raczej dominatora niż przystojniaka, lecz jedno było pewne: w życiu nie
spotkałem lepiej ubranego mężczyzny. Bez względu na porę i okoliczności,
czy to z rana w gabinecie, czy późną nocą w centrum operacyjnym,
nieodmiennie miał na sobie ręcznie szyty garnitur marki Brioni, koszulę
Charvet i jedwabny krawat. Nawet jego kolekcja spinek do mankietów była
ósmym cudem świata.
Gdy wycofał się z działalności operacyjnej, poświęcił kilkadziesiąt lat
na wspinaczkę śliską ścieżką waszyngtońskiej hierarchii; garnitury i reszta wizerunku stanowiły nieodzowny element tej gry. W korytarzach
władzy i salonach elity Georgetown miał opinię człowieka spełnionego i wyrafinowanego, solidnej i eleganckiej pary rąk.
Był już dobrze po sześćdziesiątce, gdy otrzymałem wezwanie do jego
gabinetu. Prawdę mówiąc, nie byłem specjalnie zaskoczony. Słyszałem
plotki, że ostatni etap poszukiwań Maga nie przyniósł lepszych efektów
niż poprzednie, więc oczekiwałem, iż prędzej czy później ktoś z wyżyn
służb wywiadowczych uświadomi sobie oczywistą prawdę: że to ja posiadam
odpowiednie umiejętności, by skierować pościg na nowe tory.
Dziwnym zbiegiem okoliczności należałem do nielicznej grupy szpiegów
wyspecjalizowanych we wkraczaniu do tak zwanych Regionów Niedostępnych -
miejsc pozostających pod całkowitą kontrolą wrogich sił, takich jak
Rosja, Syria, Korea Północna, Iran oraz część Pakistanu opanowana przez
plemiennych watażków - toteż wiedziałem więcej o tym, jakie opcje ma do
wyboru ścigany człowiek, któremu grozi pewna śmierć.
Krótko mówiąc, Mag zapewne wiedział, jak się ukryć. Podobnie jak ja.
2
Moje doświadczenie i wyjątkowe umiejętności sprawiły, że w ów niczym się
niewyróżniający piątek, zamiast pospieszyć na lunch, musiałem przejrzeć
całkiem sporo ściśle tajnych dokumentów.
Gdy otworzyłem pierwszy, znieruchomiałem, bo wydarzyło się coś dziwnego
- w moim biurze zapadła cisza, jakiej nigdy dotąd nie zaznałem.
Wyjrzałem przez okno. Wiatr, który nabierał już charakteru zimowej
wichury, nagle ustał i smętne resztki liści na gałęziach drzew nie
trzepotały w dzikim rytmie. Ktoś przesądny albo religijny powiedziałby
pewnie, że owa osobliwa cisza była znakiem: oto wszechświat domaga się
mojej uwagi, a planety w kosmosie układają się w sekretny wzór, bo pan
szpieg otworzył ściśle tajny dokument.
Na szczęście ja nie miewałem takich złudzeń. W dawno minionym życiu
uzyskałem stopień naukowy na bardzo szacownej uczelni i zawsze byłem
racjonalistą. Tego roku zima uderzyła w Wirginię z wielką siłą; w większość poranków ziemia była solidnie zamarznięta i kilka razy
widziałem drzewa okryte lodowymi egzoszkieletami. Dlatego wiedziałem, co
tak naprawdę oznacza ta cisza: w okolicy mocno sypał śnieg i jak to
zwykle bywa, wytłumił hałasy świata.
Pomyślałem z niepokojem, że czeka mnie powrót do domu w nadciągającej
burzy śnieżnej, ale zamknąłem żaluzje i słuchając coraz mocniejszych
porywów wiatru, pochyliłem się nad dokumentami. Gdy po sześciu godzinach
skończyłem, siadłem w gęstniejącym mroku, dumając o tym, jak trudno
będzie odnaleźć Maga.
Nie miałem wątpliwości, że sprawa będzie tym bardziej skomplikowana, iż
nasz zdrajca, na długo przedtem, nim wszedł do toalety w teherańskim
hotelu, musiał przygotować sobie cały zestaw nowych tożsamości i kryjówek; mnogość nazwisk i miejsc, które mógł wykorzystywać i porzucać
wedle uznania, aż stwierdzi, że zdołał zatrzeć ślady i na zawsze
przepaść gdzieś w wielkim świecie. Według danych Agencji planetę
zamieszkiwało wtedy co najmniej dwieście milionów białych mężczyzn w średnim wieku. Dla agenta wywiadu próbującego znaleźć wśród nich tego
jednego jedynego istotnie był to wielki świat.
W jego teczce przechowywanej w Langley nie brakowało zdjęć i informacji
biometrycznych, lecz byłem pewny, że natychmiast po ewakuacji z Teheranu
Mag udał się do którejś z urokliwych miejscowości w szwajcarskich górach
- może do Gstaad, a może do Villars-sur-Ollon - gdzie nie brakuje nie
tylko nieprzyzwoicie drogich szkół z internatami, ale także przybytków o zgoła odmiennym profilu. Głęboko w dolinach działają tam kliniki, które
nie reklamują się szumnie, a ich specjalnością, prócz dyskrecji, jest
chirurgia na światowym poziomie. To tam rodziła kochanka Władimira
Putina. Tam też, gdyby tylko Rosjanie zechcieli wydać fortunę na swego
pupila, mógłby on otrzymać nową twarz, inną linię włosów, chirurgicznie
zmienione linie papilarne, a nawet magnetyczne implanty goleni, które
dodałyby mu kilka cali wzrostu.
Siedząc samotnie w biurze, uświadomiłem sobie, że rozkazano mi wytropić
białego mężczyznę nieokreślonego wzrostu, niejasnej narodowości i nieznanego nazwiska, o twarzy, której nigdy nie widzieliśmy,
zostawiającego odciski palców, które nie należą do niego, a w dodatku
przebywającego w dowolnym miejscu na Ziemi. Być może w jego przeszłości
dałoby się odnaleźć jakiś detal, który pomógłby go namierzyć, lecz
przecież tak naprawdę nie wiedzieliśmy, kim był Mag. W Turcji mają dobre
określenie na tego rodzaju misje: czekało mnie kopanie studni za pomocą
igły.
Wstałem, podszedłem do okna i rozchyliłem żaluzje. Spodziewałem się
ujrzeć wir śnieżnej burzy i zaspy, ale zobaczyłem jedynie gałęzie drzew
kołyszące się lekko na wietrze. Dziwne, pomyślałem. Zapadła cisza jak
przed burzą, która jednak nie nadeszła. Nie roztrząsałem tego zbyt
długo. Przyszło mi na myśl, że poszukiwanie Maga to ciekawe zadanie, ale
jeśli wyłączy się zeń czynnik zemsty i wpływ testosteronu, tak naprawdę
nie będzie w tym wielkich emocji: ten człowiek zniknął, żył poza
systemem i dla nikogo nie stanowił już zagrożenia.
Spoglądając na szkielety drzew, wspomniałem też słowa ojca, który wtedy
nie żył już od dziesięciu lat: "Jeśli szukasz zemsty, wykop od razu dwa
groby". Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zasugerować Sokołowi, że
będzie lepiej dla Agencji, jeśli zajmie się poszukiwaniem obecnych
zdrajców, a nie tych z przeszłości. Na szczęście coś mnie powstrzymało.
Podążyłem więc śladem Maga i jeden z nieistotnych przedmiotów
pozostawionych przezeń na stoliku w hotelu Espinas zaprowadził mnie aż
na tę wyspę na Morzu Egejskim. Wiedziałem, że żyje samotnie, więc czując
na plecach ciepło południowego słońca, minąłem kaskadę czerwonych
bugenwilli zdobiącą boczną ścianę domu i z czarnym sig sauerem kalibru 9
milimetrów w dłoni otworzyłem drzwi do piwnicy. Bezszelestnie
spenetrowałem kilka pomieszczeń, nim trafiłem do kuchni. Stał tam,
gotując makaron na gazowym palniku i cicho podśpiewując włoską balladę
miłosną. Jak się okazało, wcale nie był Niemcem.
Urwał w pół nuty, wyczuwszy moją obecność, i odwrócił się w stronę
jadalni. Spojrzeliśmy na siebie oddzieleni trzydziestoma stopami
balsamicznego śródziemnomorskiego powietrza, a potem mój przeciwnik bez
wahania zrobił pół kroku i jego lewa ręka na moment zniknęła mi z oczu.
Jednym ruchem przesunąłem bezpiecznik i napiąłem mięśnie palca
spoczywającego na spuście...
Dalej nie doszedłem. W ułamku sekundy między obrazem, który
zarejestrowało moje oko, a reakcją ręki Mag popisał się imponującym
osiągnięciem naszego rzemiosła: sprawił, że na wpół ogłuszony hukiem
poleciałem na plecy. Dałem mu w ten sposób całe dwadzieścia sekund na
to, by mógł wybiec do ogrodu. Znowu uciekał. Znowu zrobił to, w czym był
mistrzem: zniknął.
Czas pokazał, że prawdziwe znaczenie owych godzin, które spędziłem na
wyspie, nie miało nic wspólnego z tym, czy go wytropiłem i czy Agencja
zdołała dokonać upragnionej zemsty. Nie. Ich znaczenie było zgoła inne:
całkiem przypadkowo Mag nauczył mnie szpiegowskiego arcydzieła,
genialnej sztuczki, która w przyszłości ocaliła mi życie.
Ponad rok później, podczas misji znacznie ważniejszej i bardziej
wyczerpującej niż cokolwiek, czego się wcześniej podjąłem, przebyłem
oceany czasu w krainie rządzonej strachem, do ruin niegdyś imponującego
kompleksu przemysłowego. Był to rosyjski ośrodek usytuowany na
terytorium dawnej sowieckiej republiki Kazachstanu. Pewnie mało kto dziś
o tym pamięta, ale to tam rodzaj ludzki osiągnął jedne ze swoich
największych sukcesów. Tam też przyszło mi stoczyć brutalną walkę wręcz,
w której nie miałbym szans i pewnie stanąłbym w obliczu wieczności,
gdybym w porę nie przypomniał sobie sztuczki Maga. Nigdy mu nie wybaczę
teherańskiej zdrady, ale bez wątpienia jestem też jego wielkim
dłużnikiem, a jeśli uwzględnić wagę tamtej misji, wdzięczność jest mu
także winien cały świat. Ot, kolejny przykład - jeśli komuś jeszcze mało
- niezrównanej ironii losu.
Dramatyczny finał misji rozegrał się na terenie historycznego, obecnie
zrujnowanego kosmodromu Bajkonur, ale jej początków trzeba szukać
tysiące mil dalej, w dzikiej krainie bezprawia, gdzie zbiegają się
granice Iranu, Afganistanu i Pakistanu. To trójkąt śmierci, jeden z Regionów Niedostępnych, w którym niedościgłe sokoły wędrowne przecinają
o świcie niebo w poszukiwaniu zdobyczy, a średnią długość życia szpiegów
mierzy się w dniach.
Udałem się tam na spotkanie z informatorem gotowym podzielić się
licznymi sekretami jednej z najbardziej niebezpiecznych organizacji
terrorystycznych. Nie powiem wam, że był odważnym człowiekiem - żądał
pieniędzy i paszportów, by zapewnić żonie i dzieciom lepsze życie - ale
jednego byłem pewny: gdyby go zdemaskowano, nikt nie dałby funta kłaków
za to, że mnie przeżyje.
4
Jak to często bywa w wywiadowczym światku, moją misję zapoczątkowało na
pozór trywialne zdarzenie. Pewien człowiek, który chciał naprawić
klimatyzację w swoim samochodzie, natrafił na karteczkę z numerem
seryjnym i danymi adresowymi, przyklejoną na odwrocie części zamiennej.
Możliwe, że dla kogoś innego w całym wielkim świecie ten epizod
absolutnie nic by nie znaczył, lecz ów mężczyzna nie był byle kim, a skrawek papieru, przynajmniej pod jednym względem, okazał się bardzo
istotny.
Człowiek, o którym mówię, był wiernym żołnierzem bodaj najszybciej
rosnącej organizacji terrorystycznej zwanej Nową Islamską Armią
Czystych. Jej korzenie tkwiły głęboko w religijnym fundamentalizmie i szczerej nienawiści do Zachodu. Pod tym względem nie była niczym
niezwykłym - istnieje wszak mnóstwo podobnych grup - lecz Armia Czystych
stanowiła najnowsze wcielenie najbardziej brutalnej organizacji
terrorystycznej współczesnego świata.
Wbrew temu, co twierdzili przywódcy wielu krajów, Państwo Islamskie,
czyli ISIS - okrutny twór, który powstał na zgliszczach Syrii i Iraku -
w sensie militarnym nigdy nie zostało pokonane. Atakowane ze wszystkich
stron uczyniło to, co od zawsze czyniły organizacje powstańcze i terrorystyczne: rozproszyło się na cztery wiatry. Innymi słowy, rak
dokonał metastazy.
W rezultacie powstało pięć głównych odłamów, a przywódcy najlepszych z nich - albo najgorszych, w zależności od punktu widzenia - nazwali się
Armią Czystych, ruszyli na południe i znaleźli schronienie wśród
granitowych kolumn i prastarych wiosek, w zacisznych dolinach na
pograniczu irańsko-pakistańskim. "Po co Bóg stworzył to miejsce?" "Bo
chciał poprawić wizerunek Afganistanu", żartowano niegdyś.
Obserwacja satelitarna, hakowanie telefonów na skalę przemysłową oraz
masowa identyfikacja twarzy - w ściśle tajnej odmianie pozwalającej na
rozpoznawanie ludzi z orbity, z odległości ponad dwustu mil - dowiodły,
że Armia Czystych przyciąga zwolenników i bojowników szybciej, niż się
spodziewali nawet najwięksi pesymiści w Langley. U szczytu potęgi w szeregach ISIS walczyło ponad trzydzieści tysięcy obcokrajowców. Wielu z nich, nabywszy wielkiego doświadczenia, wyruszyło nadmorską autostradą z Karaczi albo starymi szlakami opiumowymi z serca Afganistanu, by wstąpić
do Armii Czystych.
Dla tysięcy mężczyzn i kobiet w Langley, którzy po jedenastym września
poświęcili swe zawodowe życie monitorowaniu ruchomych piasków i ukrytych
prądów islamskiego fundamentalizmu, prawda była coraz bardziej
ewidentna: oto na ich oczach rodziło się coś równie przerażającego jak
ISIS albo - co gorsza - równie niebezpiecznego jak Al-Ka'ida Usamy ibn
Ladina. Jednakże ci sami analitycy wiedzieli również, że wojownicza
retoryka i bataliony ochotników to tylko fasada. Bez jednego kluczowego
elementu dowolna grupa islamskich fundamentalistów niczym się nie różni
od jednej z trzystu zbrojnych milicji działających w Ameryce - ludzi
lubiących się przebierać w mundury w piątkowe wieczory i spędzać
weekendy na "desancie" w podmiejskich lasach. Organizacja, która chce
uchodzić za ziarno, a nie plewy, za prawdę, a nie fałsz, musi
zaatakować. Im trudniejszy cel, tym większa chwała, a żaden nie jest
trudniejszy niż Ameryka. Ibn Ladin odniósł spektakularny sukces i stał
się punktem odniesienia dla wszystkich grup terrorystycznych, które
chciały pójść jego śladem. Choć niełatwo to przyznać, w pewien sposób -
choć ostatnie ślady ataku z jedenastego września dawno już uprzątnięto -
nadal żyjemy wśród ruin bliźniaczych wież. Jak zauważył pewien historyk,
wspominając o epidemiach, zmianach klimatycznych, katastrofalnych
huraganach, niespotykanych wcześniej powodziach oraz narastającej fali
terroryzmu, zaiste żyjemy w Erze Paniki.
Sześć godzin po tym, jak analitycy przedstawili swój ściśle tajny raport
o powstaniu Armii Czystych i sprawili, że pomarańczowe światło alarmu
antyterrorystycznego w strukturach Agencji zaczęło migotać czerwienią
jak szalone, do Stacji Kabul, potężnej bazy operacyjnej CIA w Afganistanie, zaczęły docierać pierwsze szeptane sygnały. Wkrótce był to
już cały chór szeptów.
Niekiedy wracam myślą do czasów, w których byłem nowicjuszem
szpiegowskiego rzemiosła. Płynąłem wtedy frachtowcem po Morzu
Andamańskim u wybrzeża Tajlandii. Nie mogłem zasnąć - denerwowałem się
czekającą nas akcją: miałem przeniknąć do Mjanmy i spotkać się z grupą
przywódców rebelii - więc wyszedłem na pokład i stanąłem przy relingu.
Była to jedna z tych krystalicznych nocy, które cieszą kontrolerów ruchu
lotniczego: głęboka cisza, niebo bez jednej chmury i leciutki wiatr
oczyszczający powietrze i odsłaniający gwiazdy.
Śruba pracowała miarowo, sprawiając, że miliardy morskich żyjątek
rozjaśniały toń oceanu fosforyzującym blaskiem. Mając Drogę Mleczną nad
sobą i Drogę Mleczną pod sobą, sunąłem niczym po morzu świec i była to
idealna metafora mojego świata tajemnic. Szpiedzy także poruszają się po
dziwnych, nieznanych wodach, lecz otaczają ich nie gwiazdy i morskie
stworzenia, ale strzępy informacji. Sama sztuczka jest jednak podobna:
nie wolno skupiać uwagi na płomykach świec; trzeba starać się ogarnąć
światło, które dają.
Po tygodniach wsłuchiwania się w chór szeptów nasi ludzie ze Stacji
Kabul uczynili to, co do nich należało: spojrzeli ponad płomykami i dostrzegli, co się święci. Armia Czystych planowała poważną akcję, akt
terroryzmu zakrojony na wielką skalę, wzorem najmroczniejszych ataków z przeszłości.
W wywiadowczym światku funkcjonuje specjalne określenie zastrzeżone dla
akcji terrorystycznych o globalnym wymiarze: ewenement. W Stacji Kabul
nikt nie miał wątpliwości, że to właśnie taki przypadek.