ROZDZIAŁ 2
Suterena domu Podgórskich w Lipowie.
Piątek, 22 lipca 2016. Godzina 11.30.
Daniel Podgórski
Daniel Podgórski otworzył oczy. Gdzieś w półśnie wydawało mu się, że dzwoni telefon. Uniósł się powoli na ramieniu. Blizna po postrzale znowu zabolała. W głowie łupało. Pamiątka po kolejnej mocno zakrapianej nocy.
Odetchnął głębiej. Teraz był już pewien, że słyszy telefon. Mimo to opadł z powrotem na łóżko. Leżał, wpatrując się w sufit nad sobą. Wokół panował półmrok i nieprzyjemny zaduch. Okna mieszkanka w suterenie domu matki nigdy nie wpuszczały zbyt wiele światła, ale ostatnio zupełnie nie zawracał sobie głowy, żeby chociaż odsłonić zasłony. Ostre letnie słońce nieprzyjemnie go raziło. Zdecydowanie wolał poczekać do wieczora, aż zapadnie bardziej wyrozumiały zmrok.
Zresztą po co miałby wychodzić w ciągu dnia. Odkąd został zwolniony z policji, pracował na pół etatu jako stróż w ośrodku wczasowym Słoneczna Dolina nad Bachotkiem. Nocna robota. Wystarczyło, że siedział w stróżówce i patrzył w ciemność. Najczęściej z butelką w dłoni.
Telefon znowu zadzwonił. Daniel zignorował go i sięgnął do przepełnionej popielniczki po wczorajszego papierosa. Dobrze, że zostawił go na czarną godzinę. Usiadł i zapalił powoli. Zaciągnął się głęboko. Czekał, aż nikotyna zacznie działać.
Rozejrzał się po pokoju. W poszukiwaniu butelki oczywiście. Chyba z wczoraj coś jeszcze w niej zostało. Dyżur w stróżówce miał dopiero pojutrze, więc dziś może spędzić dzień na piciu. Jakie to ma znaczenie, skoro całe Lipowo wydało już na niego wyrok.
Kilka butelek stało w rogu pokoju. Najwyraźniej wczoraj je ustawił, i to z perwersyjną dokładnością. Niemal pod linijkę. Kogo to może obchodzić, przebiegło mu znowu przez myśl. Skoro i tak sięgnął dna, nie było już gdzie dalej spadać.
A może było... Niewyraźnie przypomniał sobie, że Weronika przyszła tu wczoraj wieczorem i pomogła mu się położyć. Na samą myśl ogarnął go wstyd. Może powinien sobie przyrzec, że to już się więcej nie powtórzy, ale dawno to sobie odpuścił. Oszukiwanie samego siebie. Po co to komu?
Telefon zadzwonił po raz trzeci. Daniel sięgnął po niego niechętnie. Był niemal pewien, że nie zapłacił rachunku. Pewnie wkrótce go wyłączą i nie będzie kłopotu. Nie będą go budziły natrętne dzwonki.
Zerknął na wyświetlacz. Emilia. Po co dzwoniła? Odkąd stracił robotę, a Strzałkowska wróciła do prokuratora Gawrońskiego, rzadko rozmawiali. Co najwyżej wtedy, kiedy Podgórski zaglądał do Łukasza. Niezbyt często, bo nie wyglądało na to, żeby syn miał wielką ochotę go widzieć. Chyba wolał wiecznie eleganckiego Gawrońskiego. Wszechmogącego prokuratora.
Odchrząknął, żeby nadać swojemu głosowi normalne brzmienie.
- Halo?
- Daniel? - odezwała się Strzałkowska. - Obudziłam cię?
W jej głosie pobrzmiewał ton podejrzliwości. Musiała doskonale wiedzieć, co robił wczoraj. Przedwczoraj i przed przedwczoraj zresztą też. Wszyscy wiedzieli.
- Nie. Dawno wstałem - skłamał. Miał nadzieję, że gładko.
Po drugiej stronie słuchawki panowała przez chwilę cisza.
- Przepraszam, że ci przeszkadzam - powiedziała w końcu ostrożnie policjantka.
- Nie przeszkadzasz - mruknął. - Coś się stało?
To było głupie pytanie. Przecież nie dzwoniłaby ot tak. Ostatnio nikt do niego nie dzwonił bez powodu. Oprócz Weroniki.
- Nie podwiózłbyś mnie i Łukasza do Brodnicy? - zapytała nieco przepraszającym tonem. - Na obchody.
Zgasił wypalonego już po sam filtr papierosa. Ręka mu drżała, a w ustach czuł niesmak. Jaki to dziś dzień?, przebiegło mu przez myśl pełne goryczy pytanie. No pewnie. Dwudziesty drugi lipca. Wojewódzkie Święto Policji. Obchodzone w tym roku właśnie u nich. W Brodnicy.
To go nic a nic nie obchodziło. Ani, kurwa, troszeczkę. Wisi mu to. Tak samo jak to, że Cybulski wyrzucił go z firmy2. Dobrze, że chociaż Gawroński nie zdecydował się postawić zarzutów. Dosłownie w ostatniej chwili zrezygnował.
- Daniel? - Emilia wyraźnie się zawahała. - Chyba nie powinnam była dzwonić...
- A ten twój prokurator nie może cię zawieźć? - przerwał jej Podgórski.
To było dziecinne zagranie, ale nie mógł powstrzymać odrobiny sarkazmu.
- Leon nie może. Przyjechał komendant wojewódzki i zajmują się nim razem z Cybulskim. Myślałam, że zabiorę się z Markiem, ale nie ma miejsca.
Znowu przepraszający ton. Wyglądało na to, że naprawdę żałuje, że zadzwoniła. To dało Podgórskiemu odrobinę ponurej satysfakcji.
- Marek bierze całą rodzinę - dodała. - Jadą Ewelina z Andżeliką i Zuzią. Nieoczekiwanie Łukasz powiedział, że też chce na mnie popatrzeć, więc się nie zmieścimy. Ale może zadzwonię do Kamińskiego, żeby...
- Przestań - przerwał jej. - Zawiozę was.
On też popatrzy sobie, jak koledzy dostają nominacje, kiedy on jest skazany na siedzenie w stróżówce i zalewanie się w trupa. Wspaniale. Po prostu, kurwa, zajebiście. Mimo to coś go pchało do Brodnicy. Może ta sama perwersyjna pogarda dla samego siebie, która kazała mu ustawić butelki w równym rządku. Prawdopodobnie.
Emilia odchrząknęła.
- Jesteś w stanie...?
Nie dokończyła pytania. Ogarnął go gniew. Dzwoniła do niego. Nagle. Po długiej przerwie. Z prośbą o przysługę. I coś jej nie pasowało?
- Czy jestem w stanie co? - warknął.
- Pytam, czy jesteś trzeźwy - odpowiedziała równie gniewnie. - Czy jesteś w stanie prowadzić? A może po prostu pożyczysz mi samochód?
Daniel tylko się zaśmiał. Upadł co prawda nisko, ale nie aż tak, żeby oddać komukolwiek kluczyki od subaru. Tym bardziej że miał wrażenie, że auto to jego ostatni łącznik z normalnością.
- To jesteś trzeźwy czy nie?
- A jaki mam być? - skłamał znowu. Kac się przecież nie liczył. Zanim dojedzie do miasta, będzie świeży jak skowronek. - Jest jedenasta rano.
- To ma mnie uspokoić?
- Wczoraj byłem w pracy na noc. Nie piłem - kolejne kłamstwo. - Będę za chwilę.
- Dzięki. - Rozłączyła się bez dalszych pytań. Bez pożegnań.
Daniel wstał z łóżka i poszedł do małej wnęki łazienkowej. Tu było jeszcze gorzej niż w pozostałej części mieszkanka. Wszystko lepiło się od brudu. Jak przez mgłę pamiętał, że Weronika proponowała mu wczoraj pomoc w sprzątaniu. Znowu ogarnął go wstyd.
Ochlapał twarz zimną wodą i umył dokładnie zęby. Spojrzał na siebie w lustrze. Ostatnio tego unikał. Chociażby dlatego, że nie było na co patrzeć. Oczy podkrążone, a skóra blada. Brodę dawno trzeba było przyciąć. Kiedyś tak o nią dbał. Kiedyś.
Nie tylko twarz wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy. Całe ciało zdawało się zapadać w sobie. Z wypracowanych na siłowni kilka miesięcy temu mięśni nie zostało nawet śladu. Zabawne, jak muskulatura błyskawicznie zanika. Na piersi i brzuchu czerwieniły się źle zagojone blizny. Pamiątka po postrzale podczas śledztwa dotyczącego domu czwartego. Wszystko to nadawało mu wygląd osoby, którą kiedyś sam pewnie zamknąłby w hotelu3 na jakiś czas.
Ubrał się szybko. Czarna koszulka i krótkie bojówki wisiały na wychudzonym ciele. Mocniej zaciągnął pasek. To musiało wystarczyć. Przymknął oczy, wychodząc na dwór. Letnie słońce raziło niemiłosiernie.
Ruszył szybko do samochodu. Nie tylko dlatego, że w schowku czekały na niego ciemne okulary. Miał nadzieję, że matka jest już na posterunku w Lipowie. Każdą hańbę mógł znieść, ale nie tę odbitą w jej oczach. Tam ciągle malowało się krótkie, acz znaczące pytanie: dlaczego. Przecież był synem policyjnego bohatera, a kiedyś szefem ich małego posterunku. Po co pchał się do Brodnicy? Dlaczego popełnił tyle błędów? Dlaczego już nie jest policjantem? Dlaczego pije i psuje dobre imię tak zacnej rodziny?
Wsiadł do subaru i założył te pieprzone okulary. Świat zdawał się teraz nieco bardziej znośny. Przekręcił kluczyk. Letnie powietrze rozdarł znajomy bulgot silnika. Dawniej czuł dreszcz radości, kiedy go słyszał. Teraz martwił się, jak długo będzie miał fundusze, żeby nalać kilka litrów paliwa do baku.
Podjechał pod dom Emilii w kilka minut. W Lipowie wszędzie było przecież blisko. Na podjeździe stała już honda Marka Zaręby. Ewelina zamachała mu z miejsca pasażera. Dziewczynki siedzące z tyłu powtórzyły gest matki.
Sam Marek stał oparty o samochód. W błyszczącym galowym mundurze z nowymi pagonami sierżanta sztabowego. Emilia wyglądała równie elegancko z gwiazdką młodszego aspiranta na ramionach i czapce. Podgórski odwrócił wzrok. Rozpamiętywanie tego wszystkiego nie miało sensu. Teraz był cywilem. Nocnym stróżem w ośrodku. Nikim więcej. Powinien się z tym pogodzić. Im szybciej, tym lepiej.
- Cześć, szefie! - zawołał Marek.
Szefie. Zaręba powiedział tak chyba z przyzwyczajenia. Zaraz też odwrócił wzrok, chyba próbując ukryć zmieszanie. Daniel kiwnął mu głową.
- Cześć, Młody. - Starał się nadać swojemu głosowi wesołe brzmienie. Iluzja, że jest jak dawniej, dawała chwilową ulgę.
- Dzięki, że się zgodziłeś - powiedziała Emilia sztywno.
- Czemu miałbym się nie zgodzić? - odparł Podgórski jakby nigdy nic. Odwrócił się w stronę syna, który stanął właśnie w drzwiach. - Cześć, stary.
Łukasz wzruszył ramionami. Bez słowa. Miał prawie siedemnaście lat. Wzrostem dogonił już niemal Daniela.
- To co, jedziemy? - zapytał Podgórski wobec tego braku odzewu. Znów silił się na wesołość. Równie dobrze może ciągnąć tę grę. Nic go przecież, kurwa, nie obchodzi.
Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, zza zakrętu wyszła grupka kobiet. Daniel westchnął pod nosem. Na ich czele szła matka. Przecież powinna być na posterunku. Czekać na telefony w recepcji. Co ona tu robiła?
Maria Podgórska niosła półmisek z ciastem. Nawet z tej odległości czuł silny zapach jabłek i cynamonu. Jej specjalność. Szarlotka z kruszonką według receptury, której nie zdradzała nikomu. Nawet najbliższej przyjaciółce.
Pani Solicka zaglądała jej teraz przez ramię, jakby uważała, że wyczyta tajemnicę z samego patrzenia na wypiek. Gospodyni księdza jak zwykle miała włosy w odcieniu fioletu. Była zbyt dumna, żeby przychodzić do nowomodnego salonu Eweliny, o czym fryzjerka nie omieszkała napomykać z krzywym uśmieszkiem.
Za dwiema starszymi paniami szły Roma i Tamara Szymańskie z ciastkarni niedaleko kościoła. Na ich twarzach malował się gniew. Właściwie nic nowego. Należały do tych, którzy z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu nienawidzili policji. Nawet jeżeli nie było konkretnej przyczyny, nie przepuściły okazji, by rzucić się z pyskiem. Było w Lipowie jeszcze kilkoro takich artystów. Kalinowscy na przykład.
- Dzień dobry, pani Mario! - zawołał Marek. - Czyżby to ciasto dla nas?
- Nie tym razem, Mareczku. - Matka uśmiechnęła się do młodego policjanta. Daniela ominęła wzrokiem. Prawie ze sobą nie rozmawiali, mimo że mieszkali w jednym domu. - Ale znajdzie się i dla was, jak wrócicie z Brodnicy. Upiekłam dużo.
- Maria niosła szarlotkę do ciastkarni - wtrąciła się pani Solicka. Szymańskie nienawidziły policji, ale nie miały nic przeciwko temu, by sprzedawać wypieki matki Daniela. Pewnie na nich zarabiały. Maria miała zbyt miękkie serce, żeby im nie pomagać. - Po drodze Maria wstąpiła do mnie. No i spotkałyśmy panie.
Solicka wypowiedziała ostatnie słowo z wyraźną pogardą. Jakby Roma i Tamara nie zasługiwały na to określenie. Matka i córka, które dzieliło tylko piętnaście lat. Dla ciotki to było nie do zaakceptowania. Daniel uśmiechnął się pod nosem. Tak samo jak to, że Tamara urodziła swojego syna równie młodo.
O ile Roma starała się pozować na elegancką sześćdziesięciolatkę w typie Krystyny Jandy, o tyle Tamara wiecznie goniła za przemijającą młodością. W wieku czterdziestu kilku lat ubierała się jak nastolatka. Trzeba powiedzieć, że z dość opłakanym efektem. Jeśli Podgórski miał teraz prawo kogokolwiek oceniać.
- Mówiliście, że to był wypadek! - zawołała teraz. Miała niski, ładny tembr głosu, który ostro kontrastował z farbowanymi na blond włosami i przykrótką spódniczką. - Mówiliście, że mój syn został potrącony! Dlaczego kłamaliście? Ale co ja się dziwię? Pieprzone, kłamliwe psy!
Pokazała palcem najpierw Emilię, a potem Marka. Daniel zauważył, że wskazani wymienili zaskoczone spojrzenia. Wiedział, że syn Tamary zginął w wypadku samochodowym we wtorek nad ranem. Wszyscy w Lipowie wiedzieli. Takie wieści rozchodziły się tu szybko. Mimo że do zdarzenia doszło w okolicach Lidzbarka, a nie tu we wsi.
Swoją drogą chłopak nie miał szczęścia. Trafił do więzienia, kiedy policja złapała go na gorącym uczynku podczas włamania w Szabdzie. Odsiedział wyrok i w poniedziałek wrócił do domu, jakby tylko po to, żeby w nocy zginąć pod kołami jakiegoś kierowcy.
- Bardzo nam przykro - zaczęła Strzałkowska uspokajająco. - Wiem, że to dla pań ogromna strata... Naprawdę doskonale to rozumiem. Straciły panie syna i wnuka. To wielki cios.
- A gówno rozumiesz - oburzyła się Roma. Przekleństwo nie pasowało do jej eleganckiego ubioru.
Po twarzy Emilii przebiegł krótki grymas. Daniel był prawie pewien, że jego twarz wyglądała teraz podobnie. Oni też stracili dziecko. Doskonale rozumieli tę stratę. Od śmierci córeczki zaczął się jego upadek. Aż Podgórski znalazł się tu, gdzie był teraz.
- Psom nigdy nie można ufać! - warknęła Tamara pod nosem i poprawiła minispódniczkę. Jej długie blond włosy rozwiał wiatr. - Dlaczego kłamaliście?
- Spokojnie, proszę pani - obruszył się Marek. - Kłamaliśmy? Nie za bardzo rozumiem, o czym pani mówi.
Maria Podgórska odchrząknęła głośno. Wszyscy odwrócili się w jej stronę.
- Ludzie z warmińsko-mazurskiego zrobili sekcję zwłok - wyjaśniła. - Panie dostały telefon z nowymi informacjami.
- Tak właśnie - rzuciła gniewnie Tamara. - Chociaż wy pewnie wiedzieliście dużo wcześniej. Czy może się, kurwa, mylę? Kto chciał zabić mojego syna? Kto? Oczekuję, że mi to wyjaśnicie.
Znowu wskazała palcem Emilię i Marka. Miała pomalowane na czerwono paznokcie. Przypominały Danielowi krew.
- Skąd pomysł, że ktoś chciał zabić Cypriana? - zapytał, włączając się do dyskusji. Stary nawyk. Nie mógł się powstrzymać.
- Po południu macie służbę - powiedziała Maria Podgórska, ignorując go. Skinęła głową w stronę Emilii i Marka. - Paweł do was zadzwoni ze szczegółami.
- Przecież jest święto, mieliśmy mieć wolne - zareagował Zaręba. - Obiecałem Ewelinie i dziewczynkom, że gdzieś to uczcimy.
- Ale Paweł zdecydował inaczej - ucięła matka.
Starsza pani mówiła łagodnym głosem, ale w jej tonie było coś takiego, że nikt nigdy nie ośmielał się jej sprzeciwić. Marek kiwnął głową.
- Kamiński - mruknął tylko. Wyglądał na zawiedzionego i wcale tego nie ukrywał.
Daniel zapalił papierosa. Nic go, kurwa, nie obchodziło, że posterunkiem w Lipowie kierował teraz Paweł. Człowiek, o którym można by powiedzieć wszystko, ale nie to, że był dobrym policjantem. Nie moja sprawa, pomyślał cierpko.
- Rozumiem, że po południu powiedzą nam coś konkretnego? - odezwała się Roma. Tamara pokiwała głową na poparcie słów matki. - Dlaczego ktoś chciał zabić mojego wnuka?
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
2 Firma (slang) - policja.
3 Hotel (slang) - areszt.