ROZDZIAŁ 1
Cmentarz w Rarogach.
Sobota, 31 października 2020.
Godzina 9.10.
Weronika Podgórska
W powietrzu czuć było wyraźny zapach wilgoci. Nie tylko po wczorajszym deszczu, nasiąkniętych wodą jesiennych liściach i wietrze dmuchającym od jeziora Robotno. Tak pachnie mokra ziemia. Weronika Podgórska wpatrywała się w kobietę rozkopującą świeżą mogiłę.
- Ona żyje! - krzyczała Alina Konopka. - Nie rozumiecie?! Dominika żyje!
Niczym w amoku kobieta rozrzucała ziemię wokoło. Na jej twarzy malował się wyraz rozpaczy. Weronika zadrżała. Ten widok przejmował do szpiku kości. Bardziej niż chłodne jesienne powietrze.
Usłyszała głośne westchnienie po prawej stronie. Spojrzała kątem oka na byłą teściową. Starsza pani przeżegnała się dwa razy. Potem jeszcze trzeci raz; może na wszelki wypadek. Maria chodziła do kościoła kilka razy w tygodniu, a to, co teraz działo się na starym cmentarzysku w Rarogach, chyba zupełnie nie mieściło jej się w głowie.
Podgórska musiała przyznać, że ona też czuła... Odetchnęła głębiej, żeby się uspokoić. Co właściwie czuła? Trudno było to określić. Było w tym coś z przerażenia, coś z odrazy. Najbardziej chyba jednak głęboki niepokój.
Niepokój zawsze wydawał jej się jeszcze gorszym uczuciem niż paniczny strach. Strach z reguły miał swoje źródło. Niepokój ogarniał człowieka nieoczekiwanie i atakował do głębi. Nie dało się określić, czego konkretnie dotyczył. I nie dało się zdefiniować źródła takiego lęku. Dlatego nie można było w żaden sposób mu przeciwdziałać.
Choć w tej sytuacji może było inaczej. Weronika znów spojrzała na pogłębiającą się dziurę w ziemi. Omszałe kamienie pobliskich grobów zdawały się pochylać nad nią, jakby miały zapaść się do świeżo rozkopywanej mogiły.
To, co krzyczała zrozpaczona matka pochowanej dziewczyny, wydawało się zupełnie nieprawdopodobne. Dominika Konopka nie mogła przecież żyć, skoro wczoraj odbył się jej pogrzeb. Żałobnicy stali nad trumną i śpiewali pieśni intonowane przez księdza Rokowskiego. Weronika nie znała wszystkich słów, ale nuciła cicho.
Myśli kłębiły się jej w głowie. Najbardziej paradoksalna i nieodpowiednia była chyba ta, że rodzice zmarłej zdążyli z pochówkiem tuż przed tym, jak premier zarządził zamknięcie cmentarzy na Święto Zmarłych z powodu pandemii. Słowa rychło w czas wydawały się co najmniej mało odpowiednie podczas ceremonii pogrzebowej.
Tak więc twierdzenie, że Dominika żyje, zakrawało na szaleństwo. Z drugiej strony rodziło się pytanie: co, jeśli? Myśl, że budzisz się w trumnie kilka metrów pod ziemią, była wystarczająco przerażająca, żeby Weronika sama miała ochotę się przeżegnać. Jak była teściowa przed chwilą. A potem wskoczyć do grobu i kopać wraz z Aliną Konopką.
- Spoko - mruknęła Klementyna Kopp.
Maria i Klementyna były w podobnym wieku, ale tak bardzo się różniły. O ile była teściowa stanowiła wręcz kwintesencję starszej pani, emerytowana komisarz kryminalna Kopp była ostatnią osobą, którą ktoś mógłby nazwać seniorką. Jej twarz pokrywała wprawdzie sieć zmarszczek, ale ogolona na łyso głowa, tatuaże na niemal całym ciele, skórzany żakiet i czarne bojówki przywodziły raczej na myśl młodą buntowniczkę. Ciężkie wojskowe buty dopełniały całości.
- Spoko? - wyrwało się Weronice.
To słowo w żaden sposób nie pasowało do sytuacji. Klementyna była na tyle specyficzna, że czasem trudno było ją zrozumieć. Nie tylko dlatego, że z reguły wypluwała słowa jak z karabinu maszynowego. Jej tok myślenia też bywał mocno pokrętny.
- Pomóżcie mi! - zawołała matka pochowanej dziewczyny, zanim Kopp zdążyła odpowiedzieć. - Trzeba ratować Dominikę. Ona żyje!!! Niepotrzebny był ten pośpiech! Ona żyje!
Do rozkopanej mogiły wskoczył Zbigniew Konopka. Mąż Aliny stał do tej pory za jednym z omszałych grobów. Jakby nie chciał w tym uczestniczyć, a jednak nie mógł zostawić żony samej. Na jego ogorzałej twarzy malował się wyraz zaciętości. Zakasał rękawy flanelowej koszuli i bez słowa zaczął rozkopywać ziemię.
- Ja nie wiem, co robić - powtarzał ksiądz Rokowski nerwowo. - Cmentarze zamknięte. My wszyscy tutaj w nekropolii. A jak nas skontrolują?
Trudno było wyobrazić sobie jakąkolwiek kontrolę w Rarogach. Wieś kryła się w gęstym borze porastającym brzegi jeziora Robotno. Można było tu dotrzeć tylko leśną drogą. Szlaku nie utwardzono, asfaltu nie położono. Jeżeli ktoś nie wiedział, że w głębi kniei kryje się siedziba ludzka, chybaby tu nie trafił.
Weronika znów się wzdrygnęła. Rarogi to wieś duchów. Chyba usłyszała gdzieś to określenie. W każdym razie tak zaczęła ją nazywać w myślach już od pierwszego dnia, kiedy tu przyjechały. To było w lutym. Niedługo po tym, jak zajęły się sprawą pewnego zaginionego autobusu. Tak właśnie poznały Dominikę i jej rodziców. No i same Rarogi.
Miejscowość składała się z co najmniej dwudziestu domostw. Tylko pięć było teraz zamieszkanych. Wliczając w to plebanię i kościół. Reszta spoglądała na okolicę czarnymi od pustki oknami. Weronice wydawały się niby oczy bez dna. Ilekroć tu przyjeżdżały, zawsze czuła niepokój. Długo nie znikał. Nawet kiedy wyjeżdżały z lasu na szosę, cały czas ją gnębił. Jakby niewidzialni mieszkańcy tego miejsca ciągle towarzyszyli umykającym gościom. Jak gdyby chcieli się upewnić, że ci nigdy już do wsi nie odważą się wrócić.
- Pani Alino - zawołał błagalnie ksiądz. Wyglądał na zupełnie bezsilnego wobec furii kobiety. - Niechże się pani uspokoi... Bardzo proszę.
Matka pochowanej dziewczyny go zignorowała. Nie przestawała kopać. Trochę wyrzuconej szaleńczymi ruchami ziemi trafiło prosto w koloratkę kapłana. Ksiądz starał się ją zetrzeć, ale tylko rozprowadził brud po materiale.
- Potrzebna jest jakaś pomoc?
Wszyscy odwrócili się w stronę pordzewiałej bramy cmentarza. Stała w nich kobieta, którą Weronika zdążyła już wcześniej poznać. Maria i Klementyna zdawały się przy niej młodymi dziewczynami. Hanna Lorenz chyba dobiegała setki. Na te lata wyglądała. Jej skóra przypominała pergamin. Miała długie siwe włosy, haczykowaty nos i rzeźbioną laskę. Nadawało jej to wyglądu wiedźmy z jakiegoś horroru. Jakby jej szczególny wygląd był tylko charakteryzacją.
Weronika zawsze widziała ją w otoczeniu młodych chłopaków, którzy chyba byli bywalcami siłowni. Golili się na łyso. A Podgórska podejrzewała, że bardzo chętnie zasłaniali twarze, jeszcze zanim rozpoczęła się pandemia. Pasowali raczej do stadionowej bojówki niż jako świta starej kobiety w zagubionej pośród lasów wsi.
- Nie wiem, co zrobić - przyznał ksiądz. Był chudy i wysoki. Wyglądał, jakby wiatr znad jeziora miał go zaraz przewrócić. To tylko potęgowało wyraz bezradności w jego głosie.
Weronika spojrzała znów w stronę świeżej mogiły. Rodzice pochowanej kobiety pracowali zaskakująco szybko. Widać już było sosnowe wieko trumny. Wyczuwało się ich przerażenie, że córka faktycznie mogła zostać pochowana żywcem.
Podgórska kolejny raz się wzdrygnęła i pomyślała o swej malutkiej córeczce. Po porodzie dopadła Weronikę silna depresja i nie potrafiła znaleźć w sobie chęci, żeby zająć się dzieckiem. Ostatnio czuła się lepiej i coraz częściej potrafiła podołać opiece nad Emilką. Teraz poczuła, że chciałaby ją przytulić i upewnić się, że wszystko z nią w porządku. Że nie leży gdzieś w ciemnej ziemi. W czerni trumny. Weronika z trudem pohamowała irracjonalne myśli. Córeczka została bezpieczna w Lipowie pod czułą opieką obecnego partnera Podgórskiej.
- To straszne, to straszne - szepnęła Maria głucho.
Zniknięcie autobusu, czwórki jego pasażerów i kierowcy było oczywiście przedmiotem oficjalnego policyjnego dochodzenia, ale od lutego robiły, co mogły, żeby rozwikłać tę sprawę na własną rękę. Jak dotąd niewiele osiągnęły, mimo że dwoiły się i troiły.
O tym zdarzeniu opowiedziała teściowej sąsiadka. Rozwiązały akurat zagadkę Śreżogi i postanowiły, że rozwikłają również tę nową. Przeliczyły się. Autobus jakby rozpłynął się w powietrzu. Jedynym punktem zaczepienia okazał się nieoczekiwany powrót jednej z pasażerek. Właśnie tej. Weronika spojrzała na rozkopaną mogiłę. Wieko trumny było już prawie odsłonięte. Dominika Piekarska, z domu Konopka, jak często powtarzała, chcąc się chyba odciąć od męża, wróciła do Rarogów dwa dni po zniknięciu autobusu.
Wróciła to może nie było dobre słowo, poprawiła się w duchu Weronika. Pojawiła się było chyba znacznie lepsze. Autobus zaginął wieczorem dwudziestego czwartego lutego. Ostatnio widziany był właśnie w okolicach Rarogów. Kierowca był miejscowy. Nazywał się Szczepan Prawda, a jego żona prowadziła malutki sklepik w wiosce duchów. Trasa autobusu nie wiodła oczywiście przez ich miejscowość, ale Prawdzie zdarzało się zjeżdżać z asfaltu, żeby zabrać sąsiadów. Nie musieli wędrować przez las do najbliższego kursowego przystanku.
Tamtego wieczoru też tak było. Do autobusu wsiadła właśnie Dominika Konopka. Drugim pasażerem był Tomasz Lorenz, wnuk starej kobiety stojącej teraz w bramie cmentarza. Zabrał się też Modest Obuch, który razem z bratem żył w najbardziej zniszczonym domu w opustoszałej wsi. Kiedy Weronika zobaczyła budynek po raz pierwszy, zdziwiła się, że nie woleli zająć któregoś z pustych. Może bali się ich mieszkańców?
Tylko ostatnia pasażerka autobusu nie była stąd. Edyta Majchrzak jechała własnym autem, ale zabrakło jej benzyny. Napisała wiadomość do męża, że złapała autobus na stopa i jedzie do domu. Jej porzucony samochód stał na poboczu niedaleko miejsca, gdzie leśna droga z Rarogów docierała do szosy. Najwyraźniej więc tam jeszcze autobus był na trasie. Nikt natomiast nie wiedział, co wydarzyło się potem.
Nawet Dominika Konopka. Jedyna ocalała. Powróciła z samego rana dwudziestego siódmego lutego. Zniknęła więc na dwa pełne dni. Była wychłodzona, odwodniona i głodna. Ubranie miała brudne i częściowo poszarpane. Nie potrafiła powiedzieć, gdzie była ani co się stało.
Co dziwniejsze, pojawiła się zupełnie nie tam, gdzie ktokolwiek mógłby się jej spodziewać. Autobus miał kurs do Nowego Miasta Lubawskiego. Jechał z Brodnicy przez Zbiczno, potem zbaczał w las do Rarogów, wracał, jechał dalej przez Ciche, Tereszewo i mijając Kurzętnik, docierał do celu. Tymczasem Dominika wybiegła na krajową piętnastkę w Tamie Brodzkiej. Czyli dobrych kilkanaście kilometrów dalej na południe. Zupełnie nie po drodze, choć oczywiście z Brodnicy do Nowego Miasta większość osób jeździła właśnie tamtędy.
Biegli stwierdzili, że traumatyczne przeżycie wywołało u Dominiki Konopki amnezję. Istniała szansa, że odzyska pamięć, ale to nie nastąpiło. Weronika, Klementyna i Maria próbowały ożywić jej wspomnienia. Bezskutecznie. Podgórska była z wykształcenia psychologiem i przed przyjazdem w te strony dość długo prowadziła praktykę w Warszawie. Nigdy nie zetknęła się z takim przypadkiem, ale wiedziała, że to możliwe. Pozostawało oczywiście pytanie, co było aż tak wielką traumą, żeby Dominika wymazała całe zdarzenie z pamięci.
A teraz nie żyła. Albo właśnie żyła, poprawiła się znów w duchu Weronika, jeśli wierzyć jej zrozpaczonej matce.
- Unieszkodliwić ich? - zapytał jeden z osiłków towarzyszących Hannie Lorenz.
Zakasał rękawy czarnej bluzy z orłem, demonstrując imponujące przedramiona. Stara kobieta pokręciła głową. Na jednym oku miała bielmo. Ale właśnie ono zdawało się przeszywać na wylot. Jakby widziało więcej niż to zdrowe.
- Alino, co robicie? - zapytała Hanna Lorenz.
Głos miała melodyjny i silny. Zupełnie nie pasował do jej wiedźmiego wyglądu. Trochę jakby ktoś zamknął młodą osobę w ciele staruchy.
- Dzwoneczek! - załkała matka pochowanej. - Ona żyje! Moja Dominiczka żyje! Co z dzidziusiem? Musimy otworzyć trumnę!
Dominika Konopka była w zaawansowanej ciąży, kiedy została zamordowana. Weronika poczuła kolejną falę niepokoju. Znów zapragnęła natychmiast pojechać do domu i sprawdzić, co z Emilką, choć jej córeczka była bezpieczna w Lipowie z Mariuszem. Nie leżała w grobie. Nic z tych rzeczy.
- Co, jeżeli ona naprawdę żyje? - wyszeptała Podgórska wbrew sobie.
Zrobiło jej się głupio. Dużo by dała, by cofnąć te słowa, ale było już za późno. Całe szczęście słyszały ją tylko Maria i Klementyna.
- Spoko. Ale! Przestań panikować - syknęła Kopp. - Niemożliwe, żeby Dominika żyła. Same wiecie, co się stało we wtorek. Raczej nie wstała z martwych.
- Wiem - powiedziała Weronika szybko. - Wiem...
Zniknięcie autobusu to nie był koniec przygód Dominiki Konopki. Od lutego wprawdzie życie w Rarogach płynęło spokojnie i w swoim rytmie, ale w miniony wtorek znów wywróciło się do góry nogami.
A to dlatego, że Dominika Konopka została zamordowana.