ROZDZIAŁ 2
Zajazd Sadowskiego.
Piątek, 21 lutego 2020. Godzina 12.00.
Aspirant Daniel Podgórski
Aspirant Daniel Podgórski spojrzał na ciało zamordowanej kobiety. Leżała na plecach i martwymi oczami patrzyła w sufit. Lewa ręka ułożona była wzdłuż ciała, a prawa zgięta i uniesiona wnętrzem dłoni do góry. Wyglądało to tak, jakby kobieta komuś machała.
- Ktoś chyba specjalnie ją tak ułożył - zastanawiał się głośno doktor Koterski.
Medyk sądowy wstał z kolan i zdjął rękawiczki. Uśmiechnął się do Podgórskiego szeroko. W żadnej mierze nie przypominał stereotypowego przedstawiciela swojego zawodu. Miał nieco pucołowatą twarz, kasztanowe loki i wyglądał niczym cherubinek. Trudno byłoby odgadnąć, ile ma lat.
- Krwi jest dość mało jak na takie obrażenia - zauważył Ziółkowski. - Na moje oko ktoś tu posprzątał. Ale luminol nam pomoże. Przekonamy się, czy tu była krew. Zaraz się tym zajmę.
Natomiast szef techników kryminalnych praktycznie nigdy się nie uśmiechał. Jego twarz wykrzywiona była w wiecznym grymasie, jakby życie nie sprawiało mu ani odrobiny radości. Nawet ślub, który wziął niedawno, tego nie zmienił. A może dlatego, zaśmiał się w duchu Daniel.
- Przyjrzę się temu dokładniej podczas sekcji, ale widzę też ranę z tyłu głowy - kontynuował Koterski. - Zobaczymy, co to jest. Na pewno użyto innego narzędzia zbrodni niż na reszcie ciała. Ale na oko, chociaż na oko to dziadek zmarł, jak to niektórzy mówią... ale na oko większość ran została zadana nożem. Oprócz tej tłuczonej z tyłu głowy. Tam stawiałbym na jakieś tępe narzędzie.
Daniel popatrzył na rozbitą butelkę wódki, która leżała nieopodal. Nie pił już długo, ale za każdym razem gdzieś głęboko czuł, że kilka łyków by mu pomogło. Kiedyś liczył dni trzeźwości. Teraz tylko te, które minęły od śmierci Emilii. Siedemset trzydzieści. Dziś mijały dokładnie dwa lata bez niej.
- Tego nie użyto? - zapytał, wskazując rozbitą butelkę. - Taki tulipan może być naprawdę śmiercionośnym narzędziem. Nie raz tak bywało.
- Wypowiem się po sekcji - powtórzył Koterski. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Znamy tożsamość ofiary? - zapytała Laura Fijałkowska.
Zastępczyni naczelnika co chwilę poprawiała nerwowym ruchem ciemne włosy. Daniel i tak się dziwił, że się tu zjawiła. Wszyscy wiedzieli, że nienawidzi nieboszczyków. Bała się ich. Unikała jeżdżenia na zdarzenia związane ze śmiercią, nawet kiedy służyła w prewencji. Potem w wydziale kryminalnym pozostawała wierna tej tradycji.
Dziś chciała chyba się pokazać, bo sama zaproponowała pomoc, kiedy partner Daniela spóźnił się do pracy. Podgórski podejrzewał, że chciała się popisać przed naczelnikiem Urbańskim, żeby utrzymać swoją pozycję. Różne plotki chodziły po jednostce.
- Ofiara nazywała się Izabela Pietrzak i była pracownicą tego zajazdu - powiedział sierżant sztabowy Radosław Trawiński.
Daniel ostatnio często pracował z Trawińskim. Zaprzyjaźnili się po śmierci Emilii. Radek był na miejscu, kiedy Strzałkowska strzeliła sobie w głowę. Sama ta myśl... Podgórski odetchnął głębiej. Starał się nie myśleć o tym, że nigdy już nie usłyszy głosu Emilii ani nie zobaczy, jak wywraca oczami i mówi, że nie powinien tyle palić. Nie mógł znieść myśli, że jej nie będzie. A Trawiński zdawał się jedyną osobą, która go rozumie. Może dlatego, że ostatni widział ją żywą.
Od śmierci Emilii naczelnik Urbański często przydzielał im służby razem. Daniel był z tego zadowolony, rozumieli się z Radkiem bez słów. Dobrze było móc komuś zaufać. Niektórzy żartowali nawet na komendzie, że Podgórski i Trawiński zaczynają się do siebie upodabniać. Obaj wysocy, z długą brodą i nieco zbyt wystającym brzuchem. Wyglądali trochę jak bracia.
- Sorry, że się spóźniłem - szepnął kolega. - Pożarliśmy się z żoną i teraz mieszkam na działce w Kuligach. Dobrze, że ją kupiliśmy, przynajmniej mam gdzie się zatrzymać. Mówię ci, stary...
- A co, aż tak źle? - zapytał Podgórski.
- No tak średnio - przyznał kolega, wzruszając ramionami lekceważąco. Widać było jednak, że jest przejęty. - Jakoś to będzie.
Daniel skinął głową. Życie potrafiło dać człowiekowi w kość jeszcze bardziej niż niejeden trup.
- Zjawa zamierza przyjechać? - zapytał.
Prokurator Bastian Krajewski nazywany był Zjawą ze względu na swój charakterystyczny wygląd. Białe włosy i blada skóra albinosa nadawały mu złowrogi wygląd. Przypominał ducha.
- Chyba żartujesz - zaśmiał się Trawiński. - Przecież wiesz, jaki on jest.
Daniel uśmiechnął się pod nosem. Stwierdzenie, że prokurator prowadzi sprawę, oznaczało ni mniej, ni więcej, że policja ma wykonać wszystkie czynności, a Krajewski będzie tylko dzwonił i wszystkich popędzał. Zjawa nie budził zbyt ciepłych uczuć i wyglądało na to, że bardzo dba, żeby to się nie zmieniło.
- Zostawcie prokuratora w spokoju - obruszyła się Fijałkowska, jakby i Zjawie chciała się podlizać, mimo że go tu nie było.- To poradzicie sobie teraz beze mnie? Skoro jesteście już we dwóch?
W głosie zastępczyni naczelnika słychać było nadzieję.
- Jasne - powiedział Daniel. - Możesz wracać do bazy.
Fijałkowskiej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Daniel widział, że Trawiński uśmiecha się pod nosem. Doktor Koterski też wyglądał na rozbawionego tą niezbyt subtelną rejteradą.
- Chodźmy pogadać z tą pisarką - powiedział Daniel do kolegi.
Wyszli z kuchni na korytarz. Zajazd Sadowskiego zbudowany był z bali. Wszędzie pachniało drewnem. Z kuchni prowadziły drzwi na klatkę schodową. W wolnej przestrzeni pod schodami ulokowano palarnię. Właśnie tam stała Malwina Górska oparta niedbale o ścianę. Jej farbowane na różowo włosy stanowiły mocny kontrast z dość bladą skórą. Duże kolczyki i koła bransoletek na nadgarstkach brzęczały przy każdym jej ruchu. Minispódnica i ciężkie buty sprawiały, że przypominała Danielowi młodszą wersję Klementyny Kopp. Tylko bez tatuaży.
Obok niej przycupnął młody mężczyzna. Palił nerwowo papierosa. Przez twarz przebiegała mu wyraźnie widoczna blizna. Napinała się za każdym razem, kiedy mężczyzna się zaciągał. To był Robert Janik. Jeszcze jeden pracownik zajazdu.
- I co? - zapytał Robert. Malutki piesek, którego trzymał na rękach, nie pasował do jego wyglądu rapera z blokowiska. - Ja pierdolę, to jakaś masakra. Przepraszam za słownictwo, ale nie wiem dosłownie, co powiedzieć.
Malwina Górska wzruszyła tylko ramionami. Kolczyki i bransoletki znów zadźwięczały. Niedawno wprowadziła się do domu w Lipowie. Daniel kojarzył ją jednak nie tylko ze swojej rodzinnej wsi. Pisała kryminały, ale także książki z wywiadami z policjantami. Wielu ją znało w policyjnym środowisku. Kilka razy usłyszał nawet od kolegów żartem, jak bardzo podobne są ich nazwiska.
- Słyszeliśmy, że panowie rozmawiają o ranie tłuczonej. Drzwi są uchylone - powiedziała tonem wyjaśnienia Malwina i pokazała głową w stronę kuchni. Widać było, jak Koterski przygotowuje ciało do zabrania. - Izabela miała taki młotek, prawda?
Pisarka odwróciła się do chłopaka z blizną.
- Jo - potwierdził Robert Janik. - Piec czasem nie działał i Izabela w niego waliła. Jak weszliśmy do kuchni, to młotka nie było. Więc może to ten.
Ciało zamordowanej kobiety znalazła właśnie ta dwójka. Daniel zdążył już z nimi porozmawiać, zanim przyjechał Trawiński, ale rozmów nigdy dość. Nawet powtarzania tego samego. Czasem okazywało się bowiem, że świadek za drugim razem mówił coś zupełnie innego.
- Pani przyjechała tu po rzeczy, tak? - upewnił się więc Podgórski. Trzeba było powoli uporządkować informacje.
- Tak. Mieszkałam tu w pokoju numer jeden. Od początku lutego - uściśliła Malwina. - Bo musiałam sprzedać dom w Warszawie. A pan Sadowski i jego ekipa dopiero kończyli budować mi dom w Lipowie. Sam pan wie.
Podgórski potwierdził.
- No i teraz przewożę rzeczy. Właściwie przewiozłam, bo wczoraj rano przeprowadziłam się tam ostatecznie - wyjaśniła. Miała niski, nieco zachrypnięty głos. - Ale trochę drobiazgów zostało w pokoju, więc przyjechałam. Nikogo nie było w recepcji, postanowiłam więc, że zajrzę do kuchni. Myślałam, że może ktoś tam będzie i się przywitam. Izabela czasem tam przesiadywała, jak nie było gości. Głupio mi było tak po prostu pójść do jedynki. Nie byłam pewna, czy jakiś nowy klient nie zajął pokoju.
- Oczywiście - powiedział Daniel, chociaż nie wyglądało na to, żeby byli tu jacyś klienci. Zajazd był zupełnie pusty. Nie licząc ekipy z policji i tej dwójki.
Policjant zapamiętał to miejsce nieco inaczej. Byli tu kiedyś z Emilią. To było dwa lata temu. Zanim wszystko się stało. Pojechali na jakieś zdarzenie i wracając, po prostu tu zajechali. To nie było zaplanowane. Po prostu się stało. I to w okresie, kiedy na jakiś czas przestali się potajemnie spotykać. No a potem... dwa tygodnie później Emilia popełniła samobójstwo...
Teraz miejsce wyglądało na zaniedbane. Jakby przez te dwa lata, kiedy Daniela tu nie było, nastąpił zupełny upadek. Mimo to stanęły mu przed oczami tamte chwile. Zmierzwione blond włosy i zaczerwienione policzki Strzałkowskiej. Miał wrażenie, że Emilia zaraz wyjdzie z pokoju numer jeden, który wtedy dostali. Najwyraźniej tego samego, który ostatnio zajmowała pisarka.
Może nie wszyscy uznaliby Emilię za piękność. Według niego była idealna. Wiele razy przeklinał swoją głupotę i to, jak długo zwlekał, żeby wreszcie wykonać ruch. Jej śmierć to była jego wina. W całości jego wina. Tymczasem on żył już dwa lata, a jej nie było. A przecież powinno być odwrotnie. Nieraz myślał nawet, żeby zrobić to samo co ona. Wtedy kabura przy pasku ciążyła naprawdę mocno.
A najdziwniejsze było to, że świat się nie skończył. Mimo całej rozpaczy Daniela piekarze nadal piekli chleb, złodzieje nadal kradli, dilerzy nadal sprzedawali towar na mieście, a mordercy nadal zabijali. I on też wstawał codziennie, wkładał blachę1 do kieszeni i szedł na służbę. Chociaż codziennie mu się zdawało, że umarł w środku.
- Właściciela zajazdu nie ma? - zapytał Daniel, porzucając ponure rozmyślania. Trzeba skupić się na sprawie. Odwrócił się do Roberta Janika. - Bo pan, zdaje się, jest tylko sekretarzem szefa? Dobrze zrozumiałem?
- Tak - potwierdził Robert Janik. - Jestem sekretarzem... Próbowałem dzwonić do szefa, ale pan Sadowski nie odbiera. Ja dziś miałem wolne. Byłem na działce. Przyjechałem, bo obiecałem usiąść w recepcji. Jak wchodziłem, to pani Malwina stała w drzwiach kuchni. No i można powiedzieć, że razem ją znaleźliśmy... znaczy Izabelę.
Pisarka pokiwała głową. Była wysoka. Wyższa nawet niż Weronika. Wpatrywała się w Daniela nieco zaczepnie. Jakby rzucała mu wyzwanie. Nie potrafił rozszyfrować tego spojrzenia. Wiedziała więcej, niż mówiła?
- Filemon bardzo się zdenerwował - ciągnął Robert Janik, unosząc delikatnie małego pieska.
Daniel miał właśnie powiedzieć, że Filemon to był chyba kot, kiedy na drewnianych schodach rozległy się kroki.
- Panie aspirancie, pozwoli pan na górę.
Podgórski nie musiał nawet odwracać się w tamtą stronę. Sarkastyczny ton głosu nie pozostawiał wątpliwości. Mimo to spojrzał w górę. Łukasz stał u szczytu schodów w granatowym mundurze policjanta prewencji.
Był synem Daniela i Emilii. Podgórski starał się zobaczyć w twarzy młodego mężczyzny rysy Strzałkowskiej, ale widział tam tylko siebie. I spojrzenie pełne nienawiści. Przez minione dwa lata syn ani razu nie dał Podgórskiemu zapomnieć, że to przez niego Strzałkowska popełniła samobójstwo.
- Co się stało? - zapytał syna.
Daniel wcale nie był zadowolony, że Łukasz został policjantem. Ale najwyraźniej to było mu pisane, skoro oboje rodzice tym się właśnie zajmowali. Zresztą ojciec Daniela także nosił niebieski mundur. Mimo to Podgórski najchętniej oszczędziłby synowi widoków takich, jaki zastali tu w kuchni. Dlaczego akurat jego patrol znajdował się niedaleko zajazdu? Nie mogło paść na kogoś innego?
- No raczej się stało - odpowiedział Łukasz cierpko.
Widać było, że stara się zachować zimną krew, ale Daniel doskonale wiedział, ile chłopaka musiało to kosztować. Pierwszego trupa zawsze się zapamiętuje. Zawsze. Chociażby potem było ich tysiące.
- Co jest? - zapytał Trawiński.
Podgórski niemal zapomniał o obecności kolegi. Radek był dziś mocno przygaszony. Pewnie przez kłótnię z żoną. Trzeba będzie z nim potem pogadać. Może jakoś pomóc.
- Kolejny trup - powiedział Łukasz, poprawiając furażerkę. - Jest na górze.
- Kto? - zapytał Robert Janik. - Kto jeszcze nie żyje?!
- Proszę tu zaczekać - poprosił Daniel.
Był trochę zły na Łukasza, że tak po prostu powiedział to przy świadkach. No ale syn dopiero się uczył. Zaczął służbę na początku tego roku. Puste pagony posterunkowego pokazywały, jak mało doświadczenia jeszcze ma i jak długa przed nim droga. Do młodych trzeba dużo spokoju i cierpliwości.
- Ale kto tam jest? - zapytał znów Robert Janik.
Jego nerwowość wydawała się teraz teatralna, ale w takiej sytuacji stres to coś normalnego. Przecież Janik i ta pisarka znaleźli przed chwilą trupa. A okazało się, że zajazd krył kolejne tajemnice.
Daniel odwrócił się do Trawińskiego.
- Poczekaj tu z nimi - poprosił. Nie potrzebował jakichś histerycznych reakcji przy denacie. Lepiej było najpierw zobaczyć, co się dzieje na górze.
Trawiński potwierdził skinieniem głowy.
- No dobrze - mruknął Podgórski i ruszył na górę po drewnianych schodach.
Były pokryte grubą warstwą piasku, kołtunów kurzu i jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego brudu. Policjant spodziewał się, że stopnie będą skrzypiały pod jego stopami, ale nic takiego się nie stało. Zajazd nie był starym budynkiem. Daniel nie pamiętał dokładnie, kiedy został zbudowany, ale było to zaledwie kilka lat temu. Przedtem był tu zakład produkujący domy drewniane. Jedna z trzech konkurujących ze sobą na tym polu firm w mieście. Franciszek Sadowski postawił zajazd chyba tylko po to, żeby się wyróżniać spośród swoich przeciwników biznesowych.
- Jest tu, panie aspirancie - poinformował Łukasz. Jego głos znów ociekał sarkazmem i niechęcią. - To jakaś sala konferencyjna czy coś.
Weszli do pomieszczenia. Było całkiem spore. Z oknami w skośnym dachu. W powietrzu unosiła się woń rozkładu. I wcale nie chodziło o trupa, który leżał na kanapie. A przynajmniej nie tylko. Bo wszędzie walały się brudne talerze, pokryte pleśnią resztki jedzenia, puste butelki i różne inne rzeczy wskazujące wyraźnie na to, że odbyła się tu większa impreza.
- Chyba już nie musimy szukać właściciela zajazdu - powiedział Daniel. Bardziej do siebie niż do Łukasza. Był pewien, że syn i tak nie odpowie.
- Ja tam nie wiem - mruknął chłopak wbrew oczekiwaniom Podgórskiego. Nie było to wiele, ale przynajmniej zareagował.
Policjant ruszył pomiędzy stolikami z pozostałościami balangi. Pośrodku tego rozgardiaszu na kanapie pod ścianą leżał trup. Zupełnie jakby nigdy nic. Daniel kojarzył Franciszka Sadowskiego i był pewien, że ma przed sobą właściciela zajazdu. W przeciwieństwie do swojej pracownicy, która leżała pocięta w kuchni, mężczyzna wyglądał, jakby po prostu zasnął.
- Narkotyki - mruknął Daniel.
Na podłodze obok kanapy leżała strzykawka, a wokół ręki mężczyzna miał zaciśniętą opaskę, żeby łatwiej znaleźć żyłę.
- No i zauważyłem coś tu pod kanapą - powiedział Łukasz, teraz prawie normalnym tonem.
Podgórski musiał przykucnąć, żeby zajrzeć pod sofę. Kolana trzasnęły mu głośno. Ileż to razy obiecywał sobie, że weźmie się za siebie. Że schudnie. Że znów zacznie ćwiczyć i tak dalej. Nigdy nie było na to czasu.
Zajrzał pod kanapę. Na podłodze leżały dwie ptasie nóżki.