9
Dochodziła osiemnasta. Samochód czekał
już przed wejściem. Kaziura zbierał się do wyjścia, kiedy zadzwonił
Kamiński.
- Artystka pojawiła się i znikła - rzucił od razu.
- Co? Copperfield z cyckami?
- Przyjechała o czternastej z minutami do swojej galerii na Powiślu, coś
tam pogrzebała i wyjechała na ulicę rowerem. Ekipa nie zdążyła jej
podjąć. Wiemy, że wsiadła do pociągu na Powiślu i pojechała na zachód.
Sprawdzamy, gdzie wysiadła, ale na pewno nie pojechała do domu.
Ewidentnie coś kombinuje...
- Wiadomo! - obruszył się Kaziura. - Dlatego masz je wziąć pod but! To
co, uciekła wam? A gdzie ludzie Zwolińskiego? Gdzie te pozostałe
lalunie?
- Są już gotowi, ale jeszcze nie zdążyli.
- Lepiej, żeby ta rowerzystka szybko się odnalazła i pozostałe
jaszczurki też. - Kaziura podniósł głos, ale zaraz pożałował, bo nie
chciał drażnić Kamińskiego. - Dobra... dobra... wiem, że dasz radę. No bo
kto jak nie ty. Melduj na bieżąco.
- Tak jest, szefie! - potwierdził Kamiński i rozłączył się.
Przejazd z Rakowieckiej do Mariny Mokotów zajął kilka minut. Kaziura
oparł głowę o zagłówek, zamknął oczy i po chwili poczuł wyraźne
rozluźnienie. Wszystkie pokręcone sprawy, które wypełniały mu czas przez
cały dzień, odpłynęły nagle w niebyt. Pomyślał, że mógłby wpaść do Anny
i jeszcze intensywniej się rozluźnić. Wprawdzie powinien napisać raport
dla Karola z ostatnich rozmów Boleckiego i ambasador Beckman, ale uznał,
że może zaczekać kilka dni, aż wszystko przemyśli dokładniej.
Czarne bmw zatrzymało się przed domem i ochroniarz sprawnie wyskoczył,
otwierając drzwi samochodu.
- Jutro jak zwykle - rzucił Kaziura i ruszył w stronę bramy.
Kierowca odczekał, aż Kaziura wejdzie do budynku.
Otworzył drzwi, które zamknięte były na oba zamki, i wiedział już, że
ani żony, ani córki nie ma w domu. Odwiesił marynarkę i zdjął krawat.
Przynajmniej nie będę musiał się przebierać w dres - pomyślał
zadowolony, podchodząc do okna w kuchni. Spojrzał na siódme piętro bloku
po drugiej stronie ulicy. Opuszczona roleta! Coś przyszło?
- Fuck! - wycedził przez zęby i poczuł, jak zaciska mu się żołądek.
Miła myśl o zbliżeniu z Anną prysnęła. Rozluźnienie trwało zaledwie
kilkanaście minut, co stwierdził z autoironią, ale nie bez złości.
Nagle w jego głowie otworzyła się magiczna skrzynka, z której - jak w kiepskim horrorze - wyskoczyły dwa drapieżne przerażające pajacyki z dzwoneczkami. Kaziura nie wiedział, dlaczego jego podświadomość
uporczywie produkuje ten obraz, i to akurat w chwili, gdy spada na niego
rozgoryczenie i potrzebuje współczucia. Nie skopiował go z żadnego filmu
ani książki, był to jego całkowicie autorski produkt. Po tym objawieniu
zawsze nachodziły go myśli, by rzucić wszystko, rozwieść się i z nową
tożsamością wyjechać gdzieś na drugi koniec świata. Ale zaraz po tej
wizji pojawiało się zawsze pytanie: "I co dalej? Zostawiłbyś to wszystko
tylko dlatego, że straszą cię pajacyki jak u Stephena Kinga?".
Kaziura wszedł do salonu i stukając obcasami po wypolerowanym jak lustro
włoskim marmurze, dotarł do barku w kształcie renesansowego globusa.
Wlał do kieliszka dużą dawkę bursztynowego martella i wychylił, mocno
odrzucając głowę do tyłu. Koniak był najskuteczniejszym antidotum na
pajacyki. Zresztą właściwie na wszystko.
W kieszeni zadzwonił telefon.
- Przyjedź do mnie rano - odezwał się Bolecki. - Ważne!
- Coś się stało?
- Przyjedź i już. - Premier był wyraźnie zdenerwowany.
- Będę o ósmej.
- Bądź na pewno.
Wymiana kilku słów z Boleckim ostatecznie zabiła nadzieję na miły
wieczór. Kaziura znał premiera i wiedział, że musiało się stać coś
nadzwyczajnego. Znów będzie musiał rozwiązywać jakiś problem, z którym
nie radzi sobie ten gastryczny hipochondryk, i to w chwili, kiedy gdzieś
znikły trzy jaszczurki. Kaziura czuł, że nikt nie zagraża mu tak jak
one. Mógł ustawiać grę na planszy całego kraju, rozgrywać politykę
wewnętrzną i zagraniczną, likwidować, kogo chce, ale jak na razie nie
mógł zrobić nic, żeby powstrzymać trzy rozwścieczone suki, które
ewidentnie coś przeciwko niemu knuły.
Martell rozbudził zmysły. W miejscu pajacyków pojawiła się wściekłość.
Kaziura wybrał numer do Kamińskiego.
- No i co, kurwa? - zapytał bez żadnego wstępu.
- A co ma być? - spokojnie odparł Kamiński, czym jeszcze bardziej
rozwścieczył Kaziurę.
- Co z tą rowerzystką i pozostałymi panienkami? Gdzie są?
- Rowerzystka wysiadła we Włochach i gdzieś znikła na tym swoim
jednośladzie. Znajdziemy ją, nie ma obawy. A te dwie wróciły właśnie do
swoich domów.
- No! Nareszcie coś pozytywnego. - Kaziura zmienił ton. - Lepiej, żeby
żadna ci już nie znikła. Nie ma wątpliwości, że spotkały się gdzieś,
żeby przeciwko nam spiskować. Trzeba zacząć z nimi ostrą jazdę.
- Jasne - potwierdził Kamiński. - Wiemy.
- Teraz cała nadzieja w Zwolińskim. Dbaj o sprawę. Skończymy z nimi i jedziesz na siódme piętro, tak jak ci obiecałem. Daj znać, jak
znajdziecie tę trzecią.
Kaziura wyłączył się i pomyślał, że coś mu się dzisiaj należy od życia i pójdzie na godzinę do Anny. Potem sprawdzi, czego chce Karol, ale nic
już nie będzie pisał. Nalał sobie jeszcze jeden kieliszek koniaku i wypił go jednym haustem.
Wyszedł do przedpokoju i włożył marynarkę. Zamknął za sobą drzwi i po
chwili był już na ulicy. Po kilku minutach stał pod drzwiami mieszkania
Anny. Otworzyła po pierwszym dzwonku. Miała na sobie luźną białą
koszulkę na ramiączkach i obcisłe dżinsy. Była bez stanika. Kaziura
potraktował ten strój jak zaproszenie.
Ledwie zamknął za sobą drzwi, chwycił ją za ramiona i obrócił tyłem.
Wsunął dłonie pod koszulkę i swoimi wielkimi kościstymi rękami mocno
ścisnął za piersi. Anna westchnęła głęboko przez zaciśnięte zęby. Lubił,
gdy widział oznaki bólu, bo był przekonany, że sprawia jej przyjemność.
Rozpiął jej spodnie i wsunął dłoń na łono, zaciskając drugą na
piersiach.
- Przyszła... - wydusiła z siebie Anna, próbując delikatnie wyzwolić się z uścisku - ...przyszła... ważna wiadomość... to pilne, Jureczku...
- Potem! - Kaziura położył jej rękę na ramieniu i popchnął w stronę
sypialni.
Anna uśmiechnęła się i zrezygnowała z oporu.
10
Dochodziła dwudziesta, gdy Sara wyszła ze
stacji metra Kabaty. Skręciła w prawo i przyspieszyła kroku. Gdy była w Pomiechówku, małym Alkiem opiekowała się Nadia, Ukrainka z Tarnopola.
Sara miała do niej zaufanie, a Alek wręcz za nią przepadał, ale przez
półtora dnia były pozbawione kontaktu. Nadia nie zapytała o powód, ale w razie czego miała numer do Ewy, która mieszkała w pobliżu.
Gdy dotarła do ulicy Wilczy Dół i zobaczyła w oknie światło, prawie
zaczęła biec.
Na wprost wejścia do domu stał samochód, w którym siedzieli mężczyzna i kobieta za kierownicą. Spojrzeli na Sarę i ich wzrok się spotkał.
Kobieta uśmiechnęła się, a Sara pozdrowiła ją uniesioną dłonią. Znała
większość obserwatorów, którzy za nią chodzili, ale ta para była
ewidentnie nowa.
Nie czekała na windę, chociaż drzwi już się rozchylały. Wbiegła na
czwarte piętro, przeskakując po kilka stopni. Jedyne, czego teraz
pragnęła, to wziąć Alka w ramiona i przytulić wraz z nim całe swoje
życie, szczęście i przyszłość.
W tym czasie Monika siedziała na ławce zbitej z desek i trzymając pod
brodą talerz, jadła makaron z sosem pomidorowym, który przygotował dla
niej Borys. Funkcję stołu pełniły drzwi ułożone na skrzynkach po piwie.
Prawie dwustumetrowe i bardzo wysokie pomieszczenie z dużymi oknami
wychodzącymi na ogród było jego pracownią i salonem jednocześnie.
Zewsząd spoglądały ludzkie głowy w różnym stadium twórczej egzystencji,
ciała nagich kobiet i mężczyzn, całe i we fragmentach, drzewa małe i duże, ryby, owoce, psy i konie.
Monika dobrze czuła się w tym otoczeniu. Makaron pasował do tego miejsca
i smakował wyśmienicie.
Borys nie był wysoki, ale proporcjonalnie i atletycznie zbudowany.
Kiedyś wyglądał jak kopia Apolla dłuta Fidiasza, tak się przynajmniej
zakochanej w nim Monice wydawało. Teraz ubrany w stary lekarski kitel, w krótkich spodenkach i z tatuażami na rękach, nie miał nic wspólnego z tamtym wspomnieniem. Wyglądał jak autonomiczne dzieło sztuki w trakcie
procesu twórczego - i podobał się jej bardziej niż dawniej.
- Chcesz się napić? - zapytał, wyciągając butelkę z szafki.
- Chyba nie... - odparła niepewnie Monika. - Może później.
- Wino się skończyło.
- Nie, po prostu nie mam ochoty. Zmęczona jestem.
Borys wlał wódkę do szklaneczki i podał Monice.
- Nie opieraj się. Wypij sobie jednego. Widzę, że cię nosi. - Spojrzał
na nią i uśmiechnął się delikatnie. - Nie myśl sobie, że jestem alko.
Tak mnie zaskoczyłaś, że nie mogę się jeszcze opanować. Patrz! -
Wyciągnął rękę i wyprostował dłoń. - Zobacz, jak mi drżą palce. Muszę
się koniecznie uspokoić.
- No dobra. - Monika odstawiła talerz na ławkę. - Daj! - Wzięła od
Borysa szklankę. - No to...
- Zdrówko! - odparł i pociągnął z butelki. Monika też wypiła do dna. -
To mówisz, że chcesz u mnie pomieszkać jakiś czas. Tak?
- No tak.
- Jasne, że możesz u mnie mieszkać, ale widzisz, jak tu jest. Luksusu
nie ma. - Rozejrzał się po pomieszczeniu. - Wersalka jest tam. - Wskazał
ręką na koralikową zasłonę w wejściu do drugiego pomieszczenia. - Możesz
tam spać, a toaleta tam. - Zrobił ruch głową. - A gdzie masz rzeczy?
- Nie mam.
- No dobra... - Borys zawiesił głos i przysiadł na taborecie. - O nic nie
pytam, nie chcę wiedzieć, ale powiedz mi... Wyrzucił cię z domu?
Skrzywdził cię? Co to za chuj? Chcesz, żebym...? Mogę pomóc. Widzisz ten
wór? - Wskazał ręką na róg pomieszczenia, gdzie na łańcuchu wisiał
zniszczony skórzany worek treningowy. - Ćwiczę tu, jak nie mogę się
zebrać do rzeźby.
- Trenujesz boks? A ja myślałam, że to jakaś twoja praca. - Monika
odstawiła talerz i popatrzyła na Borysa zaskoczona. - Zmieniłeś się.
Byłeś takim pacyfistą, przeciwnikiem przemocy? A teraz... No, no, no...
- Wiesz... z rzeźby ciężko się teraz utrzymać, więc dorabiam sobie i prowadzę kursy capoeiry i tai-chi. W końcu to też trochę jakby
rzeźbienie, tyle że w żywym materiale, swoim ciele i duszy. Patrz! -
Borys wyciągnął dłonie i pokazał obtarte i opuchnięte kostki. - Dłonie
rzeźbiarza. - Uśmiechnął się, wydymając usta. - Więc jeżeli potrzebujesz
pomocy, to... ja... mogę coś porzeźbić. W końcu byłaś moją dziewczyną.
Wprawdzie dawno, ale... No... ale... - zawiesił głos. - Byłem chujem. Wiem,
wiem...
- Daj spokój - odparła Monika. - Byliśmy tacy młodzi. Nie pasowaliśmy do
siebie, ale wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy.
- No dobrze, czuję się trochę rozgrzeszony. - Podniósł butelkę i spojrzał pytająco. Monika wyciągnęła rękę ze szklanką.
- Masz samochód! - zapytała, zanim wypiła. - Nie, nie prowadzę po
alkoholu.
- Nie mam. Mam za to skuter. Możesz używać, jeśli chcesz. Nie jest nowy,
ale popyla jak poranny skowronek. Muszę tylko dopompować koła. Benzyna
chyba w nim jest. Umiesz prowadzić?
- Nie, ale chyba dam radę.
- Skoro przyjechałaś na rowerze, to i skuter poprowadzisz. Pokażę ci, co
i jak. Dziesięć minut i będziesz śmigać jak pszczółka po kwiatkach.
Było już ciemno, kiedy Maria dotarła do Wilanowa. Nie musiała się już
konspirować i poczuła, jakby kamień spadł jej z serca. Cały czas nie
miała zaufania do swoich umiejętności, a teraz, kiedy wróciła z Olimpu,
jeszcze bardziej bała się, że coś zawali. W Pomiechówku starała się nie
pokazywać tego po sobie, ale była bardzo przejęta propozycją Sary.
Zgodziła się poświęcić swoją przyszłość. Monika i Sara miały kogo
ratować, ale ona mogła stracić wszystko. Nie przypuszczała, że uczucie
solidarności i krzywdy może być tak silne.
Wysiadła z samochodu, spojrzała w rozświetlone okna swojego mieszkania i pomyślała, że wystrzelenie Kaziury w kosmos, jak ich operację określiła
Sara, będzie przyjemnym doznaniem, a upadek rządu Boleckiego dodatkowym,
jakże miłym, bonusem. Nawet jeżeli było to czyste marzenie. Czuła, jak
wzbiera w niej siła i wola walki. Pierwszy raz odezwała się w niej
wojowniczka, drobna i domowa, ale jednak wojowniczka.
Przy krawężniku, na niedozwolonym miejscu stał ciemny opel, w którym
żarzył się ognik papierosa.
Jakie to słabe i zawsze takie naiwne - pomyślała. Powinni zakazać im
palenia papierosów w samochodzie. Chyba to jakiś kod, że mam ich
widzieć, albo po prostu mnie olewają. Dobrze, panie Zwoliński... pogadamy
- powiedziała do siebie w myślach i dopiero teraz zauważyła, że w samochodzie siedzi kobieta i się uśmiecha. Ja pierdolę! Co za arogancja!
Zmrużyła oczy i przyjrzała się uważniej kobiecie. Toooo... to... taaaa
Basiunia z imprezy w Atenach, przydupaska osobista pana Zwolińskiego.
Tak... tak... to ona! Pamiętam ją! Basia, tak, Basia! Całkiem sympatyczna
dziewczyna. Nie powinnam tak myśleć. Maria była już pewna. No to mamy
już ekipę Jędrusia w akcji. To się Sara ucieszy! Wiemy, na czym stoimy,
dobra nasza!
Przez chwilę korciło ją, żeby im pomachać, ale natychmiast dotarło do
niej, że to głupie i nie powinna się dekonspirować. Postanowiła
zatrzymać to odkrycie dla siebie.
Mirek stał już w przedpokoju. Jakby wyczuł, że za chwilę zazgrzyta w zamku klucz. Patrzył pytającym wzrokiem w oczekiwaniu na sygnał.
- Zrób mi melisę - rzuciła z uśmiechem i puściła oko. - Jak chłopcy?
- Odrabiają lekcje - odparł wyraźnie zadowolony Mirek. - Podwójna czy
pojedyncza?
- Podwójna i kanapka z serem.
- Podwójna? Czyli musisz się wyluzować, jak rozumiem?
- Nie, nigdy się lepiej nie czułam. - Uśmiechnęła się tak szeroko, jak
potrafiła, dając znać zdenerwowanemu Mirkowi, że wszystko jest w porządku.
- Zapomniałaś telefonu i trochę się niepokoiłem. Leży w pokoju.
- Tak. Sorry - odparła, siadając za stołem.
Wzięła bloczek z kartkami, na których zapisywali zakupy, i napisała:
Będą się działy dziwne rzeczy. Wytrzymasz? Mirek przeczytał, spojrzał
na Marię i powiedział:
- Kocham cię.
- Ja ciebie też - odparła w chwili, gdy do kuchni wszedł starszy syn.
Szybko zmięła karteczkę i schowała do kieszeni.
- Rozwodzicie się, że musicie się tak zapewniać o miłości, gdy matka
wraca po nocnej eskapadzie, nie odbiera telefonów, a teraz coś jeszcze
ukrywa? - rzucił, wyciągając z lodówki butelkę coli. - Dzieci zwykle
dowiadują się ostatnie. Ale nie martwcie się... damy sobie radę.
- Ty się lepiej zajmij ocenami z matmy - powiedział Mirek, zalewając
kubek wrzątkiem.
Maria wstała od stołu i wychodząc, poczochrała syna po kudłatej głowie.
Telefon leżał na szafce w salonie. Włączyła go, ale nie zalogowała się
do sieci. W aplikacji kontakty znalazła numer do Zwolińskiego i zapisała
go na karteczce, którą przed chwilą schowała do kieszeni.
Podeszła do okna. Opel stał w tym samym miejscu.
Jak będzie lepiej? - pomyślała. Zadzwonić do Zwolińskiego z bezpiecznego
numeru czy powiedzieć tej Basi, żeby się ze mną skontaktował. Jeżeli
jego telefon jest pod kontrolą, to wyłapią moje połączenie. A zresztą co
mu powiem... że co? Lepiej zostawić mu inicjatywę. Wie przecież, co może
zrobić, i zrozumie przesłanie.
Wyszła do przedpokoju, włożyła crocsy, kurtkę i rzuciła do Mirka:
- Zaraz wracam.
Zanim zdążył zareagować, trzasnęły drzwi.
Maria podeszła do opla i zastukała w okno. Kobieta opuściła szybę.
- Tu jest zakaz parkowania, pani Basiu - powiedziała z uśmiechem. -
Znamy się przecież. - Kobieta też się uśmiechnęła, ale nie
odpowiedziała. - Mam prośbę - dodała Maria. - Może pani przekazać
Andrzejowi, żeby się ze mną skontaktował? Zgubiłam gdzieś jego numer
telefonu. Może pani?
- Zrobi się - odparła tamta i skinęła głową.
- Nie będę dzisiaj wychodzić z domu, więc możecie chyba już...
- Niestety - odparła kobieta.
- No to dobranoc - rzuciła Maria, a kobieta zamknęła okno.
11
Lutek wiedział, że szpital zgłosi na
policję sprawę człowieka z podciętym gardłem. Nie wiedział jednak, czy
Jagan przeżył. Natłok wydarzeń spowodował jednak, że nawet nie miał
czasu o nim pomyśleć. Wszyscy działali pod wpływem adrenaliny. To był
czas improwizacji, ale nawet drobny błąd mógł zburzyć i tak kruchy plan
działania. Wciąż musieli rozwiązywać problemy, których nie przewidzieli,
czyli jak zawsze reagować na bieżąco.
Najważniejsza była sprawa Irańczyka i wyciągnięcie Igora i Wasi.
Aresztowanie Konrada, Marcela i Romana dodatkowo komplikowało sytuację.
Sekcja Q straciła dowódców. Po wydarzeniach w Wawrze i wysłaniu Arifa do
Iranu musieli zerwać kontakty i przejść do całkowitej konspiracji. Takie
było polecenie Konrada, ale i bez tego wszyscy wiedzieli, że muszą to
zrobić.
Kiedy Lutek zorientował się, że po cięciu Irańczyka Jagan jeszcze żyje,
zacisnął mu na szyi ręcznik i poderwał jego ciało z podłogi. To był
odruch, jaki znają tylko towarzysze broni. Teraz liczyło się jedynie
ratowanie partnera. Nie mógł zostawić ciała Rosjanina na żer mediów i polityków. Nie przewidzieli wtedy wszystkich skutków akcji, a już na
pewno nie śmierć Jagana, człowieka, który przyszedł im z pomocą.
Lutek z niemałym trudem przerzucił ciało przez ramię i tak szybko, jak
mógł, zaniósł do samochodu i zawiózł do kliniki w Aninie. Gdy wnosił go
do budynku, Jagan nie dawał już żadnych oznak życia. Lutek poczuł, że
spełnił swój żołnierski obowiązek. Widok bladej twarzy Jagana nie
pozostawiał złudzeń. Lutek znał ten obraz dobrze, więc kiedy kładł jego
wiotkie ciało na podłodze, wiedział już na pewno, że tamten nie żyje.
Przez następne dwa dni nawet o nim nie pomyślał. Dopiero gdy opadły
emocje, zaczął się zastanawiać, co stało się z jego ciałem. Czuł się
odpowiedzialny za tę śmierć i ta myśl zaczęła męczyć go coraz bardziej.
Chciał uniknąć telefonowania do kliniki, więc namówił Ewę, żeby włożyła
czapkę z daszkiem oraz ciemne okulary, i pojechali razem do kliniki w Aninie.
- Dzień dobry - zwróciła się Ewa do kobiety siedzącej w recepcji. -
Kilka dni temu przywieziono tutaj w nocy znajomego z raną szyi... -
zaczęła i od razu zobaczyła poruszenie na twarzy rozmówczyni.
- To pani znajomy? Zaraz poproszę lekarza. Proszę zaczekać. -
Pielęgniarka podniosła słuchawkę telefonu. - Panie doktorze! - zaczęła
podniesionym głosem. - Jest tu pani, która zna tego pacjenta z podciętym
gardłem. Dobrze! - rzuciła do słuchawki. - Lekarz zaraz przyjdzie.
- To on żyje? - zapytała Ewa.
- Żyje. Jest na OIOM-ie. Policja się nim interesuje.
Ewa odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła do wyjścia.
- Gdzie pani idzie! Proszę pani! Doktor zaraz będzie, proszę pani...
- Ja pierdolę! Lutek! - Ewa nie mogła złapać oddechu. - Jedź! Szybko!
Lutek włączył silnik i wcisnął gaz, aż zabuksowały koła. Samochodem
zarzuciło i po chwili znikli za zakrętem. Już miał zapytać, co się
stało, gdy Ewa krzyknęła, kręcąc głową z niedowierzaniem:
- On żyje!
- Jak to?
- No żyje... jest na OIOM-ie!
- Pewna jesteś? - Lutek zatrzymał samochód na przystanku autobusowym,
zdjął Ewie okulary i spojrzał w jej szeroko otwarte oczy.
- No, nie widziałam go, ale tak powiedziała kobieta w dyżurce.
Wiedziała, o kogo pytam!
- Ja pierdolę! - Lutek wypuścił powietrze jak z hutniczego miecha. -
Dałbym sobie głowę... no palec... że on... Czekaj, czekaj...
- I co teraz? Trzeba poinformować Sarę. Mówiłeś, że nie żyje! A przecież
zawiozłeś go do szpitala! Ożył?
- Kurwa! - Lutek niemal nigdy nie przeklinał, ale był tak
zdezorientowany, że nie potrafił uspokoić rozszalałych myśli. Przez
chwilę milczeli i nawet nie zauważyli, że stoi za nimi autobus i trąbi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
- Odwołać wizytę w przeddzień? Mocne! -
Kaziura pokręcił głową z niedowierzaniem. - Niemożliwe przecież, żeby
akcja w Wawrze zrobiła na nich takie wrażenie.
- Stracili do nas zaufanie? - Bolecki się zmartwił. - Zresztą... czas
zacząć się uniezależniać i od nich. Nie mogę znieść tej Beckman. Działa
mi na nerwy. I powinniśmy bardziej zdecydowanie zająć się Lubertem albo
on zajmie nasze miejsce.
- Sądzę, że stało się coś, o czym jeszcze nie wiemy - dodał Kaziura i pomyślał, że sprawy idą w dobrym kierunku. Polska coraz bardziej
alienuje się w Europie, a autorytet Boleckiego zaczyna pękać. - Tak,
masz rację, trzeba przyspieszyć budowę naszego nowego sojuszu.
- Spróbuj dowiedzieć się, co się stało, że tak nagle dogadali się z Iranem. Czuję, że jankesi robią nas w chuja - rzucił premier, siadając w fotelu. - Masz papierosy? - Kaziura otworzył szufladę biurka, wyjął
paczkę i wraz z zapalniczką podał Boleckiemu. - Bardzo niepokoi mnie to,
że jest jakieś drugie dno. Coś się dzieje, a co i dlaczego, tylko ty
możesz się dowiedzieć, bo Baryła do niczego się nie nadaje. Nie mówiąc o tej pierdolonej agencji towarzyskiej z Miłobędzkiej - zakończył i podniósł się do wyjścia.
- Łącznik CIA wyjechał tydzień temu, więc też...
- To skąd ta święta Helena Trojańska wszystko wie? - zapytał już w drzwiach premier.
Kreml był zaskoczony zmianą kursu Amerykanów nie mniej niż polski rząd,
bo równie dużo zainwestował w ten konflikt i liczył na konkretne
korzyści. Zwrot miał też jednak swoje dobre strony i wywiad rosyjski
rozpoczął wdrażanie planu B.
Wielomiesięczna kosztowna akcja medialna w Polsce przygotowująca
społeczeństwo do wojny z islamem w obronie chrześcijańskiej Europy pękła
jak bańka mydlana. Obrońcy narodu mimo solidnego dofinansowania stracili
cel i trzeba było szukać im pilnie nowego wroga. Masakra w Wawrze stała
się nagle bezużyteczna czy wręcz szkodliwa propagandowo, bo nawet
życzliwi dziennikarze coraz częściej zarzucali Boleckiemu zwyczajną
nieudolność, a notowania Luberta zaczęły iść w górę.
Premier zlecił więc Jerzemu Kaziurze zajęcie się sprawą i wyciągnięcie z niej, ile się da, by wykazać słuszność i skuteczność polityki rządu.
Wicepremier miał po prostu przekuć porażkę w sukces. To była jego
specjalność, a potrafił zdziałać cuda. Bolecki na to liczył. Kaziura
zebrał zespół najbardziej lojalnych dziennikarzy i spin doktorów, którzy
codziennie tworzyli w pocie czoła memy, przekazy dnia dla polityków oraz
publikacje, i rozdzielił zadania. Antyniemiecki i antyeuropejski hejt
wylał się szeroko z rządowych mediów.
Główne uderzenie propagandowe skierowane było na Agencję Wywiadu, która
stała się nagle źródłem wszystkich problemów państwa, siedliskiem
rosyjskiej agentury, zboczeńców i renegatów. Ustawa o rozwiązaniu AW i powołaniu Narodowej Agencji Informacyjnej była już w sejmie. Zaczęła się
lustracja oficerów do trzeciego pokolenia wstecz.
Roman Leski i Zofia Winiarska przebywali w areszcie pod zarzutem
szpiegostwa na rzecz Rosji. Konrad Wolski i Marcel Cichy odmówili
współpracy z rządem i przypisano im długą listę paragrafów kodeksu
karnego, w tym zabójstwo. Pułkownik Marek Bruker został aresztowany pod
zarzutem pedofilii.
Wszystkimi sprawami zajmował się specjalny zespół prokuratorów, którym -
pod osobistym nadzorem nowo mianowanego wicepremiera i ministra spraw
wewnętrznych Jerzego Kaziury oraz ministra sprawiedliwości Karola
Maćkowiaka - kierował Walerian Farbiarz.
W sprawie Romana śledztwo było stosunkowo proste. Dowody jego
szpiegowskiej działalności znalezione w mieszkaniu Zofii nie
pozostawiały żadnych wątpliwości.
Podejrzani odmawiali jednak jakiejkolwiek współpracy i nie przyznali się
do zarzucanych im czynów. W związku z tym przebywali w pojedynczych
celach, bez kontaktu z najbliższymi. Współpracę z adwokatem utrudniano
na tyle, na ile to było możliwe. Prokurator Farbiarz liczył, że po
aresztowaniu Zofii Winiarskiej Leski zmięknie, tym bardziej że zaczął
coraz bardziej podupadać na zdrowiu. Pobicie na ulicy w Atenach mocno
odcisnęło się na jego kondycji psychicznej.
Premier Bolecki regularnie interesował się stanem zdrowia aresztowanego.
Nigdy nie powiedział tego wprost, ale prokurator Farbiarz potrafił
czytać w myślach przełożonych i wiedział, że cierpienie Leskiego
sprawiało mu satysfakcję.
Zdecydowanie gorzej wyglądało dochodzenie w sprawie Konrada i Marcela.
Obaj podejrzani przebywali w pojedynczych celach i podobnie jak Roman
byli pozbawieni kontaktów ze światem zewnętrznym. Choć nie mogli się
kontaktować także ze sobą, prokurator Farbiarz żywił głębokie
przekonanie, że działają w porozumieniu. Byli twardzi i nie poddawali
się. Ciągle zmieniali zeznania i wprowadzali nowe zaciemniające obraz
wątki, które trzeba było nieustannie sprawdzać. Wyraźnie utrudniali
śledztwo i grali na czas. Farbiarz nie mógł jednak rozgryźć dlaczego.
Szczegółowe badanie domu w Wawrze wykazało, że Wolski i Cichy musieli
mieć pomocników, ale nie udało się tego udowodnić. Badania
kryminalistyczne potwierdziły, że na miejscu przestępstwa były trzy lub
cztery osoby, do których nie można było jednak przypisać śladów.
Panujący w pomieszczeniu bałagan był tak duży, że trudno było opisać
scenę i umiejscowić na niej aktorów. Zeznania Wolskiego i Cichego w wielu punktach nie pokrywały się ze scenariuszem i wprowadzały jeszcze
większy zamęt. Farbiarz nie miał wątpliwości, że nie było ich w środku w trakcie zajścia, choć uporczywie twierdzili, że byli sami, i całą winę
brali na siebie.
Irańczycy, którzy przeżyli strzelaninę, solidarnie milczeli i odmawiali
jakiejkolwiek współpracy z władzami. Odporni na jakiekolwiek groźby,
jakby kontynuowali swoją samobójczą misję.
Prokurator Farbiarz wytypował z otoczenia Wolskiego i Cichego kilka
osób, które mogły uczestniczyć w zdarzeniu, ale nikt się nie przyznał,
nie było dowodów i do tego każdy miał solidne alibi. Farbiarz wiedział,
że nie będzie łatwo ich zmanipulować, nastraszyć i zmusić do mówienia.
Wszyscy potrafili radzić sobie w stresie, byli mistrzami w grach
operacyjnych, robieniu uników, manipulacji. Prokurator swoje
umiejętności cenił jednak wyżej. Dlatego minister Kaziura powołał tajny
dziesięcioosobowy zespół złożony z doświadczonych i lojalnych oficerów
CBA, ABW i policji, których zadaniem było rozpracowanie grupy, czyli
byłych oficerów Wydziału Q i Sekcji. Zespół o kryptonimie "Orzeł"
otrzymał nieograniczone środki, a dowodził nim świeżo awansowany
pułkownik Hubert Kamiński.
Prokurator Farbiarz liczył, że przy pomocy Kamińskiego znajdzie w końcu
słaby punkt w grupie i wyłowi jakiegoś Judasza. Potrzebował jednak
więcej czasu. Najbardziej martwiło go, że nikt z jego ludzi nie potrafił
złamać systemu łączności SafeOne, w którym zakodowana była cała prawda o tym, co się zdarzyło. Mimo poszukiwań w całej Polsce i włączenia
Interpolu nie udało się ustalić, co się stało z Maciejem Górskim. Nie
pomogły nawet zaprzyjaźnione służby wywiadowcze. Wirus zniszczył cały
zapis w systemie. Nie potwierdziły się internetowe insynuacje, że major
Górski widziany był w Moskwie.
Postępowanie w sprawie zabójstwa w Atenach Dimitriosa Calderóna i sklepikarza Makisa zostało szybko umorzone z powodu niewykrycia
sprawców. Motyw był oczywisty. Polak zginął przypadkowo podczas
narkotykowych porachunków między gangami, Farbiarz uznał więc, że nie
musi wszczynać oddzielnego śledztwa, i sprawę zakończył.
Inspektora Marka Rodziewicza uznano w postępowaniu dyscyplinarnym za
winnego złamania prawa i jego sprawę również przekazano do prokuratora
Farbiarza. Wkrótce został aresztowany za udzielenie pomocy Konradowi,
Marcelowi i Leskiemu. Odmówił złożenia wyjaśnień i dołączył do
pozostałych w Białołęce.
2
Maj był wyjątkowo ciepły, czerwiec zaś
prawdziwie już upalny. Rezerwat Dolina Wkry wypełnił się soczystą
zielenią, a brzegi rzeki kwitły dywanami żółtych kaczeńców.
Hotel Olimp w Pomiechówku w rzeczywistości był małym pensjonatem
wykorzystywanym głównie przez wędkarzy i kochanków. Sara wybrała go, bo
kilka lat wcześniej zatrzymali się w nim podczas spływu kajakowego razem
z Konradem. Zadzwoniła ze stacjonarnego telefonu w przedszkolu Alka i sprawdziła, czy są wolne pokoje.
Następnie na dwóch karteczkach zapisała adres, dzień i godzinę. Dopisała
- obowiązują stroje wieczorowe - co w żargonie szpiegowskim oznaczało,
że spotkanie odbędzie się w ścisłym reżimie operacyjnym. Karteczki
przekazała Monice i Marii, kiedy spotkały się po raz ostatni na Powiślu
w galerii MiniMidiMaxi przed jej likwidacją.
Doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że znajdują się pod obserwacją, i właściwie się już nie kontrolowały. Tajniacy też nie zamierzali zachować
choćby pozorów profesjonalizmu. Farbiarz dobrze wiedział, dlaczego to
robi. Chciał im uprzykrzyć życie na tyle, na ile było to możliwe,
utrudnić kontaktowanie się, zmęczyć, zdemoralizować i sprowokować, by w końcu się objawił Judasz. Z lektury Pisma Świętego i doświadczenia
wiedział, że w każdej grupie zawsze znajdzie się jakiś zdrajca. Zdrajca,
który dopiero się objawi i który potrzebuje przebudzenia. Prokurator
zapomniał jednak, że Judasz nie był kobietą. A w tym wypadku Polką,
zawodową szpieginią, zdeterminowaną, by walczyć. Walerian Farbiarz nie
wiedział, że nie jest w stanie uprzykrzyć życia komuś, kto całe życie
spędził pod obserwacją, zawsze gotowy do działania. Nie wiedział także,
że w Sarze, Monice i Marii dojrzewała wściekłość.
Gdy spotkały się w galerii, położyły komórki na stoliku obok filiżanek,
Centaur miał więc nagranie stereofoniczne. Pozdrowiły dyżurującego pana
kapitana i poinformowały o swoich gastrycznych dolegliwościach.
Następnie wyłączyły telefony i Monika wyniosła je na zaplecze do kasy
pancernej. Mimo to w galerii nie rozmawiały o niczym, co mogłoby
zainteresować prokuratora Farbiarza. Pomieszczenie mogło być na
podsłuchu, a demonstrację ze smartfonami zrobiły dla swojej
przyjemności.
Wszyscy szpiedzy wiedzą, że jeśli jest jakiś idealny moment w tygodniu
na realizację zadań, to jest to poniedziałkowy poranek. Maria rzadko
pracowała operacyjnie, musiała więc przypomnieć sobie zasady budowania
trasy sprawdzeniowej. Z tego powodu denerwowała się bardziej niż Monika
czy Sara, które robotę operacyjną miały we krwi. Bała się, że nie
wyłapie obserwacji i przyciągnie do Pomiechówka ogon. Dlatego poprosiła
męża, żeby zawiózł ją na stację metra Kabaty.
Samochód stał w garażu, Maria mogła ukryć się więc na tylnym siedzeniu.
Zabieg prosty, może nawet banalny, ale jednocześnie praktyczny. Mirek
nie zapytał, skąd u niej aż taka determinacja, był jednak dumny, że może
włączyć się do walki. Nie znał szczegółów, bo nie mogli o tym rozmawiać,
jednak całym sercem wspierał żonę i wykonywał stawiane mu coraz częściej
zadania ze szczerym entuzjazmem i poświęceniem.
O piątej rano wyjechał z Miasteczka Wilanów na aleję Wilanowską i skręcił w prawo.
- No i co? - zapytała spod koca.
- Czysto - odparł. - Tak się mówi?
- Pewny jesteś?
- Pewny. Pusto. Jesteśmy sami. Miasteczko jeszcze drzemie smacznie pod
kołderkami. Za godzinę odkręcą ciepłą wodę i...
- Przestań! - przerwała mu Maria. - Skup się, Mireczku, na drodze i nie
fantazjuj.
- Tak jest, pani naczelnik!
- Nie pieprz! - obruszyła się. - Firmy już nie ma i jak wiesz, muszę
szukać nowej pracy, nie mam więc nastroju do żartów.
- Rozumiem, że idziesz na rozmowę rekrutacyjną? - rzucił Mirek z lekkim
przekąsem i dodał: - Skręcam w Przyczółkową. Pusto, czyli czysto.
- Pokręć się kilka minut po Kabatach i wyrzuć mnie przy zejściu do
metra.
- Okej. Zupełnie jak w prawdziwym szpiegowskim filmie.
Mirek jeździł po skąpanych w porannym słońcu Kabatach. Pojawili się
pierwsi przechodnie i pojedyncze samochody, ruszyły autobusy. Dokładnie
po dziesięciu minutach zatrzymał się przy zejściu do metra.
- Jesteśmy - oświadczył z wyraźnym przejęciem. - Kiedy wrócisz?
- Nie wiem. Może dzisiaj, może jutro. Rozmowa rekrutacyjna może się
przeciągnąć - wyrzuciła z siebie na wyraźnym wydechu, naciągnęła kaptur
i chwyciła plecak. - Nie denerwuj się, Mireczku, i nie daj się
sprowokować. Wiesz, co masz robić.
- Kocham cię, piękna.
- I ja ciebie. Nie zapomnij o zebraniu w szkole - odparła i wyskoczyła z samochodu.
Zbiegła po schodach do metra. Kupiła bilet w automacie i zeszła na
peron. Naciągnęła głębiej kaptur i stanęła tyłem do najbliższej kamery.
Wiedziała, że jeżeli obserwacja zorientuje się, że zniknęła, będą jej
szukać. Ustalą, że mąż wywiózł ją na stację, i pomyślą, że chciała
zrobić coś, o czym oni nie powinni wiedzieć. O wszystkim, jak zwykle,
decydował czas. Im dłużej przebywała w miejscach bez monitoringu, tym
jej bezpieczeństwo rosło. W plecaku miała dwie bluzy na zmianę, dwie
czapki i ciemne okulary. Kiedyś z powodzeniem wykorzystała ten zabieg
podczas szkolenia wywiadowczego w Kiejkutach.
Choć trasę miała zaplanowaną, to wiedziała, że będzie musiała
improwizować. Pojechała metrem do stacji Świętokrzyska, gdzie przesiadła
się na drugą linię, i wysiadła na stacji Centrum Nauki Kopernik. Kiedy
wyszła na powierzchnię przy pomniku Syrenki, zegarek wskazywał kwadrans
po szóstej. Miała trzy i pół godziny do odjazdu pociągu z Dworca
Gdańskiego do Pomiechówka. Wiedziała, że ma duży zapas, ale nie ufała
swoim umiejętnościom i wolała dwa razy się sprawdzić, niż popełnić błąd.
To była jej najważniejsza trasa sprawdzeniowa w życiu.
Mimo ładnej pogody na Bulwarach Wiślanych świeciło pustkami. Dziwne, bo
zwykle nawet o tak wczesnej porze pojawiało się tu trochę biegaczy i rowerzystów. Maria nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać,
minęła Centrum Nauki i po stu metrach zatrzymała się przy drewnianych
leżankach. Zrobiło się cieplej. Zdjęła bluzę, zwinęła ją w wałek,
założyła ciemne okulary i zajęła jedno miejsce. Wyjęła książkę i zaczęła
udawać, że czyta. Nie zauważyła nic podejrzanego.
Była przekonana, że w centrum Centaura zorientowali się już, że gdzieś
zniknęła.
Na pewno ściągną wszystkie siły na mnie. Uważają, nie bez racji, że
jestem najsłabiej przygotowana z naszej trójki, ale się tu przeliczą. Na
bulwarach też są kamery, ale po drugiej stronie Wisły już nie -
pomyślała.
Spojrzała na zegarek. Była siódma trzydzieści. Zarzuciła na ramiona
bluzę, zdjęła okulary i włożyła niebieską bejsbolówkę z napisem Nike. Z plecakiem na ramieniu ruszyła w prawo w stronę mostu Świętokrzyskiego.
Po piętnastu minutach znajdowała się już po drugiej stronie rzeki.
Zeszła na dół po stromej skarpie i znikła w zalesionej gęstwinie.
Dziki gąszcz porastający prawy brzeg Wisły nie był monitorowany i można
było się w nim z łatwością ukryć. Obserwacja musiałaby wysłać pieszych
wywiadowców. Maria wiedziała o tym ze sprawy, którą prowadziła kiedyś w WBW, i postanowiła to wykorzystać. Zdjęła bluzę, schowała ją do plecaka,
zmieniła spodnie na szorty i włożyła drugą czapkę. Ścieżką spacerową
ruszyła w lewo, w stronę mostu Poniatowskiego, gdzie mieściła się
warszawska plaża.
Dochodziła ósma. Słońce wzeszło wysoko i zrobiło się bardzo ciepło.
Miała godzinę i czterdzieści pięć minut do odjazdu pociągu. Z plecaka
wyjęła bluzę, rozłożyła ją na piasku i usiadła.
3
Ela nakarmiła Juliana, który zasnął przy
piersi. Witek przeniósł go do łóżeczka i dopiero teraz mogli zjeść
śniadanie. Mały dokazywał od czwartej rano, więc oboje czuli się
zmęczeni i marzyli tylko o dodatkowej godzinie snu. Nie było na to
żadnych szans, Witek musiał bowiem jechać z samochodem na przegląd, co
okazało się możliwe tylko dzięki mocnej kawie, a Ela, żeby się
zdrzemnąć, musiała czekać, aż Witek wróci i zajmie się małym.
Witek i Ela byli dwukrotnie przesłuchiwani przez prokuratora Farbiarza i przez tydzień objęci kontrolą operacyjną. Doskonale wiedzieli, że muszą
ograniczyć do minimum kontakty. Wraz z Lutkiem i Ewą zajęli się Igorem i Wasią, których zwolnili Irańczycy. Rząd Boleckiego odczytał to jako
pokojowy gest ze strony Teheranu i gotowość do wygaszenia napięcia po
nieudanej akcji dywersyjnej w Warszawie. Wkrótce okazało się, że był on
częścią ogólnego odprężenia, którego cichym sprawcą miał być Berlin.
Dlatego media, za sprawą ludzi Kaziury, odpowiednio nagłośniły powrót
Polaków i fiasko akcji Irańczyków jako ważny wkład Polski w zażegnanie
wojny. Bolecki niemal codziennie, z charakterystyczną dla siebie emfazą,
informował, że to polski rząd doprowadził do rozładowania napięcia na
Bliskim Wschodzie.
Igor i Wasia zdawali sobie sprawę, że Konrad nigdy nie zrezygnował z walki o ich uwolnienie. Wiedzieli też, co zrobił Dima, Roman i wszyscy
przyjaciele. Wiedzieli o Arifie Harumim i skąd wzięły się dla nich
pieniądze.
Wbrew swojej woli stali się bohaterami mediów. Z trudem dusili w sobie
wściekłość z powodu aresztowania Konrada, Marcela i Romana,
powstrzymywali się jednak od komentarzy.
Od tej pory kontakt z Igorem i Wasią utrzymywali tylko Witek i Lutek.
Wydarzenia w Wawrze były tajemnicą i nigdy o nich nie rozmawiali. Tak
zadecydowała Sara i kazała im czekać.
Lutek i Ewa byli przesłuchiwani przez Farbiarza tylko raz, ale nic nie
wiedzieli o wydarzeniach w Wawrze. Podobnie jak Ela i Witek mieli
solidne alibi.
Poniedziałkowy poranek, kiedy Maria wybierała się do Pomiechówka, dla
Witka, Eli, Lutka i Ewy nie różnił się niczym od zwykłego dnia.
Nie wiedzieli, że Sara ustaliła spotkanie z Marią i Moniką, ale czuli,
że im dłużej nic się nie dzieje, tym bardziej muszą być przygotowani do
działania. Czas uciekał, ale Sara nigdy nie odpuszczała. Konrad, Marcel
i Roman poświęcili się dla sprawy uwolnienia Igora i Wasi, a Dima i Maciek zapłacili najwyższą cenę. Wszyscy wiedzieli, że nie mogą tego tak
zostawić.
Mirek i Irek zaraz po zakończeniu działań w Wawrze i odebraniu Arifa
przez ambasadę Iranu zamknęli się w swojej twierdzy i na polecenie Sary
ograniczyli do minimum kontakt z Wydziałem i Sekcją. Tak jak wszyscy,
mieli przygotowane alibi, ale ku swojemu zaskoczeniu nie musieli
zeznawać w prokuraturze.
Dopiero po kilkunastu dniach Sara zwołała spotkanie byłego Wydziału Q,
które miało odbyć się w kinie Świt. Igor i Wasia wydobrzeli już na tyle,
że mogli cieszyć się wolnością, Sara zorganizowała więc imprezę
powitalną. Monika i Maria nie były zaproszone. Sara wiedziała bowiem, że
zwołując spotkanie przez telefon, ściągnie tajniaków. Farbiarz będzie
podejrzewał, że dzieje się coś nadzwyczajnego, co może przynieść mu
procesowe korzyści, i skieruje do Piastowa wszystkie siły. Na to
liczyła. Nie musiała nikogo ostrzegać. Wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, co się dzieje, i zachowywali, jakby w imprezie uczestniczył ten
trzeci, niewidoczny wróg. Sara chciała zmęczyć obserwację, technikę i uśpić ich czujność przed spotkaniem w Pomiechówku, odciągnąć uwagę od
Moniki i Marii.
Samochody obserwacji pojawiły się wokół domu M-Irka już na dwie godziny
przed rozpoczęciem imprezy, a smartfony uczestników były rozgrzane od
Centaura do czerwoności. Mimo to prokurator Farbiarz nie dowiedział się
nic nowego. Utwierdził się jedynie w przekonaniu, że musi ciężko
pracować, by ich złamać i wyłowić swojego Judasza.
Na zakończenie imprezy w kinie Świt wystąpiła Sara. Stanęła pośrodku pod
ekranem, a na widowni zasiadło osiem osób. Naśladując Konrada, złożyła
ręce na piersiach i delikatnie wysunęła szczękę do przodu. Niedawno,
kiedy ruszali do akcji w Wawrze, dokładnie w tym samym miejscu stał
Konrad i w podobnej pozie przekazywał im ostatnią instrukcję.
Na przyjazd policji czekamy razem z Marcelem. Ma to wyglądać tak,
jakbyśmy to my, a nie Lutek i Jagan, narobili tego całego bałaganu.
Policja oczywiście połapie się, że to mistyfikacja, ale decyduje czas,
który jest nam potrzebny, by nikt z was nie pozostał w zasięgu wzroku.
Pewne jest, że nas aresztują. Dlatego od tej chwili wszystkie decyzje
podejmować będzie Sara.
Stała przed nimi, żartobliwie naśladując patos Konrada, i oczywiste
było, że obejmuje właśnie dowództwo. To wystarczyło. Zrozumieli, co
chciała powiedzieć. Teraz ona będzie dowodzić, a oni mają być w gotowości.
Impreza skończyła się po drugiej w nocy. Wypili cały alkohol i zjedli
jedzenie z restauracji Bombaj. Poza Elą, która karmiła piersią, nikt się
nie oszczędzał. Lutek miał poważne trudności, żeby trafić w drzwi, ale w najgorszym stanie znajdowali się Igor i Wasia, którzy poczuli się nagle
bezpiecznie, i postanowili odbić sobie lata w irańskim więzieniu.
Wyszli od M-Irka razem. Stanęli na ulicy i z rozbawieniem patrzyli, jak
samochody obserwacji ruszają za każdym odjeżdżającym uberem.
4
Monika i Sara wiedziały, że Maria nie ma
doświadczenia w pracy operacyjnej, więc wyliczyły czas tak, żeby
przyjechać do pensjonatu Olimp odpowiednio wcześniej. Chciały sprawdzić,
czy nie przyciągnie za sobą ogona.
Maria wysiadła na stacji w Pomiechówku i zrobiła jeszcze krótką trasę po
miasteczku. W końcu dotarła na miejsce taksówką. Sara obstawiała drogę
dojazdową, a Monika pensjonat.
O trzynastej spotkały się w pokoju z widokiem na rzekę. Przez szeroko
otwarte balkonowe okno zaciągało leśnym aromatem i dźwiękami rozszalałej
ptasiej orkiestry. Stanęły pośrodku, objęły się mocno za ramiona i przywarły do siebie jak siostry. Po raz pierwszy od wydarzeń w Wawrze
czuły się wolne i bezpieczne.
Sara nalała każdej po kieliszku wódki. Stanęły naprzeciwko siebie.
- Za Dimę! - powiedziała cicho Monika i wypiły.
Sara dała znak ręką i Maria uzupełniła kieliszki.
- I za... Jagana! - rzuciła Sara i wypiły po raz drugi.
Usiadły w fotelach i na kanapie.
- Wypiłyśmy tę wódkę - zaczęła Sara - żeby móc załatwić to, po co was tu
ściągnęłam. Nasi faceci siedzą w więzieniu, więc teraz czas na nas.
Musimy ich wyciągnąć i... przy okazji pomóc Rzeczpospolitej, w końcu też
kobiecie. Mamy chyba wystarczająco dużo dynamitu, by wysadzić tę
moskiewską agenturę. Wszystkie wiemy, kogo i za co. Teraz musimy
zastanowić się, jak to zrobić, kto i kiedy powinien podpalić lont.
- Pierdolonego Jerzego Kaziurę! - wyrzuciła z siebie Maria.
- Aż trudno uwierzyć... - Monika pokręciła głową z niedowierzaniem. -
Wszyscy wiedzą, wszyscy widzą, że od lat rozpierdala Polskę, i nic...
wciąż go wybierają, a on ciągle przy Boleckim. Już jest wicepremierem,
koordynatorem służb, jak tak dalej pójdzie, wkrótce będzie premierem.
- No więc właśnie, dziewczyny - kontynuowała Sara. - Trzeba wystrzelić w kosmos Kaziurę i wyciągnąć naszych facetów z łap Farbiarza. Nie ma
innego sposobu. A tak bardziej poważnie... - wzięła głęboki oddech -
...musimy udowodnić, że Kaziura to kremlowski agent. My to wiemy, ale musi
to też zobaczyć i zrozumieć cała Polska i Europa. A potem trzeba
wysadzić go razem z Boleckim i całą tą szemraną ferajną. Mamy
możliwości, mamy kontakty, no i mamy nagranie z rozmowy Dimy z Fiedotowem...
- Mamy też rachunki do wyrównania - dodała Monika. - Dima nie zginął z powodu narkotykowych porachunków, bo Makis nie handlował. Dima
wiedziałby o tym. Byliśmy obserwowani przez Rosjan, jestem tego pewna.
To oni... za Fiedotowa... wiedzieli, że zrobił nagranie. - Monika urwała, bo
poczuła, że do oczu napływają jej łzy.
- Zapłacą za Dimę - powiedziała Sara zdecydowanym tonem. - Mamy nagranie
z mieszkania na Pindarou. Ale to nie zemsta jest naszym celem.
- Musimy ustalić, czym dysponujemy i jaką taktykę mamy przyjąć - rzuciła
Maria. - Oraz rozdzielić zadania. Rozumiem, że ty... Sara? - Spojrzała na
Monikę, która skinęła głową i uśmiechnęła się pierwszy raz.
- Okej - powiedziała Sara. - Zgadzam się. - I też się uśmiechnęła.
- To zaczynaj - rzuciła Maria.
Sara podeszła do okna i przez chwilę wyglądała na zewnątrz. Potem oparła
się o szafkę i założyła ręce na piersiach.
- Zobaczcie - zaczęła. - Wszystkie jesteśmy tak samo ubrane. - Monika i Maria spojrzały na siebie: zwykłe T-shirty i dżinsy, klasyczny uniseks.
Niemal jak strój służbowy. - Nie wiem, czy to dobry znak, że nie
podkreślamy, kim jesteśmy, czy zły, że nie zwracamy na siebie uwagi. - W jej głosie zabrzmiała wyraźna ironia. - Będziemy się teraz nazywać od
hotelu Olimp.
Wszystkie, jak na komendę, wybuchnęły śmiechem.
- Kiedyś na akademii przymierzałam się do obrazu i sporo czytałam o Eryniach. Lubię je i mam powód do zemsty. - Ostatnie słowa wypowiedziała
poważnie, bez śladu uśmiechu na twarzy.
- Zaczynajmy, czas ucieka - przypomniała Maria.
- Musimy się zorganizować, jeżeli mamy wysadzić Kaziurę - zaczęła
jeszcze raz Sara. - Jesteśmy pod prewencyjną kontrolą służb, która
paraliżuje nasze ruchy. Jak znam życie, CBA i ABW stworzyły pewnie jakiś
specjalny zespół, bo nie sądzę, by korzystali z rutynowych struktur.
Widać to zresztą gołym okiem. Stosują zasadę, że im bardziej są
widoczni, tym bardziej się ich boimy. Kaziura i Farbiarz muszą mieć w tym jakiś cel...
- Chcą nas zmęczyć i zmusić do współpracy - wtrąciła Maria.
- Pewnie tak - potwierdziła Sara. - Tak czy inaczej, uniemożliwia to nam
komunikację, czyli faktycznie podjęcie aktywnych działań. Jeżeli mamy
coś osiągnąć, musimy ten problem rozwiązać jako pierwszy.
- Szkoda, że nie ma Maćka Górskiego. SafeOne przydałby się teraz
idealnie.
- Prawda. Czyli nasze myśli biegną do M-Irka, oni mogą zrobić dla nas
jakiś komunikator. Podejrzane jest, że tylko nimi Farbiarz się nie
zainteresował, więc albo coś przeoczył, albo to podstęp. Jeżeli to
podstęp, to tylko oni potrafią odpowiedzieć jaki i dlaczego. Czyli znów
mamy problem, jak się z nimi skontaktować, żeby nie ściągnąć na nich
uwagi Farbiarza albo nie dać się wciągnąć w pułapkę. Kółko zaczyna się
zamykać. Musimy zaryzykować i...
- Jedna z nas musi zejść do pełnej konspiracji - odezwała się Monika.
- To właśnie miałam na myśli. - Sara pokiwała delikatnie głową.
- Jestem gotowa. Chętnie wezmę tę piękną rolę konspiratorki. - Monika
uśmiechnęła się szeroko. - Tym bardziej że nie jestem związana z wydarzeniami w Wawrze, tylko z Romanem, galeria w likwidacji... no... i wy...
macie dzieci.
- No to pierwszy punkt załatwiony - kontynuowała Sara. - Zakładamy, że
uda nam się zbudować bezpieczną łączność.
- Masz rację. Kaziura i Farbiarz musieli stworzyć jakiś wydzielony
zespół operacyjny do kontrolowania nas - włączyła się Maria. - Wiedzą, z kim mają do czynienia, mówiąc nieskromnie. Czyli technika i obserwacja.
Ktoś musi tym dowodzić, muszą mieć jakąś centralę, zaufanych ludzi.
Wiem, jak się to robi, w końcu całe życie prowadziłam wewnętrzną
bezpiekę. Mam dziwne i silne przeczucie, że stoi za tym CBA, jak wtedy w sprawie Romana. Kaziura nie zaufa ABW chociażby z powodu Marcela. Myślę,
że powinniśmy spróbować spenetrować ten zespół. To rozwiązałoby
przynajmniej nasze problemy komunikacyjne, a może coś więcej... Podejść
ich operacyjnie?
- No tak, ale jak do nich dotrzeć? - zapytała Monika. - To gwardia
Boleckiego i Kaziury. Po Atenach sama wiesz najlepiej, co to za
materiał.
- Masz jakiś pomysł? - zainteresowała się Sara.
- Na robotę do Aten Kaziura wybrał swoich najbardziej zaufanych i lojalnych ludzi. W końcu brali udział w prowokacji i muszą zdawać sobie
z tego sprawę... Poznałam wówczas bliżej dwóch jego ludzi. Huberta
Kamińskiego, speca od techniki operacyjnej, i Andrzeja Zwolińskiego, od
obserwacji. Ten Kamiński to gość z zewnątrz, zanim przyszedł do CBA,
miał jakiś interes, chyba firmę detektywistyczną, i jest spokrewniony z żoną Kaziury, ale ten drugi, Zwoliński, to stary policjant. O tym, że
Kamiński spokrewniony jest z Kaziurą, powiedział mi właśnie pijany
Zwoliński...
- Pamiętam ten wieczór w Atenach, naszą rozmowę - włączyła się Monika.
- Po robocie w Atenach, wtedy kiedy podrzucili Dimie pakiet, ekipa
obserwacyjna, jak to zwykle bywa, zrobiła sobie na koszt podatnika
imprezę w restauracji - ciągnęła Maria. - Wcześniej Maciek poinformował
mnie, że w moim pokoju hotelowym jest podsłuch. Miał mu to powiedzieć
Zwoliński właśnie. Kiedy dołączyłam do imprezy, Zwoliński był już mocno
wlany, ale Kamiński nie i wydawało się, że kontroluje sytuację.
Zwoliński usiadł koło mnie i próbował się przystawiać, do innych kobiet
zresztą też. Ostrzegł mnie po cichu przed Kamińskim, a nawet wprost
powiedział, że ktoś chce mnie wrobić, ale nie powiedział w co.
Sugerował, że to Kaziura. W ogóle mocno bełkotał. Jak pamiętasz... - Maria
spojrzała na Monikę - ...podejrzewaliśmy, że to manipulacja Kaziury, i odcięliśmy się od Zwolińskiego.
- Pamiętam - odparła Monika. - Sama ci tak radziłam.
- Zwoliński zrobił na mnie wtedy jak najgorsze wrażenie. Chamski,
wulgarny seksista, więc może dlatego od razu go skreśliłam, ale teraz...
- Co teraz? - zapytała Sara. - Zmienił się?
- Teraz widzę go nieco inaczej. Właściwie można by uznać, że złożył mi
wtedy deklarację lojalności, chociaż był mocno pijany. Nie sądzę, żeby
liczył na gorący romans w hotelowym pokoju z podsłuchem. To wyjątkowy
gbur, ale jednak rasowy policjant i powinien wiedzieć, co robi i mówi.
- Masz jego numer? - Monika spojrzała na Marię i podniosła brwi.
- Mam, ale w smartfonie. Zaraz będą wiedzieli, jeżeli do niego zajrzę.
- Dlatego musimy najpierw dotrzeć do Mirka i Irka. Oni będą wiedzieli,
jak to zrobić - stwierdziła Sara, podniosła się energicznie z kanapy i stanęła pośrodku pokoju. - Wychodzi na to, że Monika ma już pierwsze
zadanie. Kaziura zorientuje się, że coś się dzieje, szczególnie jak im
Monika zniknie, i rzuci na nas całe swoje siły. Dlatego musimy do
maksimum wykorzystać czas w pierwszym okresie... - Pokręciła głową z niedowierzaniem i uśmiechnęła się szeroko. - Ja pier... zaczynam mówić jak
Konrad.
- To źle? - zapytała Maria.
- Nie, nie...
- W takim razie znikam z Ursynowa. Muszę zabrać trochę rzeczy i... -
oświadczyła Monika z powagą - ...i czekajcie, aż się odezwę.
- Masz jakiś safe house? - upewniła się Sara.
- Nie mam. Pomyślę i coś się pewnie znajdzie - odparła. - Musimy
porozmawiać o jeszcze jednej kwestii, a właściwie dwóch. Mogą mieć
znaczenie dla sprawy, a może nawet decydujące znaczenie. Dima zostawił
nam coś w rodzaju dziedzictwa...
- Dziedzictwa? - zainteresowała się Sara. - Dobrze usłyszałam?
- No może raczej spadku - poprawiła się Monika. - W życiu Dimy były trzy
kobiety... właściwie było ich dużo więcej, ale te trzy były wyjątkowe.
Jego matka, Rosa Lazopulos, kuzynka Tamara z Mosadu i... pułkownik Wiera
Kozakina z GRU, córka generała Kozakina, jego partnerka z czasów roboty
w Rosji i przyjaciółka... właściwie do ostatnich dni, no i chyba matka
jego syna. To ona pomogła mu w nawiązaniu kontaktu z Fiedotowem i Andriejem Trubowem. O Tamarze i Wierze wiedział tylko Roman. Nie ma o nich słowa w teczce personalnej Dimy, więc nie są to zdekonspirowane
kontakty i Farbiarz nic nie wyczyta z jego akt.
- A to niespodzianka! - Sara była autentycznie zaskoczona.
- Jak to nielegał - dodała Maria. - Jakby pogrzebać, znalazłoby się
więcej niespodzianek w jego życiorysie.
- Uważam, że trzeba z nimi porozmawiać. Nie wiem jeszcze, w czym mogłyby
nam pomóc, ale czuję, że jest w nich jakiś potencjał. Kochały go... w jakiś sposób, więc... nie zostawią jego śmierci nierozliczonej. Noooo... tak
mi się przynajmniej wydaje... - dodała nieco zakłopotana, bo sama była
czwartą kobietą jego życia. - Polecę do Tel Awiwu i Moskwy, pogadam,
może coś wywęszę. Mam telefon operacyjny Dimy z numerem Wiery, a do
Tamary też mam kontakt. Idziemy w tę stronę?
- Co ty na to? - Sara zwróciła się do Marii.
- Świetny pomysł i chyba tylko Monika może to zrobić. To byłoby nas
wtedy pięć.
- Dobrze - odparła Sara. - Mamy w końcu do zagospodarowania dwie
profesjonalistki. Może to coś da. GRU i Mosad zawsze mogą się przydać.
Trzeba mieć przynajmniej nadzieję. Musimy wykorzystać wszystkie
możliwości. Ale najpierw M-Irek. Bez bezpiecznej łączności nie posuniemy
się dalej.
Sara nie sprawiała wrażenia zachwyconej pomysłem Moniki.
Nie mogła sobie wyobrazić, jak Rosjanka i Izraelka miałyby im pomóc w rozpracowaniu Kaziury. Pomysł Marii, żeby dotrzeć do Zwolińskiego, był
czymś konkretnym, od czego można było zacząć, a wyjazd Moniki opóźniłby
tylko działania. Sara miała plan wykorzystania George'a Gordona i jego
kontaktów w Brukseli i NATO. Nagranie rozmowy Fiedotowa z Dimą ma
ogromny potencjał, ale obaj rozmówcy nie żyją. Jeden popełnił
samobójstwo, a drugi zginął przypadkowo w walce narkotykowych gangów.
Nawet jeżeli obie śmierci były mocno wątpliwe, to wiarygodności słów
Arsena Fiedotowa nikt nie był w stanie zweryfikować ani też potwierdzić
ich autentyczności. Co więcej, Roman Leski, przełożony Dimy, siedział
pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji, a naczelnik techniki Maciej
Górski zbiegł do Moskwy. Nie ma świadków, tylko poszlaki. Bez twardego
dowodu, że Jerzy Kaziura pracuje dla Rosjan, nie da się przekonać
sojuszników do zdecydowanych działań i poruszenia opinii publicznej w Polsce.
- Zamierzam polecieć do Londynu. - Sara zmieniła temat. - Chcę się
spotkać z George'em Gordonem, jest teraz asystentem sekretarza
generalnego NATO. Ważna figura... No i z Miszą Popowskim.
- Popowskim? - zdziwiła się Maria.
- To oficer SWR, kiedyś naczelnik wydziału polskiego. Eksfiltrowaliśmy
go kilka lat temu z Petersburga do Finlandii. Mieszka obecnie w Anglii
pod szczelną opieką MI6. Mądry i sympatyczny gość. Chcę się go poradzić.
W końcu nikt nie zna rosyjskich służb od środka lepiej niż on.
- Kiedy jedziesz? - włączyła się Monika.
- Tak szybko, jak to możliwe. Nie mogę czekać, aż M-Irek zorganizują nam
łączność. Bez zaangażowania George'a i rad Miszy nie damy rady. Naszym
koniem trojańskim jest George. Ale bez łączności nie ruszymy.
- Zrozumiałam - odparła Monika. - Zajmę się tym.
- No to... - Sara uśmiechnęła się szeroko. - Nalej, Marysiu, jeszcze po
kieliszku. Bo zanim pójdziemy coś zjeść, musicie wypić jeszcze jednego,
inaczej nic nie przełkniecie, jak usłyszycie, co mam wam teraz do
powiedzenia.
5
Kaziura wyszedł ze studia NTV24 z marynarką w ręku i wsiadł do służbowego bmw. Ochroniarz zatrzasnął za
nim drzwiczki i w tej samej chwili zadzwonił telefon.
- Świetnie, Jureczku, podkleiłeś Luberta pod Moskwę - odezwał się w słuchawce rozentuzjazmowany Bolecki. - Teraz nie wykręci się tak łatwo,
a przynajmniej będzie się przez jakiś czas mocno gimnastykował. Trzeba
będzie ten temat rozwinąć i dać to młodym wilkom do głębszej obróbki i wyszlifowania.
- Tak planowałem, ale Baryła może jeszcze podkręcić temat - odparł
Kaziura. - Trzeba dofinansować też Obrońców i wskazać im nowe cele.
- Porozmawiamy o tym jeszcze, ale ogólnie tak... tak...
- Dobrze. Wracam na Rakowiecką teraz, więc może...
- Przecież dzisiaj wieczorem lecę do Brukseli - przerwał mu Bolecki. -
Pojutrze... może pojutrze wpadnij do mnie wieczorem. Porozmawiamy na
spokojnie. Mam wątpliwości w sprawie Maziaka.
- Ja też. Sygnały z Waszyngtonu i Brukseli są coraz częstsze. Jak tak
dalej pójdzie, nie będą z nim w ogóle rozmawiać. Trzeba to wykorzystać
jakoś...
- No to widzimy się pojutrze u mnie - zakończył rozmowę Bolecki.
Czarne bmw wjechało na dziedziniec ministerstwa i zatrzymało się przy
wejściu. Kaziura niemal wyskoczył z samochodu i w dwóch krokach pokonał
osiem stopni. Ochroniarz nawet nie zdążył go wyprzedzić i otworzyć
drzwi. Kaziura zawsze wbiegał po schodkach, a ochroniarz nigdy nie
nadążał za nim, chociaż za każdym razem próbował. Wyglądało to, jakby
się ścigali, kto pierwszy dopadnie gmachu ministerstwa.
W rogu sekretariatu siedział Hubert Kamiński, ale Kaziura w pierwszej
chwili nie zauważył go i od razu polecił sekretarce, żeby natychmiast
ściągnęła rzecznika prasowego.
- Coś się stało? - zapytał zaskoczony, kiedy Kamiński podniósł się z fotela. - W poniedziałek rano? Chodź! - rzucił i wszedł do gabinetu.
Powiesił marynarkę na oparciu fotela, rozluźnił krawat i zasiadł za
biurkiem. Kamiński przysiadł na krzesełku po drugiej stronie. -
Przyszedłeś zepsuć mi tydzień? Już to widzę w twoich oczach. Chyba nie
nadajesz się na szefa wywiadu. - Uśmiechnął się z wyraźną ironią.
- Coś się zaczęło dziać - zaczął Kamiński.
- Co?
- Dzisiaj rano znikły nam te trzy dziwki, Gerber, Arent i Korska...
- Oj! Wulgarny jesteś, Hubercie! - Kaziura zmrużył oczy. - Znikły ci, bo
nie traktujesz ich jak profesjonalistek, tylko wymyślasz im od dziwek.
Martwię się, czy podołasz temu zadaniu. - Puścił oko, bo poczuł, że
jednak zbyt mocno dotknął Kamińskiego, i chciał rozluźnić atmosferę.
W rzeczywistości bardzo się zaniepokoił, ponieważ od razu zrozumiał, że
naprawdę coś się stało. Nie mógł jednak pokazać po sobie, że się
zdenerwował, bo wbrew temu, co mówił, Kamiński był inteligentny i spostrzegawczy. Dobrze kojarzył fakty i potrafił wyciągać wnioski. Był
niebezpieczny i użyteczny jednocześnie, ale co najważniejsze - uwikłany.
Dlatego Kaziura zlecił mu to zadanie. Miał nad nim przewagę, bo mógł nim
swobodnie sterować i pozbyć się go w każdej chwili. Kuzyn żony był tylko
użytecznym narzędziem, a nie podmiotem, niezależnie od tego, co sobie
ubzdurał. Powinien mieć wrażenie, że szef się z nim liczy.
- No dobrze... nie przejmuj się, wcale tak nawet nie pomyślałem. Jesteś
moją prawą ręką i zrobię wszystko, co ci obiecałem. Obejmiesz nową
Agencję, ale najpierw musimy pomóc Farbiarzowi zakończyć sprawę Leskiego
i zamknąć na zawsze tych dwóch bohaterów narodowych. - Kaziura pokiwał
swoją końską głową. - Więc co z tymi szpieżycami, jaszczurkami? Gdzie
nam znikły?
- Gdybym wiedział gdzie, to nie byłoby sprawy, bo nie byłyby zniknięte...
- Kurwa! Hubert!
- Nie ma ich. Po prostu, nie ma.
- Co kurwa? Wyparowały? Wyleciały na miotłach? Człowieku...
- Wszystkie mają założonego Centaura na smartfonach i kompach, więc
wiemy, co robią i mówią od rana do rana. Operatorzy nie siedzą na
słuchawkach cały czas, tylko sprawdzają co godzina zapisy, nooo... chyba
że coś się dzieje. O godzinie dziewiątej smartfon Gerber był w miejscu
pracy jej męża, czyli na Puławskiej, ewidentna zmyłka. Telefony Arent i Korskiej były w miejscach zamieszkania, ale oba martwe, chociaż Korska
ma małe dziecko.
- Mówiąc krótko, wszystkie się ulotniły w tym samym czasie i nie ma ich
do tej pory, czyli coś kombinują i chcą to przed nami ukryć. A co z tą
wysoką Iranką i żoną tego gromowca?
- Ela i Ewa. Wygląda, że one w tym nie uczestniczą. Nie spotykają się z nimi.
- Czyli agresywne panie szpieżyce zorganizowały jaczejkę i przechodzą do
kontrofensywy! - stwierdził Kaziura z lekkim zadowoleniem. - Przeciwko
nam, a więc coś wymyśliły. Jasne, że oceniły swoje możliwości i uznały,
że będą ratować Leskiego i tych dwóch bohaterów z Wawra.
- Na to wychodzi - potwierdził Kamiński.
- Nareszcie, mój drogi. Nareszcie! Zaczyna się jakiś ruch w interesie,
bo myślałem już, że nie posuniemy się do przodu. A tak... - Kaziura
uśmiechnął się i Kamiński też, chociaż nie tak szczerze jak szef.
- Nie mam wystarczających sił. To co robimy? - zapytał.
- Dostaniesz wzmocnienie, co tylko będziesz potrzebował, ludzi, sprzęt...
- Mam mało ludzi do obserwacji. Potrzebuję najlepszych i zaufanych.
- Dostaniesz. Ilu będzie trzeba. Liczyłem na to, że panienki w końcu nie
wytrzymają bez swoich chłopów i puszczą im estrogeny. Natury nie
oszukasz, Hubercie. - Kaziura zacisnął usta, jakby chciał pokazać, że
wie, co mówi. - Wchodzimy zatem w prawdziwy etap rozgrywki. Panienki nie
mogą się zorientować, że zmieniamy strategię. Przekażemy im, że wiemy,
że coś kombinują, ale będziemy udawać naiwnych. Wrobimy w to Farbiarza.
W rzeczywistości dobierzemy im się do tych krągłych dup. Zmusimy
Leskiego do przyznania się i bohaterów do wyjawienia prawdy. Samce też
mają swoje libido i testosteron. Będą bronić swoich samiczek. Natury nie
oszukasz - powtórzył.
Na biurku zadzwonił telefon. Kaziura podniósł słuchawkę.
- Panie ministrze, rzecznik czeka - odezwała się sekretarka.
- Niech czeka - odparł i odłożył słuchawkę. - Weź Zwolińskiego -
kontynuował rozmowę z Kamińskim. - Sprawdził się w Atenach, jest zaufany
i nie ma żadnych relacji z ABW. Wiem, że go nie lubisz, ale to dobry
fachowiec i ludzie za nim pójdą. To najlepszy zespół, jaki mamy. Tego
teraz potrzebujesz. Mam zadzwonić do szefa CBA?
- Dobra - odparł po chwili zastanowienia Kamiński. - Dzwoń!
Kaziura podniósł słuchawkę i miał już poprosić sekretarkę, żeby
połączyła go z szefem CBA, gdy spojrzał na zadowoloną twarz Kamińskiego.
Dotarło do niego, że daje mu coraz więcej władzy i coraz bardziej jest
od niego uzależniony. Ma nieograniczony i niekontrolowany dostęp do
Centaura, a to tak, jakby dostał teczkę z kodami do bomby atomowej.
- Połącz mnie z Edmundem - rzucił do słuchawki i pomyślał, że musi się
zastanowić nad Kamińskim.
6
Młodszy aspirant Daniel Arciszewski z Komisariatu Policji Warszawa Wawer na początku lutego spadł ze schodów i złamał nogę. Uraz był wyjątkowo skomplikowany. Arciszewski przeszedł
dwie operacje i przez cały kwiecień był na zwolnieniu. Jako
zdyscyplinowany pacjent regularnie chodził na rehabilitację do ośrodka w Międzylesiu.
Mimo to, kiedy tylko mógł, podpierając się kulami, przychodził do pracy.
Komisariat miał braki kadrowe, a Arciszewski prowadził kilkanaście
spraw, które chciał jak najszybciej zakończyć.
Dziesięć po trzeciej na nocnym stoliku Arciszewskiego zadzwonił telefon
komórkowy. Młodszy aspirant wiedział, że to komendant.
- Tak, szefie! - rzucił, nie otwierając nawet oczu.
- Posłuchaj, Daniel! - zaczął komendant podniesionym głosem i Arciszewski wiedział już, że coś się stało. Zapalił lampkę i usiadł na
łóżku. - Mamy tu w Wawrze prawdziwą jatkę, mnóstwo trupów i zbieram całą
załogę. Ciągnie tu całe naczalstwo z głównej i ABW...
- Co się stało, szefie? - Młodszy aspirant rozbudził się błyskawicznie.
- Jeszcze nie wiemy. Więc jest tak, Daniel, pojedziesz do Instytutu
Kardiologii, przywieźli tam rannego gościa. Sprawdź dokładnie, kto to
jest, i zamelduj mi natychmiast. Reszta zgodnie z procedurą. Muszę
wiedzieć, czy on ma związek z tym, co się tutaj stało. Rozumiesz? -
Komendant był bardzo pobudzony.
- Oczywiście, szefie - odparł młodszy aspirant i zaczął się ubierać. -
Już jadę.
Arciszewski wynajmował mieszkanie w Radości, więc do Anina miał
niedaleko. Instytut Kardiologii był mu bardzo dobrze znany, bo
wielokrotnie wykonywał tam czynności i wiedział, że najpierw ma się udać
na izbę przyjęć przy Alpejskiej 42.
Podpierając się kulami, podszedł do okienka dyżurnej pielęgniarki,
wylegitymował się i zapytał o rannego.
- Tak, wiem, to ja poinformowałam policję - odparła i przedstawiła się.
Arciszewski wyjął notatnik.
- O której to było? - zapytał. - Niech pani opowie wszystko po kolei.
- Myślę, że... tak... - Spojrzała na zegar ścienny. - Kwadrans po drugiej,
nie później. Przyciągnął go jakiś zakapturzony człowiek i zostawił na
podłodze... - wskazała ręką - ...tam, przy drzwiach.
- Kamery są?
- Są, ale nie działają - odparła. - Podbiegłam do niego i zobaczyłam, że
ma pierś zalaną krwią i szyję owiniętą jakimś materiałem. Koleżanka
wezwała już pomoc. Nie miał tętna ani czynności życiowych. Po chwili
pojawił się lekarz i zabrali go natychmiast na górę.
- Może pani opisać tego mężczyznę, który go przyniósł? Jak był ubrany?
Sylwetka, twarz, coś charakterystycznego, co pani utkwiło w pamięci.
- Widziałam go tylko z daleka i jak już wybiegł z budynku. Granatowa
bluza z kapturem, zielone spodnie, obuwie sportowe, dobrze zbudowany,
silny, bo sprawnie radził sobie z tym rannym.
- Delikwent żyje? - zapytał Arciszewski i zamknął notatnik.
- Moim zdaniem nie żył, ale musi pan porozmawiać z lekarzem. Zabrali go
na salę operacyjną.
- Może pani zadzwonić?
- Oczywiście. - Połączyła się z kimś. - Jest tutaj pan z policji i chciałby porozmawiać z doktorem Osowieckim w sprawie tego mężczyzny,
który... - urwała i przez moment kiwała głową. Odłożyła słuchawkę.
- Niech pan wjedzie na drugie piętro i z windy w prawo, korytarzem do
końca. Tam pan zadzwoni i wpuszczą pana na oddział. Niech pan tylko
założy fartuch i ochraniacze na buty. Są tam. - Wskazała ręką na szafkę
w rogu.
Młodszy aspirant Arciszewski, podpierając się kulami, dotarł na drugie
piętro i wcisnął dzwonek po prawej stronie drzwi. Po chwili zamek
zabrzęczał i mężczyzna wszedł do środka.
Lekarz pojawił się po kilku minutach. Korpulentny czterdziestolatek w okularach i z gładko zaczesanymi do tyłu blond włosami. Przywitał się z Arciszewskim bez podawania ręki.
- Osowiecki - przedstawił się. - Rozumiem, że pan w sprawie tego
mężczyzny. Żyje, ale stan jest krytyczny. Leży teraz na OIOM-ie. Stracił
bardzo dużo krwi. Właściwie to... nie powinien żyć, ale serce znów zaczęło
pracować. Bardzo dziwne. Rana cięta szyi od lewego ucha do krtani... -
doktor przeciągnął palcem po szyi - ...ale krtań przecięta tylko po
powierzchni. Miał szczęście, bo jeszcze kilka milimetrów i... no... ale
trafił do szpitala, w którym szyjemy serca...
- Panie doktorze - przerwał mu Arciszewski. - Możemy usiąść?
- Aaaa... tak. - Lekarz spojrzał na kule policjanta.
Usiedli na krzesełkach pod ścianą, a Arciszewski wyjął notatnik.
- Czyli żyje? Nie mamy jeszcze zgonu...
- Zrobimy mu jutro badania. Mózg był niedotleniony i nie wiemy jeszcze,
w jakim jest stanie, ale nie wygląda to dobrze. Może się już nigdy nie
wybudzić.
- Zacznijmy od najważniejszego. - Policjant zmienił ton. - Kto to jest?
Ma jakieś dokumenty? - Lekarz pokręcił głową. - Nic?
- Nic. Kieszenie puste, ale ubranie zabezpieczyliśmy dla policji.
- Czy rana powstała w wyniku cięcia ostrym narzędziem, czy wypadku, na
przykład może zaczepił o jakiś drut...
- Cięcie ostrym narzędziem, jakby skalpelem, i raczej nie zrobił tego
sam, jeżeli o to panu chodzi. W mojej ocenie ktoś mógł chcieć go zabić.
- No to mamy usiłowanie zabójstwa... na razie. - Arciszewski robił
notatki. - Ale kogo?
- To chyba jakiś Ukrainiec albo Mołdawianin jest, albo może z Bałkanów,
a poza tym... - lekarz urwał i pokręcił głową z niedowierzaniem - ...nie
widziałem jeszcze czegoś takiego.
- Czego? - zainteresował się młodszy aspirant. - Skąd pan wie, że
Ukrainiec?
- Ma na plecach jakiś tatuaż i są tam litery, chyba cyrylicą, na rękach
też. Pewnie jakiś gangster, bo widziałem coś podobnego na filmie o japońskiej mafii yakuza. Ale to jeszcze nic. - Doktor zdjął okulary i zaczął je przecierać chusteczką. - Gość ma tyle blizn, że ja czegoś
podobnego jeszcze nie widziałem. Cięte, szarpane, ale też postrzałowe, i to na wylot, w miejscach bezpośrednio zagrażających podstawowym funkcjom
życiowym. Nawet dwie blizny od noża na obu pośladkach i przebita dłoń.
Operowany był na pewno wiele razy, ale jak z tego wszystkiego wyszedł,
nie mam pojęcia. Zadziwiające. - Zamyślił się na moment.
- Hm... - zamruczał policjant, wciąż robiąc notatki. - Możliwe, że to
porachunki jakiejś wschodniej mafii. Mamy ich tutaj trochę. Trochę to
dziwne, że ktoś chciał mu ratować życie.
- To prawda. Początkowo prawie nie wykazywał czynności życiowych. Aż
nieprawdopodobne, że serce ruszyło. Profesor go dzisiaj zbada i zobaczymy...
- Dobrze. - Policjant zamknął notatnik z głośnym klapnięciem. - Jutro...
właściwie to już dziś... przyjdzie tu nasz technik, weźmie odciski palców,
zrobi zdjęcia, i tak dalej. Ja zabiorę jego ubranie.
- Jasne - odparł lekarz. - Zrobimy mu badania, więc będziemy wiedzieć
trochę więcej, jakie są jego rokowania.
- Mogę go zobaczyć? - zapytał Arciszewski.
- Oczywiście.
Po chwili weszli do sali OIOM-u. W dwóch rzędach leżało tam sześciu
pacjentów podłączonych do aparatury. Po lewej stronie dyżurowała
pielęgniarka. Doktor obrócił się w prawo i podszedł do pierwszego łóżka.
- To on.
- Mogę mu zrobić zdjęcie? - zapytał policjant i pochylił się nad
pacjentem. - Do identyfikacji.
- Nooo... chyba tak.
- Wygląda na Ukraińca. Można wyjąć mu to z ust?
- Zwariował pan! - obruszył się lekarz. - To rurka intubacyjna! Pacjent
miał operowaną krtań! Niech pan robi to zdjęcie, bierze jego ubranie i sobie idzie.
Młodszy aspirant Arciszewski zrobił kilka zdjęć, wziął torbę, która
stała obok łóżka, i bez słowa wyszedł za lekarzem na korytarz.
- Dziękuję bardzo za pomoc, panie doktorze. Tu jest mój numer telefonu.
Proszę o informację, gdyby zmienił się stan zdrowia tego mężczyzny,
wybudził się... albo coś... - Podał lekarzowi swoją wizytówkę. - Najlepiej,
żeby odzyskał przytomność. Tak czy inaczej, przyjdzie nasz technik, jak
już mówiłem, i spróbujemy go zidentyfikować. Jeżeli umrze, będziemy
mieli zabójstwo.
Osowiecki skinął tylko głową. Arciszewski, podpierając się kulami,
ruszył korytarzem do wyjścia.
Zaledwie kilka sekund po tym, gdy wsiadł do samochodu, sięgnął po
komórkę i wybrał numer.
- Tylko szybko! - odezwał się komendant. - No i co?
- Ktoś podrzucił nieboszczyka z podciętym gardłem do szpitala, ale
wygląda na to, że go ożywili, i leży teraz nieprzytomny na OIOM-ie. Nie
wiadomo, czy z tego wyjdzie. Właściwie to taki kot Schrödingera...
- Jaki, kurwa, kot? - obruszył się komendant. - Co ty pierdolisz,
Arciszewski?
- Nieważne, panie komendancie - odparł młodszy aspirant. - Póki co mamy
usiłowanie zabójstwa. Brak dokumentów, nic nie miał przy sobie. Wygląda
na Ukraińca albo z Bałkanów i na jakiegoś gangstera, bo ma podobno jakiś
kultowy tatuaż na plecach i, jak twierdzi lekarz, mnóstwo różnych blizn.
Dowody zabezpieczyłem...
- Dobra robota, Daniel - przerwał mu komendant. - Nie pasuje do tego, co
tu zaszło. Prowadź sprawę i informuj mnie.
- Tak jest, panie komendancie - rzucił zadowolony Arciszewski, schował
telefon do kieszeni i włączył silnik.
7
Głównym zadaniem Ośrodka Bezpieczeństwa
Cybernetycznego była obsługa systemów inwigilacyjnych, w szczególności
programu Centaur. Na polecenie ministra Kaziury ośrodek umieszczony
został w Pyrach na skraju Lasu Kabackiego, w budynku jednostki
specjalnej Agencji Wywiadu znajdującej się w likwidacji. Swoją siedzibę
miał tam też zespół "Orzeł".
Major Bronisław Czaja był szefem OBC i najbliższym współpracownikiem
Kamińskiego. Formalnie podlegał Edmundowi Pietrzakowi, szefowi CBA, ale
w pierwszej kolejności zobowiązany był do wykonywania rozkazów
Kamińskiego. Czaja pracował z poświęceniem i lojalnie, bo dostał
zapewnienie, że przejdzie do Narodowej Agencji Informacyjnej na zastępcę
Kamińskiego i wyjedzie na placówkę do Paryża.
Po spotkaniu w ministerstwie Kamiński udał się prosto do Pyr.
Tego dnia Puławska była wyjątkowo zatłoczona, więc przejazd zajął mu
prawie dwadzieścia pięć minut. Zwoliński powinien przyjechać dopiero za
pół godziny. Miał więc czas, żeby zastanowić się spokojnie, co powinien
teraz zrobić. Najważniejsza była rozmowa z Czają. Centaur pracował na
najwyższych obrotach i brakowało operatorów, więc nadzieja była już
tylko w kreatywnych zdolnościach Czai.
Kamiński był świadomy, że Kaziura narzucił mu Zwolińskiego. Wszyscy
wiedzieli, że jest on świetnym fachowcem od obserwacji, ale to właśnie
wzbudzało u Kamińskiego niepokój. Nie lubił go, choć właściwie nie mógł
mu nic zarzucić. Zwoliński nie wchodził w żadne układy, ale był szczery,
czasami nawet chamski, lecz jednocześnie dyskretny.
Nagłe zniknięcie trzech głównych figurantek stanowiło poważny problem,
ale to była tylko praca. Nie czuł do nich nic osobistego, a Marię Gerber
nawet lubił. Zupełnie odwrotnie niż Kaziura i właśnie ten fakt miał
szczególną wartość. Rozumiał, że minister musi dobić Wolskiego, Marcela
i Leskiego, ale siły i środki, które zebrał na ten cel, wydawały się
nieproporcjonalne. Przeczuwał, że jest tu gdzieś drugie, a może i trzecie dno. Ktoś taki jak wicepremier, minister spraw wewnętrznych i koordynator służb powinien mieć dystans do spraw, którymi zarządzał.
Jego samochód posuwał się powoli w stronę Piaseczna. Zamyślony, nie
zauważył, kiedy drogę zajechał mu stary żółty mercedes z rybką i wyrzucił z siebie gęstą chmurę spalin. Kamiński włączył obieg zamknięty
i zrobił zdjęcie auta.
Kiedy obserwował Kaziurę, był coraz bardziej przekonany, że ma naturalne
predyspozycje, żeby zostać szefem wywiadu. Coraz częściej dostrzegał
rzeczy, których wcześniej nie widział, rozumiał więcej i wyciągał
właściwe wnioski. Powoli zdobywał władzę.
Jureczek rozumie, że musi o mnie dbać - pomyślał z przekonaniem. Zatonąć
możemy tylko razem i on o tym dobrze wie.
Z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu.
- Stoję pod bramą jak ten chuj ostatni, a ten pierdolony stróż nie chce
mnie wpuścić - usłyszał głos Zwolińskiego. - Gdzie jesteś?
- Miałeś być za dziesięć minut - odparł Kamiński, spoglądając na zegar.
- Już dojeżdżam.
Rozłączyli się i Kamiński nacisnął klakson. Po chwili z dymiącego
mercedesa wynurzyła się ręka z wysuniętym środkowym palcem. Poczuł,
jakby do gardła wskoczyła mu gorąca kula, i przez moment pomyślał, że
powinien nosić broń. Mógłbym teraz wysiąść i wpierdolić w tego rzęcha
cały magazynek albo przynajmniej mu pogrozić.
Zaraz wyślę fotkę do komendanta i skasują mu tego diesla na złom. I mandat! - Kamiński poczuł satysfakcję i zaczął się uspokajać, skręcając
na światłach w lewo. Mercedes pojechał prosto.
Już z daleka zobaczył samochód stojący pod murem i Zwolińskiego, który
oparty o maskę palił papierosa. Kamiński podjechał pod stalową bramę,
która po chwili drgnęła i zaczęła się przesuwać. Wjechał w nią pierwszy,
a Zwoliński za nim. Po chwili weszli do pokoju na pierwszym piętrze z widokiem na Las Kabacki.
- Kawy? - zapytał Hubert, zanim usiedli. - Wiesz, o co chodzi?
- Nie - odparł Zwoliński, obchodząc pokój i wyglądając przez okno. -
Masz tu, kurwa, jak w Krynicy-Zdroju. Nieźle sobie tu wymościłeś. To
obiekt Agencji Wywiadu? Szyfry tu były kiedyś? Wiem, wiem...
- Co wiesz?
- Czego chcesz ode mnie.
- A czego niby?
- Chcesz najlepszej ekipy obserwacyjnej w Europie Środkowej. Bo czego
możesz chcieć innego. Nie dajesz sobie rady sam - rzucił Zwoliński,
usiadł w fotelu i zapalił papierosa. - Gdzie masz popielniczkę?
Kamiński nie znosił zapachu papierosów, ale nie zaprotestował, bo
czasami też palił. Otworzył okno i postawił przed nim talerzyk.
- Czyli Edmund ci nie powiedział - zaczął. - Przechodzisz do mnie z całym zespołem. Przenosisz się tutaj. To jest twoje nowe biurko... -
Kamiński zrobił ruch głową - ...obok mnie. Decyzja Kaziury bez prawa do
reklamacji. Od już i do odwołania. - Spojrzał na Zwolińskiego, który
wpatrywał się w okno. - Wiem, Andrzejku, że mnie nie lubisz, ale teraz
będziemy razem...
- Nie pierdol, Hubert! - oburzył się nagle Zwoliński, puszczając dym
przez nos. - Lubię to niebieskookie blondynki, a ciebie mam w dupie.
Musimy się szanować, a nie lubić. To co mam robić, skoro to takie pilne?
- Pamiętasz panią Gerber...
- Jasne. Pani szpieg z Aten. Ładna, nadęta dupcia. No i co? Mam się nią
zająć? Z wielką chęcią.
- Dobra, w takim razie od początku. Mamy tutaj taki specjalny zespół,
kryptonim "Orzeł"...
- Czuję Kaziurę... Bóg, honor, ojczyzna, Polska... - przerwał na moment i dodał: - Czasami oglądam telewizję.
- Dobrze czujesz - przerwał mu Kamiński. - Ale "Orzeł" to brzmi dumnie.
Nie?
- Chuj z orłem i narodowymi ornitologami - rzucił Zwoliński. - Co dalej?
- Słyszałeś o wydarzeniach w Wawrze? Wolski, Cichy, o aresztowaniu
Leskiego? O śmierci tego Greka w Grecji?
- Słyszałem. Jasne, że słyszałem.
- Trwa śledztwo w tych sprawach, a aresztowani utrudniają, jak mogą.
- A co kurwa... mają ułatwiać? - Zwoliński wzruszył lekceważąco ramionami.
- Powołany jest specjalny zespół prokuratorów pod kierownictwem zawsze
walecznego Waleriana - ciągnął Kamiński.
- Jakiego walecznego Waleriana? Farbiarza? Słyszałem o nim. Buldog
Maćkowiaka. Ale ma imię i nazwisko... - Zwoliński zgasił papierosa, jakby
kręcił korkociągiem. - Musiał być niechcianym dzieckiem. No i co dalej?
- Po aresztowanych i Greku zostały czarne wdowy, które od początku są w to umoczone i kombinują, jak wyciągnąć swoich facetów z pierdla i się
zemścić. Naszym zadaniem jest przypilnowanie tych panienek, żeby nie
czuły się zbyt komfortowo, a najlepiej, żeby zebrać jakieś materiały dla
Farbiarza.
- Gerber, mówisz, a kto jeszcze?
- Gerber nie jest o nic podejrzana. To zlecenie szefa, no i kuma się z Moniką Arent, tą z Aten od zabitego Greka i Leskiego, oraz Sarą Korską,
partnerką Konrada Wolskiego, byłą szefową Wydziału Q w AW.
- W gruncie rzeczy mało mnie to obchodzi, kto co zrobił i czego chce
Walerian. Mam to w dupie. Chcę wiedzieć, kto jest obiektem. Rozumiem, że
w tym wypadku mamy do czynienia z profesjonalistkami, które wiedzą, że
są inwigilowane. To nie będzie łatwe zadanie dla dziesięcioosobowego
zespołu. Jak mniemam, mają założonego Centaura, tak?
- Tak.
- No, to trochę lepiej. Ale skąd taki nagły pośpiech? Coś się stało?
- Stało. Dzisiaj rano wszystkie trzy wdowy nagle nam znikły. I to w bardzo profesjonalny sposób, więc...
- Znaczy, że coś planują - przerwał mu Zwoliński. - Uciekły wam. -
Uśmiechnął się. - Brawo! Kto za nimi chodził? ABW, policja? - Kamiński
przytaknął. - No to jasne. I co? Chcesz, żebyśmy je odnaleźli i ustalili, co kombinują? Ktoś im pomaga?
- Byli oficerowie Wydziału Q i Sekcji. Ale nie mamy żadnych twardych
dowodów. Pilnujemy ich prewencyjnie, żeby nie czuli się zbyt pewnie. Ale
teraz sami nie damy rady. Potrzebujemy twoich ludzi. Masz najlepszych
artystów w branży.
- To prawda, że są najlepsi - potwierdził z nieukrywaną satysfakcją
Zwoliński. - Dziesięciu wspaniałych. To co? Do roboty. Znajdziemy je.
Nie ma obawy, znajdziemy - stwierdził, po czym dodał: - Powiedziałeś, że
chcą się zemścić. - Odwrócił się do Kamińskiego. - A mają za co?
8
Monika siedziała na peronie w Pomiechówku
i czekała na pociąg. Postanowiła, że jeżeli ma nawiązać kontakt z M-Irkiem, nie może wrócić do swojego mieszkania na Ursynowie. Musiała
zniknąć przynajmniej na kilka dni - aż uruchomią jakiś nowy system
łączności. Potrzebowała schronienia, więc przypomniała sobie wszystkich
swoich znajomych od czasu, kiedy przyjechała z Komornicy na studia do
Warszawy, i wyszło jej, że tylko Borys jest poza podejrzeniami.
Był jej pierwszym prawdziwym chłopakiem, a przynajmniej tak jej się
wtedy wydawało. Studiowali na ASP, ona malarstwo, on rzeźbę, i miała to
być miłość upleciona z czystej klinicznie sztuki. Naprawdę nazywał się
Marek Borys Erdman, ale wolał, żeby mówić do niego Borys.
Mieszkali razem przez dwa lata w wynajętym mieszkaniu na Powiślu, do
czasu aż Borys zakochał się w dziewczynie z wydziału wzornictwa. W rzeczywistości kochał tylko sztukę (choć jedynie swoją) i wszystko jej
podporządkowywał. Znaczących sukcesów nie odniósł, ale też nie gonił za
sławą ani nie podpinał się pod trendy. Był klasycznym egotykiem i nie
ukrywał, że nie potrafi żyć z kimś pod jednym dachem. W środowisku
wszyscy o tym wiedzieli, a mimo to wciąż pojawiała się koło niego jakaś
studentka Akademii Sztuk Pięknych, która uważała, że jest w stanie go
okiełznać. Jednak kiedy kilka miesięcy temu wpadł do jej galerii, od
razu oznajmił, że akurat jest sam, dodając, że to nie jest żadna
sugestia.
Od ich rozstania minęło wiele lat, więc w pierwszej chwili nie poznała
go. Postarzał się ponad swój wiek, twarz przeorały bruzdy, oczy
wyblakły, był zaniedbany i chyba nadużywał alkoholu, ale dłonie wciąż
miał takie same.
Spędzili miłe popołudnie. Była zaskoczona, że odżyły w niej tylko dobre
wspomnienia, jakby te złe zostały za drzwiami. Zobaczyła siebie krążącą
między Powiślem a Krakowskim Przedmieściem i ich imprezy nad Wisłą.
Podjechał pociąg. Monika wypuściła wysiadających i zajęła miejsce przy
oknie. Borys wydawał się najlepszym kandydatem, u którego mogłaby się
przez jakiś czas ukryć. Wiedziała, że ma pracownię gdzieś pod Warszawą,
bo pokazywał jej zdjęcia, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie. Numer
zapisała w telefonie, do którego nie miała dostępu.
- Mam przecież jego wizytówkę. W szufladzie, pod ekspresem do kawy -
powiedziała półgłosem do siebie w momencie, kiedy pociąg szarpnął.
Zakładała, że galeria może być pod obserwacją.
Intuicja podpowiadała jej, że najlepszym rozwiązaniem jest szybkie
wejście, zabranie wizytówki i kontrolowane odejście. Nawet jeżeli
obserwacja ją wychwyci, to będą mieć za mało czasu, żeby podciągnąć
posiłki.
W najgorszym wypadku tak zamiotę ogonem po Powiślu, że odpadną -
pomyślała z przypływem pewności siebie. W końcu to mój teren.
Była czternasta, gdy wyszła z metra na Tamkę. Do galerii miała dwieście
metrów. Nie sprawdzała się, bo zagrożenie było jeszcze niewielkie.
Zatrzymała się dopiero pięćdziesiąt metrów przed galerią. Stanęła w bramie domu po przeciwnej stronie, skąd widziała wejście i perspektywę
ulicy. Wzdłuż krawężników stały zaparkowane samochody i Monika od razu
uznała, że może tam być podstawka. Sara miała rację, że ich zniknięcie
na pewno zostanie zauważone i spowoduje alarm. Przez kilka minut
obserwowała otoczenie. Na ulicy nie było żadnego ruchu, nieliczni piesi,
nic podejrzanego. A mimo to poczuła niepokój. Nie była pewna, czy próba
zdobycia adresu Borysa jest dobrym pomysłem. Nie wiedziała nawet, czy
ten zechce ją ukryć.
Może powinnam zaczekać i poszukać innego rozwiązania? - pomyślała i jakby wbrew swoim wątpliwościom wyszła z bramy i szybkim krokiem ruszyła
wzdłuż samochodów w kierunku galerii.
Po chwili włożyła klucz do zamka i weszła do środka. Wizytówki wkładała
zwykle do szuflady w szafce pod ekspresem. Pociągnęła mocno za uchwyt i szuflada wypadła na podłogę. Dziesiątki wizytówek rozsypały się u jej
stóp.
- Kurwa! - zaklęła i zaczęła je zgarniać.
Chciała zebrać wszystkie do plecaka i potem odszukać tę Borysa.
Pamiętała, że była niebieska z logo jego rzeźby przedstawiającej
pękający orzech. Nagle zobaczyła niebieski róg wystający spod sterty
innych karteczek. To była wizytówka Borysa. Wcisnęła ją do tylnej
kieszeni spodni, zarzuciła plecak na ramię i stanęła przy drzwiach.
Wyjrzała przez okno na ulicę, wychyliła się głębiej i trzydzieści metrów
w prawo, po drugiej stronie ulicy, zobaczyła mężczyznę przy samochodzie.
Spoglądał w jej stronę i był wyraźnie zaniepokojony.
- Jednak są! - wyszeptała i zaczęła się zastanawiać, co powinna teraz
zrobić. Tylnego wyjścia nie było. Pewnie ściągają posiłki - pomyślała.
Trzeba urwać ten ogon.
Monika lubiła improwizować. Zawsze czuła, że najlepiej wychodziło jej,
gdy kierowała się intuicją, a pierwsze decyzje są zwykle najtrafniejsze.
Rozejrzała się odruchowo po pomieszczeniu, jakby czegoś szukała,
jakiegoś narzędzia, inspiracji, i nagle jej wzrok zatrzymał się na
rowerze Kasi, która pomagała jej w galerii. Biała amsterdamka nie była
zapięta.
Otworzyła drzwi, wyprowadziła rower, zamknęła drzwi i bez zbędnego
pośpiechu ruszyła w stronę wiślanych bulwarów, gdzie nie było ruchu
samochodowego. Kątem oka zobaczyła wysuwającą się z szeregu stalową
skodę. Monika dojechała do Elektrowni i koło Centrum Nauki Kopernik
zjechała na bulwary. Samochód znikł z pola widzenia. Zatrzymała się i wyjęła z kieszeni niebieską wizytówkę. Borys miał swoją pracownię we
Włochach.
To blisko Piastowa - pomyślała zadowolona. Bingo!
Popedałowała wzdłuż Wisły i na wysokości Ludnej przejechała na drugą
stronę Wioślarskiej. Potem Solcem do mostu Poniatowskiego. Wraz z rowerem wjechała windą na most. Nie było lepszego miejsca w Warszawie,
żeby wyjść spod obserwacji.
Dotarła do końca mostu i sprowadziła rower na peron stacji kolei
podmiejskiej Powiśle. Podjechał pociąg do Skierniewic. Monika
wprowadziła rower do specjalnego przedziału i usiadła na ławce.
Miała to być jej najtrudniejsza i najważniejsza trasa sprawdzeniowa,
jaką kiedykolwiek zrobiła, a okazała się najłatwiejsza. Kluczem okazała
się amsterdamka Kasi.
Zaczynała właśnie swoją ostatnią operację i miała wiele powodów, by
poświęcić się całkowicie. Trzeba było wyciągnąć Konrada, Marcela, Romana
i Zosię, to był cel realny i bliski, ale dla Moniki najważniejsza była
zemsta. Taka zwyczajna zemsta za Dimę, za przyjaciela. A winnym jego
śmierci był Kaziura i system, który go stworzył.
Właśnie rozpoczęła starcie z własnym państwem i zaczęło się od małego
zwycięstwa na Powiślu.
Drzwi zatrzasnęły się i po chwili pociąg wjechał do tunelu pod miastem.