Sekcja (tom 4). Dystopia - Vincent V. Severski

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

9

Docho­dziła osiem­na­sta. Samo­chód cze­kał już przed wej­ściem. Kaziura zbie­rał się do wyj­ścia, kiedy zadzwo­nił Kamiń­ski.

- Artystka poja­wiła się i zni­kła - rzu­cił od razu.

- Co? Cop­per­field z cyc­kami?

- Przy­je­chała o czter­na­stej z minu­tami do swo­jej gale­rii na Powi­ślu, coś tam pogrze­bała i wyje­chała na ulicę rowe­rem. Ekipa nie zdą­żyła jej pod­jąć. Wiemy, że wsia­dła do pociągu na Powi­ślu i poje­chała na zachód. Spraw­dzamy, gdzie wysia­dła, ale na pewno nie poje­chała do domu. Ewi­dent­nie coś kom­bi­nuje...

- Wia­domo! - obru­szył się Kaziura. - Dla­tego masz je wziąć pod but! To co, ucie­kła wam? A gdzie ludzie Zwo­liń­skiego? Gdzie te pozo­stałe lalu­nie?

- Są już gotowi, ale jesz­cze nie zdą­żyli.

- Lepiej, żeby ta rowe­rzystka szybko się odna­la­zła i pozo­stałe jasz­czurki też. - Kaziura pod­niósł głos, ale zaraz poża­ło­wał, bo nie chciał draż­nić Kamiń­skiego. - Dobra... dobra... wiem, że dasz radę. No bo kto jak nie ty. Mel­duj na bie­żąco.

- Tak jest, sze­fie! - potwier­dził Kamiń­ski i roz­łą­czył się.

Prze­jazd z Rako­wiec­kiej do Mariny Moko­tów zajął kilka minut. Kaziura oparł głowę o zagłó­wek, zamknął oczy i po chwili poczuł wyraźne roz­luź­nie­nie. Wszyst­kie pokrę­cone sprawy, które wypeł­niały mu czas przez cały dzień, odpły­nęły nagle w nie­byt. Pomy­ślał, że mógłby wpaść do Anny i jesz­cze inten­syw­niej się roz­luź­nić. Wpraw­dzie powi­nien napi­sać raport dla Karola z ostat­nich roz­mów Bolec­kiego i amba­sa­dor Beck­man, ale uznał, że może zacze­kać kilka dni, aż wszystko prze­my­śli dokład­niej.

Czarne bmw zatrzy­mało się przed domem i ochro­niarz spraw­nie wysko­czył, otwie­ra­jąc drzwi samo­chodu.

- Jutro jak zwy­kle - rzu­cił Kaziura i ruszył w stronę bramy.

Kie­rowca odcze­kał, aż Kaziura wej­dzie do budynku.

Otwo­rzył drzwi, które zamknięte były na oba zamki, i wie­dział już, że ani żony, ani córki nie ma w domu. Odwie­sił mary­narkę i zdjął kra­wat.

Przy­naj­mniej nie będę musiał się prze­bie­rać w dres - pomy­ślał zado­wo­lony, pod­cho­dząc do okna w kuchni. Spoj­rzał na siódme pię­tro bloku po dru­giej stro­nie ulicy. Opusz­czona roleta! Coś przy­szło?

- Fuck! - wyce­dził przez zęby i poczuł, jak zaci­ska mu się żołą­dek. Miła myśl o zbli­że­niu z Anną pry­snęła. Roz­luź­nie­nie trwało zale­d­wie kil­ka­na­ście minut, co stwier­dził z auto­iro­nią, ale nie bez zło­ści.

Nagle w jego gło­wie otwo­rzyła się magiczna skrzynka, z któ­rej - jak w kiep­skim hor­ro­rze - wysko­czyły dwa dra­pieżne prze­ra­ża­jące paja­cyki z dzwo­necz­kami. Kaziura nie wie­dział, dla­czego jego pod­świa­do­mość upo­rczy­wie pro­du­kuje ten obraz, i to aku­rat w chwili, gdy spada na niego roz­go­ry­cze­nie i potrze­buje współ­czu­cia. Nie sko­pio­wał go z żad­nego filmu ani książki, był to jego cał­ko­wi­cie autor­ski pro­dukt. Po tym obja­wie­niu zawsze nacho­dziły go myśli, by rzu­cić wszystko, roz­wieść się i z nową toż­sa­mo­ścią wyje­chać gdzieś na drugi koniec świata. Ale zaraz po tej wizji poja­wiało się zawsze pyta­nie: "I co dalej? Zosta­wił­byś to wszystko tylko dla­tego, że stra­szą cię paja­cyki jak u Ste­phena Kinga?".

Kaziura wszedł do salonu i stu­ka­jąc obca­sami po wypo­le­ro­wa­nym jak lustro wło­skim mar­mu­rze, dotarł do barku w kształ­cie rene­san­so­wego glo­busa. Wlał do kie­liszka dużą dawkę bursz­ty­no­wego mar­tella i wychy­lił, mocno odrzu­ca­jąc głowę do tyłu. Koniak był naj­sku­tecz­niej­szym anti­do­tum na paja­cyki. Zresztą wła­ści­wie na wszystko.

W kie­szeni zadzwo­nił tele­fon.

- Przy­jedź do mnie rano - ode­zwał się Bolecki. - Ważne!

- Coś się stało?

- Przy­jedź i już. - Pre­mier był wyraź­nie zde­ner­wo­wany.

- Będę o ósmej.

- Bądź na pewno.

Wymiana kilku słów z Bolec­kim osta­tecz­nie zabiła nadzieję na miły wie­czór. Kaziura znał pre­miera i wie­dział, że musiało się stać coś nad­zwy­czaj­nego. Znów będzie musiał roz­wią­zy­wać jakiś pro­blem, z któ­rym nie radzi sobie ten gastryczny hipo­chon­dryk, i to w chwili, kiedy gdzieś zni­kły trzy jasz­czurki. Kaziura czuł, że nikt nie zagraża mu tak jak one. Mógł usta­wiać grę na plan­szy całego kraju, roz­gry­wać poli­tykę wewnętrzną i zagra­niczną, likwi­do­wać, kogo chce, ale jak na razie nie mógł zro­bić nic, żeby powstrzy­mać trzy roz­wście­czone suki, które ewi­dent­nie coś prze­ciwko niemu knuły.

Mar­tell roz­bu­dził zmy­sły. W miej­scu paja­cy­ków poja­wiła się wście­kłość.

Kaziura wybrał numer do Kamiń­skiego.

- No i co, kurwa? - zapy­tał bez żad­nego wstępu.

- A co ma być? - spo­koj­nie odparł Kamiń­ski, czym jesz­cze bar­dziej roz­wście­czył Kaziurę.

- Co z tą rowe­rzystką i pozo­sta­łymi panien­kami? Gdzie są?

- Rowe­rzystka wysia­dła we Wło­chach i gdzieś zni­kła na tym swoim jed­no­śla­dzie. Znaj­dziemy ją, nie ma obawy. A te dwie wró­ciły wła­śnie do swo­ich domów.

- No! Naresz­cie coś pozy­tyw­nego. - Kaziura zmie­nił ton. - Lepiej, żeby żadna ci już nie zni­kła. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że spo­tkały się gdzieś, żeby prze­ciwko nam spi­sko­wać. Trzeba zacząć z nimi ostrą jazdę.

- Jasne - potwier­dził Kamiń­ski. - Wiemy.

- Teraz cała nadzieja w Zwo­liń­skim. Dbaj o sprawę. Skoń­czymy z nimi i jedziesz na siódme pię­tro, tak jak ci obie­ca­łem. Daj znać, jak znaj­dzie­cie tę trze­cią.

Kaziura wyłą­czył się i pomy­ślał, że coś mu się dzi­siaj należy od życia i pój­dzie na godzinę do Anny. Potem spraw­dzi, czego chce Karol, ale nic już nie będzie pisał. Nalał sobie jesz­cze jeden kie­li­szek koniaku i wypił go jed­nym hau­stem.

Wyszedł do przed­po­koju i wło­żył mary­narkę. Zamknął za sobą drzwi i po chwili był już na ulicy. Po kilku minu­tach stał pod drzwiami miesz­ka­nia Anny. Otwo­rzyła po pierw­szym dzwonku. Miała na sobie luźną białą koszulkę na ramiącz­kach i obci­słe dżinsy. Była bez sta­nika. Kaziura potrak­to­wał ten strój jak zapro­sze­nie.

Led­wie zamknął za sobą drzwi, chwy­cił ją za ramiona i obró­cił tyłem. Wsu­nął dło­nie pod koszulkę i swo­imi wiel­kimi kości­stymi rękami mocno ści­snął za piersi. Anna wes­tchnęła głę­boko przez zaci­śnięte zęby. Lubił, gdy widział oznaki bólu, bo był prze­ko­nany, że spra­wia jej przy­jem­ność. Roz­piął jej spodnie i wsu­nął dłoń na łono, zaci­ska­jąc drugą na pier­siach.

- Przy­szła... - wydu­siła z sie­bie Anna, pró­bu­jąc deli­kat­nie wyzwo­lić się z uści­sku - ...przy­szła... ważna wia­do­mość... to pilne, Jureczku...

- Potem! - Kaziura poło­żył jej rękę na ramie­niu i popchnął w stronę sypialni.

Anna uśmiech­nęła się i zre­zy­gno­wała z oporu.

10

Docho­dziła dwu­dzie­sta, gdy Sara wyszła ze sta­cji metra Kabaty. Skrę­ciła w prawo i przy­spie­szyła kroku. Gdy była w Pomie­chówku, małym Alkiem opie­ko­wała się Nadia, Ukra­inka z Tar­no­pola. Sara miała do niej zaufa­nie, a Alek wręcz za nią prze­pa­dał, ale przez pół­tora dnia były pozba­wione kon­taktu. Nadia nie zapy­tała o powód, ale w razie czego miała numer do Ewy, która miesz­kała w pobliżu.

Gdy dotarła do ulicy Wil­czy Dół i zoba­czyła w oknie świa­tło, pra­wie zaczęła biec.

Na wprost wej­ścia do domu stał samo­chód, w któ­rym sie­dzieli męż­czy­zna i kobieta za kie­row­nicą. Spoj­rzeli na Sarę i ich wzrok się spo­tkał. Kobieta uśmiech­nęła się, a Sara pozdro­wiła ją unie­sioną dło­nią. Znała więk­szość obser­wa­to­rów, któ­rzy za nią cho­dzili, ale ta para była ewi­dent­nie nowa.

Nie cze­kała na windę, cho­ciaż drzwi już się roz­chy­lały. Wbie­gła na czwarte pię­tro, prze­ska­ku­jąc po kilka stopni. Jedyne, czego teraz pra­gnęła, to wziąć Alka w ramiona i przy­tu­lić wraz z nim całe swoje życie, szczę­ście i przy­szłość.

W tym cza­sie Monika sie­działa na ławce zbi­tej z desek i trzy­ma­jąc pod brodą talerz, jadła maka­ron z sosem pomi­do­ro­wym, który przy­go­to­wał dla niej Borys. Funk­cję stołu peł­niły drzwi uło­żone na skrzyn­kach po piwie.

Pra­wie dwu­stu­me­trowe i bar­dzo wyso­kie pomiesz­cze­nie z dużymi oknami wycho­dzą­cymi na ogród było jego pra­cow­nią i salo­nem jed­no­cze­śnie. Zewsząd spo­glą­dały ludz­kie głowy w róż­nym sta­dium twór­czej egzy­sten­cji, ciała nagich kobiet i męż­czyzn, całe i we frag­men­tach, drzewa małe i duże, ryby, owoce, psy i konie.

Monika dobrze czuła się w tym oto­cze­niu. Maka­ron paso­wał do tego miej­sca i sma­ko­wał wyśmie­ni­cie.

Borys nie był wysoki, ale pro­por­cjo­nal­nie i atle­tycz­nie zbu­do­wany. Kie­dyś wyglą­dał jak kopia Apolla dłuta Fidia­sza, tak się przy­naj­mniej zako­cha­nej w nim Monice wyda­wało. Teraz ubrany w stary lekar­ski kitel, w krót­kich spoden­kach i z tatu­ażami na rękach, nie miał nic wspól­nego z tam­tym wspo­mnie­niem. Wyglą­dał jak auto­no­miczne dzieło sztuki w trak­cie pro­cesu twór­czego - i podo­bał się jej bar­dziej niż daw­niej.

- Chcesz się napić? - zapy­tał, wycią­ga­jąc butelkę z szafki.

- Chyba nie... - odparła nie­pew­nie Monika. - Może póź­niej.

- Wino się skoń­czyło.

- Nie, po pro­stu nie mam ochoty. Zmę­czona jestem.

Borys wlał wódkę do szkla­neczki i podał Monice.

- Nie opie­raj się. Wypij sobie jed­nego. Widzę, że cię nosi. - Spoj­rzał na nią i uśmiech­nął się deli­kat­nie. - Nie myśl sobie, że jestem alko. Tak mnie zasko­czy­łaś, że nie mogę się jesz­cze opa­no­wać. Patrz! - Wycią­gnął rękę i wypro­sto­wał dłoń. - Zobacz, jak mi drżą palce. Muszę się koniecz­nie uspo­koić.

- No dobra. - Monika odsta­wiła talerz na ławkę. - Daj! - Wzięła od Borysa szklankę. - No to...

- Zdrówko! - odparł i pocią­gnął z butelki. Monika też wypiła do dna. - To mówisz, że chcesz u mnie pomiesz­kać jakiś czas. Tak?

- No tak.

- Jasne, że możesz u mnie miesz­kać, ale widzisz, jak tu jest. Luk­susu nie ma. - Rozej­rzał się po pomiesz­cze­niu. - Wer­salka jest tam. - Wska­zał ręką na kora­li­kową zasłonę w wej­ściu do dru­giego pomiesz­cze­nia. - Możesz tam spać, a toa­leta tam. - Zro­bił ruch głową. - A gdzie masz rze­czy?

- Nie mam.

- No dobra... - Borys zawie­sił głos i przy­siadł na tabo­re­cie. - O nic nie pytam, nie chcę wie­dzieć, ale powiedz mi... Wyrzu­cił cię z domu? Skrzyw­dził cię? Co to za chuj? Chcesz, żebym...? Mogę pomóc. Widzisz ten wór? - Wska­zał ręką na róg pomiesz­cze­nia, gdzie na łań­cu­chu wisiał znisz­czony skó­rzany worek tre­nin­gowy. - Ćwi­czę tu, jak nie mogę się zebrać do rzeźby.

- Tre­nu­jesz boks? A ja myśla­łam, że to jakaś twoja praca. - Monika odsta­wiła talerz i popa­trzyła na Borysa zasko­czona. - Zmie­ni­łeś się. Byłeś takim pacy­fi­stą, prze­ciw­ni­kiem prze­mocy? A teraz... No, no, no...

- Wiesz... z rzeźby ciężko się teraz utrzy­mać, więc dora­biam sobie i pro­wa­dzę kursy capo­eiry i tai-chi. W końcu to też tro­chę jakby rzeź­bie­nie, tyle że w żywym mate­riale, swoim ciele i duszy. Patrz! - Borys wycią­gnął dło­nie i poka­zał obtarte i opuch­nięte kostki. - Dło­nie rzeź­bia­rza. - Uśmiech­nął się, wydy­ma­jąc usta. - Więc jeżeli potrze­bu­jesz pomocy, to... ja... mogę coś porzeź­bić. W końcu byłaś moją dziew­czyną. Wpraw­dzie dawno, ale... No... ale... - zawie­sił głos. - Byłem chu­jem. Wiem, wiem...

- Daj spo­kój - odparła Monika. - Byli­śmy tacy mło­dzi. Nie paso­wa­li­śmy do sie­bie, ale wtedy tego jesz­cze nie wie­dzie­li­śmy.

- No dobrze, czuję się tro­chę roz­grze­szony. - Pod­niósł butelkę i spoj­rzał pyta­jąco. Monika wycią­gnęła rękę ze szklanką.

- Masz samo­chód! - zapy­tała, zanim wypiła. - Nie, nie pro­wa­dzę po alko­holu.

- Nie mam. Mam za to sku­ter. Możesz uży­wać, jeśli chcesz. Nie jest nowy, ale popyla jak poranny skow­ro­nek. Muszę tylko dopom­po­wać koła. Ben­zyna chyba w nim jest. Umiesz pro­wa­dzić?

- Nie, ale chyba dam radę.

- Skoro przy­je­cha­łaś na rowe­rze, to i sku­ter popro­wa­dzisz. Pokażę ci, co i jak. Dzie­sięć minut i będziesz śmi­gać jak psz­czółka po kwiat­kach.

Było już ciemno, kiedy Maria dotarła do Wila­nowa. Nie musiała się już kon­spi­ro­wać i poczuła, jakby kamień spadł jej z serca. Cały czas nie miała zaufa­nia do swo­ich umie­jęt­no­ści, a teraz, kiedy wró­ciła z Olimpu, jesz­cze bar­dziej bała się, że coś zawali. W Pomie­chówku sta­rała się nie poka­zy­wać tego po sobie, ale była bar­dzo prze­jęta pro­po­zy­cją Sary. Zgo­dziła się poświę­cić swoją przy­szłość. Monika i Sara miały kogo rato­wać, ale ona mogła stra­cić wszystko. Nie przy­pusz­czała, że uczu­cie soli­dar­no­ści i krzywdy może być tak silne.

Wysia­dła z samo­chodu, spoj­rzała w roz­świe­tlone okna swo­jego miesz­ka­nia i pomy­ślała, że wystrze­le­nie Kaziury w kosmos, jak ich ope­ra­cję okre­śliła Sara, będzie przy­jem­nym dozna­niem, a upa­dek rządu Bolec­kiego dodat­ko­wym, jakże miłym, bonu­sem. Nawet jeżeli było to czy­ste marze­nie. Czuła, jak wzbiera w niej siła i wola walki. Pierw­szy raz ode­zwała się w niej wojow­niczka, drobna i domowa, ale jed­nak wojow­niczka.

Przy kra­węż­niku, na nie­do­zwo­lo­nym miej­scu stał ciemny opel, w któ­rym żarzył się ognik papie­rosa.

Jakie to słabe i zawsze takie naiwne - pomy­ślała. Powinni zaka­zać im pale­nia papie­ro­sów w samo­cho­dzie. Chyba to jakiś kod, że mam ich widzieć, albo po pro­stu mnie ole­wają. Dobrze, panie Zwo­liń­ski... poga­damy - powie­działa do sie­bie w myślach i dopiero teraz zauwa­żyła, że w samo­cho­dzie sie­dzi kobieta i się uśmie­cha. Ja pier­dolę! Co za aro­gan­cja!

Zmru­żyła oczy i przyj­rzała się uważ­niej kobie­cie. Toooo... to... taaaa Basiu­nia z imprezy w Ate­nach, przy­du­pa­ska oso­bi­sta pana Zwo­liń­skiego. Tak... tak... to ona! Pamię­tam ją! Basia, tak, Basia! Cał­kiem sym­pa­tyczna dziew­czyna. Nie powin­nam tak myśleć. Maria była już pewna. No to mamy już ekipę Jędru­sia w akcji. To się Sara ucie­szy! Wiemy, na czym sto­imy, dobra nasza!

Przez chwilę kor­ciło ją, żeby im poma­chać, ale natych­miast dotarło do niej, że to głu­pie i nie powinna się dekon­spi­ro­wać. Posta­no­wiła zatrzy­mać to odkry­cie dla sie­bie.

Mirek stał już w przed­po­koju. Jakby wyczuł, że za chwilę zazgrzyta w zamku klucz. Patrzył pyta­ją­cym wzro­kiem w ocze­ki­wa­niu na sygnał.

- Zrób mi melisę - rzu­ciła z uśmie­chem i puściła oko. - Jak chłopcy?

- Odra­biają lek­cje - odparł wyraź­nie zado­wo­lony Mirek. - Podwójna czy poje­dyn­cza?

- Podwójna i kanapka z serem.

- Podwójna? Czyli musisz się wylu­zo­wać, jak rozu­miem?

- Nie, ni­gdy się lepiej nie czu­łam. - Uśmiech­nęła się tak sze­roko, jak potra­fiła, dając znać zde­ner­wo­wa­nemu Mir­kowi, że wszystko jest w porządku.

- Zapo­mnia­łaś tele­fonu i tro­chę się nie­po­ko­iłem. Leży w pokoju.

- Tak. Sorry - odparła, sia­da­jąc za sto­łem.

Wzięła blo­czek z kart­kami, na któ­rych zapi­sy­wali zakupy, i napi­sała: Będą się działy dziwne rze­czy. Wytrzy­masz? Mirek prze­czy­tał, spoj­rzał na Marię i powie­dział:

- Kocham cię.

- Ja cie­bie też - odparła w chwili, gdy do kuchni wszedł star­szy syn. Szybko zmięła kar­teczkę i scho­wała do kie­szeni.

- Roz­wo­dzi­cie się, że musi­cie się tak zapew­niać o miło­ści, gdy matka wraca po noc­nej eska­pa­dzie, nie odbiera tele­fo­nów, a teraz coś jesz­cze ukrywa? - rzu­cił, wycią­ga­jąc z lodówki butelkę coli. - Dzieci zwy­kle dowia­dują się ostat­nie. Ale nie mar­tw­cie się... damy sobie radę.

- Ty się lepiej zaj­mij oce­nami z matmy - powie­dział Mirek, zale­wa­jąc kubek wrząt­kiem.

Maria wstała od stołu i wycho­dząc, poczo­chrała syna po kudła­tej gło­wie.

Tele­fon leżał na szafce w salo­nie. Włą­czyła go, ale nie zalo­go­wała się do sieci. W apli­ka­cji kon­takty zna­la­zła numer do Zwo­liń­skiego i zapi­sała go na kar­teczce, którą przed chwilą scho­wała do kie­szeni.

Pode­szła do okna. Opel stał w tym samym miej­scu.

Jak będzie lepiej? - pomy­ślała. Zadzwo­nić do Zwo­liń­skiego z bez­piecz­nego numeru czy powie­dzieć tej Basi, żeby się ze mną skon­tak­to­wał. Jeżeli jego tele­fon jest pod kon­trolą, to wyła­pią moje połą­cze­nie. A zresztą co mu powiem... że co? Lepiej zosta­wić mu ini­cja­tywę. Wie prze­cież, co może zro­bić, i zro­zu­mie prze­sła­nie.

Wyszła do przed­po­koju, wło­żyła crocsy, kurtkę i rzu­ciła do Mirka:

- Zaraz wra­cam.

Zanim zdą­żył zare­ago­wać, trza­snęły drzwi.

Maria pode­szła do opla i zastu­kała w okno. Kobieta opu­ściła szybę.

- Tu jest zakaz par­ko­wa­nia, pani Basiu - powie­działa z uśmie­chem. - Znamy się prze­cież. - Kobieta też się uśmiech­nęła, ale nie odpowie­działa. - Mam prośbę - dodała Maria. - Może pani prze­ka­zać Andrze­jowi, żeby się ze mną skon­tak­to­wał? Zgu­bi­łam gdzieś jego numer tele­fonu. Może pani?

- Zrobi się - odparła tamta i ski­nęła głową.

- Nie będę dzi­siaj wycho­dzić z domu, więc może­cie chyba już...

- Nie­stety - odparła kobieta.

- No to dobra­noc - rzu­ciła Maria, a kobieta zamknęła okno.

11

Lutek wie­dział, że szpi­tal zgłosi na poli­cję sprawę czło­wieka z pod­cię­tym gar­dłem. Nie wie­dział jed­nak, czy Jagan prze­żył. Natłok wyda­rzeń spo­wo­do­wał jed­nak, że nawet nie miał czasu o nim pomy­śleć. Wszy­scy dzia­łali pod wpły­wem adre­na­liny. To był czas impro­wi­za­cji, ale nawet drobny błąd mógł zbu­rzyć i tak kru­chy plan dzia­ła­nia. Wciąż musieli roz­wią­zy­wać pro­blemy, któ­rych nie prze­wi­dzieli, czyli jak zawsze reago­wać na bie­żąco.

Naj­waż­niej­sza była sprawa Irań­czyka i wycią­gnię­cie Igora i Wasi. Aresz­to­wa­nie Kon­rada, Mar­cela i Romana dodat­kowo kom­pli­ko­wało sytu­ację. Sek­cja Q stra­ciła dowód­ców. Po wyda­rze­niach w Waw­rze i wysła­niu Arifa do Iranu musieli zerwać kon­takty i przejść do cał­ko­wi­tej kon­spi­ra­cji. Takie było pole­ce­nie Kon­rada, ale i bez tego wszy­scy wie­dzieli, że muszą to zro­bić.

Kiedy Lutek zorien­to­wał się, że po cię­ciu Irań­czyka Jagan jesz­cze żyje, zaci­snął mu na szyi ręcz­nik i pode­rwał jego ciało z pod­łogi. To był odruch, jaki znają tylko towa­rzy­sze broni. Teraz liczyło się jedy­nie rato­wa­nie part­nera. Nie mógł zosta­wić ciała Rosja­nina na żer mediów i poli­ty­ków. Nie prze­wi­dzieli wtedy wszyst­kich skut­ków akcji, a już na pewno nie śmierć Jagana, czło­wieka, który przy­szedł im z pomocą.

Lutek z nie­ma­łym tru­dem prze­rzu­cił ciało przez ramię i tak szybko, jak mógł, zaniósł do samo­chodu i zawiózł do kli­niki w Ani­nie. Gdy wno­sił go do budynku, Jagan nie dawał już żad­nych oznak życia. Lutek poczuł, że speł­nił swój żoł­nier­ski obo­wią­zek. Widok bla­dej twa­rzy Jagana nie pozo­sta­wiał złu­dzeń. Lutek znał ten obraz dobrze, więc kiedy kładł jego wiot­kie ciało na pod­ło­dze, wie­dział już na pewno, że tam­ten nie żyje.

Przez następne dwa dni nawet o nim nie pomy­ślał. Dopiero gdy opa­dły emo­cje, zaczął się zasta­na­wiać, co stało się z jego cia­łem. Czuł się odpo­wie­dzialny za tę śmierć i ta myśl zaczęła męczyć go coraz bar­dziej.

Chciał unik­nąć tele­fo­no­wa­nia do kli­niki, więc namó­wił Ewę, żeby wło­żyła czapkę z dasz­kiem oraz ciemne oku­lary, i poje­chali razem do kli­niki w Ani­nie.

- Dzień dobry - zwró­ciła się Ewa do kobiety sie­dzą­cej w recep­cji. - Kilka dni temu przy­wie­ziono tutaj w nocy zna­jo­mego z raną szyi... - zaczęła i od razu zoba­czyła poru­sze­nie na twa­rzy roz­mów­czyni.

- To pani zna­jomy? Zaraz popro­szę leka­rza. Pro­szę zacze­kać. - Pie­lę­gniarka pod­nio­sła słu­chawkę tele­fonu. - Panie dok­to­rze! - zaczęła pod­nie­sio­nym gło­sem. - Jest tu pani, która zna tego pacjenta z pod­cię­tym gar­dłem. Dobrze! - rzu­ciła do słu­chawki. - Lekarz zaraz przyj­dzie.

- To on żyje? - zapy­tała Ewa.

- Żyje. Jest na OIOM-ie. Poli­cja się nim inte­re­suje.

Ewa odwró­ciła się i szyb­kim kro­kiem ruszyła do wyj­ścia.

- Gdzie pani idzie! Pro­szę pani! Dok­tor zaraz będzie, pro­szę pani...

- Ja pier­dolę! Lutek! - Ewa nie mogła zła­pać odde­chu. - Jedź! Szybko!

Lutek włą­czył sil­nik i wci­snął gaz, aż zabuk­so­wały koła. Samo­cho­dem zarzu­ciło i po chwili zni­kli za zakrę­tem. Już miał zapy­tać, co się stało, gdy Ewa krzyk­nęła, krę­cąc głową z nie­do­wie­rza­niem:

- On żyje!

- Jak to?

- No żyje... jest na OIOM-ie!

- Pewna jesteś? - Lutek zatrzy­mał samo­chód na przy­stanku auto­bu­so­wym, zdjął Ewie oku­lary i spoj­rzał w jej sze­roko otwarte oczy.

- No, nie widzia­łam go, ale tak powie­działa kobieta w dyżurce. Wie­działa, o kogo pytam!

- Ja pier­dolę! - Lutek wypu­ścił powie­trze jak z hut­ni­czego mie­cha. - Dał­bym sobie głowę... no palec... że on... Cze­kaj, cze­kaj...

- I co teraz? Trzeba poin­for­mo­wać Sarę. Mówi­łeś, że nie żyje! A prze­cież zawio­złeś go do szpi­tala! Ożył?

- Kurwa! - Lutek nie­mal ni­gdy nie prze­kli­nał, ale był tak zdez­o­rien­to­wany, że nie potra­fił uspo­koić roz­sza­la­łych myśli. Przez chwilę mil­czeli i nawet nie zauwa­żyli, że stoi za nimi auto­bus i trąbi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

- Odwo­łać wizytę w przed­dzień? Mocne! - Kaziura pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. - Nie­moż­liwe prze­cież, żeby akcja w Waw­rze zro­biła na nich takie wra­że­nie.

- Stra­cili do nas zaufa­nie? - Bolecki się zmar­twił. - Zresztą... czas zacząć się unie­za­leż­niać i od nich. Nie mogę znieść tej Beck­man. Działa mi na nerwy. I powin­ni­śmy bar­dziej zde­cy­do­wa­nie zająć się Luber­tem albo on zaj­mie nasze miej­sce.

- Sądzę, że stało się coś, o czym jesz­cze nie wiemy - dodał Kaziura i pomy­ślał, że sprawy idą w dobrym kie­runku. Pol­ska coraz bar­dziej alie­nuje się w Euro­pie, a auto­ry­tet Bolec­kiego zaczyna pękać. - Tak, masz rację, trzeba przy­spie­szyć budowę naszego nowego soju­szu.

- Spró­buj dowie­dzieć się, co się stało, że tak nagle doga­dali się z Ira­nem. Czuję, że jan­kesi robią nas w chuja - rzu­cił pre­mier, sia­da­jąc w fotelu. - Masz papie­rosy? - Kaziura otwo­rzył szu­fladę biurka, wyjął paczkę i wraz z zapal­niczką podał Bolec­kiemu. - Bar­dzo nie­po­koi mnie to, że jest jakieś dru­gie dno. Coś się dzieje, a co i dla­czego, tylko ty możesz się dowie­dzieć, bo Baryła do niczego się nie nadaje. Nie mówiąc o tej pier­do­lo­nej agen­cji towa­rzy­skiej z Miło­będz­kiej - zakoń­czył i pod­niósł się do wyj­ścia.

- Łącz­nik CIA wyje­chał tydzień temu, więc też...

- To skąd ta święta Helena Tro­jań­ska wszystko wie? - zapy­tał już w drzwiach pre­mier.

Kreml był zasko­czony zmianą kursu Ame­ry­ka­nów nie mniej niż pol­ski rząd, bo rów­nie dużo zain­we­sto­wał w ten kon­flikt i liczył na kon­kretne korzy­ści. Zwrot miał też jed­nak swoje dobre strony i wywiad rosyj­ski roz­po­czął wdra­ża­nie planu B.

Wie­lo­mie­sięczna kosz­towna akcja medialna w Pol­sce przy­go­to­wu­jąca spo­łe­czeń­stwo do wojny z isla­mem w obro­nie chrze­ści­jań­skiej Europy pękła jak bańka mydlana. Obrońcy narodu mimo solid­nego dofi­nan­so­wa­nia stra­cili cel i trzeba było szu­kać im pil­nie nowego wroga. Masa­kra w Waw­rze stała się nagle bez­u­ży­teczna czy wręcz szko­dliwa pro­pa­gan­dowo, bo nawet życz­liwi dzien­ni­ka­rze coraz czę­ściej zarzu­cali Bolec­kiemu zwy­czajną nie­udol­ność, a noto­wa­nia Luberta zaczęły iść w górę.

Pre­mier zle­cił więc Jerzemu Kaziu­rze zaję­cie się sprawą i wycią­gnię­cie z niej, ile się da, by wyka­zać słusz­ność i sku­tecz­ność poli­tyki rządu. Wice­pre­mier miał po pro­stu prze­kuć porażkę w suk­ces. To była jego spe­cjal­ność, a potra­fił zdzia­łać cuda. Bolecki na to liczył. Kaziura zebrał zespół naj­bar­dziej lojal­nych dzien­ni­ka­rzy i spin dok­to­rów, któ­rzy codzien­nie two­rzyli w pocie czoła memy, prze­kazy dnia dla poli­ty­ków oraz publi­ka­cje, i roz­dzie­lił zada­nia. Anty­nie­miecki i anty­eu­ro­pej­ski hejt wylał się sze­roko z rzą­do­wych mediów.

Główne ude­rze­nie pro­pa­gan­dowe skie­ro­wane było na Agen­cję Wywiadu, która stała się nagle źró­dłem wszyst­kich pro­ble­mów pań­stwa, sie­dli­skiem rosyj­skiej agen­tury, zbo­czeń­ców i rene­ga­tów. Ustawa o roz­wią­za­niu AW i powo­ła­niu Naro­do­wej Agen­cji Infor­ma­cyj­nej była już w sej­mie. Zaczęła się lustra­cja ofi­ce­rów do trze­ciego poko­le­nia wstecz.

Roman Leski i Zofia Winiar­ska prze­by­wali w aresz­cie pod zarzu­tem szpie­go­stwa na rzecz Rosji. Kon­rad Wol­ski i Mar­cel Cichy odmó­wili współ­pracy z rzą­dem i przy­pi­sano im długą listę para­gra­fów kodeksu kar­nego, w tym zabój­stwo. Puł­kow­nik Marek Bru­ker został aresz­to­wany pod zarzu­tem pedo­fi­lii.

Wszyst­kimi spra­wami zaj­mo­wał się spe­cjalny zespół pro­ku­ra­to­rów, któ­rym - pod oso­bi­stym nad­zo­rem nowo mia­no­wa­nego wice­pre­miera i mini­stra spraw wewnętrz­nych Jerzego Kaziury oraz mini­stra spra­wie­dli­wo­ści Karola Mać­ko­wiaka - kie­ro­wał Wale­rian Far­biarz.

W spra­wie Romana śledz­two było sto­sun­kowo pro­ste. Dowody jego szpie­gow­skiej dzia­łal­no­ści zna­le­zione w miesz­ka­niu Zofii nie pozo­sta­wiały żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Podej­rzani odma­wiali jed­nak jakiej­kol­wiek współ­pracy i nie przy­znali się do zarzu­ca­nych im czy­nów. W związku z tym prze­by­wali w poje­dyn­czych celach, bez kon­taktu z naj­bliż­szymi. Współ­pracę z adwo­ka­tem utrud­niano na tyle, na ile to było moż­liwe. Pro­ku­ra­tor Far­biarz liczył, że po aresz­to­wa­niu Zofii Winiar­skiej Leski zmięk­nie, tym bar­dziej że zaczął coraz bar­dziej pod­upa­dać na zdro­wiu. Pobi­cie na ulicy w Ate­nach mocno odci­snęło się na jego kon­dy­cji psy­chicz­nej.

Pre­mier Bolecki regu­lar­nie inte­re­so­wał się sta­nem zdro­wia aresz­to­wa­nego. Ni­gdy nie powie­dział tego wprost, ale pro­ku­ra­tor Far­biarz potra­fił czy­tać w myślach prze­ło­żo­nych i wie­dział, że cier­pie­nie Leskiego spra­wiało mu satys­fak­cję.

Zde­cy­do­wa­nie gorzej wyglą­dało docho­dze­nie w spra­wie Kon­rada i Mar­cela. Obaj podej­rzani prze­by­wali w poje­dyn­czych celach i podob­nie jak Roman byli pozba­wieni kon­tak­tów ze świa­tem zewnętrz­nym. Choć nie mogli się kon­tak­to­wać także ze sobą, pro­ku­ra­tor Far­biarz żywił głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że dzia­łają w poro­zu­mie­niu. Byli twar­dzi i nie pod­da­wali się. Cią­gle zmie­niali zezna­nia i wpro­wa­dzali nowe zaciem­nia­jące obraz wątki, które trzeba było nie­ustan­nie spraw­dzać. Wyraź­nie utrud­niali śledz­two i grali na czas. Far­biarz nie mógł jed­nak roz­gryźć dla­czego.

Szcze­gó­łowe bada­nie domu w Waw­rze wyka­zało, że Wol­ski i Cichy musieli mieć pomoc­ni­ków, ale nie udało się tego udo­wod­nić. Bada­nia kry­mi­na­li­styczne potwier­dziły, że na miej­scu prze­stęp­stwa były trzy lub cztery osoby, do któ­rych nie można było jed­nak przy­pi­sać śla­dów. Panu­jący w pomiesz­cze­niu bała­gan był tak duży, że trudno było opi­sać scenę i umiej­sco­wić na niej akto­rów. Zezna­nia Wol­skiego i Cichego w wielu punk­tach nie pokry­wały się ze sce­na­riu­szem i wpro­wa­dzały jesz­cze więk­szy zamęt. Far­biarz nie miał wąt­pli­wo­ści, że nie było ich w środku w trak­cie zaj­ścia, choć upo­rczy­wie twier­dzili, że byli sami, i całą winę brali na sie­bie.

Irań­czycy, któ­rzy prze­żyli strze­la­ninę, soli­dar­nie mil­czeli i odma­wiali jakiej­kol­wiek współ­pracy z wła­dzami. Odporni na jakie­kol­wiek groźby, jakby kon­ty­nu­owali swoją samo­bój­czą misję.

Pro­ku­ra­tor Far­biarz wyty­po­wał z oto­cze­nia Wol­skiego i Cichego kilka osób, które mogły uczest­ni­czyć w zda­rze­niu, ale nikt się nie przy­znał, nie było dowo­dów i do tego każdy miał solidne alibi. Far­biarz wie­dział, że nie będzie łatwo ich zma­ni­pu­lo­wać, nastra­szyć i zmu­sić do mówie­nia. Wszy­scy potra­fili radzić sobie w stre­sie, byli mistrzami w grach ope­ra­cyj­nych, robie­niu uni­ków, mani­pu­la­cji. Pro­ku­ra­tor swoje umie­jęt­no­ści cenił jed­nak wyżej. Dla­tego mini­ster Kaziura powo­łał tajny dzie­się­cio­oso­bowy zespół zło­żony z doświad­czo­nych i lojal­nych ofi­ce­rów CBA, ABW i poli­cji, któ­rych zada­niem było roz­pra­co­wa­nie grupy, czyli byłych ofi­ce­rów Wydziału Q i Sek­cji. Zespół o kryp­to­ni­mie "Orzeł" otrzy­mał nie­ogra­ni­czone środki, a dowo­dził nim świeżo awan­so­wany puł­kow­nik Hubert Kamiń­ski.

Pro­ku­ra­tor Far­biarz liczył, że przy pomocy Kamiń­skiego znaj­dzie w końcu słaby punkt w gru­pie i wyłowi jakie­goś Juda­sza. Potrze­bo­wał jed­nak wię­cej czasu. Naj­bar­dziej mar­twiło go, że nikt z jego ludzi nie potra­fił zła­mać sys­temu łącz­no­ści Safe­One, w któ­rym zako­do­wana była cała prawda o tym, co się zda­rzyło. Mimo poszu­ki­wań w całej Pol­sce i włą­cze­nia Inter­polu nie udało się usta­lić, co się stało z Macie­jem Gór­skim. Nie pomo­gły nawet zaprzy­jaź­nione służby wywia­dow­cze. Wirus znisz­czył cały zapis w sys­te­mie. Nie potwier­dziły się inter­ne­towe insy­nu­acje, że major Gór­ski widziany był w Moskwie.

Postę­po­wa­nie w spra­wie zabój­stwa w Ate­nach Dimi­triosa Cal­de­róna i skle­pi­ka­rza Makisa zostało szybko umo­rzone z powodu nie­wy­kry­cia spraw­ców. Motyw był oczy­wi­sty. Polak zgi­nął przy­pad­kowo pod­czas nar­ko­ty­ko­wych pora­chun­ków mię­dzy gan­gami, Far­biarz uznał więc, że nie musi wsz­czy­nać oddziel­nego śledz­twa, i sprawę zakoń­czył.

Inspek­tora Marka Rodzie­wi­cza uznano w postę­po­wa­niu dys­cy­pli­nar­nym za win­nego zła­ma­nia prawa i jego sprawę rów­nież prze­ka­zano do pro­ku­ra­tora Far­bia­rza. Wkrótce został aresz­to­wany za udzie­le­nie pomocy Kon­ra­dowi, Mar­ce­lowi i Leskiemu. Odmó­wił zło­że­nia wyja­śnień i dołą­czył do pozo­sta­łych w Bia­ło­łęce.

2

Maj był wyjąt­kowo cie­pły, czer­wiec zaś praw­dzi­wie już upalny. Rezer­wat Dolina Wkry wypeł­nił się soczy­stą zie­le­nią, a brzegi rzeki kwi­tły dywa­nami żół­tych kaczeń­ców.

Hotel Olimp w Pomie­chówku w rze­czy­wi­sto­ści był małym pen­sjo­na­tem wyko­rzy­sty­wa­nym głów­nie przez węd­ka­rzy i kochan­ków. Sara wybrała go, bo kilka lat wcze­śniej zatrzy­mali się w nim pod­czas spływu kaja­ko­wego razem z Kon­ra­dem. Zadzwo­niła ze sta­cjo­nar­nego tele­fonu w przed­szkolu Alka i spraw­dziła, czy są wolne pokoje.

Następ­nie na dwóch kar­tecz­kach zapi­sała adres, dzień i godzinę. Dopi­sała - obo­wią­zują stroje wie­czo­rowe - co w żar­go­nie szpie­gow­skim ozna­czało, że spo­tka­nie odbę­dzie się w ści­słym reżi­mie ope­ra­cyj­nym. Kar­teczki prze­ka­zała Monice i Marii, kiedy spo­tkały się po raz ostatni na Powi­ślu w gale­rii Mini­Mi­di­Maxi przed jej likwi­da­cją.

Dosko­nale zda­wały sobie sprawę z tego, że znaj­dują się pod obser­wa­cją, i wła­ści­wie się już nie kon­tro­lo­wały. Taj­niacy też nie zamie­rzali zacho­wać choćby pozo­rów pro­fe­sjo­na­li­zmu. Far­biarz dobrze wie­dział, dla­czego to robi. Chciał im uprzy­krzyć życie na tyle, na ile było to moż­liwe, utrud­nić kon­tak­to­wa­nie się, zmę­czyć, zde­mo­ra­li­zo­wać i spro­wo­ko­wać, by w końcu się obja­wił Judasz. Z lek­tury Pisma Świę­tego i doświad­cze­nia wie­dział, że w każ­dej gru­pie zawsze znaj­dzie się jakiś zdrajca. Zdrajca, który dopiero się objawi i który potrze­buje prze­bu­dze­nia. Pro­ku­ra­tor zapo­mniał jed­nak, że Judasz nie był kobietą. A w tym wypadku Polką, zawo­dową szpie­gi­nią, zde­ter­mi­no­waną, by wal­czyć. Wale­rian Far­biarz nie wie­dział, że nie jest w sta­nie uprzy­krzyć życia komuś, kto całe życie spę­dził pod obser­wa­cją, zawsze gotowy do dzia­ła­nia. Nie wie­dział także, że w Sarze, Monice i Marii doj­rze­wała wście­kłość.

Gdy spo­tkały się w gale­rii, poło­żyły komórki na sto­liku obok fili­ża­nek, Cen­taur miał więc nagra­nie ste­reo­fo­niczne. Pozdro­wiły dyżu­ru­ją­cego pana kapi­tana i poin­for­mo­wały o swo­ich gastrycz­nych dole­gli­wo­ściach. Następ­nie wyłą­czyły tele­fony i Monika wynio­sła je na zaple­cze do kasy pan­cer­nej. Mimo to w gale­rii nie roz­ma­wiały o niczym, co mogłoby zain­te­re­so­wać pro­ku­ra­tora Far­bia­rza. Pomiesz­cze­nie mogło być na pod­słu­chu, a demon­stra­cję ze smart­fo­nami zro­biły dla swo­jej przy­jem­no­ści.

Wszy­scy szpie­dzy wie­dzą, że jeśli jest jakiś ide­alny moment w tygo­dniu na reali­za­cję zadań, to jest to ponie­dział­kowy pora­nek. Maria rzadko pra­co­wała ope­ra­cyj­nie, musiała więc przy­po­mnieć sobie zasady budo­wa­nia trasy spraw­dze­nio­wej. Z tego powodu dener­wo­wała się bar­dziej niż Monika czy Sara, które robotę ope­ra­cyjną miały we krwi. Bała się, że nie wyła­pie obser­wa­cji i przy­cią­gnie do Pomie­chówka ogon. Dla­tego popro­siła męża, żeby zawiózł ją na sta­cję metra Kabaty.

Samo­chód stał w garażu, Maria mogła ukryć się więc na tyl­nym sie­dze­niu. Zabieg pro­sty, może nawet banalny, ale jed­no­cze­śnie prak­tyczny. Mirek nie zapy­tał, skąd u niej aż taka deter­mi­na­cja, był jed­nak dumny, że może włą­czyć się do walki. Nie znał szcze­gó­łów, bo nie mogli o tym roz­ma­wiać, jed­nak całym ser­cem wspie­rał żonę i wyko­ny­wał sta­wiane mu coraz czę­ściej zada­nia ze szcze­rym entu­zja­zmem i poświę­ce­niem.

O pią­tej rano wyje­chał z Mia­steczka Wila­nów na aleję Wila­now­ską i skrę­cił w prawo.

- No i co? - zapy­tała spod koca.

- Czy­sto - odparł. - Tak się mówi?

- Pewny jesteś?

- Pewny. Pusto. Jeste­śmy sami. Mia­steczko jesz­cze drze­mie smacz­nie pod koł­der­kami. Za godzinę odkręcą cie­płą wodę i...

- Prze­stań! - prze­rwała mu Maria. - Skup się, Mireczku, na dro­dze i nie fan­ta­zjuj.

- Tak jest, pani naczel­nik!

- Nie pieprz! - obru­szyła się. - Firmy już nie ma i jak wiesz, muszę szu­kać nowej pracy, nie mam więc nastroju do żar­tów.

- Rozu­miem, że idziesz na roz­mowę rekru­ta­cyjną? - rzu­cił Mirek z lek­kim prze­ką­sem i dodał: - Skrę­cam w Przy­czół­kową. Pusto, czyli czy­sto.

- Pokręć się kilka minut po Kaba­tach i wyrzuć mnie przy zej­ściu do metra.

- Okej. Zupeł­nie jak w praw­dzi­wym szpie­gow­skim fil­mie.

Mirek jeź­dził po ską­pa­nych w poran­nym słońcu Kaba­tach. Poja­wili się pierwsi prze­chod­nie i poje­dyn­cze samo­chody, ruszyły auto­busy. Dokład­nie po dzie­się­ciu minu­tach zatrzy­mał się przy zej­ściu do metra.

- Jeste­śmy - oświad­czył z wyraź­nym prze­ję­ciem. - Kiedy wró­cisz?

- Nie wiem. Może dzi­siaj, może jutro. Roz­mowa rekru­ta­cyjna może się prze­cią­gnąć - wyrzu­ciła z sie­bie na wyraź­nym wyde­chu, nacią­gnęła kap­tur i chwy­ciła ple­cak. - Nie dener­wuj się, Mireczku, i nie daj się spro­wo­ko­wać. Wiesz, co masz robić.

- Kocham cię, piękna.

- I ja cie­bie. Nie zapo­mnij o zebra­niu w szkole - odparła i wysko­czyła z samo­chodu.

Zbie­gła po scho­dach do metra. Kupiła bilet w auto­ma­cie i zeszła na peron. Nacią­gnęła głę­biej kap­tur i sta­nęła tyłem do naj­bliż­szej kamery. Wie­działa, że jeżeli obser­wa­cja zorien­tuje się, że znik­nęła, będą jej szu­kać. Ustalą, że mąż wywiózł ją na sta­cję, i pomy­ślą, że chciała zro­bić coś, o czym oni nie powinni wie­dzieć. O wszyst­kim, jak zwy­kle, decy­do­wał czas. Im dłu­żej prze­by­wała w miej­scach bez moni­to­ringu, tym jej bez­pie­czeń­stwo rosło. W ple­caku miała dwie bluzy na zmianę, dwie czapki i ciemne oku­lary. Kie­dyś z powo­dze­niem wyko­rzy­stała ten zabieg pod­czas szko­le­nia wywia­dow­czego w Kiej­ku­tach.

Choć trasę miała zapla­no­waną, to wie­działa, że będzie musiała impro­wi­zo­wać. Poje­chała metrem do sta­cji Świę­to­krzy­ska, gdzie prze­sia­dła się na drugą linię, i wysia­dła na sta­cji Cen­trum Nauki Koper­nik. Kiedy wyszła na powierzch­nię przy pomniku Syrenki, zega­rek wska­zy­wał kwa­drans po szó­stej. Miała trzy i pół godziny do odjazdu pociągu z Dworca Gdań­skiego do Pomie­chówka. Wie­działa, że ma duży zapas, ale nie ufała swoim umie­jęt­no­ściom i wolała dwa razy się spraw­dzić, niż popeł­nić błąd. To była jej naj­waż­niej­sza trasa spraw­dze­niowa w życiu.

Mimo ład­nej pogody na Bul­wa­rach Wiśla­nych świe­ciło pust­kami. Dziwne, bo zwy­kle nawet o tak wcze­snej porze poja­wiało się tu tro­chę bie­ga­czy i rowe­rzy­stów. Maria nie miała jed­nak czasu się nad tym zasta­na­wiać, minęła Cen­trum Nauki i po stu metrach zatrzy­mała się przy drew­nia­nych leżan­kach. Zro­biło się cie­plej. Zdjęła bluzę, zwi­nęła ją w wałek, zało­żyła ciemne oku­lary i zajęła jedno miej­sce. Wyjęła książkę i zaczęła uda­wać, że czyta. Nie zauwa­żyła nic podej­rza­nego.

Była prze­ko­nana, że w cen­trum Cen­taura zorien­to­wali się już, że gdzieś znik­nęła.

Na pewno ścią­gną wszyst­kie siły na mnie. Uwa­żają, nie bez racji, że jestem naj­sła­biej przy­go­to­wana z naszej trójki, ale się tu prze­li­czą. Na bul­wa­rach też są kamery, ale po dru­giej stro­nie Wisły już nie - pomy­ślała.

Spoj­rzała na zega­rek. Była siódma trzy­dzie­ści. Zarzu­ciła na ramiona bluzę, zdjęła oku­lary i wło­żyła nie­bie­ską bejs­bo­lówkę z napi­sem Nike. Z ple­ca­kiem na ramie­niu ruszyła w prawo w stronę mostu Świę­to­krzy­skiego. Po pięt­na­stu minu­tach znaj­do­wała się już po dru­giej stro­nie rzeki. Zeszła na dół po stro­mej skar­pie i zni­kła w zale­sio­nej gęstwi­nie.

Dziki gąszcz pora­sta­jący prawy brzeg Wisły nie był moni­to­ro­wany i można było się w nim z łatwo­ścią ukryć. Obser­wa­cja musia­łaby wysłać pie­szych wywia­dow­ców. Maria wie­działa o tym ze sprawy, którą pro­wa­dziła kie­dyś w WBW, i posta­no­wiła to wyko­rzy­stać. Zdjęła bluzę, scho­wała ją do ple­caka, zmie­niła spodnie na szorty i wło­żyła drugą czapkę. Ścieżką spa­ce­rową ruszyła w lewo, w stronę mostu Ponia­tow­skiego, gdzie mie­ściła się war­szaw­ska plaża.

Docho­dziła ósma. Słońce wze­szło wysoko i zro­biło się bar­dzo cie­pło. Miała godzinę i czter­dzie­ści pięć minut do odjazdu pociągu. Z ple­caka wyjęła bluzę, roz­ło­żyła ją na pia­sku i usia­dła.

3

Ela nakar­miła Juliana, który zasnął przy piersi. Witek prze­niósł go do łóżeczka i dopiero teraz mogli zjeść śnia­da­nie. Mały doka­zy­wał od czwar­tej rano, więc oboje czuli się zmę­czeni i marzyli tylko o dodat­ko­wej godzi­nie snu. Nie było na to żad­nych szans, Witek musiał bowiem jechać z samo­cho­dem na prze­gląd, co oka­zało się moż­liwe tylko dzięki moc­nej kawie, a Ela, żeby się zdrzem­nąć, musiała cze­kać, aż Witek wróci i zaj­mie się małym.

Witek i Ela byli dwu­krot­nie prze­słu­chi­wani przez pro­ku­ra­tora Far­bia­rza i przez tydzień objęci kon­trolą ope­ra­cyjną. Dosko­nale wie­dzieli, że muszą ogra­ni­czyć do mini­mum kon­takty. Wraz z Lut­kiem i Ewą zajęli się Igo­rem i Wasią, któ­rych zwol­nili Irań­czycy. Rząd Bolec­kiego odczy­tał to jako poko­jowy gest ze strony Tehe­ranu i goto­wość do wyga­sze­nia napię­cia po nie­uda­nej akcji dywer­syj­nej w War­sza­wie. Wkrótce oka­zało się, że był on czę­ścią ogól­nego odprę­że­nia, któ­rego cichym sprawcą miał być Ber­lin. Dla­tego media, za sprawą ludzi Kaziury, odpo­wied­nio nagło­śniły powrót Pola­ków i fia­sko akcji Irań­czy­ków jako ważny wkład Pol­ski w zaże­gna­nie wojny. Bolecki nie­mal codzien­nie, z cha­rak­te­ry­styczną dla sie­bie emfazą, infor­mo­wał, że to pol­ski rząd dopro­wa­dził do roz­ła­do­wa­nia napię­cia na Bli­skim Wscho­dzie.

Igor i Wasia zda­wali sobie sprawę, że Kon­rad ni­gdy nie zre­zy­gno­wał z walki o ich uwol­nie­nie. Wie­dzieli też, co zro­bił Dima, Roman i wszy­scy przy­ja­ciele. Wie­dzieli o Ari­fie Haru­mim i skąd wzięły się dla nich pie­nią­dze.

Wbrew swo­jej woli stali się boha­te­rami mediów. Z tru­dem dusili w sobie wście­kłość z powodu aresz­to­wa­nia Kon­rada, Mar­cela i Romana, powstrzy­my­wali się jed­nak od komen­ta­rzy.

Od tej pory kon­takt z Igo­rem i Wasią utrzy­my­wali tylko Witek i Lutek. Wyda­rze­nia w Waw­rze były tajem­nicą i ni­gdy o nich nie roz­ma­wiali. Tak zade­cy­do­wała Sara i kazała im cze­kać.

Lutek i Ewa byli prze­słu­chi­wani przez Far­bia­rza tylko raz, ale nic nie wie­dzieli o wyda­rze­niach w Waw­rze. Podob­nie jak Ela i Witek mieli solidne alibi.

Ponie­dział­kowy pora­nek, kiedy Maria wybie­rała się do Pomie­chówka, dla Witka, Eli, Lutka i Ewy nie róż­nił się niczym od zwy­kłego dnia.

Nie wie­dzieli, że Sara usta­liła spo­tka­nie z Marią i Moniką, ale czuli, że im dłu­żej nic się nie dzieje, tym bar­dziej muszą być przy­go­to­wani do dzia­ła­nia. Czas ucie­kał, ale Sara ni­gdy nie odpusz­czała. Kon­rad, Mar­cel i Roman poświę­cili się dla sprawy uwol­nie­nia Igora i Wasi, a Dima i Maciek zapła­cili naj­wyż­szą cenę. Wszy­scy wie­dzieli, że nie mogą tego tak zosta­wić.

Mirek i Irek zaraz po zakoń­cze­niu dzia­łań w Waw­rze i ode­bra­niu Arifa przez amba­sadę Iranu zamknęli się w swo­jej twier­dzy i na pole­ce­nie Sary ogra­ni­czyli do mini­mum kon­takt z Wydzia­łem i Sek­cją. Tak jak wszy­scy, mieli przy­go­to­wane alibi, ale ku swo­jemu zasko­cze­niu nie musieli zezna­wać w pro­ku­ra­tu­rze.

Dopiero po kil­ku­na­stu dniach Sara zwo­łała spo­tka­nie byłego Wydziału Q, które miało odbyć się w kinie Świt. Igor i Wasia wydo­brzeli już na tyle, że mogli cie­szyć się wol­no­ścią, Sara zor­ga­ni­zo­wała więc imprezę powi­talną. Monika i Maria nie były zapro­szone. Sara wie­działa bowiem, że zwo­łu­jąc spo­tka­nie przez tele­fon, ścią­gnie taj­nia­ków. Far­biarz będzie podej­rze­wał, że dzieje się coś nad­zwy­czaj­nego, co może przy­nieść mu pro­ce­sowe korzy­ści, i skie­ruje do Pia­stowa wszyst­kie siły. Na to liczyła. Nie musiała nikogo ostrze­gać. Wszy­scy zda­wali sobie sprawę z tego, co się dzieje, i zacho­wy­wali, jakby w impre­zie uczest­ni­czył ten trzeci, nie­wi­doczny wróg. Sara chciała zmę­czyć obser­wa­cję, tech­nikę i uśpić ich czuj­ność przed spo­tka­niem w Pomie­chówku, odcią­gnąć uwagę od Moniki i Marii.

Samo­chody obser­wa­cji poja­wiły się wokół domu M-Irka już na dwie godziny przed roz­po­czę­ciem imprezy, a smart­fony uczest­ni­ków były roz­grzane od Cen­taura do czer­wo­no­ści. Mimo to pro­ku­ra­tor Far­biarz nie dowie­dział się nic nowego. Utwier­dził się jedy­nie w prze­ko­na­niu, że musi ciężko pra­co­wać, by ich zła­mać i wyło­wić swo­jego Juda­sza.

Na zakoń­cze­nie imprezy w kinie Świt wystą­piła Sara. Sta­nęła pośrodku pod ekra­nem, a na widowni zasia­dło osiem osób. Naśla­du­jąc Kon­rada, zło­żyła ręce na pier­siach i deli­kat­nie wysu­nęła szczękę do przodu. Nie­dawno, kiedy ruszali do akcji w Waw­rze, dokład­nie w tym samym miej­scu stał Kon­rad i w podob­nej pozie prze­ka­zy­wał im ostat­nią instruk­cję.

Na przy­jazd poli­cji cze­kamy razem z Mar­ce­lem. Ma to wyglą­dać tak, jak­by­śmy to my, a nie Lutek i Jagan, naro­bili tego całego bała­ganu. Poli­cja oczy­wi­ście poła­pie się, że to misty­fi­ka­cja, ale decy­duje czas, który jest nam potrzebny, by nikt z was nie pozo­stał w zasięgu wzroku. Pewne jest, że nas aresz­tują. Dla­tego od tej chwili wszyst­kie decy­zje podej­mo­wać będzie Sara.

Stała przed nimi, żar­to­bli­wie naśla­du­jąc patos Kon­rada, i oczy­wi­ste było, że obej­muje wła­śnie dowódz­two. To wystar­czyło. Zro­zu­mieli, co chciała powie­dzieć. Teraz ona będzie dowo­dzić, a oni mają być w goto­wo­ści.

Impreza skoń­czyła się po dru­giej w nocy. Wypili cały alko­hol i zje­dli jedze­nie z restau­ra­cji Bom­baj. Poza Elą, która kar­miła pier­sią, nikt się nie oszczę­dzał. Lutek miał poważne trud­no­ści, żeby tra­fić w drzwi, ale w naj­gor­szym sta­nie znaj­do­wali się Igor i Wasia, któ­rzy poczuli się nagle bez­piecz­nie, i posta­no­wili odbić sobie lata w irań­skim wię­zie­niu.

Wyszli od M-Irka razem. Sta­nęli na ulicy i z roz­ba­wie­niem patrzyli, jak samo­chody obser­wa­cji ruszają za każ­dym odjeż­dża­ją­cym ube­rem.

4

Monika i Sara wie­działy, że Maria nie ma doświad­cze­nia w pracy ope­ra­cyj­nej, więc wyli­czyły czas tak, żeby przy­je­chać do pen­sjo­natu Olimp odpo­wied­nio wcze­śniej. Chciały spraw­dzić, czy nie przy­cią­gnie za sobą ogona.

Maria wysia­dła na sta­cji w Pomie­chówku i zro­biła jesz­cze krótką trasę po mia­steczku. W końcu dotarła na miej­sce tak­sówką. Sara obsta­wiała drogę dojaz­dową, a Monika pen­sjo­nat.

O trzy­na­stej spo­tkały się w pokoju z wido­kiem na rzekę. Przez sze­roko otwarte bal­ko­nowe okno zacią­gało leśnym aro­ma­tem i dźwię­kami roz­sza­la­łej pta­siej orkie­stry. Sta­nęły pośrodku, objęły się mocno za ramiona i przy­warły do sie­bie jak sio­stry. Po raz pierw­szy od wyda­rzeń w Waw­rze czuły się wolne i bez­pieczne.

Sara nalała każ­dej po kie­liszku wódki. Sta­nęły naprze­ciwko sie­bie.

- Za Dimę! - powie­działa cicho Monika i wypiły.

Sara dała znak ręką i Maria uzu­peł­niła kie­liszki.

- I za... Jagana! - rzu­ciła Sara i wypiły po raz drugi.

Usia­dły w fote­lach i na kana­pie.

- Wypi­ły­śmy tę wódkę - zaczęła Sara - żeby móc zała­twić to, po co was tu ścią­gnę­łam. Nasi faceci sie­dzą w wię­zie­niu, więc teraz czas na nas. Musimy ich wycią­gnąć i... przy oka­zji pomóc Rzecz­po­spo­li­tej, w końcu też kobie­cie. Mamy chyba wystar­cza­jąco dużo dyna­mitu, by wysa­dzić tę moskiew­ską agen­turę. Wszyst­kie wiemy, kogo i za co. Teraz musimy zasta­no­wić się, jak to zro­bić, kto i kiedy powi­nien pod­pa­lić lont.

- Pier­do­lo­nego Jerzego Kaziurę! - wyrzu­ciła z sie­bie Maria.

- Aż trudno uwie­rzyć... - Monika pokrę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem. - Wszy­scy wie­dzą, wszy­scy widzą, że od lat roz­pier­dala Pol­skę, i nic... wciąż go wybie­rają, a on cią­gle przy Bolec­kim. Już jest wice­pre­mie­rem, koor­dy­na­to­rem służb, jak tak dalej pój­dzie, wkrótce będzie pre­mie­rem.

- No więc wła­śnie, dziew­czyny - kon­ty­nu­owała Sara. - Trzeba wystrze­lić w kosmos Kaziurę i wycią­gnąć naszych face­tów z łap Far­bia­rza. Nie ma innego spo­sobu. A tak bar­dziej poważ­nie... - wzięła głę­boki oddech - ...musimy udo­wod­nić, że Kaziura to krem­low­ski agent. My to wiemy, ale musi to też zoba­czyć i zro­zu­mieć cała Pol­ska i Europa. A potem trzeba wysa­dzić go razem z Bolec­kim i całą tą szem­raną ferajną. Mamy moż­li­wo­ści, mamy kon­takty, no i mamy nagra­nie z roz­mowy Dimy z Fie­do­to­wem...

- Mamy też rachunki do wyrów­na­nia - dodała Monika. - Dima nie zgi­nął z powodu nar­ko­ty­ko­wych pora­chun­ków, bo Makis nie han­dlo­wał. Dima wie­działby o tym. Byli­śmy obser­wo­wani przez Rosjan, jestem tego pewna. To oni... za Fie­do­towa... wie­dzieli, że zro­bił nagra­nie. - Monika urwała, bo poczuła, że do oczu napły­wają jej łzy.

- Zapłacą za Dimę - powie­działa Sara zde­cy­do­wa­nym tonem. - Mamy nagra­nie z miesz­ka­nia na Pin­da­rou. Ale to nie zemsta jest naszym celem.

- Musimy usta­lić, czym dys­po­nu­jemy i jaką tak­tykę mamy przy­jąć - rzu­ciła Maria. - Oraz roz­dzie­lić zada­nia. Rozu­miem, że ty... Sara? - Spoj­rzała na Monikę, która ski­nęła głową i uśmiech­nęła się pierw­szy raz.

- Okej - powie­działa Sara. - Zga­dzam się. - I też się uśmiech­nęła.

- To zaczy­naj - rzu­ciła Maria.

Sara pode­szła do okna i przez chwilę wyglą­dała na zewnątrz. Potem oparła się o szafkę i zało­żyła ręce na pier­siach.

- Zobacz­cie - zaczęła. - Wszyst­kie jeste­śmy tak samo ubrane. - Monika i Maria spoj­rzały na sie­bie: zwy­kłe T-shirty i dżinsy, kla­syczny uni­seks. Nie­mal jak strój służ­bowy. - Nie wiem, czy to dobry znak, że nie pod­kre­ślamy, kim jeste­śmy, czy zły, że nie zwra­camy na sie­bie uwagi. - W jej gło­sie zabrzmiała wyraźna iro­nia. - Będziemy się teraz nazy­wać od hotelu Olimp.

Wszyst­kie, jak na komendę, wybuch­nęły śmie­chem.

- Kie­dyś na aka­de­mii przy­mie­rza­łam się do obrazu i sporo czy­ta­łam o Ery­niach. Lubię je i mam powód do zemsty. - Ostat­nie słowa wypo­wie­działa poważ­nie, bez śladu uśmie­chu na twa­rzy.

- Zaczy­najmy, czas ucieka - przy­po­mniała Maria.

- Musimy się zor­ga­ni­zo­wać, jeżeli mamy wysa­dzić Kaziurę - zaczęła jesz­cze raz Sara. - Jeste­śmy pod pre­wen­cyjną kon­trolą służb, która para­li­żuje nasze ruchy. Jak znam życie, CBA i ABW stwo­rzyły pew­nie jakiś spe­cjalny zespół, bo nie sądzę, by korzy­stali z ruty­no­wych struk­tur. Widać to zresztą gołym okiem. Sto­sują zasadę, że im bar­dziej są widoczni, tym bar­dziej się ich boimy. Kaziura i Far­biarz muszą mieć w tym jakiś cel...

- Chcą nas zmę­czyć i zmu­sić do współ­pracy - wtrą­ciła Maria.

- Pew­nie tak - potwier­dziła Sara. - Tak czy ina­czej, unie­moż­li­wia to nam komu­ni­ka­cję, czyli fak­tycz­nie pod­ję­cie aktyw­nych dzia­łań. Jeżeli mamy coś osią­gnąć, musimy ten pro­blem roz­wią­zać jako pierw­szy.

- Szkoda, że nie ma Maćka Gór­skiego. Safe­One przy­dałby się teraz ide­al­nie.

- Prawda. Czyli nasze myśli bie­gną do M-Irka, oni mogą zro­bić dla nas jakiś komu­ni­ka­tor. Podej­rzane jest, że tylko nimi Far­biarz się nie zain­te­re­so­wał, więc albo coś prze­oczył, albo to pod­stęp. Jeżeli to pod­stęp, to tylko oni potra­fią odpo­wie­dzieć jaki i dla­czego. Czyli znów mamy pro­blem, jak się z nimi skon­tak­to­wać, żeby nie ścią­gnąć na nich uwagi Far­biarza albo nie dać się wcią­gnąć w pułapkę. Kółko zaczyna się zamy­kać. Musimy zary­zy­ko­wać i...

- Jedna z nas musi zejść do peł­nej kon­spi­ra­cji - ode­zwała się Monika.

- To wła­śnie mia­łam na myśli. - Sara poki­wała deli­kat­nie głową.

- Jestem gotowa. Chęt­nie wezmę tę piękną rolę kon­spi­ra­torki. - Monika uśmiech­nęła się sze­roko. - Tym bar­dziej że nie jestem zwią­zana z wyda­rze­niami w Waw­rze, tylko z Roma­nem, gale­ria w likwi­da­cji... no... i wy... macie dzieci.

- No to pierw­szy punkt zała­twiony - kon­ty­nu­owała Sara. - Zakła­damy, że uda nam się zbu­do­wać bez­pieczną łącz­ność.

- Masz rację. Kaziura i Far­biarz musieli stwo­rzyć jakiś wydzie­lony zespół ope­ra­cyjny do kon­tro­lo­wa­nia nas - włą­czyła się Maria. - Wie­dzą, z kim mają do czy­nie­nia, mówiąc nie­skrom­nie. Czyli tech­nika i obser­wa­cja. Ktoś musi tym dowo­dzić, muszą mieć jakąś cen­tralę, zaufa­nych ludzi. Wiem, jak się to robi, w końcu całe życie pro­wa­dzi­łam wewnętrzną bez­piekę. Mam dziwne i silne prze­czu­cie, że stoi za tym CBA, jak wtedy w spra­wie Romana. Kaziura nie zaufa ABW cho­ciażby z powodu Mar­cela. Myślę, że powin­ni­śmy spró­bo­wać spe­ne­tro­wać ten zespół. To roz­wią­za­łoby przy­naj­mniej nasze pro­blemy komu­ni­ka­cyjne, a może coś wię­cej... Podejść ich ope­ra­cyj­nie?

- No tak, ale jak do nich dotrzeć? - zapy­tała Monika. - To gwar­dia Bolec­kiego i Kaziury. Po Ate­nach sama wiesz naj­le­piej, co to za mate­riał.

- Masz jakiś pomysł? - zain­te­re­so­wała się Sara.

- Na robotę do Aten Kaziura wybrał swo­ich naj­bar­dziej zaufa­nych i lojal­nych ludzi. W końcu brali udział w pro­wo­ka­cji i muszą zda­wać sobie z tego sprawę... Pozna­łam wów­czas bli­żej dwóch jego ludzi. Huberta Kamiń­skiego, speca od tech­niki ope­ra­cyj­nej, i Andrzeja Zwo­liń­skiego, od obser­wa­cji. Ten Kamiń­ski to gość z zewnątrz, zanim przy­szedł do CBA, miał jakiś inte­res, chyba firmę detek­ty­wi­styczną, i jest spo­krew­niony z żoną Kaziury, ale ten drugi, Zwo­liń­ski, to stary poli­cjant. O tym, że Kamiń­ski spo­krew­niony jest z Kaziurą, powie­dział mi wła­śnie pijany Zwo­liń­ski...

- Pamię­tam ten wie­czór w Ate­nach, naszą roz­mowę - włą­czyła się Monika.

- Po robo­cie w Ate­nach, wtedy kiedy pod­rzu­cili Dimie pakiet, ekipa obser­wa­cyjna, jak to zwy­kle bywa, zro­biła sobie na koszt podat­nika imprezę w restau­ra­cji - cią­gnęła Maria. - Wcze­śniej Maciek poin­for­mo­wał mnie, że w moim pokoju hote­lo­wym jest pod­słuch. Miał mu to powie­dzieć Zwo­liń­ski wła­śnie. Kiedy dołą­czy­łam do imprezy, Zwo­liń­ski był już mocno wlany, ale Kamiń­ski nie i wyda­wało się, że kon­tro­luje sytu­ację. Zwo­liń­ski usiadł koło mnie i pró­bo­wał się przy­sta­wiać, do innych kobiet zresztą też. Ostrzegł mnie po cichu przed Kamiń­skim, a nawet wprost powie­dział, że ktoś chce mnie wro­bić, ale nie powie­dział w co. Suge­ro­wał, że to Kaziura. W ogóle mocno beł­ko­tał. Jak pamię­tasz... - Maria spoj­rzała na Monikę - ...podej­rze­wa­li­śmy, że to mani­pu­la­cja Kaziury, i odcię­li­śmy się od Zwo­liń­skiego.

- Pamię­tam - odparła Monika. - Sama ci tak radzi­łam.

- Zwo­liń­ski zro­bił na mnie wtedy jak naj­gor­sze wra­że­nie. Cham­ski, wul­garny sek­si­sta, więc może dla­tego od razu go skre­śli­łam, ale teraz...

- Co teraz? - zapy­tała Sara. - Zmie­nił się?

- Teraz widzę go nieco ina­czej. Wła­ści­wie można by uznać, że zło­żył mi wtedy dekla­ra­cję lojal­no­ści, cho­ciaż był mocno pijany. Nie sądzę, żeby liczył na gorący romans w hote­lo­wym pokoju z pod­słu­chem. To wyjąt­kowy gbur, ale jed­nak rasowy poli­cjant i powi­nien wie­dzieć, co robi i mówi.

- Masz jego numer? - Monika spoj­rzała na Marię i pod­nio­sła brwi.

- Mam, ale w smart­fo­nie. Zaraz będą wie­dzieli, jeżeli do niego zaj­rzę.

- Dla­tego musimy naj­pierw dotrzeć do Mirka i Irka. Oni będą wie­dzieli, jak to zro­bić - stwier­dziła Sara, pod­nio­sła się ener­gicz­nie z kanapy i sta­nęła pośrodku pokoju. - Wycho­dzi na to, że Monika ma już pierw­sze zada­nie. Kaziura zorien­tuje się, że coś się dzieje, szcze­gól­nie jak im Monika znik­nie, i rzuci na nas całe swoje siły. Dla­tego musimy do mak­si­mum wyko­rzy­stać czas w pierw­szym okre­sie... - Pokrę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem i uśmiech­nęła się sze­roko. - Ja pier... zaczy­nam mówić jak Kon­rad.

- To źle? - zapy­tała Maria.

- Nie, nie...

- W takim razie zni­kam z Ursy­nowa. Muszę zabrać tro­chę rze­czy i... - oświad­czyła Monika z powagą - ...i cze­kaj­cie, aż się ode­zwę.

- Masz jakiś safe house? - upew­niła się Sara.

- Nie mam. Pomy­ślę i coś się pew­nie znaj­dzie - odparła. - Musimy poroz­ma­wiać o jesz­cze jed­nej kwe­stii, a wła­ści­wie dwóch. Mogą mieć zna­cze­nie dla sprawy, a może nawet decy­du­jące zna­cze­nie. Dima zosta­wił nam coś w rodzaju dzie­dzic­twa...

- Dzie­dzic­twa? - zain­te­re­so­wała się Sara. - Dobrze usły­sza­łam?

- No może raczej spadku - popra­wiła się Monika. - W życiu Dimy były trzy kobiety... wła­ści­wie było ich dużo wię­cej, ale te trzy były wyjąt­kowe. Jego matka, Rosa Lazo­pu­los, kuzynka Tamara z Mosadu i... puł­kow­nik Wiera Koza­kina z GRU, córka gene­rała Koza­kina, jego part­nerka z cza­sów roboty w Rosji i przy­ja­ciółka... wła­ści­wie do ostat­nich dni, no i chyba matka jego syna. To ona pomo­gła mu w nawią­za­niu kon­taktu z Fie­do­to­wem i Andrie­jem Tru­bo­wem. O Tama­rze i Wie­rze wie­dział tylko Roman. Nie ma o nich słowa w teczce per­so­nal­nej Dimy, więc nie są to zde­kon­spi­ro­wane kon­takty i Far­biarz nic nie wyczyta z jego akt.

- A to nie­spo­dzianka! - Sara była auten­tycz­nie zasko­czona.

- Jak to nie­le­gał - dodała Maria. - Jakby pogrze­bać, zna­la­złoby się wię­cej nie­spo­dzia­nek w jego życio­ry­sie.

- Uwa­żam, że trzeba z nimi poroz­ma­wiać. Nie wiem jesz­cze, w czym mogłyby nam pomóc, ale czuję, że jest w nich jakiś poten­cjał. Kochały go... w jakiś spo­sób, więc... nie zosta­wią jego śmierci nie­roz­li­czo­nej. Noooo... tak mi się przy­naj­mniej wydaje... - dodała nieco zakło­po­tana, bo sama była czwartą kobietą jego życia. - Polecę do Tel Awiwu i Moskwy, poga­dam, może coś wywę­szę. Mam tele­fon ope­ra­cyjny Dimy z nume­rem Wiery, a do Tamary też mam kon­takt. Idziemy w tę stronę?

- Co ty na to? - Sara zwró­ciła się do Marii.

- Świetny pomysł i chyba tylko Monika może to zro­bić. To byłoby nas wtedy pięć.

- Dobrze - odparła Sara. - Mamy w końcu do zago­spo­da­ro­wa­nia dwie pro­fe­sjo­na­listki. Może to coś da. GRU i Mosad zawsze mogą się przy­dać. Trzeba mieć przy­naj­mniej nadzieję. Musimy wyko­rzy­stać wszyst­kie moż­li­wo­ści. Ale naj­pierw M-Irek. Bez bez­piecz­nej łącz­no­ści nie posu­niemy się dalej.

Sara nie spra­wiała wra­że­nia zachwy­co­nej pomy­słem Moniki.

Nie mogła sobie wyobra­zić, jak Rosjanka i Izra­elka mia­łyby im pomóc w roz­pra­co­wa­niu Kaziury. Pomysł Marii, żeby dotrzeć do Zwo­liń­skiego, był czymś kon­kret­nym, od czego można było zacząć, a wyjazd Moniki opóź­niłby tylko dzia­ła­nia. Sara miała plan wyko­rzy­sta­nia Geo­rge'a Gor­dona i jego kon­tak­tów w Bruk­seli i NATO. Nagra­nie roz­mowy Fie­do­towa z Dimą ma ogromny poten­cjał, ale obaj roz­mówcy nie żyją. Jeden popeł­nił samo­bój­stwo, a drugi zgi­nął przy­pad­kowo w walce nar­ko­ty­ko­wych gan­gów. Nawet jeżeli obie śmierci były mocno wąt­pliwe, to wia­ry­god­no­ści słów Arsena Fie­do­towa nikt nie był w sta­nie zwe­ry­fi­ko­wać ani też potwier­dzić ich auten­tycz­no­ści. Co wię­cej, Roman Leski, prze­ło­żony Dimy, sie­dział pod zarzu­tem szpie­go­stwa na rzecz Rosji, a naczel­nik tech­niki Maciej Gór­ski zbiegł do Moskwy. Nie ma świad­ków, tylko poszlaki. Bez twar­dego dowodu, że Jerzy Kaziura pra­cuje dla Rosjan, nie da się prze­ko­nać sojusz­ni­ków do zde­cy­do­wa­nych dzia­łań i poru­sze­nia opi­nii publicz­nej w Pol­sce.

- Zamie­rzam pole­cieć do Lon­dynu. - Sara zmie­niła temat. - Chcę się spo­tkać z Geo­rge'em Gor­do­nem, jest teraz asy­sten­tem sekre­ta­rza gene­ral­nego NATO. Ważna figura... No i z Miszą Popo­wskim.

- Popo­wskim? - zdzi­wiła się Maria.

- To ofi­cer SWR, kie­dyś naczel­nik wydziału pol­skiego. Eks­fil­tro­wa­li­śmy go kilka lat temu z Peters­burga do Fin­lan­dii. Mieszka obec­nie w Anglii pod szczelną opieką MI6. Mądry i sym­pa­tyczny gość. Chcę się go pora­dzić. W końcu nikt nie zna rosyj­skich służb od środka lepiej niż on.

- Kiedy jedziesz? - włą­czyła się Monika.

- Tak szybko, jak to moż­liwe. Nie mogę cze­kać, aż M-Irek zor­ga­ni­zują nam łącz­ność. Bez zaan­ga­żo­wa­nia Geo­rge'a i rad Miszy nie damy rady. Naszym koniem tro­jań­skim jest Geo­rge. Ale bez łącz­no­ści nie ruszymy.

- Zro­zu­mia­łam - odparła Monika. - Zajmę się tym.

- No to... - Sara uśmiech­nęła się sze­roko. - Nalej, Mary­siu, jesz­cze po kie­liszku. Bo zanim pój­dziemy coś zjeść, musi­cie wypić jesz­cze jed­nego, ina­czej nic nie prze­łknie­cie, jak usły­szy­cie, co mam wam teraz do powie­dze­nia.

5

Kaziura wyszedł ze stu­dia NTV24 z mary­narką w ręku i wsiadł do służ­bo­wego bmw. Ochro­niarz zatrza­snął za nim drzwiczki i w tej samej chwili zadzwo­nił tele­fon.

- Świet­nie, Jureczku, pod­kle­iłeś Luberta pod Moskwę - ode­zwał się w słu­chawce roz­en­tu­zja­zmo­wany Bolecki. - Teraz nie wykręci się tak łatwo, a przy­naj­mniej będzie się przez jakiś czas mocno gim­na­sty­ko­wał. Trzeba będzie ten temat roz­wi­nąć i dać to mło­dym wil­kom do głęb­szej obróbki i wyszli­fo­wa­nia.

- Tak pla­no­wa­łem, ale Baryła może jesz­cze pod­krę­cić temat - odparł Kaziura. - Trzeba dofi­nan­so­wać też Obroń­ców i wska­zać im nowe cele.

- Poroz­ma­wiamy o tym jesz­cze, ale ogól­nie tak... tak...

- Dobrze. Wra­cam na Rako­wiecką teraz, więc może...

- Prze­cież dzi­siaj wie­czo­rem lecę do Bruk­seli - prze­rwał mu Bolecki. - Poju­trze... może poju­trze wpad­nij do mnie wie­czo­rem. Poroz­ma­wiamy na spo­koj­nie. Mam wąt­pli­wo­ści w spra­wie Maziaka.

- Ja też. Sygnały z Waszyng­tonu i Bruk­seli są coraz częst­sze. Jak tak dalej pój­dzie, nie będą z nim w ogóle roz­ma­wiać. Trzeba to wyko­rzy­stać jakoś...

- No to widzimy się poju­trze u mnie - zakoń­czył roz­mowę Bolecki.

Czarne bmw wje­chało na dzie­dzi­niec mini­ster­stwa i zatrzy­mało się przy wej­ściu. Kaziura nie­mal wysko­czył z samo­chodu i w dwóch kro­kach poko­nał osiem stopni. Ochro­niarz nawet nie zdą­żył go wyprze­dzić i otwo­rzyć drzwi. Kaziura zawsze wbie­gał po schod­kach, a ochro­niarz ni­gdy nie nadą­żał za nim, cho­ciaż za każ­dym razem pró­bo­wał. Wyglą­dało to, jakby się ści­gali, kto pierw­szy dopad­nie gma­chu mini­ster­stwa.

W rogu sekre­ta­riatu sie­dział Hubert Kamiń­ski, ale Kaziura w pierw­szej chwili nie zauwa­żył go i od razu pole­cił sekre­tarce, żeby natych­miast ścią­gnęła rzecz­nika pra­so­wego.

- Coś się stało? - zapy­tał zasko­czony, kiedy Kamiń­ski pod­niósł się z fotela. - W ponie­dzia­łek rano? Chodź! - rzu­cił i wszedł do gabi­netu. Powie­sił mary­narkę na opar­ciu fotela, roz­luź­nił kra­wat i zasiadł za biur­kiem. Kamiń­ski przy­siadł na krze­sełku po dru­giej stro­nie. - Przy­sze­dłeś zepsuć mi tydzień? Już to widzę w two­ich oczach. Chyba nie nada­jesz się na szefa wywiadu. - Uśmiech­nął się z wyraźną iro­nią.

- Coś się zaczęło dziać - zaczął Kamiń­ski.

- Co?

- Dzi­siaj rano zni­kły nam te trzy dziwki, Ger­ber, Arent i Kor­ska...

- Oj! Wul­garny jesteś, Huber­cie! - Kaziura zmru­żył oczy. - Zni­kły ci, bo nie trak­tu­jesz ich jak pro­fe­sjo­na­li­stek, tylko wymy­ślasz im od dzi­wek. Mar­twię się, czy podo­łasz temu zada­niu. - Puścił oko, bo poczuł, że jed­nak zbyt mocno dotknął Kamiń­skiego, i chciał roz­luź­nić atmos­ferę.

W rze­czy­wi­sto­ści bar­dzo się zanie­po­koił, ponie­waż od razu zro­zu­miał, że naprawdę coś się stało. Nie mógł jed­nak poka­zać po sobie, że się zde­ner­wo­wał, bo wbrew temu, co mówił, Kamiń­ski był inte­li­gentny i spo­strze­gaw­czy. Dobrze koja­rzył fakty i potra­fił wycią­gać wnio­ski. Był nie­bez­pieczny i uży­teczny jed­no­cze­śnie, ale co naj­waż­niej­sze - uwi­kłany. Dla­tego Kaziura zle­cił mu to zada­nie. Miał nad nim prze­wagę, bo mógł nim swo­bod­nie ste­ro­wać i pozbyć się go w każ­dej chwili. Kuzyn żony był tylko uży­tecznym narzę­dziem, a nie pod­mio­tem, nie­za­leż­nie od tego, co sobie ubz­du­rał. Powi­nien mieć wra­że­nie, że szef się z nim liczy.

- No dobrze... nie przej­muj się, wcale tak nawet nie pomy­śla­łem. Jesteś moją prawą ręką i zro­bię wszystko, co ci obie­ca­łem. Obej­miesz nową Agen­cję, ale naj­pierw musimy pomóc Far­bia­rzowi zakoń­czyć sprawę Leskiego i zamknąć na zawsze tych dwóch boha­te­rów naro­do­wych. - Kaziura poki­wał swoją koń­ską głową. - Więc co z tymi szpie­ży­cami, jasz­czur­kami? Gdzie nam zni­kły?

- Gdy­bym wie­dział gdzie, to nie byłoby sprawy, bo nie byłyby znik­nięte...

- Kurwa! Hubert!

- Nie ma ich. Po pro­stu, nie ma.

- Co kurwa? Wypa­ro­wały? Wyle­ciały na mio­tłach? Czło­wieku...

- Wszyst­kie mają zało­żo­nego Cen­taura na smart­fo­nach i kom­pach, więc wiemy, co robią i mówią od rana do rana. Ope­ra­to­rzy nie sie­dzą na słu­chaw­kach cały czas, tylko spraw­dzają co godzina zapisy, nooo... chyba że coś się dzieje. O godzi­nie dzie­wią­tej smart­fon Ger­ber był w miej­scu pracy jej męża, czyli na Puław­skiej, ewi­dentna zmyłka. Tele­fony Arent i Kor­skiej były w miej­scach zamiesz­ka­nia, ale oba mar­twe, cho­ciaż Kor­ska ma małe dziecko.

- Mówiąc krótko, wszyst­kie się ulot­niły w tym samym cza­sie i nie ma ich do tej pory, czyli coś kom­bi­nują i chcą to przed nami ukryć. A co z tą wysoką Iranką i żoną tego gro­mowca?

- Ela i Ewa. Wygląda, że one w tym nie uczest­ni­czą. Nie spo­ty­kają się z nimi.

- Czyli agre­sywne panie szpie­życe zor­ga­ni­zo­wały jaczejkę i prze­cho­dzą do kontr­ofen­sywy! - stwier­dził Kaziura z lek­kim zado­wo­le­niem. - Prze­ciwko nam, a więc coś wymy­śliły. Jasne, że oce­niły swoje moż­li­wo­ści i uznały, że będą rato­wać Leskiego i tych dwóch boha­te­rów z Wawra.

- Na to wycho­dzi - potwier­dził Kamiń­ski.

- Naresz­cie, mój drogi. Naresz­cie! Zaczyna się jakiś ruch w inte­re­sie, bo myśla­łem już, że nie posu­niemy się do przodu. A tak... - Kaziura uśmiech­nął się i Kamiń­ski też, cho­ciaż nie tak szcze­rze jak szef.

- Nie mam wystar­cza­ją­cych sił. To co robimy? - zapy­tał.

- Dosta­niesz wzmoc­nie­nie, co tylko będziesz potrze­bo­wał, ludzi, sprzęt...

- Mam mało ludzi do obser­wa­cji. Potrze­buję naj­lep­szych i zaufa­nych.

- Dosta­niesz. Ilu będzie trzeba. Liczy­łem na to, że panienki w końcu nie wytrzy­mają bez swo­ich chło­pów i pusz­czą im estro­geny. Natury nie oszu­kasz, Huber­cie. - Kaziura zaci­snął usta, jakby chciał poka­zać, że wie, co mówi. - Wcho­dzimy zatem w praw­dziwy etap roz­grywki. Panienki nie mogą się zorien­to­wać, że zmie­niamy stra­te­gię. Prze­ka­żemy im, że wiemy, że coś kom­bi­nują, ale będziemy uda­wać naiw­nych. Wro­bimy w to Far­bia­rza. W rze­czy­wi­sto­ści dobie­rzemy im się do tych krą­głych dup. Zmu­simy Leskiego do przy­zna­nia się i boha­te­rów do wyja­wie­nia prawdy. Samce też mają swoje libido i testo­ste­ron. Będą bro­nić swo­ich sami­czek. Natury nie oszu­kasz - powtó­rzył.

Na biurku zadzwo­nił tele­fon. Kaziura pod­niósł słu­chawkę.

- Panie mini­strze, rzecz­nik czeka - ode­zwała się sekre­tarka.

- Niech czeka - odparł i odło­żył słu­chawkę. - Weź Zwo­liń­skiego - kon­ty­nu­ował roz­mowę z Kamiń­skim. - Spraw­dził się w Ate­nach, jest zaufany i nie ma żad­nych rela­cji z ABW. Wiem, że go nie lubisz, ale to dobry facho­wiec i ludzie za nim pójdą. To naj­lep­szy zespół, jaki mamy. Tego teraz potrze­bu­jesz. Mam zadzwo­nić do szefa CBA?

- Dobra - odparł po chwili zasta­no­wie­nia Kamiń­ski. - Dzwoń!

Kaziura pod­niósł słu­chawkę i miał już popro­sić sekre­tarkę, żeby połą­czyła go z sze­fem CBA, gdy spoj­rzał na zado­wo­loną twarz Kamiń­skiego. Dotarło do niego, że daje mu coraz wię­cej wła­dzy i coraz bar­dziej jest od niego uza­leż­niony. Ma nie­ogra­ni­czony i nie­kon­tro­lo­wany dostęp do Cen­taura, a to tak, jakby dostał teczkę z kodami do bomby ato­mo­wej.

- Połącz mnie z Edmun­dem - rzu­cił do słu­chawki i pomy­ślał, że musi się zasta­no­wić nad Kamiń­skim.

6

Młod­szy aspi­rant Daniel Arci­szew­ski z Komi­sa­riatu Poli­cji War­szawa Wawer na początku lutego spadł ze scho­dów i zła­mał nogę. Uraz był wyjąt­kowo skom­pli­ko­wany. Arci­szew­ski prze­szedł dwie ope­ra­cje i przez cały kwie­cień był na zwol­nie­niu. Jako zdy­scy­pli­no­wany pacjent regu­lar­nie cho­dził na reha­bi­li­ta­cję do ośrodka w Mię­dzy­le­siu.

Mimo to, kiedy tylko mógł, pod­pie­ra­jąc się kulami, przy­cho­dził do pracy. Komi­sa­riat miał braki kadrowe, a Arci­szew­ski pro­wa­dził kil­ka­na­ście spraw, które chciał jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć.

Dzie­sięć po trze­ciej na noc­nym sto­liku Arci­szew­skiego zadzwo­nił tele­fon komór­kowy. Młod­szy aspi­rant wie­dział, że to komen­dant.

- Tak, sze­fie! - rzu­cił, nie otwie­ra­jąc nawet oczu.

- Posłu­chaj, Daniel! - zaczął komen­dant pod­nie­sio­nym gło­sem i Arci­szew­ski wie­dział już, że coś się stało. Zapa­lił lampkę i usiadł na łóżku. - Mamy tu w Waw­rze praw­dziwą jatkę, mnó­stwo tru­pów i zbie­ram całą załogę. Cią­gnie tu całe naczal­stwo z głów­nej i ABW...

- Co się stało, sze­fie? - Młod­szy aspi­rant roz­bu­dził się bły­ska­wicz­nie.

- Jesz­cze nie wiemy. Więc jest tak, Daniel, poje­dziesz do Insty­tutu Kar­dio­lo­gii, przy­wieźli tam ran­nego gościa. Sprawdź dokład­nie, kto to jest, i zamel­duj mi natych­miast. Reszta zgod­nie z pro­ce­durą. Muszę wie­dzieć, czy on ma zwią­zek z tym, co się tutaj stało. Rozu­miesz? - Komen­dant był bar­dzo pobu­dzony.

- Oczy­wi­ście, sze­fie - odparł młod­szy aspi­rant i zaczął się ubie­rać. - Już jadę.

Arci­szew­ski wynaj­mo­wał miesz­ka­nie w Rado­ści, więc do Anina miał nie­da­leko. Insty­tut Kar­dio­lo­gii był mu bar­dzo dobrze znany, bo wie­lo­krot­nie wyko­ny­wał tam czyn­no­ści i wie­dział, że naj­pierw ma się udać na izbę przy­jęć przy Alpej­skiej 42.

Pod­pie­ra­jąc się kulami, pod­szedł do okienka dyżur­nej pie­lę­gniarki, wyle­gi­ty­mo­wał się i zapy­tał o ran­nego.

- Tak, wiem, to ja poin­for­mo­wa­łam poli­cję - odparła i przed­sta­wiła się.

Arci­szew­ski wyjął notat­nik.

- O któ­rej to było? - zapy­tał. - Niech pani opo­wie wszystko po kolei.

- Myślę, że... tak... - Spoj­rzała na zegar ścienny. - Kwa­drans po dru­giej, nie póź­niej. Przy­cią­gnął go jakiś zakap­tu­rzony czło­wiek i zosta­wił na pod­ło­dze... - wska­zała ręką - ...tam, przy drzwiach.

- Kamery są?

- Są, ale nie dzia­łają - odparła. - Pod­bie­głam do niego i zoba­czy­łam, że ma pierś zalaną krwią i szyję owi­niętą jakimś mate­ria­łem. Kole­żanka wezwała już pomoc. Nie miał tętna ani czyn­no­ści życio­wych. Po chwili poja­wił się lekarz i zabrali go natych­miast na górę.

- Może pani opi­sać tego męż­czy­znę, który go przy­niósł? Jak był ubrany? Syl­wetka, twarz, coś cha­rak­te­ry­stycz­nego, co pani utkwiło w pamięci.

- Widzia­łam go tylko z daleka i jak już wybiegł z budynku. Gra­na­towa bluza z kap­tu­rem, zie­lone spodnie, obu­wie spor­towe, dobrze zbu­do­wany, silny, bo spraw­nie radził sobie z tym ran­nym.

- Deli­kwent żyje? - zapy­tał Arci­szew­ski i zamknął notat­nik.

- Moim zda­niem nie żył, ale musi pan poroz­ma­wiać z leka­rzem. Zabrali go na salę ope­ra­cyjną.

- Może pani zadzwo­nić?

- Oczy­wi­ście. - Połą­czyła się z kimś. - Jest tutaj pan z poli­cji i chciałby poroz­ma­wiać z dok­to­rem Oso­wiec­kim w spra­wie tego męż­czy­zny, który... - urwała i przez moment kiwała głową. Odło­żyła słu­chawkę.

- Niech pan wje­dzie na dru­gie pię­tro i z windy w prawo, kory­ta­rzem do końca. Tam pan zadzwoni i wpusz­czą pana na oddział. Niech pan tylko założy far­tuch i ochra­nia­cze na buty. Są tam. - Wska­zała ręką na szafkę w rogu.

Młod­szy aspi­rant Arci­szew­ski, pod­pie­ra­jąc się kulami, dotarł na dru­gie pię­tro i wci­snął dzwo­nek po pra­wej stro­nie drzwi. Po chwili zamek zabrzę­czał i męż­czy­zna wszedł do środka.

Lekarz poja­wił się po kilku minu­tach. Kor­pu­lentny czter­dzie­sto­la­tek w oku­la­rach i z gładko zacze­sa­nymi do tyłu blond wło­sami. Przy­wi­tał się z Arci­szew­skim bez poda­wa­nia ręki.

- Oso­wiecki - przed­sta­wił się. - Rozu­miem, że pan w spra­wie tego męż­czy­zny. Żyje, ale stan jest kry­tyczny. Leży teraz na OIOM-ie. Stra­cił bar­dzo dużo krwi. Wła­ści­wie to... nie powi­nien żyć, ale serce znów zaczęło pra­co­wać. Bar­dzo dziwne. Rana cięta szyi od lewego ucha do krtani... - dok­tor prze­cią­gnął pal­cem po szyi - ...ale krtań prze­cięta tylko po powierzchni. Miał szczę­ście, bo jesz­cze kilka mili­me­trów i... no... ale tra­fił do szpi­tala, w któ­rym szy­jemy serca...

- Panie dok­to­rze - prze­rwał mu Arci­szew­ski. - Możemy usiąść?

- Aaaa... tak. - Lekarz spoj­rzał na kule poli­cjanta.

Usie­dli na krze­seł­kach pod ścianą, a Arci­szew­ski wyjął notat­nik.

- Czyli żyje? Nie mamy jesz­cze zgonu...

- Zro­bimy mu jutro bada­nia. Mózg był nie­do­tle­niony i nie wiemy jesz­cze, w jakim jest sta­nie, ale nie wygląda to dobrze. Może się już ni­gdy nie wybu­dzić.

- Zacznijmy od naj­waż­niej­szego. - Poli­cjant zmie­nił ton. - Kto to jest? Ma jakieś doku­menty? - Lekarz pokrę­cił głową. - Nic?

- Nic. Kie­sze­nie puste, ale ubra­nie zabez­pie­czy­li­śmy dla poli­cji.

- Czy rana powstała w wyniku cię­cia ostrym narzę­dziem, czy wypadku, na przy­kład może zacze­pił o jakiś drut...

- Cię­cie ostrym narzę­dziem, jakby skal­pe­lem, i raczej nie zro­bił tego sam, jeżeli o to panu cho­dzi. W mojej oce­nie ktoś mógł chcieć go zabić.

- No to mamy usi­ło­wa­nie zabój­stwa... na razie. - Arci­szew­ski robił notatki. - Ale kogo?

- To chyba jakiś Ukra­iniec albo Moł­da­wia­nin jest, albo może z Bał­ka­nów, a poza tym... - lekarz urwał i pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem - ...nie widzia­łem jesz­cze cze­goś takiego.

- Czego? - zain­te­re­so­wał się młod­szy aspi­rant. - Skąd pan wie, że Ukra­iniec?

- Ma na ple­cach jakiś tatuaż i są tam litery, chyba cyry­licą, na rękach też. Pew­nie jakiś gang­ster, bo widzia­łem coś podob­nego na fil­mie o japoń­skiej mafii yakuza. Ale to jesz­cze nic. - Dok­tor zdjął oku­lary i zaczął je prze­cie­rać chu­s­teczką. - Gość ma tyle blizn, że ja cze­goś podob­nego jesz­cze nie widzia­łem. Cięte, szar­pane, ale też postrza­łowe, i to na wylot, w miej­scach bez­po­śred­nio zagra­ża­ją­cych pod­sta­wo­wym funk­cjom życio­wym. Nawet dwie bli­zny od noża na obu poślad­kach i prze­bita dłoń. Ope­ro­wany był na pewno wiele razy, ale jak z tego wszyst­kiego wyszedł, nie mam poję­cia. Zadzi­wia­jące. - Zamy­ślił się na moment.

- Hm... - zamru­czał poli­cjant, wciąż robiąc notatki. - Moż­liwe, że to pora­chunki jakiejś wschod­niej mafii. Mamy ich tutaj tro­chę. Tro­chę to dziwne, że ktoś chciał mu rato­wać życie.

- To prawda. Począt­kowo pra­wie nie wyka­zy­wał czyn­no­ści życio­wych. Aż nie­praw­do­po­dobne, że serce ruszyło. Pro­fe­sor go dzi­siaj zbada i zoba­czymy...

- Dobrze. - Poli­cjant zamknął notat­nik z gło­śnym klap­nię­ciem. - Jutro... wła­ści­wie to już dziś... przyj­dzie tu nasz tech­nik, weź­mie odci­ski pal­ców, zrobi zdję­cia, i tak dalej. Ja zabiorę jego ubra­nie.

- Jasne - odparł lekarz. - Zro­bimy mu bada­nia, więc będziemy wie­dzieć tro­chę wię­cej, jakie są jego roko­wa­nia.

- Mogę go zoba­czyć? - zapy­tał Arci­szew­ski.

- Oczy­wi­ście.

Po chwili weszli do sali OIOM-u. W dwóch rzę­dach leżało tam sze­ściu pacjen­tów pod­łą­czo­nych do apa­ra­tury. Po lewej stro­nie dyżu­ro­wała pie­lę­gniarka. Dok­tor obró­cił się w prawo i pod­szedł do pierw­szego łóżka.

- To on.

- Mogę mu zro­bić zdję­cie? - zapy­tał poli­cjant i pochy­lił się nad pacjen­tem. - Do iden­ty­fi­ka­cji.

- Nooo... chyba tak.

- Wygląda na Ukra­ińca. Można wyjąć mu to z ust?

- Zwa­rio­wał pan! - obru­szył się lekarz. - To rurka intu­ba­cyjna! Pacjent miał ope­ro­waną krtań! Niech pan robi to zdję­cie, bie­rze jego ubra­nie i sobie idzie.

Młod­szy aspi­rant Arci­szew­ski zro­bił kilka zdjęć, wziął torbę, która stała obok łóżka, i bez słowa wyszedł za leka­rzem na kory­tarz.

- Dzię­kuję bar­dzo za pomoc, panie dok­to­rze. Tu jest mój numer tele­fonu. Pro­szę o infor­ma­cję, gdyby zmie­nił się stan zdro­wia tego męż­czy­zny, wybu­dził się... albo coś... - Podał leka­rzowi swoją wizy­tówkę. - Naj­le­piej, żeby odzy­skał przy­tom­ność. Tak czy ina­czej, przyj­dzie nasz tech­nik, jak już mówi­łem, i spró­bu­jemy go ziden­ty­fi­ko­wać. Jeżeli umrze, będziemy mieli zabój­stwo.

Oso­wiecki ski­nął tylko głową. Arci­szew­ski, pod­pie­ra­jąc się kulami, ruszył kory­ta­rzem do wyj­ścia.

Zale­d­wie kilka sekund po tym, gdy wsiadł do samo­chodu, się­gnął po komórkę i wybrał numer.

- Tylko szybko! - ode­zwał się komen­dant. - No i co?

- Ktoś pod­rzu­cił nie­bosz­czyka z pod­cię­tym gar­dłem do szpi­tala, ale wygląda na to, że go oży­wili, i leży teraz nie­przy­tomny na OIOM-ie. Nie wia­domo, czy z tego wyj­dzie. Wła­ści­wie to taki kot Schrödingera...

- Jaki, kurwa, kot? - obru­szył się komen­dant. - Co ty pier­do­lisz, Arci­szew­ski?

- Nie­ważne, panie komen­dan­cie - odparł młod­szy aspi­rant. - Póki co mamy usi­ło­wa­nie zabój­stwa. Brak doku­men­tów, nic nie miał przy sobie. Wygląda na Ukra­ińca albo z Bał­ka­nów i na jakie­goś gang­stera, bo ma podobno jakiś kul­towy tatuaż na ple­cach i, jak twier­dzi lekarz, mnó­stwo róż­nych blizn. Dowody zabez­pie­czy­łem...

- Dobra robota, Daniel - prze­rwał mu komen­dant. - Nie pasuje do tego, co tu zaszło. Pro­wadź sprawę i infor­muj mnie.

- Tak jest, panie komen­dan­cie - rzu­cił zado­wo­lony Arci­szew­ski, scho­wał tele­fon do kie­szeni i włą­czył sil­nik.

7

Głów­nym zada­niem Ośrodka Bez­pie­czeń­stwa Cyber­ne­tycz­nego była obsługa sys­te­mów inwi­gi­la­cyj­nych, w szcze­gól­no­ści pro­gramu Cen­taur. Na pole­ce­nie mini­stra Kaziury ośro­dek umiesz­czony został w Pyrach na skraju Lasu Kabac­kiego, w budynku jed­nostki spe­cjal­nej Agen­cji Wywiadu znaj­du­ją­cej się w likwi­da­cji. Swoją sie­dzibę miał tam też zespół "Orzeł".

Major Bro­ni­sław Czaja był sze­fem OBC i naj­bliż­szym współ­pra­cow­ni­kiem Kamiń­skiego. For­mal­nie pod­le­gał Edmun­dowi Pie­trza­kowi, sze­fowi CBA, ale w pierw­szej kolej­no­ści zobo­wią­zany był do wyko­ny­wa­nia roz­ka­zów Kamiń­skiego. Czaja pra­co­wał z poświę­ce­niem i lojal­nie, bo dostał zapew­nie­nie, że przej­dzie do Naro­do­wej Agen­cji Infor­ma­cyj­nej na zastępcę Kamiń­skiego i wyje­dzie na pla­cówkę do Paryża.

Po spo­tka­niu w mini­ster­stwie Kamiń­ski udał się pro­sto do Pyr.

Tego dnia Puław­ska była wyjąt­kowo zatło­czona, więc prze­jazd zajął mu pra­wie dwa­dzie­ścia pięć minut. Zwo­liń­ski powi­nien przy­je­chać dopiero za pół godziny. Miał więc czas, żeby zasta­no­wić się spo­koj­nie, co powi­nien teraz zro­bić. Naj­waż­niej­sza była roz­mowa z Czają. Cen­taur pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach i bra­ko­wało ope­ra­to­rów, więc nadzieja była już tylko w kre­atyw­nych zdol­no­ściach Czai.

Kamiń­ski był świa­domy, że Kaziura narzu­cił mu Zwo­liń­skiego. Wszy­scy wie­dzieli, że jest on świet­nym fachow­cem od obser­wa­cji, ale to wła­śnie wzbu­dzało u Kamiń­skiego nie­po­kój. Nie lubił go, choć wła­ści­wie nie mógł mu nic zarzu­cić. Zwo­liń­ski nie wcho­dził w żadne układy, ale był szczery, cza­sami nawet cham­ski, lecz jed­no­cze­śnie dys­kretny.

Nagłe znik­nię­cie trzech głów­nych figu­ran­tek sta­no­wiło poważny pro­blem, ale to była tylko praca. Nie czuł do nich nic oso­bi­stego, a Marię Ger­ber nawet lubił. Zupeł­nie odwrot­nie niż Kaziura i wła­śnie ten fakt miał szcze­gólną war­tość. Rozu­miał, że mini­ster musi dobić Wol­skiego, Mar­cela i Leskiego, ale siły i środki, które zebrał na ten cel, wyda­wały się nie­pro­por­cjo­nalne. Prze­czu­wał, że jest tu gdzieś dru­gie, a może i trze­cie dno. Ktoś taki jak wice­pre­mier, mini­ster spraw wewnętrz­nych i koor­dy­na­tor służb powi­nien mieć dystans do spraw, któ­rymi zarzą­dzał.

Jego samo­chód posu­wał się powoli w stronę Pia­seczna. Zamy­ślony, nie zauwa­żył, kiedy drogę zaje­chał mu stary żółty mer­ce­des z rybką i wyrzu­cił z sie­bie gęstą chmurę spa­lin. Kamiń­ski włą­czył obieg zamknięty i zro­bił zdję­cie auta.

Kiedy obser­wo­wał Kaziurę, był coraz bar­dziej prze­ko­nany, że ma natu­ralne pre­dys­po­zy­cje, żeby zostać sze­fem wywiadu. Coraz czę­ściej dostrze­gał rze­czy, któ­rych wcze­śniej nie widział, rozu­miał wię­cej i wycią­gał wła­ściwe wnio­ski. Powoli zdo­by­wał wła­dzę.

Jure­czek rozu­mie, że musi o mnie dbać - pomy­ślał z prze­ko­na­niem. Zato­nąć możemy tylko razem i on o tym dobrze wie.

Z zamy­śle­nia wyrwał go dzwo­nek tele­fonu.

- Stoję pod bramą jak ten chuj ostatni, a ten pier­do­lony stróż nie chce mnie wpu­ścić - usły­szał głos Zwo­liń­skiego. - Gdzie jesteś?

- Mia­łeś być za dzie­sięć minut - odparł Kamiń­ski, spo­glą­da­jąc na zegar. - Już dojeż­dżam.

Roz­łą­czyli się i Kamiń­ski naci­snął klak­son. Po chwili z dymią­cego mer­ce­desa wynu­rzyła się ręka z wysu­nię­tym środ­ko­wym pal­cem. Poczuł, jakby do gar­dła wsko­czyła mu gorąca kula, i przez moment pomy­ślał, że powi­nien nosić broń. Mógł­bym teraz wysiąść i wpier­do­lić w tego rzę­cha cały maga­zy­nek albo przy­naj­mniej mu pogro­zić.

Zaraz wyślę fotkę do komen­danta i ska­sują mu tego die­sla na złom. I man­dat! - Kamiń­ski poczuł satys­fak­cję i zaczął się uspo­ka­jać, skrę­ca­jąc na świa­tłach w lewo. Mer­ce­des poje­chał pro­sto.

Już z daleka zoba­czył samo­chód sto­jący pod murem i Zwo­liń­skiego, który oparty o maskę palił papie­rosa. Kamiń­ski pod­je­chał pod sta­lową bramę, która po chwili drgnęła i zaczęła się prze­su­wać. Wje­chał w nią pierw­szy, a Zwo­liń­ski za nim. Po chwili weszli do pokoju na pierw­szym pię­trze z wido­kiem na Las Kabacki.

- Kawy? - zapy­tał Hubert, zanim usie­dli. - Wiesz, o co cho­dzi?

- Nie - odparł Zwo­liń­ski, obcho­dząc pokój i wyglą­da­jąc przez okno. - Masz tu, kurwa, jak w Kry­nicy-Zdroju. Nie­źle sobie tu wymo­ści­łeś. To obiekt Agen­cji Wywiadu? Szy­fry tu były kie­dyś? Wiem, wiem...

- Co wiesz?

- Czego chcesz ode mnie.

- A czego niby?

- Chcesz naj­lep­szej ekipy obser­wa­cyj­nej w Euro­pie Środ­ko­wej. Bo czego możesz chcieć innego. Nie dajesz sobie rady sam - rzu­cił Zwo­liń­ski, usiadł w fotelu i zapa­lił papie­rosa. - Gdzie masz popiel­niczkę?

Kamiń­ski nie zno­sił zapa­chu papie­ro­sów, ale nie zapro­te­sto­wał, bo cza­sami też palił. Otwo­rzył okno i posta­wił przed nim tale­rzyk.

- Czyli Edmund ci nie powie­dział - zaczął. - Prze­cho­dzisz do mnie z całym zespo­łem. Prze­no­sisz się tutaj. To jest twoje nowe biurko... - Kamiń­ski zro­bił ruch głową - ...obok mnie. Decy­zja Kaziury bez prawa do rekla­ma­cji. Od już i do odwo­ła­nia. - Spoj­rzał na Zwo­liń­skiego, który wpa­try­wał się w okno. - Wiem, Andrzejku, że mnie nie lubisz, ale teraz będziemy razem...

- Nie pier­dol, Hubert! - obu­rzył się nagle Zwo­liń­ski, pusz­cza­jąc dym przez nos. - Lubię to nie­bie­sko­okie blon­dynki, a cie­bie mam w dupie. Musimy się sza­no­wać, a nie lubić. To co mam robić, skoro to takie pilne?

- Pamię­tasz panią Ger­ber...

- Jasne. Pani szpieg z Aten. Ładna, nadęta dup­cia. No i co? Mam się nią zająć? Z wielką chę­cią.

- Dobra, w takim razie od początku. Mamy tutaj taki spe­cjalny zespół, kryp­to­nim "Orzeł"...

- Czuję Kaziurę... Bóg, honor, ojczy­zna, Pol­ska... - prze­rwał na moment i dodał: - Cza­sami oglą­dam tele­wi­zję.

- Dobrze czu­jesz - prze­rwał mu Kamiń­ski. - Ale "Orzeł" to brzmi dum­nie. Nie?

- Chuj z orłem i naro­do­wymi orni­to­lo­gami - rzu­cił Zwo­liń­ski. - Co dalej?

- Sły­sza­łeś o wyda­rze­niach w Waw­rze? Wol­ski, Cichy, o aresz­to­wa­niu Leskiego? O śmierci tego Greka w Gre­cji?

- Sły­sza­łem. Jasne, że sły­sza­łem.

- Trwa śledz­two w tych spra­wach, a aresz­to­wani utrud­niają, jak mogą.

- A co kurwa... mają uła­twiać? - Zwo­liń­ski wzru­szył lek­ce­wa­żąco ramio­nami.

- Powo­łany jest spe­cjalny zespół pro­ku­ra­to­rów pod kie­row­nic­twem zawsze walecz­nego Wale­riana - cią­gnął Kamiń­ski.

- Jakiego walecz­nego Wale­riana? Far­bia­rza? Sły­sza­łem o nim. Bul­dog Mać­ko­wiaka. Ale ma imię i nazwi­sko... - Zwo­liń­ski zga­sił papie­rosa, jakby krę­cił kor­ko­cią­giem. - Musiał być nie­chcia­nym dziec­kiem. No i co dalej?

- Po aresz­to­wa­nych i Greku zostały czarne wdowy, które od początku są w to umo­czone i kom­bi­nują, jak wycią­gnąć swo­ich face­tów z pier­dla i się zemścić. Naszym zada­niem jest przy­pil­no­wa­nie tych panie­nek, żeby nie czuły się zbyt kom­for­towo, a naj­le­piej, żeby zebrać jakieś mate­riały dla Far­bia­rza.

- Ger­ber, mówisz, a kto jesz­cze?

- Ger­ber nie jest o nic podej­rzana. To zle­ce­nie szefa, no i kuma się z Moniką Arent, tą z Aten od zabi­tego Greka i Leskiego, oraz Sarą Kor­ską, part­nerką Kon­rada Wol­skiego, byłą sze­fową Wydziału Q w AW.

- W grun­cie rze­czy mało mnie to obcho­dzi, kto co zro­bił i czego chce Wale­rian. Mam to w dupie. Chcę wie­dzieć, kto jest obiek­tem. Rozu­miem, że w tym wypadku mamy do czy­nie­nia z pro­fe­sjo­na­list­kami, które wie­dzą, że są inwi­gi­lo­wane. To nie będzie łatwe zada­nie dla dzie­się­cio­oso­bo­wego zespołu. Jak mnie­mam, mają zało­żo­nego Cen­taura, tak?

- Tak.

- No, to tro­chę lepiej. Ale skąd taki nagły pośpiech? Coś się stało?

- Stało. Dzi­siaj rano wszyst­kie trzy wdowy nagle nam zni­kły. I to w bar­dzo pro­fe­sjo­nalny spo­sób, więc...

- Zna­czy, że coś pla­nują - prze­rwał mu Zwo­liń­ski. - Ucie­kły wam. - Uśmiech­nął się. - Brawo! Kto za nimi cho­dził? ABW, poli­cja? - Kamiń­ski przy­tak­nął. - No to jasne. I co? Chcesz, żeby­śmy je odna­leźli i usta­lili, co kom­bi­nują? Ktoś im pomaga?

- Byli ofi­ce­ro­wie Wydziału Q i Sek­cji. Ale nie mamy żad­nych twar­dych dowo­dów. Pil­nu­jemy ich pre­wen­cyj­nie, żeby nie czuli się zbyt pew­nie. Ale teraz sami nie damy rady. Potrze­bu­jemy two­ich ludzi. Masz naj­lep­szych arty­stów w branży.

- To prawda, że są naj­lepsi - potwier­dził z nie­ukry­waną satys­fak­cją Zwo­liń­ski. - Dzie­się­ciu wspa­nia­łych. To co? Do roboty. Znaj­dziemy je. Nie ma obawy, znaj­dziemy - stwier­dził, po czym dodał: - Powie­dzia­łeś, że chcą się zemścić. - Odwró­cił się do Kamiń­skiego. - A mają za co?

8

Monika sie­działa na pero­nie w Pomie­chówku i cze­kała na pociąg. Posta­no­wiła, że jeżeli ma nawią­zać kon­takt z M-Irkiem, nie może wró­cić do swo­jego miesz­ka­nia na Ursy­no­wie. Musiała znik­nąć przy­naj­mniej na kilka dni - aż uru­cho­mią jakiś nowy sys­tem łącz­no­ści. Potrze­bo­wała schro­nie­nia, więc przy­po­mniała sobie wszyst­kich swo­ich zna­jo­mych od czasu, kiedy przy­je­chała z Komor­nicy na stu­dia do War­szawy, i wyszło jej, że tylko Borys jest poza podej­rze­niami.

Był jej pierw­szym praw­dzi­wym chło­pa­kiem, a przy­naj­mniej tak jej się wtedy wyda­wało. Stu­dio­wali na ASP, ona malar­stwo, on rzeźbę, i miała to być miłość uple­ciona z czy­stej kli­nicz­nie sztuki. Naprawdę nazy­wał się Marek Borys Erd­man, ale wolał, żeby mówić do niego Borys.

Miesz­kali razem przez dwa lata w wyna­ję­tym miesz­ka­niu na Powi­ślu, do czasu aż Borys zako­chał się w dziew­czy­nie z wydziału wzor­nic­twa. W rze­czy­wi­sto­ści kochał tylko sztukę (choć jedy­nie swoją) i wszystko jej pod­po­rząd­ko­wy­wał. Zna­czą­cych suk­ce­sów nie odniósł, ale też nie gonił za sławą ani nie pod­pi­nał się pod trendy. Był kla­sycz­nym ego­ty­kiem i nie ukry­wał, że nie potrafi żyć z kimś pod jed­nym dachem. W śro­do­wi­sku wszy­scy o tym wie­dzieli, a mimo to wciąż poja­wiała się koło niego jakaś stu­dentka Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych, która uwa­żała, że jest w sta­nie go okieł­znać. Jed­nak kiedy kilka mie­sięcy temu wpadł do jej gale­rii, od razu oznaj­mił, że aku­rat jest sam, doda­jąc, że to nie jest żadna suge­stia.

Od ich roz­sta­nia minęło wiele lat, więc w pierw­szej chwili nie poznała go. Posta­rzał się ponad swój wiek, twarz prze­orały bruzdy, oczy wybla­kły, był zanie­dbany i chyba nad­uży­wał alko­holu, ale dło­nie wciąż miał takie same.

Spę­dzili miłe popo­łu­dnie. Była zasko­czona, że odżyły w niej tylko dobre wspo­mnie­nia, jakby te złe zostały za drzwiami. Zoba­czyła sie­bie krą­żącą mię­dzy Powi­ślem a Kra­kow­skim Przed­mie­ściem i ich imprezy nad Wisłą.

Pod­je­chał pociąg. Monika wypu­ściła wysia­da­ją­cych i zajęła miej­sce przy oknie. Borys wyda­wał się naj­lep­szym kan­dy­da­tem, u któ­rego mogłaby się przez jakiś czas ukryć. Wie­działa, że ma pra­cow­nię gdzieś pod War­szawą, bo poka­zy­wał jej zdję­cia, ale nie mogła sobie przy­po­mnieć gdzie. Numer zapi­sała w tele­fo­nie, do któ­rego nie miała dostępu.

- Mam prze­cież jego wizy­tówkę. W szu­fla­dzie, pod eks­pre­sem do kawy - powie­działa pół­gło­sem do sie­bie w momen­cie, kiedy pociąg szarp­nął.

Zakła­dała, że gale­ria może być pod obser­wa­cją.

Intu­icja pod­po­wia­dała jej, że naj­lep­szym roz­wią­za­niem jest szyb­kie wej­ście, zabra­nie wizy­tówki i kon­tro­lo­wane odej­ście. Nawet jeżeli obser­wa­cja ją wychwyci, to będą mieć za mało czasu, żeby pod­cią­gnąć posiłki.

W naj­gor­szym wypadku tak zamiotę ogo­nem po Powi­ślu, że odpadną - pomy­ślała z przy­pły­wem pew­no­ści sie­bie. W końcu to mój teren.

Była czter­na­sta, gdy wyszła z metra na Tamkę. Do gale­rii miała dwie­ście metrów. Nie spraw­dzała się, bo zagro­że­nie było jesz­cze nie­wiel­kie. Zatrzy­mała się dopiero pięć­dzie­siąt metrów przed gale­rią. Sta­nęła w bra­mie domu po prze­ciw­nej stro­nie, skąd widziała wej­ście i per­spek­tywę ulicy. Wzdłuż kra­węż­ni­ków stały zapar­ko­wane samo­chody i Monika od razu uznała, że może tam być pod­stawka. Sara miała rację, że ich znik­nię­cie na pewno zosta­nie zauwa­żone i spo­wo­duje alarm. Przez kilka minut obser­wo­wała oto­cze­nie. Na ulicy nie było żad­nego ruchu, nie­liczni piesi, nic podej­rza­nego. A mimo to poczuła nie­po­kój. Nie była pewna, czy próba zdo­by­cia adresu Borysa jest dobrym pomy­słem. Nie wie­działa nawet, czy ten zechce ją ukryć.

Może powin­nam zacze­kać i poszu­kać innego roz­wią­za­nia? - pomy­ślała i jakby wbrew swoim wąt­pli­wo­ściom wyszła z bramy i szyb­kim kro­kiem ruszyła wzdłuż samo­cho­dów w kie­runku gale­rii.

Po chwili wło­żyła klucz do zamka i weszła do środka. Wizy­tówki wkła­dała zwy­kle do szu­flady w szafce pod eks­pre­sem. Pocią­gnęła mocno za uchwyt i szu­flada wypa­dła na pod­łogę. Dzie­siątki wizy­tó­wek roz­sy­pały się u jej stóp.

- Kurwa! - zaklęła i zaczęła je zgar­niać.

Chciała zebrać wszyst­kie do ple­caka i potem odszu­kać tę Borysa. Pamię­tała, że była nie­bie­ska z logo jego rzeźby przed­sta­wia­ją­cej pęka­jący orzech. Nagle zoba­czyła nie­bie­ski róg wysta­jący spod sterty innych kar­te­czek. To była wizy­tówka Borysa. Wci­snęła ją do tyl­nej kie­szeni spodni, zarzu­ciła ple­cak na ramię i sta­nęła przy drzwiach. Wyj­rzała przez okno na ulicę, wychy­liła się głę­biej i trzy­dzie­ści metrów w prawo, po dru­giej stro­nie ulicy, zoba­czyła męż­czy­znę przy samo­cho­dzie. Spo­glą­dał w jej stronę i był wyraź­nie zanie­po­ko­jony.

- Jed­nak są! - wyszep­tała i zaczęła się zasta­na­wiać, co powinna teraz zro­bić. Tyl­nego wyj­ścia nie było. Pew­nie ścią­gają posiłki - pomy­ślała. Trzeba urwać ten ogon.

Monika lubiła impro­wi­zo­wać. Zawsze czuła, że naj­le­piej wycho­dziło jej, gdy kie­ro­wała się intu­icją, a pierw­sze decy­zje są zwy­kle naj­traf­niej­sze. Rozej­rzała się odru­chowo po pomiesz­cze­niu, jakby cze­goś szu­kała, jakie­goś narzę­dzia, inspi­ra­cji, i nagle jej wzrok zatrzy­mał się na rowe­rze Kasi, która poma­gała jej w gale­rii. Biała amster­damka nie była zapięta.

Otwo­rzyła drzwi, wypro­wa­dziła rower, zamknęła drzwi i bez zbęd­nego pośpie­chu ruszyła w stronę wiśla­nych bul­wa­rów, gdzie nie było ruchu samo­cho­do­wego. Kątem oka zoba­czyła wysu­wa­jącą się z sze­regu sta­lową skodę. Monika doje­chała do Elek­trowni i koło Cen­trum Nauki Koper­nik zje­chała na bul­wary. Samo­chód znikł z pola widze­nia. Zatrzy­mała się i wyjęła z kie­szeni nie­bie­ską wizy­tówkę. Borys miał swoją pra­cow­nię we Wło­chach.

To bli­sko Pia­stowa - pomy­ślała zado­wo­lona. Bingo!

Pope­da­ło­wała wzdłuż Wisły i na wyso­ko­ści Lud­nej prze­je­chała na drugą stronę Wio­ślar­skiej. Potem Sol­cem do mostu Ponia­tow­skiego. Wraz z rowe­rem wje­chała windą na most. Nie było lep­szego miej­sca w War­sza­wie, żeby wyjść spod obser­wa­cji.

Dotarła do końca mostu i spro­wa­dziła rower na peron sta­cji kolei pod­miej­skiej Powi­śle. Pod­je­chał pociąg do Skier­nie­wic. Monika wpro­wa­dziła rower do spe­cjal­nego prze­działu i usia­dła na ławce.

Miała to być jej naj­trud­niej­sza i naj­waż­niej­sza trasa spraw­dze­niowa, jaką kie­dy­kol­wiek zro­biła, a oka­zała się naj­ła­twiej­sza. Klu­czem oka­zała się amster­damka Kasi.

Zaczy­nała wła­śnie swoją ostat­nią ope­ra­cję i miała wiele powo­dów, by poświę­cić się cał­ko­wi­cie. Trzeba było wycią­gnąć Kon­rada, Mar­cela, Romana i Zosię, to był cel realny i bli­ski, ale dla Moniki naj­waż­niej­sza była zemsta. Taka zwy­czajna zemsta za Dimę, za przy­ja­ciela. A win­nym jego śmierci był Kaziura i sys­tem, który go stwo­rzył.

Wła­śnie roz­po­częła star­cie z wła­snym pań­stwem i zaczęło się od małego zwy­cię­stwa na Powi­ślu.

Drzwi zatrza­snęły się i po chwili pociąg wje­chał do tunelu pod mia­stem.