PRZED
Wszystkie miejsca przy Pelham Street były zajęte, więc matka Hannah przystanęła na podwójnej żółtej linii przy High Street, by córka mogła wygramolić się z auta z większą ze swoich dwóch walizek. Obiecała, że dołączy do niej, kiedy już uda jej się zaparkować auto.
Gdy Hannah tak stała, patrząc za odjeżdżającym poobijanym mini cooperem, czuła się bardzo dziwnie - tak jakby wysiadając z tego samochodu, zrzuciła z siebie starą tożsamość niczym drugą skórę, a jej lepsza, świeższa, mniej zużyta wersja, tchnąca nowością, miała się teraz ukazać światu. Kiedy się odwróciła, by popatrzeć w górę na zwieńczenie pokrytego płaskorzeźbami, kamiennego łuku, poczuła, jak chłodny, październikowy wiatr unosi jej włosy i owiewa kark, i aż zadrżała z uderzającej do głowy mieszanki nerwów i przejęcia.
To było to. Zwieńczenie wszystkich jej nadziei, marzeń i skrupulatnie zaplanowanych strategii powtarzania materiału. Jeden z najstarszych i najbardziej prestiżowych koledżów w jednym z najstarszych i najbardziej prestiżowych centrów nauki na całym świecie - słynny koledż Pelham na Oxfordzie. A od teraz jej nowy dom na najbliższe trzy lata.
Ogromne, dębowe drzwi od frontu były otwarte, nie tak jak tamtego dnia, kiedy przyszła na rozmowę i musiała pukać do średniowiecznych, podwójnych wrót z metalowymi okuciami, czekając, aż wyjrzy zza nich portier, jak by to się działo w Monty Pythonie. Teraz pociągnęła za sobą walizkę przez przejście pod arkadami, minęła portiernię i podeszła do stołu pod altaną, przy którym starsi studenci rozdawali teczki z informacjami i udzielali informacji nowym.
- Cześć - odezwała się Hannah, kiedy podeszła bliżej, chrzęszcząc kółkami walizki po żwirowej ścieżce. - Cześć, nazywam się Hannah Jones. Czy możecie mnie pokierować?
- Oczywiście! - odparła pogodnie dziewczyna przy stoliku. Miała długie, lśniące blond włosy, a jej akcent był nieskazitelny jak kryształ. - Witamy w Pelham! No więc musisz najpierw pójść po swoje klucze i szczegóły dotyczące zakwaterowania do portierni. - Wskazała do tyłu na łuk, który Hannah minęła chwilę wcześniej. - Masz już kartę Bod? Będziesz jej potrzebować właściwie do wszystkiego, od opłat za posiłki po wypożyczanie książek.
Hannah pokręciła głową.
- Nie, ale złożyłam wniosek.
- Więc odbierz ją z Cloisters II, ale to możesz zrobić dziś o dowolnej porze. Pewnie najpierw chciałabyś zostawić walizkę. A, i nie zapomnij o inauguracji dla pierwszorocznych oraz o spotkaniu dla nowych studentów! - Podała jej plik ulotek, a Hannah sięgnęła po nie niezgrabnie, po czym przytrzymała śliskie kartki wolnym ramieniem.
- Dzięki - odparła. A potem, ponieważ chyba nie było już nic więcej do powiedzenia, odwróciła się i zaciągnęła swoją walizkę z powrotem drogą, którą przyszła, do portierni.
Nie zajrzała tam w dniu rozmowy kwalifikacyjnej - wtedy portier wyszedł do niej i wpuścił ją do środka - a teraz zobaczyła, że jest to mały, wyłożony boazerią pokój przypominający pocztę, z dwoma oknami wychodzącymi na dziedziniec oraz wejściem zwieńczonym arkadami. Był tam kontuar oraz wiele rzędów przegródek starannie oznaczonych nazwiskami. Na myśl o tym, że prawdopodobnie jedna z nich należy do niej, poczuła się dziwnie. To było jakby... poczucie przynależności?
Wciągnęła walizkę po schodach i zaczekała, aż portier skończy rozmawiać z chłopakiem przed nią, a raczej z jego rodzicami. Matka miała dużo pytań na temat dostępu do Wi-Fi oraz warunków sanitarnych, ale w końcu skończyli, a Hannah znalazła się przy kontuarze, myśląc, że Jill mogłaby się pospieszyć i zaparkować to auto. Czuła, że przydałoby jej się wsparcie.
- Yyy, dzień dobry - odezwała się. Przewracało jej się w żołądku ze zdenerwowania, ale starała się, żeby głos jej nie drżał. Była teraz dorosła. Studentka koledżu Pelham. Słusznie się tu znalazła i nie miała czym się denerwować. - Jestem Hannah. Hannah Jones. Czy może mi pan powiedzieć, gdzie powinnam się udać?
- Hannah Jones... - Portier był pulchnym, dowcipnym mężczyzną z kudłatą białą brodą, przypominał trochę Mikołaja w cywilu. Zsunął okulary na czubek nosa i zaczął przeglądać długi wydruk pełen nazwisk. - Hannah Jones... Hannah Jones... Ach tak, tu panią mam. Mieszka pani w New Quad, w siódmej klatce, w pokoju numer pięć. No, to mamy komplet. Bardzo dobrze.
Komplet? Hannah nie była pewna, czy powinna wiedzieć, co to znaczy, ale portier dalej mówił i przegapiła możliwość zadania pytania.
- Proszę w takim razie przejść przez tamten łuk. - Wskazał przez okno szprosowe na wysoki łuk po drugiej stronie skweru porośniętego aksamitną trawą. - I minąć Master's Lodgings. Siódma klatka jest po przeciwległym boku New Quad. Proszę wziąć tę mapę. Jest dla pani, za darmo.
Uderzył lśniącą, złożoną ulotką o drewniany blat.
- Dziękuję - odparła Hannah. Podniosła plan, włożyła go do kieszeni dżinsów, a potem sobie przypomniała: - Och, niedługo może tu przyjść moja mama. Musiała zaparkować. Czy może jej pan powiedzieć, dokąd poszłam, gdyby tu trafiła?
- Mama Hannah Jones - odparł z namysłem. - Oczywiście, że mogę. John - zwrócił się przez ramię do mężczyzny układającego za nim pocztę. - Gdybym poszedł właśnie na lunch, kiedy przyjdzie mama Hannah Jones, ona będzie w siódemce, pod piątką, New Quad.
- Nie ma sprawy - odparł stojący za nim człowiek. Potem się odwrócił i popatrzył na Hannah.
Był dużym mężczyzną, mierzył około metra osiemdziesiąt i wyglądał na młodszego od swojego współpracownika, miał ciemne włosy i twarz, która wydawała się blada i spocona, chociaż nie podejmował żadnego wysiłku fizycznego. Jego głos dziwnie do niego nie pasował, był wysoki i piskliwy, a ten kontrast sprawiał, że Hannah miała ochotę nerwowo się roześmiać.
- To dziękuję - rzuciła i odwróciła się, żeby odejść.
Już prawie była przy drzwiach, kiedy ten drugi mężczyzna ją zawołał, gwałtownie i nieco z pretensją.
Hannah odwróciła się, czując, że serce zaczyna jej bić szybciej, jakby coś przeskrobała.
Portier wyszedł zza kontuaru, zbliżył się z namaszczeniem, a potem zatrzymał przed nią. Miał coś w dłoni; podał jej to, unosząc ten przedmiot niczym trofeum.
Był to komplet kluczy.
- Och. - Hannah zrobiło się głupio. Roześmiała się krótko. - Dzięki.
Wyciągnęła rękę, ale przez chwilę mężczyzna nie chciał ich puścić. Po prostu stał, a klucze zwisały nad jej dłonią. Potem zwolnił uścisk i pozwolił im opaść, a ona wsunęła je do kieszeni i wyszła.
Nad klatką schodową wymalowano "VII" i patrząc na plan w swoich dłoniach, a potem znów na kamienne schodki przed sobą, Hannah musiała założyć, że to właściwe miejsce. Obejrzała się przez ramię - nie tyle wątpiła w tę mapę, ile raczej podobało jej się chłonięcie tego wszystkiego: nieskazitelnego zielonego skweru starannie przyciętego trawnika, kamienia w miodowym odcieniu, szprosowych okien. Przy słonecznym świetle, z białymi, puszystymi, jesiennymi chmurami na niebie, ten widok był niemal nierzeczywiście piękny, a Hannah miała przedziwne poczucie, że wstąpiła do środka jednej z książek ze swojej walizki, może do Powrotu do Brideshead. Gaudy Night. Mrocznych materii. Do świata powieści.
Z uśmiechem wciągnęła walizkę przez bramę wiodącą do siódmej klatki, ale wtarganie jej po schodach nie było już proste i jej uśmiech zbladł, kiedy dotarła na pierwsze piętro. Nim znalazła się na drugim, była zgrzana i zdyszana - wrażenie przeżywania chwil rodem z baśni szybko przeminęło.
Schludny napis na drzwiach po lewej głosił "4-H. CLAYTON", a naprzeciwko "3-P. BURNES-WALLACE". Środkowe drzwi były otwarte, a kiedy Hannah tak stała, łapiąc oddech, otworzyły się i za nimi ukazała się bardzo mała kuchnia. Stało w niej dwóch chłopaków, jeden z nich pochylał się nad kuchenką elektryczną, drugi zaś trzymał kubek kawy i patrzył na Hannah z miną, która prawdopodobnie wyrażała tylko ciekawość, ale wydawała się dość wroga.
- Cz-cześć - odezwała się Hannah raczej nieśmiało, ale chłopak tylko skinął głową i wyminął ją, po czym skierował się do drzwi podpisanych P. BURNES-WALLACE.
Co mówił ten portier? Piąty pokój? W takim razie jeszcze jedno piętro.
Hannah zacisnęła zęby i wciągnęła swoją walizkę po ostatnich schodach na najwyższe piętro, gdzie znajdowały się dwie pary drzwi naprzeciw siebie - jedne z nich otwarte. Na tych po prawej, zamkniętych, napis głosił "6-DR MYERS". Drogą eliminacji uznała, że te otwarte prawdopodobnie należą do niej, więc weszła do środka.
- Heeeej. - Dziewczyna wyciągnięta na kanapie prawie nie podniosła wzroku znad telefonu. Miała na sobie krótką sukienkę z angielskim haftem, która eksponowała jej długie, opalone nogi przewieszone przez podłokietnik, a z wypielęgnowanych palców u stóp zwisał jej jeden sandał. Wyglądało na to, że przewija w komórce jakąś aplikację ze zdjęciami. - Ty pewnie jesteś Hannah.
- T... tak? - odparła nieśmiało, głos podniósł jej się na końcu zdania tak, jakby zadawała pytanie, chociaż wcale nie zamierzała.
Rozejrzała się po pomieszczeniu. Wyglądało na salon, ale przy drzwiach leżały stosy najbardziej eleganckich bagaży, jakie Hannah kiedykolwiek widziała. Pudła z kapeluszami, torby na ramię, wielka papierowa torebka z Selfridges pełna aksamitnych poduszek oraz coś, co wyglądało na prawdziwy kufer od Louisa Vuittona z wielkim, mosiężnym zapięciem. Przy tym wszystkim jej własny bagaż wydawał się bardzo skromny - nawet biorąc pod uwagę walizkę, którą mama miała jej przynieść z auta.
- A ty jak się nazywasz?
- April. - Dziewczyna odłożyła telefon i wstała.
Była średniego wzrostu, szczupła, miała krótko obcięte włosy w miodowym odcieniu blond, podkreślające kształt jej czaszki, oraz brwi układające się w ładne łuki, które nadawały jej twarzy wyraz czegoś pomiędzy zdumieniem a pogardą. Było w niej coś nie z tego świata, coś nieokreślonego, czego Hannah nie potrafiła nazwać. Czuła się niemal, jakby spotkała ją już gdzieś wcześniej... albo widziała ją w filmie. Wydawała się taka piękna, że człowieka aż bolały oczy, jeśli przyglądał jej się zbyt długo, ale też trudno było oderwać od niej wzrok. Tak jakby, zauważyła Hannah, padało na nią inne światło niż na resztę pomieszczenia.
- April Clarke-Cliveden - dodała pomocnie dziewczyna, jakby to imię miało coś znaczyć, kiedy Hannah nie odpowiedziała od razu.
- Ale ja myślałam... - wyjąkała Hannah, po czym urwała, oglądając się niepewnie z powrotem na drzwi, żeby sprawdzić tabliczkę z nazwiskiem. Oczywiście, była: "B-H. Jones". A pod spodem: "A. Clarke-Cliveden".
Hannah zmarszczyła brwi.
To się wydawało mało prawdopodobne. Jeden z punktów w ulotce koledżu Pelham zapewniał, że praktycznie nie ma tam wspólnego zakwaterowania. Żadnych dwuosobowych pokoi. Ani nawet mieszkań przed drugim rokiem. Oczywiście wiele wspólnych łazienek, chyba że ktoś zajmował pokój w nowym skrzydle, ale jeśli chodzi o spanie, to z prospektu wynikało, iż każdy miał własną przestrzeń.
- Jesteśmy współlokatorkami? - Hannah zmarszczyła brwi.
- Tak jakby - odpowiedziała April. Ziewnęła jak kot i przeciągnęła się wygodnie. - To znaczy nie mamy wspólnej sypialni, nie zaakceptowałabym czegoś takiego. Tylko wspólny salon.
Machnęła ręką, wskazując tę skromną przestrzeń, a Hannah poczuła się, jakby April była tutaj łaskawą gospodynią, a ona intruzką. Na tę myśl trochę się zirytowała, ale zdusiła to w sobie i rozejrzała się po pokoju. Oprócz stosu bagaży Arpil było tu mało mebli, w dodatku prezentowały się skromnie - dość zużyta kanapa, stolik kawowy oraz kredens - jednak całość wydawała się czysta i jasna, znajdował się tu też piękny kominek.
- Fajnie, że mamy sobie gdzie posiedzieć, nie? Twój pokój jest tam. - April wskazała drzwi na prawo od okna. - Moje drzwi są naprzeciwko. Obawiam się, że wzięłam większy. Kto pierwszy, ten lepszy, i tak dalej.
Mrugnęła, ukazując przy tym głęboki, miękki dołeczek w jednym policzku.
- Jasne - odparła Hannah.
Nie było sensu się o to spierać. Wyglądało na to, że ta dziewczyna już się rozpakowała. Pociągnęła więc walizkę po dywanie, który marszczył się pod kółkami, w stronę drzwi wskazanych przez April.
Po tym, co powiedziała nowa współlokatorka, Hannah spodziewała się czegoś małego, wręcz ciasnego, ale pokój okazał się większy niż jej domowa sypialnia, był w nim kolejny rzeźbiony, kamienny kominek oraz szprosowe okno z witrażem, które przepuszczało światło układające się w diamentowe wzory na wypolerowanych, dębowych deskach podłogi.
- Wow, naprawdę fajny - powiedziała, a potem miała ochotę strzelić sobie w łeb za to, że tak ewidentnie okazała swój zachwyt, podczas gdy April wyglądała na taką wyrafinowaną.
Mimo wszystko przed sobą mogła to przyznać: pokój naprawdę był fajny. Ilu studentów musiało go oglądać przez ponad czterysta lat od jego wybudowania? Czy zostali potem ważnymi osobami, politykami, zdobywcami Nagrody Nobla i pisarzami? Było to oszałamiające, jakby patrzyła w teleskop, tylko że ze złej strony i zamiast spoglądać na zewnątrz, na końcu widziała nieskończenie małą siebie.
- No, nieźle jest, co? - odparła April.
Podeszła i stanęła w drzwiach, jedną rękę położyła na framudze, a drugą na swoim wystającym biodrze. W słabym, wieczornym świetle prześwitującym przez cienki materiał jej białej sukienki, podkreślającym kształty i zmieniającym krótkie włosy w białą aureolę, wyglądała jak wyjęta z plakatu filmowego.
- A jaki jest twój? - spytała Hannah.
April wzruszyła ramionami.
- W sumie podobny. Chcesz zobaczyć?
- Pewnie.
Hannah postawiła swoją walizkę i poszła za dziewczyną przez salon do drzwi naprzeciwko.
W środku od razu zauważyła, że drugi pokój w ogóle nie jest podobny. Pomijając fakt, że był odrobinę większy, jedyne, co wydawało się takie samo, to metalowa rama łóżka i kominek. Wszystkie pozostałe meble były inne - poczynając od makatek na ścianach, przez nowoczesne, ergonomiczne krzesło przy biurku, kończąc na tapicerowanym podwójnym siedzisku w rogu.
Jakiś wysoki, tęgi mężczyzna w garniturze wypakowywał właśnie ubrania do wysokiej szafy. Nie spojrzał na nie, kiedy weszły.
- Dzień dobry - przywitała się uprzejmie Hannah. Przybrała swój najgrzeczniejszy ton, zarezerwowany dla rodziców innych osób. - Pan musi być ojcem April. Mam na imię Hannah.
April roześmiała się głośno.
- Ha! Chyba żartujesz. To jest Harry. Pracuje dla moich rodziców.
- Miło mi poznać - rzucił mężczyzna przez ramię. Potem zasunął ostatnią szufladę i się odwrócił. - To chyba byłoby na tyle, April. Mogę ci w czymś jeszcze pomóc?
- Nie, nie trzeba. Dziękuję, Harry.
- Zabiorę kartony; chcesz, żebym ci zostawił kufer?
- Nie, nie trzeba. Nie mam go gdzie przechowywać.
- Jasne - odparł Harry. - Baw się dobrze. Na parapecie masz drobny pożegnalny upominek od twojego taty. Miło było cię poznać, Hannah - rzucił, po czym się odwrócił, zabrał stos pustych toreb i pudeł spod drzwi i wyszedł.
Drzwi się za nim zatrzasnęły, a April zrzuciła buty i opadła na świeżo pościelone łóżko, zapadając się głęboko w miękką, puchową pierzynę.
- No, to już. Teraz prawdziwe życie.
- Prawdziwe życie - powtórzyła Hannah.
Chociaż to nie była prawda. Tutaj, w wielowiekowym centrum nauki, otoczona pięknymi, ekskluzywnymi przedmiotami April, wdychając dziwny, ciężki zapach jakichś drogich perfum, czuła się nieprawdziwie jak nigdy. Zastanawiała się, co powie o tym wszystkim jej mama, która prawdopodobnie nadal krążyła po Oxfordzie, szukając miejsca do parkowania.
- Chyba zobaczę, co mi zostawił - odezwała się April. - Nie jest to pudełko od Tiffany'ego, co źle wróży.
Wstała z łóżka i podeszła do okna, gdzie na kamiennym parapecie leżało wysokie pudełko prezentowe. Ze szpary na górze pudełka wystawała kartka.
- "Od razu zacznij swoje oksfordzkie życie. Kocham cię, tatuś". No, tym razem przynajmniej sam się podpisał. To lepiej niż na kartce urodzinowej wypisanej ręką jego sekretarki.
Wbiła paznokcie w wieczko i otworzyła je, a potem zaczęła się śmiać.
- O Boże, już myślałam, że on nie pamięta mojego drugiego imienia, a jednak się myliłam. - Wyciągnęła butelkę szampana i dwa kieliszki. - Napijesz się, Hannah Jones?
- Yyy, pewnie - odparła Hannah.
Tak naprawdę to nie lubiła szampana, te kilka razy, kiedy go piła, na weselach i pięćdziesiątce mamy, bolała ją od niego głowa. Ale nie ma mowy, żeby odmówiła w takiej idealnej chwili. Może Hannah z Dodsworth nie lubiła szampana. Ale Hannah z koledżu Pelham była inna.
Patrzyła, jak April z wprawą odkorkowała butelkę i nalała dwa pieniące się kieliszki.
- No, może nie jest schłodzony, ale to przynajmniej Dom Perignon - stwierdziła April, podając jej lampkę. - Za co powinnyśmy wypić? Może... za Oxford? - Podniosła kieliszek.
- Za Oxford - powtórzyła Hannah.
Stuknęła się szkłem z April, a potem podniosła napój do ust. Ciepły, musujący szampan drapał ją w usta, bąbelki pękały jej na języku, a alkohol łaskotał z tyłu nosa i gardła. Zaczęło jej trochę szumieć w głowie, choć może to kwestia szampana, a może tego, że jechały w porze lunchu albo po prostu... wszystkiego.
- I za Pelham.
- I za nas - dodała April.
Odchyliła głowę i czterema dużymi łykami opróżniła kieliszek. Nalała sobie znowu, popatrzyła na Hannah i uśmiechnęła się szerokim, szelmowskim uśmiechem, który ujawnił jej głębokie, urzekające dołeczki w obu miękkich policzkach.
- Za nas, Hannah Jones. Myślę, że spędzimy tu niezwykłe chwile, co?