Ta dziewczyna - Ruth Ware

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (34,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

PRZED

 

 

 

Później będzie pamiętała te drzwi. "Były otwarte" - powtarzała policji. "Powinnam była się domyślić, że coś jest nie tak".

Mogłaby odtworzyć każdy swój krok, aż do korytarza: żwir chrzęszczący pod stopami na ścieżce przez Old Quad, most nad rzeką Cherwell, potem nielegalny skrót przez spowity ciemnością Fellows' Garden, jej stopy stąpające miękko po zroszonej trawie. Oxford nie potrzebował znaków: "Nie deptać trawników"; ta murawa służyła nauczycielom akademickim i wykładowcom od ponad dwustu lat i nikt nie musiał o tym przypominać studentom.

Następnie marsz za Master's Lodgings i ścieżką okrążającą New Quad (prawie czterystuletni, ale i tak o sto lat młodszy od Old Quad).

Potem siódmą klatką schodową, cztery piętra wysłużonych schodów, na samą górę, gdzie mieszkała z April, na lewo od klatki schodowej, naprzeciwko pokojów doktora Myersa.

Drzwi doktora Myersa były zamknięte, jak zawsze. Ale te drugie, jej drzwi - otwarte. To ostatnia rzecz, którą zapamiętała. Powinna była się domyślić, że coś było nie tak.

Ale zupełnie niczego nie podejrzewała.

Dalszy bieg wydarzeń znała tylko z relacji innych. Jej krzyki. Hugh biegnący za nią, przeskakujący po dwa stopnie. Bezwładne ciało April rozciągnięte na dywaniku przed rozpalonym kominkiem, niemal teatralnie - jak zobaczyła na pokazanych jej później zdjęciach.

Ale sama nie potrafiła sobie tego przypomnieć. Tak jakby jej mózg to wyparł, odrzucił, niczym jakiś błąd pamięci w komputerze: "plik uszkodzony" - i żadna liczba cierpliwych pytań policji nie zbliżała jej do tego, żeby w końcu to sobie przypomnieć.

Tylko czasami, w środku nocy, wciąż budzi się z jakimś obrazem przed oczami, innym od niewyraźnych, polaroidowych zdjęć policyjnego fotografa, z ich dokładnymi oznaczeniami dowodów oraz ostrym, jarzeniowym oświetleniem. Na tym obrazie lampy są przygaszone, a policzki April nadal zarumienione ostatnią chwilą życia.

I widzi siebie biegnącą przez pokój, potykającą się o dywanik i upadającą na kolana obok ciała April, a potem słyszy krzyki.

Nigdy nie jest pewna, czy to wspomnienie, czy koszmar - czy może jedno i drugie.

Ale niezależnie od tego, jaka jest prawda, April już nie ma.

 

 

 

 

PO

 

 

 

- Siedemnaście funtów, dziewięćdziesiąt osiem pensów - mówi Hannah do stojącej przed nią kobiety, która kiwa głową, tak naprawdę nie zwracając na nią uwagi, i przesuwa w jej stronę kartę płatniczą. - Może być zbliżeniowo?

Kobieta nie odpowiada od razu; próbuje odciągnąć swoją czterolatkę od zabawy gumkami do mazania przy stojaku z artykułami papierniczymi, ale kiedy Hannah powtarza pytanie, reaguje:

- Och, oczywiście.

Hannah przykłada kartę do urządzenia, czeka na piknięcie, a potem podaje przez ladę książki razem z paragonem. Gruffalo, Nowy Dzidziuś i Dziecko w brzuchu mamy. Brat albo siostra w drodze? Spotyka się wzrokiem z dziewczynką bawiącą się papeterią i uśmiecha się do niej porozumiewawczo. Dziewczynka przerywa zabawę, a potem nagle odwzajemnia uśmiech. Hannah chciałaby spytać, jak jej na imię, ale ma świadomość, że to mogłoby być zbyt nachalne.

Zwraca się więc z powrotem do klientki.

- Potrzebuje pani torby? Może podam jedną z tych pięknych zakupowych za dwa funty? - Wskazuje za ladę, na stos materiałowych toreb, na których wydrukowano ładne logo Tall Tales, czyli chwiejący się stos książek ułożonych w nazwę sklepu.

- Nie, dziękuję - odpowiada krótko kobieta.

Wpycha książki do torebki, chwyta córkę za rękę i wyciąga ją ze sklepu. Gumka do mazania w kształcie pingwina spada na podłogę, kiedy wychodzą.

- Przestań - słyszy Hannah, gdy mijają szklane, wiktoriańskie drzwi, uruchamiając dzwoneczek. - Mam cię już dzisiaj naprawdę dość.

Patrzy, jak znikają na ulicy, mała dziewczynka teraz wyje, matka ciągnie ją za rękę, a dłoń Hannah wędruje na brzuch. Sam jego kształt jest uspokajający - twardy, okrągły i dziwnie obcy, jakby połknęła piłkę do nogi.

Książki o rodzicielstwie korzystają z metafor związanych z jedzeniem. Orzeszek. Śliwka. Cytryna. "To jest Bardzo głodna gąsienica rodzicielstwa" - zauważył zdumiony Will, kiedy przeczytał rozdział o pierwszym trymestrze. W tym tygodniu było chyba mango, jeśli dobrze zapamiętała. A może granat. Will wręczył jej awokado, kiedy minął szesnasty tydzień, jako żartobliwy prezent, by upamiętnić ten kamień milowy. Przyniósł je do łóżka przecięte na pół, z łyżeczką. Hannah tylko na nie popatrzyła, czując, jak poranne mdłości, które miały już minąć, zwijają i wykręcają jej układ pokarmowy, a potem odepchnęła od siebie talerz i pobiegła do toalety.

- Przepraszam - powiedziała do Willa po powrocie. - To był piękny pomysł... po prostu...

Nie mogła dokończyć. Na samą myśl robiło jej się niedobrze. Nie chodziło tylko o tę gładką, oleistą maź na jej języku, ale też o coś jeszcze, dużo bardziej instynktownego. Myśl, że miałaby zjeść własne dziecko.

- Kawy? - Głos Robyn przerywa jej myśli, a Hannah obraca się do koleżanki z pracy stojącej przy drugim końcu lady.

- Słucham?

- Pytałam, czy chcesz kawy. Czy nadal nie pijesz?

- Nie, nie, znowu piję, staram się tylko nie przesadzić. A mogę prosić o bezkofeinową?

Robyn kiwa głową i znika na drugim końcu sklepu, w słynnej szafie, którą nazywają "pokojem służbowym". Niemal dokładnie w tej samej chwili telefon Hannah wibruje w tylnej kieszeni dżinsów.

W pracy go wycisza. Cathy, właścicielka Tall Tales, jest miła i nie zabrania zaglądać do telefonu, ale przeszkadzałby, gdyby zadzwonił w czasie czytania bajek albo podczas rozmowy z klientem.

Teraz jednak sklep jest pusty, więc Hannah wyciąga go, by sprawdzić, kto dzwoni.

Jej matka.

Hannah marszczy brwi. To nietypowe. Jill raczej nie dzwoni bez powodu - rozmawiają mniej więcej raz w tygodniu, zwykle w niedzielę rano, po tym, jak jej matka wraca znad jeziora, w którym pływa. Rzadko w środku tygodnia, a już nigdy podczas pracy.

Hannah odbiera.

- Hannah - zaczyna jej mama bez wstępów. - Możesz rozmawiać?

- No, jestem w pracy, więc będę musiała skończyć, jeśli wejdzie klient, ale mogę chwilę pogadać. Coś się stało?

- Tak. Nie, to znaczy...

Matka urywa. Hannah czuje, że ogarnia ją niepokój. Jej opanowanej, zasadniczej matce nigdy nie brakuje słów - co się mogło stać?

- Wszystko w porządku? Nie... nie jesteś... chora?

- Nie! - Słyszy krótki śmiech matki towarzyszący tym słowom, ale pod nim nadal kryje się dziwne napięcie. - Nie, nic w tym stylu. Chodzi tylko o to... rozumiem, że nie oglądałaś wiadomości?

- Jakich wiadomości? Cały dzień jestem w pracy.

- Wiadomości na temat... Johna Neville'a.

Hannah przewraca się w brzuchu.

W ciągu ostatnich kilku tygodni mdłości stopniowo ustępowały. Teraz żołądek jej się ścisnął i powróciły. Zasłania usta, oddychając ciężko przez nos i trzymając się wolną ręką sklepowej lady, jakby dzięki temu miała się utrzymać na powierzchni.

- Przepraszam - przerywa ciszę matka. - Nie chciałam cię tak zaskakiwać w pracy, ale właśnie mi to wyskoczyło w powiadomieniach Google i martwiłam się, że zadzwoni do ciebie ktoś z Pelham albo że "Mail" napadnie cię pod domem. Pomyślałam... - Hannah słyszy, że Jill odchrząka. - Pomyślałam, że lepiej, abyś usłyszała to ode mnie.

- O czym? - Hannah zaciska szczękę, jakby to miało powstrzymać mdłości, i przełyka ślinę, która nagle zebrała jej się za zębami. - O czym mam od ciebie usłyszeć?

- Zmarł.

- Och.

Przedziwne uczucie. Najpierw fala ulgi, a potem jakby pustka.

- Jak to się stało?

- Zawał serca w więzieniu. - Jill mówi delikatnym tonem, jakby próbowała złagodzić tę wiadomość.

- Och - powtarza Hannah.

Zaczyna szukać ręką stołka za ladą, którego używały w spokojniejszych momentach przy oklejaniu książek. Kładzie sobie rękę na brzuchu, jakby chroniąc się przed ciosem, który już otrzymała. Nie znajduje słów. Może jedynie powtórzyć:

- Och.

- Dobrze się czujesz?

- Tak. Pewnie. - Sama słyszy, że jej głos jest pozbawiony wyrazu, jakby dobiegał gdzieś z oddali. - Tak, dlaczego miałabym się czuć źle?

- Cóż... - Zauważa, że matka ostrożnie dobiera słowa. - To duża rzecz. Kamień milowy.

Kamień milowy.

Kamień milowy. Może to i właściwe słowo, choć brzmi dziwnie, użyte tuż po tym, jak Hannah sama przypomniała sobie tamtą rozmowę z Willem, ale nagle nie może już tego dłużej znieść. Walczy z odruchem, żeby wybuchnąć płaczem, żeby uciec, żeby wyjść ze sklepu w środku zmiany.

- Przepraszam - mamrocze do telefonu. - Naprawdę przepraszam, mamo, muszę...

Nie wie, co powiedzieć.

- Mam klienta - wydusza w końcu.

Rozłącza się. Otacza ją cisza pustego sklepu.

 

 

 

 

PRZED

 

 

 

Wszystkie miejsca przy Pelham Street były zajęte, więc matka Hannah przystanęła na podwójnej żółtej linii przy High Street, by córka mogła wygramolić się z auta z większą ze swoich dwóch walizek. Obiecała, że dołączy do niej, kiedy już uda jej się zaparkować auto.

Gdy Hannah tak stała, patrząc za odjeżdżającym poobijanym mini cooperem, czuła się bardzo dziwnie - tak jakby wysiadając z tego samochodu, zrzuciła z siebie starą tożsamość niczym drugą skórę, a jej lepsza, świeższa, mniej zużyta wersja, tchnąca nowością, miała się teraz ukazać światu. Kiedy się odwróciła, by popatrzeć w górę na zwieńczenie pokrytego płaskorzeźbami, kamiennego łuku, poczuła, jak chłodny, październikowy wiatr unosi jej włosy i owiewa kark, i aż zadrżała z uderzającej do głowy mieszanki nerwów i przejęcia.

To było to. Zwieńczenie wszystkich jej nadziei, marzeń i skrupulatnie zaplanowanych strategii powtarzania materiału. Jeden z najstarszych i najbardziej prestiżowych koledżów w jednym z najstarszych i najbardziej prestiżowych centrów nauki na całym świecie - słynny koledż Pelham na Oxfordzie. A od teraz jej nowy dom na najbliższe trzy lata.

Ogromne, dębowe drzwi od frontu były otwarte, nie tak jak tamtego dnia, kiedy przyszła na rozmowę i musiała pukać do średniowiecznych, podwójnych wrót z metalowymi okuciami, czekając, aż wyjrzy zza nich portier, jak by to się działo w Monty Pythonie. Teraz pociągnęła za sobą walizkę przez przejście pod arkadami, minęła portiernię i podeszła do stołu pod altaną, przy którym starsi studenci rozdawali teczki z informacjami i udzielali informacji nowym.

- Cześć - odezwała się Hannah, kiedy podeszła bliżej, chrzęszcząc kółkami walizki po żwirowej ścieżce. - Cześć, nazywam się Hannah Jones. Czy możecie mnie pokierować?

- Oczywiście! - odparła pogodnie dziewczyna przy stoliku. Miała długie, lśniące blond włosy, a jej akcent był nieskazitelny jak kryształ. - Witamy w Pelham! No więc musisz najpierw pójść po swoje klucze i szczegóły dotyczące zakwaterowania do portierni. - Wskazała do tyłu na łuk, który Hannah minęła chwilę wcześniej. - Masz już kartę Bod? Będziesz jej potrzebować właściwie do wszystkiego, od opłat za posiłki po wypożyczanie książek.

Hannah pokręciła głową.

- Nie, ale złożyłam wniosek.

- Więc odbierz ją z Cloisters II, ale to możesz zrobić dziś o dowolnej porze. Pewnie najpierw chciałabyś zostawić walizkę. A, i nie zapomnij o inauguracji dla pierwszorocznych oraz o spotkaniu dla nowych studentów! - Podała jej plik ulotek, a Hannah sięgnęła po nie niezgrabnie, po czym przytrzymała śliskie kartki wolnym ramieniem.

- Dzięki - odparła. A potem, ponieważ chyba nie było już nic więcej do powiedzenia, odwróciła się i zaciągnęła swoją walizkę z powrotem drogą, którą przyszła, do portierni.

Nie zajrzała tam w dniu rozmowy kwalifikacyjnej - wtedy portier wyszedł do niej i wpuścił ją do środka - a teraz zobaczyła, że jest to mały, wyłożony boazerią pokój przypominający pocztę, z dwoma oknami wychodzącymi na dziedziniec oraz wejściem zwieńczonym arkadami. Był tam kontuar oraz wiele rzędów przegródek starannie oznaczonych nazwiskami. Na myśl o tym, że prawdopodobnie jedna z nich należy do niej, poczuła się dziwnie. To było jakby... poczucie przynależności?

Wciągnęła walizkę po schodach i zaczekała, aż portier skończy rozmawiać z chłopakiem przed nią, a raczej z jego rodzicami. Matka miała dużo pytań na temat dostępu do Wi-Fi oraz warunków sanitarnych, ale w końcu skończyli, a Hannah znalazła się przy kontuarze, myśląc, że Jill mogłaby się pospieszyć i zaparkować to auto. Czuła, że przydałoby jej się wsparcie.

- Yyy, dzień dobry - odezwała się. Przewracało jej się w żołądku ze zdenerwowania, ale starała się, żeby głos jej nie drżał. Była teraz dorosła. Studentka koledżu Pelham. Słusznie się tu znalazła i nie miała czym się denerwować. - Jestem Hannah. Hannah Jones. Czy może mi pan powiedzieć, gdzie powinnam się udać?

- Hannah Jones... - Portier był pulchnym, dowcipnym mężczyzną z kudłatą białą brodą, przypominał trochę Mikołaja w cywilu. Zsunął okulary na czubek nosa i zaczął przeglądać długi wydruk pełen nazwisk. - Hannah Jones... Hannah Jones... Ach tak, tu panią mam. Mieszka pani w New Quad, w siódmej klatce, w pokoju numer pięć. No, to mamy komplet. Bardzo dobrze.

Komplet? Hannah nie była pewna, czy powinna wiedzieć, co to znaczy, ale portier dalej mówił i przegapiła możliwość zadania pytania.

- Proszę w takim razie przejść przez tamten łuk. - Wskazał przez okno szprosowe na wysoki łuk po drugiej stronie skweru porośniętego aksamitną trawą. - I minąć Master's Lodgings. Siódma klatka jest po przeciwległym boku New Quad. Proszę wziąć tę mapę. Jest dla pani, za darmo.

Uderzył lśniącą, złożoną ulotką o drewniany blat.

- Dziękuję - odparła Hannah. Podniosła plan, włożyła go do kieszeni dżinsów, a potem sobie przypomniała: - Och, niedługo może tu przyjść moja mama. Musiała zaparkować. Czy może jej pan powiedzieć, dokąd poszłam, gdyby tu trafiła?

- Mama Hannah Jones - odparł z namysłem. - Oczywiście, że mogę. John - zwrócił się przez ramię do mężczyzny układającego za nim pocztę. - Gdybym poszedł właśnie na lunch, kiedy przyjdzie mama Hannah Jones, ona będzie w siódemce, pod piątką, New Quad.

- Nie ma sprawy - odparł stojący za nim człowiek. Potem się odwrócił i popatrzył na Hannah.

Był dużym mężczyzną, mierzył około metra osiemdziesiąt i wyglądał na młodszego od swojego współpracownika, miał ciemne włosy i twarz, która wydawała się blada i spocona, chociaż nie podejmował żadnego wysiłku fizycznego. Jego głos dziwnie do niego nie pasował, był wysoki i piskliwy, a ten kontrast sprawiał, że Hannah miała ochotę nerwowo się roześmiać.

- To dziękuję - rzuciła i odwróciła się, żeby odejść.

Już prawie była przy drzwiach, kiedy ten drugi mężczyzna ją zawołał, gwałtownie i nieco z pretensją.

Hannah odwróciła się, czując, że serce zaczyna jej bić szybciej, jakby coś przeskrobała.

Portier wyszedł zza kontuaru, zbliżył się z namaszczeniem, a potem zatrzymał przed nią. Miał coś w dłoni; podał jej to, unosząc ten przedmiot niczym trofeum.

Był to komplet kluczy.

- Och. - Hannah zrobiło się głupio. Roześmiała się krótko. - Dzięki.

Wyciągnęła rękę, ale przez chwilę mężczyzna nie chciał ich puścić. Po prostu stał, a klucze zwisały nad jej dłonią. Potem zwolnił uścisk i pozwolił im opaść, a ona wsunęła je do kieszeni i wyszła.

 

 

Nad klatką schodową wymalowano "VII" i patrząc na plan w swoich dłoniach, a potem znów na kamienne schodki przed sobą, Hannah musiała założyć, że to właściwe miejsce. Obejrzała się przez ramię - nie tyle wątpiła w tę mapę, ile raczej podobało jej się chłonięcie tego wszystkiego: nieskazitelnego zielonego skweru starannie przyciętego trawnika, kamienia w miodowym odcieniu, szprosowych okien. Przy słonecznym świetle, z białymi, puszystymi, jesiennymi chmurami na niebie, ten widok był niemal nierzeczywiście piękny, a Hannah miała przedziwne poczucie, że wstąpiła do środka jednej z książek ze swojej walizki, może do Powrotu do Brideshead. Gaudy Night. Mrocznych materii. Do świata powieści.

Z uśmiechem wciągnęła walizkę przez bramę wiodącą do siódmej klatki, ale wtarganie jej po schodach nie było już proste i jej uśmiech zbladł, kiedy dotarła na pierwsze piętro. Nim znalazła się na drugim, była zgrzana i zdyszana - wrażenie przeżywania chwil rodem z baśni szybko przeminęło.

Schludny napis na drzwiach po lewej głosił "4-H. CLAYTON", a naprzeciwko "3-P. BURNES-WALLACE". Środkowe drzwi były otwarte, a kiedy Hannah tak stała, łapiąc oddech, otworzyły się i za nimi ukazała się bardzo mała kuchnia. Stało w niej dwóch chłopaków, jeden z nich pochylał się nad kuchenką elektryczną, drugi zaś trzymał kubek kawy i patrzył na Hannah z miną, która prawdopodobnie wyrażała tylko ciekawość, ale wydawała się dość wroga.

- Cz-cześć - odezwała się Hannah raczej nieśmiało, ale chłopak tylko skinął głową i wyminął ją, po czym skierował się do drzwi podpisanych P. BURNES-WALLACE.

Co mówił ten portier? Piąty pokój? W takim razie jeszcze jedno piętro.

Hannah zacisnęła zęby i wciągnęła swoją walizkę po ostatnich schodach na najwyższe piętro, gdzie znajdowały się dwie pary drzwi naprzeciw siebie - jedne z nich otwarte. Na tych po prawej, zamkniętych, napis głosił "6-DR MYERS". Drogą eliminacji uznała, że te otwarte prawdopodobnie należą do niej, więc weszła do środka.

- Heeeej. - Dziewczyna wyciągnięta na kanapie prawie nie podniosła wzroku znad telefonu. Miała na sobie krótką sukienkę z angielskim haftem, która eksponowała jej długie, opalone nogi przewieszone przez podłokietnik, a z wypielęgnowanych palców u stóp zwisał jej jeden sandał. Wyglądało na to, że przewija w komórce jakąś aplikację ze zdjęciami. - Ty pewnie jesteś Hannah.

- T... tak? - odparła nieśmiało, głos podniósł jej się na końcu zdania tak, jakby zadawała pytanie, chociaż wcale nie zamierzała.

Rozejrzała się po pomieszczeniu. Wyglądało na salon, ale przy drzwiach leżały stosy najbardziej eleganckich bagaży, jakie Hannah kiedykolwiek widziała. Pudła z kapeluszami, torby na ramię, wielka papierowa torebka z Selfridges pełna aksamitnych poduszek oraz coś, co wyglądało na prawdziwy kufer od Louisa Vuittona z wielkim, mosiężnym zapięciem. Przy tym wszystkim jej własny bagaż wydawał się bardzo skromny - nawet biorąc pod uwagę walizkę, którą mama miała jej przynieść z auta.

- A ty jak się nazywasz?

- April. - Dziewczyna odłożyła telefon i wstała.

Była średniego wzrostu, szczupła, miała krótko obcięte włosy w miodowym odcieniu blond, podkreślające kształt jej czaszki, oraz brwi układające się w ładne łuki, które nadawały jej twarzy wyraz czegoś pomiędzy zdumieniem a pogardą. Było w niej coś nie z tego świata, coś nieokreślonego, czego Hannah nie potrafiła nazwać. Czuła się niemal, jakby spotkała ją już gdzieś wcześniej... albo widziała ją w filmie. Wydawała się taka piękna, że człowieka aż bolały oczy, jeśli przyglądał jej się zbyt długo, ale też trudno było oderwać od niej wzrok. Tak jakby, zauważyła Hannah, padało na nią inne światło niż na resztę pomieszczenia.

- April Clarke-Cliveden - dodała pomocnie dziewczyna, jakby to imię miało coś znaczyć, kiedy Hannah nie odpowiedziała od razu.

- Ale ja myślałam... - wyjąkała Hannah, po czym urwała, oglądając się niepewnie z powrotem na drzwi, żeby sprawdzić tabliczkę z nazwiskiem. Oczywiście, była: "B-H. Jones". A pod spodem: "A. Clarke-Cliveden".

Hannah zmarszczyła brwi.

To się wydawało mało prawdopodobne. Jeden z punktów w ulotce koledżu Pelham zapewniał, że praktycznie nie ma tam wspólnego zakwaterowania. Żadnych dwuosobowych pokoi. Ani nawet mieszkań przed drugim rokiem. Oczywiście wiele wspólnych łazienek, chyba że ktoś zajmował pokój w nowym skrzydle, ale jeśli chodzi o spanie, to z prospektu wynikało, iż każdy miał własną przestrzeń.

- Jesteśmy współlokatorkami? - Hannah zmarszczyła brwi.

- Tak jakby - odpowiedziała April. Ziewnęła jak kot i przeciągnęła się wygodnie. - To znaczy nie mamy wspólnej sypialni, nie zaakceptowałabym czegoś takiego. Tylko wspólny salon.

Machnęła ręką, wskazując tę skromną przestrzeń, a Hannah poczuła się, jakby April była tutaj łaskawą gospodynią, a ona intruzką. Na tę myśl trochę się zirytowała, ale zdusiła to w sobie i rozejrzała się po pokoju. Oprócz stosu bagaży Arpil było tu mało mebli, w dodatku prezentowały się skromnie - dość zużyta kanapa, stolik kawowy oraz kredens - jednak całość wydawała się czysta i jasna, znajdował się tu też piękny kominek.

- Fajnie, że mamy sobie gdzie posiedzieć, nie? Twój pokój jest tam. - April wskazała drzwi na prawo od okna. - Moje drzwi są naprzeciwko. Obawiam się, że wzięłam większy. Kto pierwszy, ten lepszy, i tak dalej.

Mrugnęła, ukazując przy tym głęboki, miękki dołeczek w jednym policzku.

- Jasne - odparła Hannah.

Nie było sensu się o to spierać. Wyglądało na to, że ta dziewczyna już się rozpakowała. Pociągnęła więc walizkę po dywanie, który marszczył się pod kółkami, w stronę drzwi wskazanych przez April.

Po tym, co powiedziała nowa współlokatorka, Hannah spodziewała się czegoś małego, wręcz ciasnego, ale pokój okazał się większy niż jej domowa sypialnia, był w nim kolejny rzeźbiony, kamienny kominek oraz szprosowe okno z witrażem, które przepuszczało światło układające się w diamentowe wzory na wypolerowanych, dębowych deskach podłogi.

- Wow, naprawdę fajny - powiedziała, a potem miała ochotę strzelić sobie w łeb za to, że tak ewidentnie okazała swój zachwyt, podczas gdy April wyglądała na taką wyrafinowaną.

Mimo wszystko przed sobą mogła to przyznać: pokój naprawdę był fajny. Ilu studentów musiało go oglądać przez ponad czterysta lat od jego wybudowania? Czy zostali potem ważnymi osobami, politykami, zdobywcami Nagrody Nobla i pisarzami? Było to oszałamiające, jakby patrzyła w teleskop, tylko że ze złej strony i zamiast spoglądać na zewnątrz, na końcu widziała nieskończenie małą siebie.

- No, nieźle jest, co? - odparła April.

Podeszła i stanęła w drzwiach, jedną rękę położyła na framudze, a drugą na swoim wystającym biodrze. W słabym, wieczornym świetle prześwitującym przez cienki materiał jej białej sukienki, podkreślającym kształty i zmieniającym krótkie włosy w białą aureolę, wyglądała jak wyjęta z plakatu filmowego.

- A jaki jest twój? - spytała Hannah.

April wzruszyła ramionami.

- W sumie podobny. Chcesz zobaczyć?

- Pewnie.

Hannah postawiła swoją walizkę i poszła za dziewczyną przez salon do drzwi naprzeciwko.

W środku od razu zauważyła, że drugi pokój w ogóle nie jest podobny. Pomijając fakt, że był odrobinę większy, jedyne, co wydawało się takie samo, to metalowa rama łóżka i kominek. Wszystkie pozostałe meble były inne - poczynając od makatek na ścianach, przez nowoczesne, ergonomiczne krzesło przy biurku, kończąc na tapicerowanym podwójnym siedzisku w rogu.

Jakiś wysoki, tęgi mężczyzna w garniturze wypakowywał właśnie ubrania do wysokiej szafy. Nie spojrzał na nie, kiedy weszły.

- Dzień dobry - przywitała się uprzejmie Hannah. Przybrała swój najgrzeczniejszy ton, zarezerwowany dla rodziców innych osób. - Pan musi być ojcem April. Mam na imię Hannah.

April roześmiała się głośno.

- Ha! Chyba żartujesz. To jest Harry. Pracuje dla moich rodziców.

- Miło mi poznać - rzucił mężczyzna przez ramię. Potem zasunął ostatnią szufladę i się odwrócił. - To chyba byłoby na tyle, April. Mogę ci w czymś jeszcze pomóc?

- Nie, nie trzeba. Dziękuję, Harry.

- Zabiorę kartony; chcesz, żebym ci zostawił kufer?

- Nie, nie trzeba. Nie mam go gdzie przechowywać.

- Jasne - odparł Harry. - Baw się dobrze. Na parapecie masz drobny pożegnalny upominek od twojego taty. Miło było cię poznać, Hannah - rzucił, po czym się odwrócił, zabrał stos pustych toreb i pudeł spod drzwi i wyszedł.

Drzwi się za nim zatrzasnęły, a April zrzuciła buty i opadła na świeżo pościelone łóżko, zapadając się głęboko w miękką, puchową pierzynę.

- No, to już. Teraz prawdziwe życie.

- Prawdziwe życie - powtórzyła Hannah.

Chociaż to nie była prawda. Tutaj, w wielowiekowym centrum nauki, otoczona pięknymi, ekskluzywnymi przedmiotami April, wdychając dziwny, ciężki zapach jakichś drogich perfum, czuła się nieprawdziwie jak nigdy. Zastanawiała się, co powie o tym wszystkim jej mama, która prawdopodobnie nadal krążyła po Oxfordzie, szukając miejsca do parkowania.

- Chyba zobaczę, co mi zostawił - odezwała się April. - Nie jest to pudełko od Tiffany'ego, co źle wróży.

Wstała z łóżka i podeszła do okna, gdzie na kamiennym parapecie leżało wysokie pudełko prezentowe. Ze szpary na górze pudełka wystawała kartka.

- "Od razu zacznij swoje oksfordzkie życie. Kocham cię, tatuś". No, tym razem przynajmniej sam się podpisał. To lepiej niż na kartce urodzinowej wypisanej ręką jego sekretarki.

Wbiła paznokcie w wieczko i otworzyła je, a potem zaczęła się śmiać.

- O Boże, już myślałam, że on nie pamięta mojego drugiego imienia, a jednak się myliłam. - Wyciągnęła butelkę szampana i dwa kieliszki. - Napijesz się, Hannah Jones?

- Yyy, pewnie - odparła Hannah.

Tak naprawdę to nie lubiła szampana, te kilka razy, kiedy go piła, na weselach i pięćdziesiątce mamy, bolała ją od niego głowa. Ale nie ma mowy, żeby odmówiła w takiej idealnej chwili. Może Hannah z Dodsworth nie lubiła szampana. Ale Hannah z koledżu Pelham była inna.

Patrzyła, jak April z wprawą odkorkowała butelkę i nalała dwa pieniące się kieliszki.

- No, może nie jest schłodzony, ale to przynajmniej Dom Perignon - stwierdziła April, podając jej lampkę. - Za co powinnyśmy wypić? Może... za Oxford? - Podniosła kieliszek.

- Za Oxford - powtórzyła Hannah.

Stuknęła się szkłem z April, a potem podniosła napój do ust. Ciepły, musujący szampan drapał ją w usta, bąbelki pękały jej na języku, a alkohol łaskotał z tyłu nosa i gardła. Zaczęło jej trochę szumieć w głowie, choć może to kwestia szampana, a może tego, że jechały w porze lunchu albo po prostu... wszystkiego.

- I za Pelham.

- I za nas - dodała April.

Odchyliła głowę i czterema dużymi łykami opróżniła kieliszek. Nalała sobie znowu, popatrzyła na Hannah i uśmiechnęła się szerokim, szelmowskim uśmiechem, który ujawnił jej głębokie, urzekające dołeczki w obu miękkich policzkach.

- Za nas, Hannah Jones. Myślę, że spędzimy tu niezwykłe chwile, co?

 

 

 

 

PO

 

 

 

Gdy Hannah odkłada telefon, czuje, że cisza sklepu otula ją jak kokon. Nie powiedziałaby tego nigdy Cathy, ale właśnie takie chwile były powodem, dla którego zaczęła pracę w Tall Tales - nie sobotni ruch i gwar klientów ani sierpniowe tłumy turystów z okazji festiwalu, tylko te ciche momenty spokoju, kiedy jest... nie tak całkiem sama, bo nigdy nie jest się samemu w pomieszczeniu wypełnionym tysiącem książek. Ale kiedy jest sama z książkami.

Christie. Siostry Brontë. Sayers. Mitford. Dickens. Oto ludzie, którzy pomogli jej przetrwać lata po śmierci April. Uciekała od spojrzeń i współczucia w prawdziwym życiu, od przerażającej nieprzewidywalności internetu, od prawdziwych koszmarów, kiedy to można w każdej chwili zostać zaskoczonym przez dziennikarza lub ciekawskiego przechodnia, lub przez śmierć najlepszej przyjaciółki - uciekła do świata, w którym panował porządek. To prawda, w książce jest tak, że na dwieście siódmej stronie może wydarzyć się coś złego. Ale to zawsze stanie się na stronie dwieście siódmej, cokolwiek by się działo. A kiedy człowiek czyta ją ponownie, spodziewa się tego, odczytuje sygnały, przygotowuje się na to, co ma nastąpić.

Teraz Hannah słucha cichego stukania edynburskiego deszczu w wykuszowe okno za swoimi plecami oraz stękania starych desek podłogi, trzeszczących od ciepła centralnego ogrzewania. Otacza ją ciche wsparcie książek. Przez chwilę ma ochotę instynktownie sięgnąć po jedną z nich, może jakąś starą, ulubioną powieść, znaną praktycznie na pamięć - i zapaść się w stosie miękkich puf w dziale dziecięcym, odciąć od świata.

Ale nie może. Jest w pracy. A poza tym nie jest sama. Nie do końca. Widzi już Robyn lawirującą z powrotem przez labirynt małych, wiktoriańskich pokoików, z których składa się Tall Tales - każdy z nich jest zastawiony stołami z wyeksponowanymi na nich książkami oraz koszami wyprzedażowymi.

- Piiii biiiip! Z drogi, oto Robyn Grant, herbaciana ekspertka! - mówi, wchodząc do głównej części księgarni. Radoś­nie stawia dwa kubki na ladzie, rozchlapując gorący, brązowy płyn niebezpiecznie blisko ekspozycji z kartkami okolicznościowymi. - Ta z łyżeczką jest twoja. Czy ty... - Zerka na Hannah, a potem urywa, zaskoczona czymś w wyrazie jej twarzy. - Hej, dobrze się czujesz? Wyglądasz bardzo dziwnie.

Hannah się wzdryga. Aż tak po niej widać?

- Nie... nie jestem pewna - odpowiada powoli. - Dostałam właśnie nieciekawą wiadomość.

- O mój Boże. - Robyn podnosi rękę do gardła i mimowolnie zerka na brzuch Hannah, a potem z powrotem na jej twarz. - Chyba nie...

- Nie! - zaprzecza szybko Hannah. Próbuje się uśmiechnąć, chociaż ten uśmiech jest fałszywy i drętwy. - Nic w tym stylu... Po prostu... po prostu sprawy rodzinne.

To najbliżej, jak może znaleźć się prawdy w tej chwili, ale gdy tylko te słowa padają, natychmiast ich żałuje. John Neville to nie jest rodzina. Nie chce jego ani wspomnień o nim nawet w pobliżu swojej rodziny.

- Musisz wyjść? - pyta Robyn. Zerka na zegarek, a potem na pusty sklep. - Jest prawie siedemnasta. Wątpię, żeby zrobił się teraz ruch. Poradzę sobie ze wszystkim, jeśli ktoś przyjdzie.

- Nie - odpowiada odruchowo Hannah.

Nie powinna mieć potrzeby wychodzenia. W końcu co to tak naprawdę zmieni? Nic. Ale jednocześnie myśl o tym, że miałaby spróbować zostać tutaj, uśmiechać się do klientów jakby nigdy nic, z tymi gotującymi się w niej i kłębiącymi wspomnieniami...

- Idź - mówi Robyn, pomagając jej podjąć decyzję. - Serio, po prostu idź. Wytłumaczę wszystko Cathy, jeśli przyjdzie, ale nie będzie miała nic przeciwko.

- Naprawdę? - pyta Hannah, a Robyn zdecydowanie kiwa głową.

Hannah wstaje i sięga po swój telefon, czując jednocześnie wyrzuty sumienia i wdzięczność. Robyn czasami ją irytuje - ta jej niestrudzona harcerska radość, ten zwyczaj powtarzania klientom w kółko "Nie, to ja życzę miłego dnia"... Ale teraz w jej niezachwianej, stabilnej serdeczności jest coś niewiarygodnie pocieszającego.

- Bardzo ci dziękuję, Robyn. Odwdzięczę ci się, obiecuję.

- Hej, nie musisz dziękować - rzuca Robyn.

Uśmiecha się, klepie koleżankę po ramieniu, ale Hannah pod jej przyjaznym uśmiechem dostrzega troskę i czuje na sobie spojrzenie Robyn, gdy powoli idzie na zaplecze, żeby zabrać swoje rzeczy.

 

 

Kiedy wychodzi ze sklepu, deszcz ustaje, jest wilgotne, pogodne, jesienne popołudnie, podobnie jak tamtego dnia, kiedy po raz pierwszy przyjechała do Pelham, a przez chwilę to połączenie z przeszłością wydaje się tak prawdziwe, że aż robi jej się niedobrze. Zatrzymuje się na światłach, czekając na zielonego ludzika, i ma przedziwne uczucie - że w każdej chwili może zobaczyć April idącą swobodnie przez tłum z tym swoim leniwym, drwiącym uśmieszkiem i to pojawiającymi się, to chowającymi dołeczkami w policzkach. Przez moment Hannah musi się przytrzymać latarni, przeszłość jest taka prawdziwa, tak bliska. Czuje nieodparte pragnienie, by to była prawda - by ta wysoka blondynka spiesząca się z tłumem za światłami była April; wspaniałą, piękną, żywą. Jak by ja powitała? Czy przytuliłaby ją? Strzeliła jej w twarz? Rozpłakała się?

Hannah nie wie. Może wszystko naraz.

Idzie przez tłum turystów na przystanek autobusowy, by jak zwykle złapać numer dwadzieścia cztery do Stockbridge; chce wrócić do domu, by zdążyć przygotować kolację, a potem położyć w górze swoje coraz bardziej zmęczone stopy i pooglądać głupią telewizję.

Ale zbliża się do przystanku i wcale nie zwalnia. Zdaje sobie sprawę z tego, że się nie zatrzyma, myśl o dwudziestu minutach uwięzienia w dusznym autobusie jadącym przez zakorkowane miasto ją odrzuca. Musi się przejść. Tylko chodnik pod stopami pozwoli jej wychodzić to poczucie niepokoju, uporządkować myśli, zanim będzie musiała się spotkać z Willem. Poza tym - co czeka ją w domu poza kuszącymi i niezdrowo migoczącymi wynikami wyszukiwania w Google? A na pewno po powrocie będzie ją kusiło, żeby wpisać...

Na razie pozwoli sobie na jedno - tylko po to, żeby to się stało prawdziwe, tak jak w wypadku dziecka w jej brzuchu: nie do końca wierzyła, że jest prawdziwe, dopóki nie zobaczyła go na monitorze i nie usłyszała dziwnego, wydobywającego się jakby spod ziemi szumu oraz bicia jego serca.

Zatrzymuje się przy drzwiach w cieniu zamku i wyciąga telefon. Potem otwiera kartę przeglądarki w trybie incognito i wpisuje w Google te słowa: "John Neville BBC News". Ta końcówka nie była potrzebna, ale nauczyła się nie wpisywać samego jego nazwiska do wyszukiwarek - wyświetlały się wtedy strony pełne okropnych obrazów, szalonych spekulacji, a także pomówień zniesławiających ją oraz Willa, z którymi nie miała czasu ani zasobów walczyć.

Można przynajmniej liczyć na to, że BBC będzie się trzymać przede wszystkim faktów.

I oto jest - na samej górze wyników.

"Z ostatniej chwili: Morderca z koledżu Pelham John Neville zmarł w więzieniu".

Hannah czuje się, jakby ktoś ją oblał lodowatą wodą, ale zbiera się w sobie i klika w link.

 

John Neville, lepiej znany jako Dusiciel z Pelham, zmarł w więzieniu w wieku 63 lat, jak potwierdziły dziś służby więzienne.

Neville, który w 2012 roku został skazany za zabójstwo studentki koledżu April Clarke-Cliveden, zmarł we wczesnych godzinach porannych. Rzecznik więzienia powiedział, że przeszedł poważny zawał serca i zgon został stwierdzony po przewiezieniu mężczyzny do szpitala Mersey.

Prawnik Neville'a, Clive Merritt, oświadczył, że jego klient przygotowywał przed śmiercią nową apelację. "Do samego końca walczył o swoją niewinność" - powiedział Merritt w rozmowie dla BBC. "To wielka niesprawiedliwość, że szansa na zmianę tego wyroku umarła razem z nim".

Rodzina Clarke-Cliveden nie udzieliła komentarza.

 

Hannah drżały ręce. Minęło już wiele czasu, odkąd z własnej woli szukała informacji na temat Neville'a, i zapomniała, jakie to uczucie konfrontować się z jego nazwiskiem, ze wspomnieniami o April oraz, co najgorsze, z wszystkimi zdjęciami. Jest tylko kilka fotografii Neville'a - najczęściej używana to ta z jego legitymacji pracowniczej, ciemna jak z policyjnej kartoteki. Jego spojrzenie jest na niej konsternująco bezpośrednie. Zdjęcia Neville'a są już dość wstrząsające, ale Hannah najbardziej nienawidzi tych artykułów, które skupiają się na April - ujęcia z mediów społecznościowych przedstawiające ją pływającą łódką, pochyloną nad innymi studentami; ich twarze zostały rozpikselowane w celu ochrony prywatności, która jej została odebrana.

Najgorsze ze wszystkiego są zdjęcia jej martwego ciała.

Nie powinno ich tam być, ale oczywiście są. W internecie można znaleźć wszystko i nim Hannah nauczyła się unikać wyszukiwarek, jeszcze długo zanim zaczęła korzystać z okienek incognito, algorytm Google uznał ją za osobę zainteresowaną Dusicielem z Pelham i z odrażającą regularnością proponował jej różne clickbaitowe artykuły na ten temat.

"Czy to było pomocne?" - pytał jej telefon i po tym, jak wystarczająco wiele razy kliknęła "Nie interesuje mnie to", dźgając ekran z taką siłą, że jej drżące palce czuły jeszcze to uderzenie długo po tym, jak odłożyła telefon, w końcu przyjął to do wiadomości i przestał jej wyświetlać takie linki. Ale nawet teraz od czasu do czasu jakiś się pojawia, za sprawą nieodgadnionego mechanizmu rządzącego algorytmami Wiadomości Google, i kiedy Hannah uruchamia telefon, widzi uśmiechniętą April z takim czystym, bezpośrednim spojrzeniem, które nadal zadaje jej cios w samo serce, nawet po dziesięciu latach. I od czasu do czasu komuś udaje się ją namierzyć, a mejl wpada z piknięciem, nieproszony, prosto do jej skrzynki odbiorczej. "Czy jest pani tą Hannah Jones, która była związana z morderstwem April Clarke-Cliveden? Piszę referat / pracę na studia / profil psychologiczny / artykuł na temat apelacji Johna Neville'a.

Początkowo odpowiadała wściekła, używając takich słów jak "makabryczny" i "sępy". Potem, kiedy nauczyła się, że w ten sposób sprawia tylko, że próbują dalej albo umieszczają jej wściekłe mejle w swoich artykułach jako cytaty, zmieniła taktykę. "Nie. Nazywam się Hannah de Chastaigne. Niestety nie mogę pomóc".

Ale to także był błąd. Nie tylko dlatego, że czuła się, jakby zdradzała April. Skoro ci węszący zaszli tak daleko, że namierzyli jej adres mejlowy, musieli wiedzieć. Wiedzieli, kim jest Will, a także kim jest ona; fakt przyjęcia nazwiska Willa po ślubie w ogóle nie pomógł w zacieraniu śladów.

- Dlaczego ich po prostu nie zignorujesz? - spytał zdumiony, kiedy mu o tym wszystkim powiedziała. - Ja bym tak zrobił.

I oczywiście miał rację. Teraz Hannah po prostu nie odpowiada. Ale mimo wszystko nie może się zdobyć na to, żeby je usunąć. Więc są tam w specjalnym folderze schowanym głęboko na dnie skrzynki odbiorczej. Nazywa się "Prośby". Po prostu. I pewnego dnia, obiecuje sobie Hannah, pewnego dnia, gdy to wszystko się skończy, po prostu je usunie.

Ale z jakiegoś powodu ten dzień nie nadchodzi.

Teraz Hannah zastanawia się, czy kiedykolwiek nadejdzie.

Już ma zamykać okienko, kiedy po raz pierwszy zerka na zdjęcie towarzyszące artykułowi. Nie jest to zdjęcie April, tylko Neville'a. Ale to ujęcie, którego nigdy dotąd nie widziała - nie te ostre rysy z legitymacji, które dobrze znała, ani też ukradkowe zdjęcie zrobione przez paparazzi, kiedy unosił dwa palce w górę do dziennikarzy przed sądem. Nie, to musiało zostać zrobione dużo później, podczas jednej z jego wielu apelacji, prawdopodobnie dość niedawnej. Wygląda na nim staro, a co więcej, wygląda mizernie. Schudł i choć to niemożliwe, żeby zmalał, jest tak niepodobny do tamtej wysokiej postaci, którą zapamiętała Hannah, że trudno uwierzyć, iż to ta sama osoba. Ma na sobie więzienny strój, który wydaje się zwisać z jego wymizerowanej sylwetki, i patrzy w obiektyw z takim udręczonym, pokonanym wyrazem twarzy, że zdaje się wciągać oglądającego w swój koszmar.

- Przepraszam - mówi za Hannah jakiś mrukliwy głos, a ona podskakuje, zdając sobie sprawę, że zatrzymała się na środku przejścia podziemnego King's Stables i jakaś kobieta próbuje ją wyminąć.

- P-przepraszam - duka, wygaszając telefon niezbyt spokojnymi dłońmi i chowając go do kieszeni, tak jakby został zanieczyszczony obrazem na ekranie. - Przepraszam.

Kobieta mija ją, kręcąc głową, a Hannah rusza do domu. Jednak nawet wychodząc z ciemnego przejścia na jesienne słońce, nadal to czuje - jego wzrok, te ciemne, zastraszone oczy, jakby ją o coś błagał. Tylko że Hannah nie wie o co.

 

 

Gdy Hannah dociera w końcu do Stockbridge Mews, jest ciemno, stopy ja bolą od chodzenia i musi poszukać w torebce kluczy, przeklinając fakt, iż nikt nie wymienił przepalonej żarówki ponad wspólnymi drzwiami wejściowymi.

W końcu jednak znajduje się w środku, wspina się po schodach i drzwi jej mieszkania się za nią zamykają.

Przez dłuższy czas po prostu stoi tyłem do drzwi, czując wokół siebie ciszę spowijającą całe mieszkanie. Jest w domu przed Willem i cieszy się z tego - cieszy ją ten moment, kiedy po prostu stoi w swoim chłodnym, cichym, przytulnym mieszkaniu i wszystko z niej spływa.

Powinna nastawić czajnik, zdjąć buty, włączyć światło. Ale nie robi żadnej z tych rzeczy. Po prostu idzie do salonu, opada na fotel i siedzi, próbując się pogodzić z tym, co się właśnie stało.

Nadal tam jeszcze tkwi, kiedy słyszy, jak na zewnątrz zbliża się motocykl Willa; jego ochrypły warkot odbija się od innych domów w ciasnej zabudowie. Mężczyzna gasi silnik i parę minut później Hannah słyszy jego klucz w zamku na dole, a potem hałas kroków po schodach.

Kiedy otwiera drzwi, wie, że powinna wstać, powiedzieć coś, ale nie może. Po prostu nie ma do tego energii.

Słyszy, jak Will rzuca swoją torbę na stojak w przedpokoju, a potem idzie korytarzem, gwiżdżąc między zębami jakąś głupią, popową piosenkę, zapala światło... w końcu się zatrzymuje.

- Hannah?

Stoi naprzeciw niej, mrugając i próbując zrozumieć, co ona robi tu sama po ciemku.

- Han! Co ty... Wszystko w porządku?

Hannah przełyka ślinę, próbując znaleźć słowa, ale do głowy przychodzi jej tylko chrapliwe:

- Nie.

Twarz Willa się zmieniła. Klęka przed żoną z nagle przestraszoną miną, łapie ją za ręce, obejmuje.

- Han... czy... chyba nie... coś się stało? Coś z dzieckiem?

- Nie! - Tym razem odpowiada szybko, bo natychmiast rozumie jego obawy. - O mój Boże, nie, nic takiego. - Przełyka ślinę, zmuszając się do wykrztuszenia kolejnych słów. - Will, chodzi o... o Johna Neville'a. On umarł.

Nie miało to wypaść tak brutalnie - jeszcze ostrzej, niż wyraziła to jej matka - ale jest zbyt wstrząśnięta i przybita, żeby wymyślić lepszy sposób przekazania tej wiadomości.

Will nic nie mówi, ale puszcza jej ręce i jego twarz przez sekundę, nim się opanuje, nieopatrznie wyraża łamiącą serce bezbronność. Mężczyzna wstaje, podchodzi do wykuszowego okna i opiera się o okiennice, wyglądając w ciemność okolicy. Hannah widzi jego twarz tylko z profilu, bladą w kontraście z jego ciemnymi włosami oraz czernią szyby za nim.

Zawsze trudno jej było go zrozumieć w takich chwilach - jest otwarty, jeśli chodzi o wyrażanie radości, ale kiedy odczuwa ból lub strach, starannie skrywa emocje, jakby nie mógł znieść, że ktoś to zobaczy - Hannah przypuszcza, że ma to po ojcu wojskowym, takie reakcje wyniósł też ze szkoły z internatem, w której uczucia okazywali tylko maminsynkowie i mazgaje. Gdyby nie ten ułamek sekundy, kiedy się nie bronił, pomyślałaby, że w ogóle nie usłyszał, co powiedziała. Teraz nie jest pewna, co się kryje pod tą ciszą, za neutralną, uprzejmą maską jego twarzy.

- Will? - pyta go w końcu. - Powiedz coś.

On się odwraca i patrzy na nią, jakby znajdował się gdzieś bardzo daleko.

- Dobrze.

To tylko jedno słowo, ale jego głos brzmi brutalnie, nigdy go jeszcze takim nie słyszała i to nią wstrząsa.

- No. To co jest na kolację? - pyta Will.