Tajny Klub Nietypowych Czarownic - Sangu Mandanna

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Tajny Klub Czarownic spotykał się w trzeci czwartek co trzeciego miesiąca. Termin zgromadzeń był stały, w przeciwieństwie do lokalizacji. Członkinie Klubu nigdy nie umawiały się dwa razy w tym samym miejscu. Ostatnio widziały się w salonie Belindy Nkali przy świeżych bułeczkach. A jeszcze wcześniej w ogrodzie Agathy Jones w promieniach zachodzącego słońca. To spotkanie, w zimne i mokre październikowe popołudnie, odbywało się na małym opustoszałym molo na Hebrydach Zewnętrznych.

Molo. Na Hebrydach Zewnętrznych. W październiku.

Oczywiście nie nazywały się Tajnym Klubem Czarownic. Wcale nie miały nazwy. Dlatego Mika Moon sama postanowiła ją dla nich wymyślić. Z kilku nazw wybrała dwie: Liga Niezwykłych Czarownic oraz Tajny Klub Czarownic. Postawiła na tę drugą.

Nazwy miały zirytować czcigodną Primrose, najstarszą przywódczynię grupy, która chyba sama powierzyła sobie to stanowisko ze sto lat temu albo jeszcze dawniej. (Tu Mika mogła przesadzić, ponieważ nikt nie potrafił określić wieku Primrose, a ona sama nigdy go nie zdradziła).

Teraz, skulona i okutana połami płaszcza, Mika kołysała się niecierpliwie na piętach w oczekiwaniu na dwadzieścia pozostałych czarownic. To kolejna rzecz, która prawie nigdy się nie zmieniała: liczebność ich grupy. Mika była jedną z najmłodszych nabytków w kręgu-który-wcale-nie-tworzył-klubu, a należała do niego prawie od dziesięciu lat, co oznaczało, że upłynął szmat czasu, odkąd powitano w jego szeregach kogoś nowego. Nie znaczyło to jednak, że w całej Wielkiej Brytanii było tylko dwadzieścia jeden dorosłych czarownic. Czarownice spotykało się rzadko, to oczywiste, Mika wiedziała jednak, że gdzieś w kraju żyją inne, podobne do nich. Primrose, która sama wzięła na siebie wyszukiwanie i zapraszanie nowych czarownic do ich nieklubu, wspomniała kiedyś, że niektóre latami jej odmawiały.

Mika nie wierzyła, że ktoś potrafi oprzeć się perswazjom Primrose (nieprzychylna jej osoba porównałaby je raczej do dystyngowanego nękania), mimo to pocieszała ją świadomość, że ich mała grupka moknąca na nabrzeżu nie jest jedyna.

Nie żeby liczba czarownic miała znaczenie. I tak mogły z sobą rozmawiać tylko podczas tych spotkań. Primrose Beatrice Everly nie śmiała dyktować im, jak żyć (tak przynajmniej deklarowała), ale stanowczo twierdziła, że Zasady służą ich bezpieczeństwu i dlatego należy ich bezwzględnie przestrzegać. Nadmiar niekontrolowanej magii w jednym miejscu, mawiała, przyciągnie uwagę. Dla dobra swojego i reszty musiały żyć osobno. Nie mogły się ze sobą kontaktować, odwiedzać się, pisać do siebie, mailować - słowem, nie mogły robić nic, co doprowadziłoby postronnych od jednej czarownicy do drugiej.

(Primrose była oczywiście wyjątkiem od Zasady. Mika sądziła, że to jeden z wielu przywilejów bycia najstarszą, najpotężniejszą i najbardziej apodyktyczną).

Wskutek tego do zaspokojenia poczucia wspólnoty i siostrzeństwa musiały im wystarczyć krótkie godziny cotrzymiesięcznych spotkań, przez co owa wspólnota jawiła się zaiste dość mgliście.

Deszcz siąpił nieprzerwanie z ołowianego nieba. Primrose odchrząknęła.

- Jak się macie, moje drogie? - zagaiła.

- Mokro. - Mika nie oparła się pokusie drobnej złośliwości.

- Twoja uwaga została odnotowana, dziecinko - odparła niewzruszenie Primrose.

- Udajemy dyskusyjny klub książki, Primrose - powiedziała rozdrażniona Mika. - Nie musimy ukrywać się na odludziu! Czemu nie mogłyśmy spotkać się przy pieprzonej kawie w lokalu z ogrzewaniem?

- Ja przykładowo uważam, że nasze bezpieczeństwo jest cenniejsze od naszej wygody - stwierdziła Primrose, po czym uderzyła w najczulsze miejsce. - Ale patrząc na twój wysoce nieodpowiedni sposób spędzania czasu, moja droga, nie jestem w najmniejszym stopniu zaskoczona, że wyrażasz odmienne zdanie.

Mika westchnęła. Primrose trafiła w punkt.

Trzydziestojednoletnia Mika była młodą czarownicą w kręgu, gdzie przeważały starsze wiekiem. Wprawdzie nie dysponowała formularzem z danymi czarownic, jednak była niemal pewna, że ona, Hilda Kim i Sophie Clarke jako jedyne nie mają jeszcze czterdziestki, dlatego może powinna czuć się bardziej dotknięta docinkiem Primrose, niż faktycznie się czuła. Tak naprawdę znała Primrose o wiele lepiej niż większość zgromadzonych tu czarownic, gdyż odkąd sięgała pamięcią, łączyła je dość burzliwa relacja.

Prawdziwy problem polegał na tym, że czarownice zawsze są sierotami. Według Primrose działo się tak z powodu źle działającego zaklęcia z przeszłości. Mika była pewna, że ta opowieść to wytwór wyobraźni Primrose, ale sama nie miała lepszego wyjaśnienia, fakt bowiem pozostawał faktem: niedługo po urodzeniu każda czarownica zostawała sierotą. Nieważne, gdzie przyszła na świat, śmierć rodziców - czy to z powodu pozornie błahej choroby, czy wypadku - była nieunikniona. Niektóre czarownice brali na wychowanie dziadkowie, inne dalsi krewni, a one dopiero z czasem odkrywały swoje nadprzyrodzone moce. O ile nie używały tego daru nieostrożnie, mogły wieść w miarę normalne życie.

Istniały jednak inne, wśród nich Mika, które były córkami czarownic. Niektóre z nich, jak Mika, były także wnuczkami czarownic. Należały do wyjątków. Większość czarownic, boleśnie świadoma wiszącego nad nimi fatum, rezygnowała z macierzyństwa.

Kiedy Mika Moon, osierocona córka osieroconej córki sieroty trafiła pod opiekę przeciążonej pracą opiekunki społecznej w Indiach na początku lat dziewięćdziesiątych, Primrose znalazła ją, przywiozła do Anglii i umieściła w idealnie odpowiednim domu z idealnie odpowiednimi nianiami.

Tego Mika oczywiście nie pamiętała, zachowała jednak w pamięci dorastanie pod skrzydłami niań i nauczycieli różnej płci, różnego pochodzenia etnicznego i różnych temperamentów, którzy mogli zostać tylko do chwili, kiedy dostrzegli w niej coś magicznego (na ogół dość szybko), po czym byli zastępowani innymi. I tak Mika pamiętała zarówno pyszne jedzenie, ciepłe łóżko i mnóstwo książek do dyspozycji, jak i deficyt towarzystwa innych ludzi oraz miłości.

Pamiętała też Primrose, która odwiedzała ją od czasu do czasu, zwykle po to, żeby zatrudnić nowego opiekuna albo przypomnieć jej o Zasadach. Stąd mieszane uczucia Miki wobec Primrose. Z jednej strony była wdzięczna za to, że starsza czarownica zapewniła jej bezpieczeństwo, z drugiej jednak gniewała ją nieregularna obecność tak autokratycznej figury w jej życiu. Kiedy osiągnęła pełnoletniość, nianie i nauczyciele odeszli, a Mika odrzuciła propozycję Primrose, by pozostać w domu. Wyprowadziła się i przez trzynaście kolejnych lat przeważnie widywała Primrose w każdy trzeci czwartek co trzeciego miesiąca.

Sądziła, że Primrose nie pochwala jej postępowania, choć nigdy też nie okazywała jawnej dezaprobaty. Przynajmniej do ubiegłego roku, kiedy to Mika zaczęła wrzucać filmiki wideo na swoje konta w mediach społecznościowych.

Czarodziejskie wideo.

Stąd ich konflikt.

Primrose chwilowo odpuściła.

- Czy któraś z was ma jakiś kłopot? - Powiodła wzrokiem po twarzach zgromadzonych.

- Trudno mi ukrywać przed narzeczoną prawdę o mojej magii - odezwała się Hilda Kim. - Czuję, jakbym skrywała przed nią zbyt wiele siebie samej, i źle mi z tym.

- Zawsze możesz spróbować nie wziąć ślubu - odparła cierpko Primrose, która uważała, że obowiązkiem każdej z nich jest poświęcenie w imię wyższego dobra. - Podczas gdy ty będziesz nad tym dumać - dodała, kiedy Hilda otworzyła usta i zaraz je zamknęła, jakby postanowiła jeszcze raz przemyśleć swoje słowa - czy któraś ma prawdziwy kłopot? Dociekliwe pytania wścibskich sąsiadów? Niekontrolowane napady magii?

Odpowiedzią było wzruszenie ramion i kręcenie głową. Primrose powiodła świdrującym wzrokiem po twarzach czarownic, zatrzymując się nieco dłużej - za długo - na twarzy Miki. Wyglądała na zawiedzioną, gdy odpowiedziało jej milczenie, jakby żałowała straconej okazji do udzielenia ostrej reprymendy za nieostrożność.

- W takim razie - ciągnęła, a w jej rękach pojawiła się nieoczekiwanie opasła księga zaklęć - czy któraś podzieli się nowymi zaklęciami?

Pojawiło się kilka nowych: zaklęcie na spokojniejszy sen, magiczny napój, pod wpływem którego kocie futerko barwi się na różowo (tylko kocie i tylko na różowo), zaklęcie ułatwiające odnajdywanie zguby oraz zaklęcie na natychmiastowe pozbycie się sińców pod oczami. (Usłyszawszy to ostatnie, Primrose, która gromadziła zaklęcia, jak smok gromadzi złoto, nie ukrywała irytacji, że pierwsza na to nie wpadła).

Kiedy część poświęcona zaklęciom dobiegła końca, Primrose chrząknęła.

- A teraz, czy któraś ma wieści, którymi chce się podzielić? - spytała.

- Cóż szkodzi obwieścić, że czas na plotki, Primrose - rzuciła wesoło Mika. - Wszystkie wiemy, co następuje po zaklęciach.

- Czarownice nie plotkują - żachnęła się Primrose.

Oczywiście mijała się z prawdą, ponieważ nadchodziła właśnie sesja ploteczek.

- Mój były mąż chciał do mnie wrócić w zeszłym tygodniu - oznajmiła Belinda Nkala, czarownica po czterdziestce, która nie tolerowała cudzej głupoty. - Kiedy kazałam mu iść precz, powiedział, że bez niego jestem nikim. A potem sobie poszedł - dodała spokojnie. - Obawiam się jednak, że przez kilka tygodni będzie mu doskwierał niewytłumaczalny świąd genitaliów.

Część czarownic wybuchnęła śmiechem, lecz Priomrose zacisnęła usta.

- A czy ty ostatnio stosowałaś takie tanie sztuczki, Miko?

- Litości, Primrose, a co ja mam z tym wspólnego?

- To uzasadnione pytanie, skarbie. Ty lubisz ryzyko.

- Setny raz powtarzam - zaczęła Mika, gotując się ze złości - że wrzucam do sieci filmiki, na których udaję czarownicę. To tylko gra. - Primrose uniosła brwi. Mika odpowiedziała tym samym. - Setki ludzi robią to samo, wiesz? Ten trend jest bardzo popularny!

- Witchcore - odezwała się Hilda, kiwając głową i przybierając mądrą minę. - Nie tak popularny jak cottagecore czy fairycore, ale faktycznie jest zauważalny.

Zgromadzone czarownice wlepiły w nią wzrok.

- Nie wiedziałam, że wróżki są prawdziwe! - krzyknęła Agatha Jones, prawie tak wiekowa jak Primrose. Wierzyła, że do wszystkich młodych ludzi należy krzyczeć, gdyż inaczej nie zrozumieją jej wypowiedzi. - I ciekawe, co jeszcze!

- Widzisz, Primrose? - ciągnęła Mika, ignorując to zamieszanie. - Ludzie ciągle mówią o sobie per czarownice. Nie narażam na niebezpieczeństwo ani siebie, ani was. Nikt, kto ogląda moje filmiki, nie widzi we mnie prawdziwej czarownicy.

Na nieszczęście dla niej w tym samym momencie, kilkaset kilometrów dalej, w dużym domu stojącym w spokojnym, acz wietrznym zakątku wiejskiej okolicy Norfolk, chudy staruszek w długim tęczowym szalu i niemożebnie puchatych kapciach powiedział coś zupełnie odwrotnego.

- Wykluczone!

To słowo padło z ust Jamiego, zachmurzonego bibliotekarza, który nie był owym chudym staruszkiem w szalu i kapciach. Chudy staruszek miał na imię Ian. Trzecią osobą w bibliotece była Lucie, tutejsza gospodyni, pulchna i pucołowata kobieta po pięćdziesiątce, która westchnęła, jakby wiedziała, w którą stronę zmierza ten spór. (Naprawdę wiedziała i miała absolutną rację).

Ian wygładził koniec swojego szala i niskim głosem, którym przez dekady czarował widzów w wielu małych teatrach, odpowiedział:

- Nie utrudniaj, mój drogi. To do ciebie niepodobne.

Jamiego nie poruszył ten krytyczny komentarz.

- Nie mów, że na serio bierzesz pod uwagę sprowadzenie tego - dźgnął palcem błyszczącą twarz na wyświetlaczu telefonu Iana - do domu?

- A dlaczego nie? - spytał Ian.

- Przede wszystkim dlatego, że ona nie może być prawdziwą czarownicą - odparł gniewnie Jamie. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Prawie zawsze mówił gniewnym tonem. - Jaka czarownica popisywałaby się swoją magią na platformie z milionami odbiorców?

Gdyby Mika słyszała tę rozmowę, byłaby zachwycona tymi słowami, ale Iana nie nabrała na swój podwójny blef.

- To prawdziwa czarownica - upierał się Ian.

- Niby skąd to wiesz?

- Jestem wyjątkowo spostrzegawczy. Obejrzyj fragment tego wideo. - Ian zamachał telefonem jak kolorowym lizakiem przed oczami małego dziecka. - Minuta. O nic więcej nie proszę.

Jamie nie podążył spojrzeniem za telefonem, skrzyżował jednak ramiona na piersi i oparł się o biurko, żeby zajrzeć Ianowi przez ramię. Ten zaś radośnie stuknął palcem w ekran, żeby włączyć wideo.

Kobieta na nagraniu miała około trzydziestki. Była ładna, jak przystało na osobę o błyszczących oczach i wesołym uśmiechu. Jamie zmrużył oczy, usiłując odgadnąć, co przykuło uwagę Iana. Nic w tej kobiecie nie wydawało się nadzwyczajne. Miała ciemnobrązowe włosy, długie, wijące się i opadające luźno na odkryte ramiona. Brązowe oczy, wielkie jak u sarny, okolone gęstymi czarnymi rzęsami, mrugały radośnie na mieniącej się twarzy, pokrytej warstewką jakiegoś połyskliwego pudru, pewnie po to, by przydać jej bardziej nieziemskiego wyglądu. Zdecydowanie nie była biała, ale nie potrafił jednoznacznie określić jej przynależności etnicznej. Miała skórę w brzoskwiniowobrązowawozłotawym odcieniu, ale może to tylko brokat dawał takie złudzenie. Imię w górnym rogu ekranu - @MikaMoon - też niczego nie rozjaśniło.

- Sekret polega na tym - mówiła z figlarnym uśmiechem - żeby zebrać blask księżyca punktualnie dwie minuty po północy. - Miała angielski akcent, ale Jamie nie umiał przypisać go do żadnej części kraju. Młoda kobieta uniosła miskę z płynnym srebrem. - Nabierzcie łyżeczkę zebranego blasku księżyca - ciągnęła, mieszając srebrzystą substancję szklaną łyżką, która dzwoniła dźwięcznie o ścianki naczynia - i dodajcie do kotła.

Kiedy przelała domniemany blask księżyca z łyżeczki do kotła, ze środka wyleciał snop drobnych iskier, które zatańczyły w powietrzu niczym świetliki, po czym zgasły.

- I oto jest! - oznajmiła triumfalnie. - Doskonały eliksir na zranione serce.

Ian zatrzymał nagranie. Jamie spojrzał na niego zdezorientowany.

- Mam się zachwycać efektami specjalnymi w kotle? Gadaniną o zranionym sercu?

Ian uśmiechnął się drwiąco.

- Kocioł? Nie, kocioł mnie nie interesuje. Ona mnie interesuje. Nie widzisz tego? Ona aż promienieje od magii.

Na te słowa odezwała się milcząca dotąd Lucie.

- Mówisz swoim scenicznym głosem, kochany - zauważyła rzeczowo, klepiąc dłoń Iana. - Na Jamiego to nigdy nie działa. Ale - i tu zwróciła się do bibliotekarza - uważam, że powinniśmy wysłuchać Iana. Wiesz, że ma do tego nosa. Skoro twierdzi, że to czarownica, pewnie tak jest.

- Widzisz? - rzucił Ian, niezmiernie z siebie zadowolony. - Ona byłaby idealna!

- Ianie! - Jamie nie krył sceptycyzmu. - Nawet jeśli to naprawdę czarownica, jej twarz jest w całym tym przeklętym internecie! Ryzyko...

Przewracając oczami tak teatralnie, że omal nie uciekły mu w tył głowy, Ian rzekł:

- Ona ma czternaście tysięcy obserwujących. Ja jestem bardziej znany od niej i moja obecność jakoś ci nie przeszkadza. Oczywiście - dodał szybko na wypadek, gdyby Jamie zechciał zaprzeczyć - postawimy sprawę jasno: jeśli ona tu przyjedzie, ani Dom na Odludziu, ani dziewczynki nie mogą pojawić się na jej nagraniach.

- A skąd myśl, że ten leśny duszek zechce do nas dołączyć?

- Nie dowiemy się, jeśli nie spytamy.

Lucie wstała, wyraźnie zmęczona tą wymianą zdań.

- To może rozstrzygnąć tylko głosowanie - powiedziała.

Ian wzruszył ramionami.

- Do tego potrzebujemy mojego męża, czyż nie?

- Ken już pewnie zagonił dziewczynki do łóżek - odparła Lucie. - Przyprowadzę go.

- W przypadku remisu ja mam decydujący głos - przypomniał im Jamie.

- O ile będzie remis, mój drogi - skwitował Ian.

Drzwi biblioteki zamknęły się z trzaskiem po wyjściu Lucie. Zaciskając zęby, Jamie kursował wzdłuż rzędów starych drewnianych półek i odkładał książki na miejsce. Biblioteka w Domu na Odludziu została dobudowana przed pięćdziesięcioma laty. Była piękna. Miała duże okna i spiralne schody wiodące na piętro, mieściła mnóstwo książek, manuskryptów i globusów. Z okien po jednej stronie rozpościerał się widok na wydmy i morze, z okien po drugiej - na drzewa, huśtawkę i kępy lawendy w ogrodzie od frontu.

To było ukochane miejsce na ziemi Jamiego, ale w tej chwili nie umiał się nim cieszyć. Zbyt pochłonęły go ponure przewidywania, jak ich sekrety stopniowo wychodzą na jaw i nadchodzi kres ich dotychczasowego życia.

Obszedłszy całą bibliotekę, zastał Iana w tym samym miejscu, w którym go zostawił. Znowu oglądał nagranie.

- Szkoda, że nie widzisz tego co ja - powiedział z lekkim smutkiem w głosie. - Otacza ją aura magii. Jakby stała w ogniu. Zupełnie jak dziewczynki.

Jamie kochał Iana, ale ten zachowywał się, jakby wyszedł wprost z tomu poezji i nikt nie mógł go tam odesłać.

- Skoro dla mnie żadna z dziewczynek nie wygląda, jakby stała w ogniu, Ianie - odparł cierpko - to twoje objaśnienie niewiele mi daje. Poza tym nieważne, czy ona jest czarownicą. Sprowadzanie tu kogoś nowego to za duże ryzyko.

Ian ścisnął Jamiego za rękę.

- Nie mamy innych pomysłów, Jamesie. Kończy nam się czas.

- Edward...

- Nie chodzi tylko o Edwarda - przerwał mu Ian. - W tej chwili on jest naszym największym problemem, ale ja myślę o tym, co potem. Chodzi też o życie tych dziewczynek. Lillian, nasza kochana Lillian, koncertowo to schrzaniła. Czy takiego życia chcemy dla tych cudownych, kochanych dzieci? Prawie nie opuszczają domu. Mają tylko siebie.

- I nas.

- I nas. - Na chwilę błysk, wiecznie obecny w oczach Iana, przygasł. Meżczyzna wskazał fotografię opartą o stos książek na biurku Jamiego. - Spójrz na nas. Przy najlepszych chęciach nie zdołamy dać dziewczynkom wszystkiego, czego potrzebują. Mam osiemdziesiąt dwa lata. Wiem, jak to jest ukrywać swoje prawdziwe ja. Wiem, jak to jest żyć na marginesie społeczeństwa. Dziewczynki może zawsze będą musiały ukrywać część swojej natury, ale ja nadal chcę, by poszły w świat i żyły. Potrzebują kogoś, kto wie, jak to jest być, wyglądać i czuć jak one; kto im pokaże, jak odważnie i bezpiecznie wytyczać kurs przez resztę życia.

- Wiem o tym - odparł szorstko Jamie. - Wiem, Ianie - powtórzył. - Ale to może zaczekać, póki nie załatwimy sprawy z Edwardem. Poza tym zdanie się na pomoc tej domniemanej czarownicy to wielkie ryzyko. Nie ma gwarancji, że się opłaci.

- Jeśli nie masz lepszego pomysłu, ona jest szansą, której nie możemy stracić.

Kiedy Lucie wróciła do biblioteki z Kenem, głosowanie okazało się już niepotrzebne. Pozostało im tylko ustalenie, jak przekonać Mikę Moon do przyjazdu do Domu na Odludziu. (Ian chciał przesłać jej wiadomość, która zaczynałaby się od słów POSZUKIWANA CZAROWNICA. Czuł, że to sformułowanie ma należyty wydźwięk. Pozostali nie wyrazili jednak zgody).

Tymczasem w odległej Szkocji Mika ciągle dygotała na mokrym nabrzeżu, nieświadoma tego, że niebawem jej świat stanie na głowie.