The Brothers Hawthorne. Bracia Hawthorneowie. The Inheritance Games. Tom IV - Jennifer Lynn Barnes

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (31,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 4

GRAY­SON

Upły­nęło kilka lat, od­kąd Gray­son ostatni raz po­sta­wił stopę w Lon­dy­nie, lecz miesz­ka­nie wy­glą­dało do­kład­nie tak samo - ta sama za­byt­kowa fa­sada, to samo no­wo­cze­sne wnę­trze, te same bliź­nia­cze ta­rasy, te same zna­ko­mite wi­doki. Ci sami czte­rej bra­cia za­chwy­ca­jący się nimi.

Sto­jący koło Gray­sona Ja­me­son uniósł py­ta­jąco brwi i zer­k­nął na Na­sha.

- Co to za na­gła sy­tu­acja, kow­boju?

Gray­son za­sta­na­wiał się nad tym sa­mym. Nash pra­wie ni­gdy nie uży­wał kodu 911.

- Taka. - Naj­star­szy z braci pod­niósł ze sto­lika o szkla­nym bla­cie obitą ak­sa­mi­tem szka­tułkę.

Gray­son po­czuł na­gle, że nie jest zdolny na­wet mru­gnąć, gdy Nash otwo­rzył wieczko, pod któ­rym uka­zało się zdu­mie­wa­jące cudo - osa­dzony w pla­ty­nie czarny opal w oto­cze­niu mi­ster­nych dia­men­to­wych płat­ków. Barwne dro­binki wi­doczne w ka­mie­niu dzia­łały elek­try­zu­jąco, przed­miot za­chwy­cał nie­zrów­na­nym wy­ko­na­niem.

- Bu­nia mi go dała - po­wie­dział Nash. - Na­le­żał do na­szej babci.

Nash jako je­dyny miał ja­kieś wspo­mnie­nia do­ty­czące Alice Haw­thorne, która zmarła jesz­cze przed na­ro­dzi­nami po­zo­sta­łych braci.

- To nie był jej pier­ścio­nek za­rę­czy­nowy ani ślubny - tłu­ma­czył z tek­sań­skim za­śpie­wem Nash. - Ale Bu­nia po­my­ślała, że bę­dzie pa­so­wał do Lib. - Po­chy­lił lekko głowę. - Wła­śnie w tym celu was we­zwa­łem.

"Lib, czyli Libby Grambs", part­nerka Na­sha, sio­stra Avery. Gray­son po­czuł, że od­dech uwiązł mu w gar­dle.

- A więc na­sza pra­babka dała ci pier­ścio­nek dla Libby - pod­su­mo­wał Xan­der. - I na tym po­lega twój pro­blem?

- Tak - po­wie­dział Nash.

Gray­son wes­tchnął.

- Bo nie je­steś go­towy.

Nash uniósł głowę i na jego twa­rzy po­woli za­kwitł prze­wrotny uśmiech.

- Bo już ku­pi­łem inny.

Po­ło­żył na stole drugą szka­tułkę. Mię­śnie na że­brach Gray­sona na­pięły się je­den po dru­gim, cho­ciaż na­wet on sam nie wie­dział, dla­czego.

Ja­me­son, który za­stygł w nie­na­tu­ral­nym bez­ru­chu, gdy zo­ba­czył pier­ścio­nek, rap­tem wy­rwał się z transu i otwo­rzył drugą szka­tułkę. Była pu­sta.

"Nash już się oświad­czył. Za­rę­czył się z Libby". Ta myśl ude­rzyła Gray­sona ze zdu­mie­wa­jącą mocą. "To wszystko zmie­nia". Była to nie­po­trzebna kon­klu­zja - oczy­wi­sta i spóź­niona. Ich dzia­dek już nie żył. Zo­stali wy­dzie­dzi­czeni. Wszystko już zdą­żyło się zmie­nić. Nash był z Libby. Ja­me­son był z Avery. Na­wet Xan­der miał Max.

- Na­shu We­st­bro­oku Haw­thorne! - huk­nął Xan­der. - Przy­go­tuj się na pe­łen wi­goru, od­świętny uścisk wy­ra­ża­jący mę­ską ra­dość!

Xan­der nie dał Na­showi czasu na przy­go­to­wa­nie się, lecz od razu rzu­cił się ści­skać go, wie­szać się na nim, mię­to­sić i pró­bo­wać go unieść w górę. Ja­me­son do­łą­czył do tych za­pa­sów, a Gray­son zmu­sił się do za­po­mnie­nia na chwilę o wszyst­kim in­nym i za­ci­snął dłoń na ra­mie­niu Na­sha - po czym po­cią­gnął go w tył.

Je­den prze­ciwko trzem. Nash nie miał naj­mniej­szej szansy.

- Spon­ta­niczny wie­czór ka­wa­ler­ski! - ogło­sił Ja­me­son, kiedy wszy­scy czte­rej w końcu się roz­dzie­lili. - Daj­cie mi go­dzinę.

- Po­cze­kaj! - Nash uniósł dłoń, a po­tem w ślad za tą pierw­szą de­mon­stra­cją star­szeń­stwa w ro­dzi­nie rzu­cił dru­gie po­le­ce­nie: - Wróć. - Ja­me­son po­słu­chał ko­mendy i Nash przy­gwoź­dził go wzro­kiem. - Pla­nu­jesz zła­mać ja­kieś prawo albo prze­pisy, Ja­mie? Bo ostat­nio tro­chę cię nosi.

O ile Gray­son się orien­to­wał, zda­rzył się pe­wien wy­pa­dek w Mo­nako, póź­niej w Be­lize...

Ja­me­son wzru­szył nie­znacz­nie ra­mio­nami.

- Znasz po­wie­dze­nie, Nash, że skoro nie ma za­rzu­tów, to nie było szkody.

- Jest ta­kie po­wie­dze­nie? - za­py­tał Nash zwod­ni­czo ła­god­nym to­nem.

Wtem Gray­son zo­rien­to­wał się, że nie wia­domo dla­czego wzrok Na­sha spo­czął na nim.

"Co zro­bi­łem?". Oczy Gray­sona in­stynk­tow­nie się zwę­ziły.

- Nie zwo­ła­łeś nas tu­taj dla­tego, że to ty masz pro­blem.

Nash od­wza­jem­nił jego spoj­rze­nie.

- Chcesz mi za­rzu­cić, Gray, że za­cho­wuję się jak kwoka?

- Ta­kie słowa zwia­stują bi­ja­tykę - rzu­cił ra­do­śnie Xan­der, któ­rego wy­raź­nie uszczę­śli­wiła ta wi­zja.

Nash ostatni raz zmie­rzył wzro­kiem Gray­sona, a po­tem zwró­cił się do Ja­me­sona.

- Niech bę­dzie spon­ta­niczny wie­czór ka­wa­ler­ski - przy­stał na jego po­mysł. - Ale Gray i Xan po­mogą ci go zor­ga­ni­zo­wać... I obo­wią­zują za­sady domku na drze­wie.

Co się dzieje w domku na drze­wie, zo­staje w domku na drze­wie.

ROZ­DZIAŁ 2

JA­ME­SON

Ryk wo­do­spadu. Mgiełka uno­sząca się w po­wie­trzu. Przy­wie­ra­jące do jego ciała plecy Avery. Ja­me­son Win­che­ster Haw­thorne był wy­głod­niały - tego, jej, ab­so­lut­nie wszyst­kiego i jesz­cze wię­cej.

Igu­açu to naj­więk­szy na świe­cie kom­pleks wo­do­spa­dów. Kładka, na któ­rej stali, do­pro­wa­dziła ich na sam skraj nie­sa­mo­wi­tego uskoku. Sto­jąc nad wo­do­spa­dem, Ja­me­son czuł zew jesz­cze więk­szego ry­zyka. Przyj­rzał się ba­rierce.

- Chcesz mi rzu­cić wy­zwa­nie? - za­py­tał pół­gło­sem z ustami we wło­sach Avery.

Dziew­czyna się­gnęła w tył, sta­ra­jąc się do­tknąć jego pod­bródka.

- Wy­bij to so­bie z głowy.

Usta Ja­me­sona wy­gięły się w łuk - w pro­wo­ku­jący, szel­mow­ski uśmie­szek.

- Może i masz ra­cję, dzie­dziczko.

Avery ob­ró­ciła głowę i na­po­tkała jego wzrok.

- Może?

Ja­me­son znowu zer­k­nął na wo­do­spad. "Nie­po­wstrzy­many. Za­ka­zany. Śmier­tel­nie nie­bez­pieczny".

- Może.

Miesz­kali w dżun­gli, w willi zbu­do­wa­nej na pa­lach. W pro­mie­niu wielu ki­lo­me­trów nie było ni­kogo in­nego - tylko ich dwoje, od­dział ochrony Avery i ja­gu­ary ry­czące w od­dali.

Ja­me­son po­czuł, że Avery się zbliża, jesz­cze za­nim ją usły­szał.

- Orzeł czy reszka? - Avery wsparła się o ba­lu­stradę, trzy­ma­jąc na dłoni mo­netę z brązu i sre­bra.

Ko­smyki jej brą­zo­wych wło­sów wy­sy­py­wały się z ku­cyka, ko­szula z dłu­gimi rę­ka­wami wciąż była wil­gotna po spa­ce­rze przy wo­do­spa­dach.

Ja­me­son uniósł dłoń do gumki ścią­ga­ją­cej jej włosy, wolno ją zsu­nął i roz­pu­ścił je. "Orzeł czy reszka" było za­pro­sze­niem. Wy­zwa­niem. "Po­ca­łu­jesz mnie czy ja mam po­ca­ło­wać cie­bie?".

- Wy­bór na­leży do kru­piera.

- Skoro je­stem kru­pie­rem... - Avery przy­ło­żyła dłoń do jego piersi, a jej wzrok na­ka­zy­wał mu zro­bić coś w spra­wie prze­mo­czo­nej ko­szuli, którą miała na so­bie. - Będą nam po­trzebne karty.

"Ileż to rze­czy można zro­bić z po­mocą ta­lii kart!" - po­my­ślał Ja­me­son. Nie zdą­żył jed­nak prze­ło­żyć tych ku­szą­cych moż­li­wo­ści na słowa, bo za­brzę­czał jego te­le­fon sa­te­li­tarny. Tylko pięć osób znało ten nu­mer - jego bra­cia, sio­stra Avery oraz jej praw­niczka. Ja­me­son jęk­nął.

Ese­mesa wy­słał Nash. Dzie­więć se­kund póź­niej za­dzwo­nił te­le­fon. Ja­me­son ode­brał po­łą­cze­nie.

- Jak za­wsze wy­bra­łeś naj­lep­szy mo­ment, Gray.

- Do­my­ślam się, że do­sta­łeś ese­mesa od Na­sha, prawda?

- Po­trze­buje nas. Chyba nie za­mie­rzasz znowu się urwać? - za­py­tał po­dejrz­li­wie Ja­me­son.

Każdy z braci Haw­thorne'ów mógł raz w roku po­słu­żyć się ko­dem 911. Kod ten ozna­czał nie tyle alarm, ile: "chcę, żeby wszy­scy się u mnie sta­wili", a gdy je­den z braci wy­sy­łał ta­kiego ese­mesa, reszta nie za­da­jąc żad­nych py­tań, ru­szała do niego. Zi­gno­ro­wa­nie kodu 911 gro­ziło... hm, kon­se­kwen­cjami.

- Je­śli pi­śniesz choćby słowo na te­mat skó­rza­nych spodni... - wy­ce­dził Gray­son - to...

- Do­brze sły­sza­łem, że wspo­mnia­łeś o skó­rza­nych spodniach? - Ja­me­son świet­nie się ba­wił. - Coś nam prze­rywa, Gray. Pro­si­łeś, że­bym ci wy­słał zdję­cie tam­tych nie­sa­mo­wi­cie ob­ci­słych skó­rza­nych spodni, które mu­sia­łeś no­sić po tym, jak zi­gno­ro­wa­łeś kod dzie­więć je­den je­den?

- Nie wy­sy­łaj mi zdję­cia...

- Aha, no to fil­mik? - za­py­tał gło­śno Ja­me­son. - Mó­wisz, że chcesz na­gra­nie z two­jego wy­stępu ka­ra­oke w tych skó­rza­nych spodniach?

Avery za­brała mu ko­mórkę. Wie­działa rów­nie do­brze jak Ja­me­son, że nikt nie zi­gno­ruje we­zwa­nia wy­sła­nego przez Na­sha, a ona nie miała w zwy­czaju znę­cać się nad żad­nym z braci.

- To ja, Gray­son. - Avery też prze­czy­tała ese­mesa od Na­sha. - Do zo­ba­cze­nia w Lon­dy­nie.

ROZ­DZIAŁ 3

JA­ME­SON

W środku nocy Ja­me­son po­pa­trzył za okno pry­wat­nego sa­mo­lotu. Avery za­snęła z głową wspartą na jego piersi. Z przodu, bli­żej ka­biny pi­lo­tów, sie­dzieli w mil­cze­niu Oren z resztą od­działu ochrony.

Mil­cze­nie i ci­sza za­wsze wpro­wa­dzała Ja­me­sona w ner­wowy na­strój, tak samo jak bez­ruch. Pew­nego dnia Skye stwier­dziła, że nie zo­stała stwo­rzona do in­er­cji, a Ja­me­son wpraw­dzie nie zno­sił do­strze­gać u sie­bie po­do­bieństw do swo­jej wy­rod­nej matki, któ­rej zda­rzało się wy­ka­zy­wać wręcz mor­der­cze za­pędy, ale wie­dział, co miała na my­śli.

W ciągu ostat­nich kilku ty­go­dni to uczu­cie do­skwie­rało mu jesz­cze bar­dziej. Od wi­zyty w Pra­dze. Pu­ścił w nie­pa­mięć to nie­chciane wspo­mnie­nie, ale w nocy, kiedy nic nie mo­gło od­wró­cić jego uwagi, trudno było nie ulec po­ku­sie my­śle­nia o tym, po­dą­że­nia za sy­re­nim śpie­wem ku ry­zyku i ta­jem­nicy wy­ma­ga­ją­cej roz­wią­za­nia.

- Znowu wi­dzę u cie­bie tę minę.

Ja­me­son po­gła­dził dło­nią włosy Avery. Dziew­czyna na­dal trzy­mała głowę na jego piersi, ale miała otwarte oczy.

- Jaką minę? - za­py­tał ci­cho.

- Tę na­szą.

Umysł Avery - tak samo jak jego - był wręcz stwo­rzony do roz­wią­zy­wa­nia za­ga­dek. Wła­śnie dla­tego Ja­me­son nie mógł ry­zy­ko­wać pod­da­wa­nia się ci­szy i bez­ru­chowi - mu­siał non stop czymś się zaj­mo­wać. Bo gdyby na­prawdę po­zwo­lił so­bie na my­śli o Pra­dze, na­brałby ochoty, żeby o tym opo­wie­dzieć, a gdyby opo­wie­dział, tamta hi­sto­ria na­bra­łaby rze­czy­wi­stego wy­miaru. Oba­wiał się zaś, że gdyby stała się re­alna, to już nic nie zdo­ła­łoby od­wró­cić jego uwagi na tyle, by go po­wstrzy­mać przed ry­zy­kiem, jak­kol­wiek bra­wu­rowe czy też nie­bez­pieczne mia­łoby być jego pod­ję­cie.

Ja­me­son ufał bez­gra­nicz­nie Avery, ale nie za­wsze mógł ufać so­bie, że po­stąpi wła­ści­wie. Roz­trop­nie. I bez­piecz­nie.

"Nie mów jej". Ja­me­son wy­sił­kiem woli skie­ro­wał swoje my­śli na inny te­mat, wy­parł z umy­słu Pragę.

- Przej­rza­łaś mnie, dzie­dziczko. - Je­dy­nym spo­so­bem na ukry­cie prawdy przed Avery było wska­za­nie jej cze­goś in­nego. Ale rów­nie praw­dzi­wego. Zmy­le­nie dróg. - Koń­czy się moja prze­rwa w na­uce.

- Roz­piera cię dziwna ener­gia. - Avery unio­sła głowę nad jego pier­sią. - Już od kilku mie­sięcy. Pod­czas tej po­dróży nie było to aż tak od­czu­walne, ale za każ­dym ra­zem, kiedy ja zaj­muję się pracą...

- Chcę... - Ja­me­son za­mknął oczy i wró­ciła do niego scena przy wo­do­spa­dzie, ryk wody i to, jak oce­niał, na ile sku­teczną prze­szkodą by­łaby dla niego ba­rierka. - Nie wiem, czego chcę. Cze­goś. - Wyj­rzał za okno w ciem­ność. - Do­ko­ny­wać wiel­kich rze­czy.

Ten im­pe­ra­tyw wy­zna­czał drogę wszyst­kim Haw­thorne'om - i nie cho­dziło je­dy­nie o coś wiel­kiego w zna­cze­niu: bar­dzo do­brego. Mu­siały to być rze­czy czy­nione z ogrom­nym roz­ma­chem, od­ci­ska­jące trwałe piętno i nie­sa­mo­wite. "Jak wo­do­spady".

- Ro­bimy wiel­kie rze­czy - przy­po­mniała mu Avery.

Dla niej jedną z nich było roz­da­nie po­trze­bu­ją­cym mi­liar­dów jego dziadka. Za­mie­rzała zmie­nić świat. "A ja stoję u jej boku. Sły­szę ryk wody. Czuję na so­bie mo­krą mgiełkę". Nie­mniej Ja­me­son nie mógł się po­zbyć na­tręt­nego wra­że­nia, że po­zo­staje na mar­gi­ne­sie wy­da­rzeń.

Nie do­ko­ny­wał ni­czego wiel­kiego. Ni­czego ta­kiego jak Avery. Ani na­wet jak Gray.

- To bę­dzie nasz pierw­szy po­wrót do Eu­ropy - po­wie­działa ci­cho Avery i po­chy­liła się, żeby tak samo jak on po­pa­trzeć na czerń nocy. - Od cza­sów Pragi.

"Cóż za prze­ni­kli­wość, Avery Ky­lie Grambs".

Jego bez­tro­ski uśmiech wy­ma­gał ar­ty­stycz­nych umie­jęt­no­ści.

- Mó­wi­łem ci, dzie­dziczko, że już nie mu­sisz mar­twić się tą Pragą.

- Nie mar­twię się, Haw­thorne. Je­stem po pro­stu cie­kawa. Dla­czego nie chcesz mi po­wie­dzieć, co się zda­rzyło tam­tej nocy? - Avery wie­działa, jak po­słu­gi­wać się mil­cze­niem, żeby osią­gnąć ko­rzy­ści. Każdą pauzą zmu­szała go, by po­świę­cił jej uwagę w stu pro­cen­tach. Spra­wiała, że czuł jej mil­cze­nie ni­czym od­dech na swo­jej skó­rze. - Wró­ci­łeś do domu o świ­cie. Przy­nio­słeś za­pach po­żaru i po­piołu. I ska­le­czy­łeś się. - Przy­ło­żyła dłoń do miej­sca tuż nad oboj­czy­kiem, u pod­stawy szyi. - O, tu­taj.

Gdyby Avery chciała go zmu­sić, żeby wy­śpie­wał całą prawdę, zro­bi­łaby to. Wy­star­czy­łoby jedno krót­kie słowo - "Ta­hiti" - i jego se­kret byłby także jej se­kre­tem. Jed­nak nie za­mie­rzała wy­cią­gać z niego siłą żad­nych ta­jem­nic. Ja­me­son o tym wie­dział i świa­do­mość tego do­pro­wa­dzała go do utraty zmy­słów. Wszystko w tej dziew­czy­nie do­pro­wa­dzało go do utraty zmy­słów - w naj­lep­szym zna­cze­niu tych słów.

"Nie mów jej. Nie myśl o tym. Oprzyj się po­ku­sie".

Ja­me­son zbli­żył usta na cen­ty­metr od jej warg.

- Jak so­bie chcesz, Za­gad­kowa Dziew­czyno - szep­nął. Tem­pe­ra­tura na­gle wzro­sła mię­dzy nimi na wspo­mnie­nie tego prze­zwi­ska, które przy­po­mniało im o in­nym cza­sie w in­nym miej­scu. - Mogę być twoim Za­gad­ko­wym Chło­pa­kiem.

ROZ­DZIAŁ 5

GRAY­SON

Wspólny wie­czór skoń­czył się o trze­ciej nad ra­nem.

- Wspi­naczka lo­dowa, scho­dze­nie na li­nie po fa­sa­dzie wie­żowca, wy­ścigi mo­to­rów­kami, mo­to­ro­wery... - Gray­son wi­dział, że Ja­me­son jest z sie­bie bar­dzo za­do­wo­lony. - Nie mó­wiąc już o klu­bie.

- Moim zda­niem fajna była ta śre­dnio­wieczna krypta - do­dał Xan­der.

Gray­son uniósł brwi.

- Do­my­ślam się, że Nash ba­wiłby się rów­nie do­brze, gdy­by­śmy nie okle­ili go ta­śmą.

Bo­ha­ter wie­czoru zdjął swój ka­pe­lusz kow­boj­ski i wsparł się o ścianę.

- To, co się dzieje w domku na drze­wie, zo­staje w domku na drze­wie. - Jego przy­ci­szony głos przy­po­mniał Gray­so­nowi, że Avery i Libby śpią na pię­trze.

Gray­son po­czuł, że ro­śnie mu gula.

- Gra­tu­la­cje - po­wie­dział do brata.

Szcze­rze mu gra­tu­lo­wał. Ży­cie to cią­głe zmiany. Lu­dzie mu­szą iść wciąż na­przód, na­wet je­żeli on sam nie był do tego zdolny.

Ja­me­son i Xan­der po­wle­kli się do łó­żek, ale Nash za­trzy­mał Gray­sona. Kiedy zo­stali sami, wsu­nął mu coś w dłoń. Szka­tułkę z pier­ścion­kiem. Tym bab­ci­nym z czar­nym opa­lem.

- Weź to, Gray - po­wie­dział.

Gray­son prze­łknął ślinę, emo­cje ści­snęły mu gar­dło.

- Dla­czego ja?

Prze­cież Ja­me­son z oczy­wi­stej przy­czyny był lep­szym kan­dy­da­tem.

- A dla­czego nie, Gray? - Nash po­chy­lił się i ich wzrok skrzy­żo­wał się na tym sa­mym po­zio­mie. - Pew­nego dnia, z kimś... dla­czego nie ty?

Pier­ścio­nek na­dal le­żał w szka­tułce na szafce noc­nej, kiedy Gray­son zbu­dził się po kilku go­dzi­nach snu. "Dla­czego nie ty?".

Dźwi­gnął się z łóżka i szyb­kim ru­chem wło­żył szka­tułkę do skrytki w swoim ba­gażu. Je­śli Nash chciał prze­cho­wać klej­not ro­dowy w bez­piecz­nym miej­scu, to trzeba o niego za­dbać. Ochrona tego, co ważne, była spe­cjal­no­ścią Gray­sona Haw­thorne'a - na­wet wtedy, gdy nie mógł po­zwo­lić so­bie na to, żeby to coś było ważne dla niego.

Avery już wstała i sie­działa na ta­ra­sie, gdzie czę­sto­wała się im­po­nu­ją­cym menu śnia­da­nio­wym.

- Sły­sza­łam, że ubie­głej nocy działy się nie­sa­mo­wite rze­czy.

Po­dała Gray­so­nowi kawę - czarną, go­rącą i wy­peł­nia­jącą ku­bek aż po brzeg tak, że nie­mal się roz­le­wała.

- Ja­mie za bar­dzo kła­pie dzio­bem - od­parł Gray­son.

Ku­bek ogrze­wał mu dło­nie.

- Mo­żesz mi wie­rzyć, że Ja­me­son wie, jak do­cho­wać ta­jem­nicy - po­wie­działa pół­gło­sem Avery.

Gray­son za­trzy­mał na niej wzrok dłu­żej, niż mógł so­bie na to po­zwo­lić jesz­cze przed kil­koma mie­sią­cami. Już nie cier­piał przy tym tak jak wtedy.

- Czy on traci nad sobą kon­trolę?

- Nie. - Avery po­trzą­snęła głową i włosy zsu­nęły jej się na twarz. - Po pro­stu cze­goś szuka... albo ra­czej stara się tego nie szu­kać. A może jedno i dru­gie. - Zro­biła pauzę. - A jak ty się czu­jesz, Gray?

- W po­rządku. - Była to in­stynk­towna od­po­wiedź, me­cha­niczna i nie­po­zo­sta­wia­jąca miej­sca na dys­ku­sję. Jed­nak w obec­no­ści Avery Gray­son ni­gdy nie umiał na tym po­prze­stać. - I żeby nie było nie­po­ro­zu­mień - je­żeli Xan­der po­każe ci "książkę", którą niby pi­sze, masz ją znisz­czyć, je­śli nie chcesz się li­czyć z kon­se­kwen­cjami.

- Kon­se­kwen­cje! - Xan­der po­ja­wił się ni stąd, ni zo­wąd na ta­ra­sie, wci­snął się mię­dzy nich dwoje i się­gnął po ro­ga­lika z cze­ko­ladą. - To coś, co ko­cham!

- A kto nie uwiel­bia smaku kon­se­kwen­cji o po­ranku? - Ja­me­son też wy­to­czył się ocię­żale na ta­ras, po­czę­sto­wał się cro­is­san­tem i po­ma­chał ręką w kie­runku Gray­sona. - Avery już ci mó­wiła o zmia­nach w jej har­mo­no­gra­mie spo­tkań? W Lon­dy­nie już ofi­cjal­nie wia­domo, że spad­ko­bier­czyni for­tuny Haw­thorne'ów prze­bywa w mie­ście.

- Spo­tkań? - Gray­son się­gnął po ko­mórkę. - O któ­rej? - Avery nie zdą­żyła od­po­wie­dzieć, bo za­dźwię­czał dzwo­nek te­le­fonu. Kiedy Gray­son zo­ba­czył, kto do niego dzwoni, rap­tow­nie wstał. - Mu­szę ode­brać.

Wszedł do domu, za­mknął drzwi i do­piero upew­niw­szy się, że nikt nie ru­szył jego śla­dem, przy­ci­snął zie­loną ikonkę.

- Do­my­ślam się, że cho­dzi o ja­kieś kło­poty.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

ROZ­DZIAŁ 1

GRAY­SON

Szyb­ciej". Gray­son Haw­thorne sta­no­wił uoso­bie­nie mocy i kon­troli. Jego forma była ab­so­lut­nie bez za­rzutu. Dawno temu opa­no­wał do per­fek­cji sztukę wi­zu­ali­za­cji prze­ciw­nika, od­czu­wa­nia cio­sów wszyst­kimi zmy­słami, wy­ko­rzy­sty­wa­nia pędu swo­jego ciała do każ­dej blo­kady i każ­dego ataku. Jed­nak szyb­kość za­wsze można po­pra­wić.

Po dzie­sią­tym przej­ściu ca­łej se­kwen­cji Gray­son się za­trzy­mał. Strużki potu spły­wały po jego na­gim tor­sie. Utrzy­mu­jąc równy, kon­tro­lo­wany od­dech, klęk­nął przed tym, co zo­stało z jego domu na drze­wie z cza­sów dzie­ciń­stwa, roz­wi­nął pa­ku­nek i przyj­rzał się uło­żo­nym w nim przed­mio­tom - trzem szty­le­tom, z któ­rych dwa miały pięk­nie zdo­bione rę­ko­je­ści, a trzeci był skromny i gładki. Jego wy­bór padł wła­śnie na to ostrze.

Sta­nął pro­sto jak struna z bro­nią w ręce, opu­ścił ra­miona wzdłuż ciała. Umysł - czy­sty. Ciało - wolne od na­pięć. "Za­czy­naj". Ist­niało wiele sty­lów walki no­żem, a Gray­son już w wieku trzy­na­stu lat na­uczył się ich wszyst­kich. Oczy­wi­ście w przy­padku wnu­ków mi­liar­dera To­biasa Haw­thorne'a na­uka nie koń­czyła się na opa­no­wa­niu umie­jęt­no­ści. Kiedy wy­bie­rali so­bie pa­sję, ocze­ki­wano od nich, że będą nią żyć i od­dy­chać, i osią­gną w niej mi­strzo­stwo.

W tym roku Gray­son na­uczył się wła­śnie tego - że wszystko za­leży od pra­wi­dło­wej po­stawy. Że nie po­ru­szasz ostrzem. Ty sam się po­ru­szasz, a ono prze­miesz­cza się z tobą. Szyb­ciej. "Szyb­ciej". Zmiana po­zy­cji mu­siała być na­tu­ralna. Chwila, w któ­rej na­piął­byś mię­śnie, w któ­rej wstrzy­mał­byś od­dech, w któ­rej prze­rwał­byś płyn­ność ru­chu, ozna­cza­łaby po­rażkę.

Haw­thorne'owie nie zno­sili po­ra­żek.

- Nie to mia­łem na my­śli, kiedy ra­dzi­łem ci zna­leźć ja­kieś hobby.

Gray­son igno­ro­wał Xan­dra tak długo, jak długo trwało do­koń­cze­nie se­kwen­cji ru­chów - i rzu­ce­nie szty­le­tem z chi­rur­giczną pre­cy­zją w od­da­loną o dwa me­try ni­ską ga­łąź.

- Haw­thorne'owie nie upra­wiają hobby - przy­po­mniał młod­szemu bratu, pod­cho­dząc do drzewa, żeby wy­jąć szty­let. - Roz­wi­jamy spe­cja­li­za­cje. Do­sko­na­limy się.

- "Je­żeli uzna­jesz, że coś warto ro­bić - warto ro­bić to do­brze" - za­cy­to­wał Xan­der, po­ru­sza­jąc zna­cząco brwiami, z któ­rych jedna do­piero za­częła od­ra­stać po pew­nym nie­uda­nym eks­pe­ry­men­cie. - A je­śli coś ro­bisz do­brze, za­wsze mo­żesz to zro­bić jesz­cze le­piej.

"Dla­czego Haw­thorne'owi mia­łoby wy­star­czyć "le­piej"?" - pod­szep­nął głos w gło­wie Gray­sona - "skoro mógłby być w tym naj­lep­szy?".

Gray­son za­ci­snął dłoń na rę­ko­je­ści szty­letu i po­cią­gnął.

- Po­wi­nie­nem już wra­cać do pracy.

- Je­steś czło­wie­kiem do­tknię­tym ob­se­sją - stwier­dził Xan­der.

Gray­son wsu­nął szty­let do po­chwy, a po­tem zro­lo­wał pa­ku­nek i zwią­zał go w cia­sny wa­łek.

- Moja ob­se­sja ma dwa­dzie­ścia osiem mi­liar­dów przy­czyn.

Avery wzięła na swoje barki - oraz na ich barki - nie­wy­obra­żal­nie trudne za­da­nie. Za­mie­rzała roz­dać w ciągu pię­ciu lat po­nad dwa­dzie­ścia osiem mi­liar­dów do­la­rów. Sta­no­wiły one więk­szość for­tuny To­biasa Haw­thorne'a. Sie­dem mie­sięcy trwało już samo po­wo­ła­nie za­rządu fun­da­cji oraz ko­mi­tetu do­rad­czego.

- Zo­stało nam jesz­cze pięć mie­sięcy, żeby roz­dać pierw­sze trzy mi­liardy - po­wie­dział rze­czowo Gray­son. - A obie­ca­łem Avery, że będę ją wspie­rał na każ­dym kroku.

Gray­son Haw­thorne trak­to­wał po­waż­nie dane przez sie­bie słowo - rów­nie po­waż­nie trak­to­wał Avery Ky­lie Grambs. Dziew­czynę, która odzie­dzi­czyła for­tunę ich dziadka. Obcą, która stała się jedną z nich.

- Jako czło­wiek ma­jący przy­ja­ciół, dziew­czynę i małą ar­mię ro­bo­tów uwa­żam, że przy­da­łoby ci się w ży­ciu wię­cej rów­no­wagi mię­dzy obo­wiąz­kami a przy­jem­no­ścią - za­uwa­żył Xan­der. - Ta­kie au­ten­tyczne hobby. Coś, co po­zwoli ci się na chwilę wy­łą­czyć.

Gray­son zer­k­nął na niego wy­mow­nie.

- Xan, ty sam od za­koń­cze­nia roku szkol­nego w ubie­głym mie­siącu opa­ten­to­wa­łeś co naj­mniej trzy wy­na­lazki.

Xan­der wzru­szył ra­mio­nami.

- Wy­na­la­złem je dla przy­jem­no­ści.

Gray­son prych­nął, a po­tem po­pa­trzył uważ­nie na brata.

- Co sły­chać u Isa­iaha? - za­py­tał ci­cho.

Bra­cia Haw­thorne'owie przez pierw­szą część ży­cia nie znali toż­sa­mo­ści swo­ich oj­ców - do­póki Gray­son nie od­krył nie­dawno, że jest sy­nem Shef­fielda Gray­sona. Oj­cem Na­sha był męż­czy­zna o na­zwi­sku Jake Nash, a Xan­dra - Isa­iah Ale­xan­der. Z tych trzech męż­czyzn je­dy­nie Isa­iah za­słu­gi­wał na miano ojca. Ra­zem z Xan­drem opa­ten­to­wał te wy­na­lazki bę­dące owo­cem przy­jem­no­ści.

- Mie­li­śmy roz­ma­wiać o to­bie - nie ustę­po­wał Xan­der.

- Mu­szę już wra­cać do pracy - po­wtó­rzył Gray­son, przyj­mu­jąc ton, który świet­nie się spraw­dzał wo­bec tych wszyst­kich, któ­rym trzeba było przy­po­mnieć, gdzie jest ich miej­sce - lecz za­wo­dził wo­bec braci. - Po­nadto wbrew temu, co, jak mi się zdaje, są­dzą Avery i Ja­me­son, nie po­trze­buję niańki.

- Oczy­wi­ście, że nie po­trze­bu­jesz niańki - z uśmie­chem przy­znał mu ra­cję Xan­der. - A ja na pewno nie za­mie­rzam na­pi­sać po­rad­nika pod ty­tu­łem "Do­glą­da­nie i kar­mie­nie pie­kiel­nie po­są­go­wego dwu­dzie­sto­let­niego brata".

Oczy Gray­sona zmie­niły się w wą­skie szparki.

- Och, mogę cię za­pew­nić, że nie za­łą­czy­łem ilu­stra­cji - po­wie­dział z wielką po­wagą Xan­der.

Gray­son nie zdą­żył rzu­cić sto­sow­nej groźby, bo za­brzę­czał jego te­le­fon. Są­dząc, że to wy­kaz kwot, o który pro­sił, ode­brał ese­mesa, ale oka­zało się, że au­to­rem wia­do­mo­ści jest Nash. Gray­son zer­k­nął z po­wro­tem na Xan­dra i od razu się zo­rien­to­wał, że jego naj­młod­szy brat do­stał tę samą wia­do­mość.

Nie­mniej to Gray­son prze­czy­tał na głos zwia­stu­jące kło­poty we­zwa­nie:

- Dzie­więć je­den je­den.

DWA­NA­ŚCIE I PÓŁ ROKU TEMU

Gray­son i Ja­me­son Haw­thorne'owie znali re­guły gry. Nie da­łoby się zła­mać za­sad, gdyby ich nie znali. Pierw­szego dnia Bo­żego Na­ro­dze­nia nie wolno wy­cho­dzić z po­koi, do­póki ze­gar nie wy­bije siód­mej.

Ja­me­son, na­kryty po uszy koł­drą, uniósł do ust woj­skowe wal­kie-tal­kie.

- Prze­sta­wi­łeś ze­gary do przodu?

Ukoń­czył sie­dem lat, a jego brat - osiem - tyle w zu­peł­no­ści wy­star­czało, żeby zna­leźć nie­ty­powe roz­wią­za­nie.

Na tym po­le­gała cała sztuka. Wy­zwa­nie. Gra.

- Prze­sta­wi­łem - po­twier­dził Gray­son.

Ja­me­son zro­bił pauzę.

- A co, je­śli se­nior znowu je cof­nął przed pój­ściem spać?

- Wtedy bę­dziemy mu­sieli się od­wo­łać do planu B.

Haw­thorne'owie za­wsze mieli ja­kiś plan B. Jed­nak tym ra­zem oka­zał się on zbędny. W Haw­thorne Ho­use znaj­do­wało się pięć ze­ga­rów sto­ją­cych i wszyst­kie wy­biły siódmą do­kład­nie o tej sa­mej go­dzi­nie - 6.25.

"Udało się!". Ja­me­son wy­pu­ścił z dłoni wal­kie-tal­kie, zrzu­cił z sie­bie koł­drę i wy­biegł za drzwi - po­pę­dził ko­ry­ta­rzem, skrę­cił dwa razy w lewo, raz w prawo, po­ko­nał całą dłu­gość pię­tra do sze­ro­kich scho­dów. Le­ciał jak na skrzy­dłach. Jed­nak Gray­son - który nad­biegł ze swo­jej czę­ści domu - był o rok star­szy od niego i prze­wyż­szał go o tyle, o ile czło­wiek ro­śnie w ciągu roku, za­tem już go wy­prze­dził i znaj­do­wał się w po­ło­wie wy­so­ko­ści klatki scho­do­wej.

Prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie na­raz, Ja­me­son prze­biegł mniej wię­cej sie­dem­dzie­siąt pro­cent drogi, a po­tem na­gle pod­cią­gnął się na ba­lu­stradę. Ze­sko­czył na par­ter i wy­lą­do­wał wprost na Gray­so­nie. Za­to­czyli się i upa­dli, two­rząc kłę­bo­wi­sko rąk, nóg oraz sza­lo­nych emo­cji cha­rak­te­ry­stycz­nych dla świą­tecz­nego po­ranka, a po­tem znowu po­de­rwali się do biegu i ści­gali się łeb w łeb, do­póki nie wpa­dli jed­no­cze­śnie przez drzwi do Sali Wiel­kiej... a tam oka­zało się, że uprze­dził ich obu pię­cio­letni brat.

Xan­der le­żał na pod­ło­dze sku­lony ni­czym szcze­nię. Ziew­nął, otwo­rzył oczy i mru­ga­jąc, po­pa­trzył na nich.

- Już Gwiazdka?

- Co ty wy­pra­wiasz, Xan? - Gray­son zmarsz­czył brwi. - Spa­łeś tu? Prze­cież za­sady...

- Mó­wią, że przed siódmą nie wolno nam zro­bić ani kroku poza swoim po­ko­jem - do­koń­czył Xan­der i usiadł. - I nie zro­bi­łem ani jed­nego. Prze­tur­la­łem się.

Wi­dząc wpa­trzone w niego, wy­trzesz­czone w za­sko­cze­niu oczy braci, za­de­mon­stro­wał, ja­kim spo­so­bem tego do­ko­nał.

- To­czy­łeś się tak aż od swo­jego po­koju? - Ja­me­son był pod wra­że­niem.

- Nie zro­bi­łem ani kroku. - Xan­der uśmiech­nął się od ucha do ucha. - Wy­gra­łem!

- Ma­luch nie­źle nas wy­ki­wał. - Czter­na­sto­letni Nash pod­szedł non­sza­lanc­kim kro­kiem, pod­niósł Xan­dra i po­sa­dził go so­bie na ra­mio­nach. - Go­towi?

Wy­so­kie, pię­cio­me­trowe drzwi do Sali Wiel­kiej po­zo­sta­wały za­mknięte tylko raz w roku, od pół­nocy w Wi­gi­lię do przyj­ścia chłop­ców rano w Boże Na­ro­dze­nie. Przy­glą­da­jąc się zło­tym oku­ciom, Ja­me­son wy­obra­żał so­bie cuda znaj­du­jące się po dru­giej stro­nie.

Święta w Haw­thorne Ho­use były iście ma­giczne.

- Ty się zaj­mij tym skrzy­dłem, Nash - po­le­cił Gray­son. - Ja­mie, po­móż mi przy tam­tym.

Ja­me­son z sze­ro­kim uśmie­chem za­ci­snął palce na owal­nym uchwy­cie koło Gray­sona.

- Je­den, dwa i... trzy! Cią­gnij!

Ma­je­sta­tyczne drzwi roz­chy­liły się i uka­zały... nic.

- Znik­nęły. - Gray­son znie­ru­cho­miał w nie­na­tu­ral­nej po­zie.

- Co znik­nęło? - za­py­tał Xan­der, wy­cią­ga­jąc szyję, żeby zaj­rzeć przez szcze­linę.

- Święta - szep­nął Ja­me­son.

Żad­nych skar­pet. Żad­nych pre­zen­tów. Żad­nych cu­dów ani nie­spo­dzia­nek. Prze­pa­dły na­wet świą­teczne de­ko­ra­cje. Zo­stała je­dy­nie cho­inka, ale i ona zo­stała ogo­ło­cona z ozdób.

Gray­son prze­łknął ślinę.

- Może se­nior tym ra­zem nie ży­czył so­bie, że­by­śmy ła­mali za­sady.

Tak to już jest z grami - cza­sami się prze­grywa.

- Nie ma Gwiazdki? - Xan­drowi za­drżał głos. - Ale ja spe­cjal­nie się tur­la­łem.

Nash po­sta­wił Xan­dra na pod­ło­dze.

- Wy­na­gro­dzę ci to - przy­siągł. - Obie­cuję.

- Nie. - Ja­me­son po­trzą­snął głową, czu­jąc go­rąco pod po­wie­kami i w piersi. - Coś mu­siało nam umknąć. - Upo­rczy­wie przy­glą­dał się wszyst­kim za­ka­mar­kom po­koju. - Tam! - po­wie­dział, wska­zu­jąc na ga­łąź przy sa­mym czubku cho­inki, na któ­rej wi­siała po­je­dyn­cza ozdoba ukryta wśród igli­wia.

Nie zna­la­zła się tam przez przy­pa­dek. W Haw­thorne Ho­use nic nie działo się przy­pad­kiem.

Nash prze­szedł przez po­kój i zdjął ozdobę z drzewka, a po­tem przy­trzy­mał ją przed sobą. Bombka z prze­zro­czy­stego pla­stiku wi­siała na czer­wo­nej ta­siemce. Na pla­stiku dało się za­uwa­żyć wy­raźną spo­inę.

W środku coś było.

Gray­son wziął ozdobę w dło­nie i z pre­cy­zją neu­ro­chi­rurga zła­mał ją na pół. Z bombki wy­padł po­je­dyn­czy biały ele­ment puz­zli. Ja­me­son rzu­cił się na niego. Ob­ró­cił kar­to­nik i uj­rzał na od­wro­cie od­ręczne pi­smo dziadka. 1/6.

- Je­den z sze­ściu - po­wie­dział na głos. Wtem jego oczy się roz­sze­rzyły. - Reszta cho­inek!

W Haw­thorne Ho­use usta­wiono sześć cho­inek. Ta w we­sty­bulu się­gała na wy­so­kość sze­ściu me­trów, a na jej ga­łę­ziach były udra­po­wane sznury mi­go­czą­cych lam­pek. W ja­dalni na cho­ince mie­niły się sznury pe­reł, a drzewko w her­ba­ciarni ob­wie­szono krysz­tał­kami. Ka­skada ak­sa­mit­nych wstą­żek spły­wała mię­dzy ga­łę­ziami ol­brzy­miego świerku na pierw­szym pię­trze; na dru­gim stało białe drzewko ozdo­bione je­dy­nie zło­tem.

Nash, Gray­son, Ja­me­son i Xan­der spraw­dzili każde z nich i zna­leźli jesz­cze pięć ozdób, z któ­rych cztery za­wie­rały ko­lejne ele­menty puz­zli. Otwo­rzyw­szy te cztery bombki, mo­gli wresz­cie uło­żyć cały ob­ra­zek - kwa­drat. Pu­sty kwa­drat.

Ja­me­son i Gray­son jed­no­cze­śnie wy­cią­gnęli ręce po ostat­nią de­ko­ra­cję cho­in­kową.

- To ja zna­la­złem pierw­szą wska­zówkę - upie­rał się z za­wzię­to­ścią Ja­me­son. - Od po­czątku wie­dzia­łem, że to jest gra.

Po dłuż­szej chwili Gray­son od­pu­ścił. Ja­me­son w oka­mgnie­niu otwo­rzył bombkę. We­wnątrz zna­lazł me­ta­lowy klu­czyk na ma­łym bre­loku z la­tarką.

- Spró­buj po­świe­cić la­tarką na puz­zle, Ja­mie. - Gra wcią­gnęła na­wet Na­sha.

Ja­me­son włą­czył la­tarkę i skie­ro­wał pro­mień świa­tła na zło­żone ele­menty ukła­danki. Po­ja­wiły się na nich słowa: PO­ŁU­DNIOWO-ZA­CHODNI NA­ROŻ­NIK PO­SIA­DŁO­ŚCI.

- Jak długo bę­dziemy mu­sieli tam iść? - za­py­tał zroz­pa­czo­nym gło­sem Xan­der. - Ile go­dzin?

Po­sia­dłość Haw­thorne'ów była rów­nie ogromna jak sam Haw­thorne Ho­use.

Nash uklęk­nął koło Xan­dra.

- Za­da­łeś złe py­ta­nie, mały czło­wieczku. - Uniósł wzrok do po­zo­sta­łych dwóch. - Czy któ­ryś z was chciałby pod­po­wie­dzieć to wła­ściwe?

Ja­me­son zer­k­nął szybko na bre­lok, ale Gray­son ode­zwał się pierw­szy.

- Do czego kon­kret­nie pa­suje ten klucz?

Od­po­wie­dzią był wó­zek gol­fowy. Nash usiadł za kie­row­nicą. Kiedy w za­sięgu wzroku po­ja­wił się po­łu­dniowo-za­chodni na­roż­nik po­sia­dło­ści, bra­ciom ode­brało mowę na wi­dok tego, co przed sobą uj­rzeli.

Ten pre­zent na pewno nie zmie­ściłby się w Sali Wiel­kiej.

Na czte­rech wie­ko­wych, po­tęż­nych dę­bach znaj­do­wał się naj­bar­dziej fan­ta­zyjny do­mek, jaki chłopcy - a pewno i wszy­scy inni lu­dzie na świe­cie - wi­dzieli w swoim ży­ciu. To wie­lo­po­zio­mowe cu­deńko wy­glą­dało jak bu­dowla prze­nie­siona wprost z ba­śni, jakby po­ja­wiła się za sprawą ma­gii wśród ga­łęzi dę­bów i zda­wało się, że to naj­wła­ściw­sze dla niej miej­sce. Ja­me­son do­li­czył się dzie­wię­ciu mo­stów mię­dzy dę­bami. Do­mek - a ra­czej dom - miał dwie wieże. Sześć spi­ral­nych zjeż­dżalni. Dra­biny, liny, stop­nie, które two­rzyły ilu­zje, jakby uno­siły się w po­wie­trzu.

To był do­mek na drze­wie, przy któ­rym ble­dły wszyst­kie inne kon­struk­cje tego ro­dzaju.

Dzia­dek chłop­ców stał przed nim ze skrzy­żo­wa­nymi na piersi rę­kami i le­dwo wi­docz­nym uśmie­chem na twa­rzy.

- Wie­cie co, chłopcy!? - krzyk­nął To­bias Haw­thorne, kiedy wó­zek gol­fowy się za­trzy­mał i wiatr za­świ­stał w ga­łę­ziach. - Spo­dzie­wa­łem się, że szyb­ciej tu do­trze­cie!