DWANAŚCIE I PÓŁ ROKU TEMU
Grayson i Jameson Hawthorne'owie znali reguły gry. Nie dałoby się złamać zasad, gdyby ich nie znali. Pierwszego dnia Bożego Narodzenia nie wolno wychodzić z pokoi, dopóki zegar nie wybije siódmej.
Jameson, nakryty po uszy kołdrą, uniósł do ust wojskowe walkie-talkie.
- Przestawiłeś zegary do przodu?
Ukończył siedem lat, a jego brat - osiem - tyle w zupełności wystarczało, żeby znaleźć nietypowe rozwiązanie.
Na tym polegała cała sztuka. Wyzwanie. Gra.
- Przestawiłem - potwierdził Grayson.
Jameson zrobił pauzę.
- A co, jeśli senior znowu je cofnął przed pójściem spać?
- Wtedy będziemy musieli się odwołać do planu B.
Hawthorne'owie zawsze mieli jakiś plan B. Jednak tym razem okazał się on zbędny. W Hawthorne House znajdowało się pięć zegarów stojących i wszystkie wybiły siódmą dokładnie o tej samej godzinie - 6.25.
"Udało się!". Jameson wypuścił z dłoni walkie-talkie, zrzucił z siebie kołdrę i wybiegł za drzwi - popędził korytarzem, skręcił dwa razy w lewo, raz w prawo, pokonał całą długość piętra do szerokich schodów. Leciał jak na skrzydłach. Jednak Grayson - który nadbiegł ze swojej części domu - był o rok starszy od niego i przewyższał go o tyle, o ile człowiek rośnie w ciągu roku, zatem już go wyprzedził i znajdował się w połowie wysokości klatki schodowej.
Przeskakując po dwa stopnie naraz, Jameson przebiegł mniej więcej siedemdziesiąt procent drogi, a potem nagle podciągnął się na balustradę. Zeskoczył na parter i wylądował wprost na Graysonie. Zatoczyli się i upadli, tworząc kłębowisko rąk, nóg oraz szalonych emocji charakterystycznych dla świątecznego poranka, a potem znowu poderwali się do biegu i ścigali się łeb w łeb, dopóki nie wpadli jednocześnie przez drzwi do Sali Wielkiej... a tam okazało się, że uprzedził ich obu pięcioletni brat.
Xander leżał na podłodze skulony niczym szczenię. Ziewnął, otworzył oczy i mrugając, popatrzył na nich.
- Już Gwiazdka?
- Co ty wyprawiasz, Xan? - Grayson zmarszczył brwi. - Spałeś tu? Przecież zasady...
- Mówią, że przed siódmą nie wolno nam zrobić ani kroku poza swoim pokojem - dokończył Xander i usiadł. - I nie zrobiłem ani jednego. Przeturlałem się.
Widząc wpatrzone w niego, wytrzeszczone w zaskoczeniu oczy braci, zademonstrował, jakim sposobem tego dokonał.
- Toczyłeś się tak aż od swojego pokoju? - Jameson był pod wrażeniem.
- Nie zrobiłem ani kroku. - Xander uśmiechnął się od ucha do ucha. - Wygrałem!
- Maluch nieźle nas wykiwał. - Czternastoletni Nash podszedł nonszalanckim krokiem, podniósł Xandra i posadził go sobie na ramionach. - Gotowi?
Wysokie, pięciometrowe drzwi do Sali Wielkiej pozostawały zamknięte tylko raz w roku, od północy w Wigilię do przyjścia chłopców rano w Boże Narodzenie. Przyglądając się złotym okuciom, Jameson wyobrażał sobie cuda znajdujące się po drugiej stronie.
Święta w Hawthorne House były iście magiczne.
- Ty się zajmij tym skrzydłem, Nash - polecił Grayson. - Jamie, pomóż mi przy tamtym.
Jameson z szerokim uśmiechem zacisnął palce na owalnym uchwycie koło Graysona.
- Jeden, dwa i... trzy! Ciągnij!
Majestatyczne drzwi rozchyliły się i ukazały... nic.
- Zniknęły. - Grayson znieruchomiał w nienaturalnej pozie.
- Co zniknęło? - zapytał Xander, wyciągając szyję, żeby zajrzeć przez szczelinę.
- Święta - szepnął Jameson.
Żadnych skarpet. Żadnych prezentów. Żadnych cudów ani niespodzianek. Przepadły nawet świąteczne dekoracje. Została jedynie choinka, ale i ona została ogołocona z ozdób.
Grayson przełknął ślinę.
- Może senior tym razem nie życzył sobie, żebyśmy łamali zasady.
Tak to już jest z grami - czasami się przegrywa.
- Nie ma Gwiazdki? - Xandrowi zadrżał głos. - Ale ja specjalnie się turlałem.
Nash postawił Xandra na podłodze.
- Wynagrodzę ci to - przysiągł. - Obiecuję.
- Nie. - Jameson potrząsnął głową, czując gorąco pod powiekami i w piersi. - Coś musiało nam umknąć. - Uporczywie przyglądał się wszystkim zakamarkom pokoju. - Tam! - powiedział, wskazując na gałąź przy samym czubku choinki, na której wisiała pojedyncza ozdoba ukryta wśród igliwia.
Nie znalazła się tam przez przypadek. W Hawthorne House nic nie działo się przypadkiem.
Nash przeszedł przez pokój i zdjął ozdobę z drzewka, a potem przytrzymał ją przed sobą. Bombka z przezroczystego plastiku wisiała na czerwonej tasiemce. Na plastiku dało się zauważyć wyraźną spoinę.
W środku coś było.
Grayson wziął ozdobę w dłonie i z precyzją neurochirurga złamał ją na pół. Z bombki wypadł pojedynczy biały element puzzli. Jameson rzucił się na niego. Obrócił kartonik i ujrzał na odwrocie odręczne pismo dziadka. 1/6.
- Jeden z sześciu - powiedział na głos. Wtem jego oczy się rozszerzyły. - Reszta choinek!
W Hawthorne House ustawiono sześć choinek. Ta w westybulu sięgała na wysokość sześciu metrów, a na jej gałęziach były udrapowane sznury migoczących lampek. W jadalni na choince mieniły się sznury pereł, a drzewko w herbaciarni obwieszono kryształkami. Kaskada aksamitnych wstążek spływała między gałęziami olbrzymiego świerku na pierwszym piętrze; na drugim stało białe drzewko ozdobione jedynie złotem.
Nash, Grayson, Jameson i Xander sprawdzili każde z nich i znaleźli jeszcze pięć ozdób, z których cztery zawierały kolejne elementy puzzli. Otworzywszy te cztery bombki, mogli wreszcie ułożyć cały obrazek - kwadrat. Pusty kwadrat.
Jameson i Grayson jednocześnie wyciągnęli ręce po ostatnią dekorację choinkową.
- To ja znalazłem pierwszą wskazówkę - upierał się z zawziętością Jameson. - Od początku wiedziałem, że to jest gra.
Po dłuższej chwili Grayson odpuścił. Jameson w okamgnieniu otworzył bombkę. Wewnątrz znalazł metalowy kluczyk na małym breloku z latarką.
- Spróbuj poświecić latarką na puzzle, Jamie. - Gra wciągnęła nawet Nasha.
Jameson włączył latarkę i skierował promień światła na złożone elementy układanki. Pojawiły się na nich słowa: POŁUDNIOWO-ZACHODNI NAROŻNIK POSIADŁOŚCI.
- Jak długo będziemy musieli tam iść? - zapytał zrozpaczonym głosem Xander. - Ile godzin?
Posiadłość Hawthorne'ów była równie ogromna jak sam Hawthorne House.
Nash uklęknął koło Xandra.
- Zadałeś złe pytanie, mały człowieczku. - Uniósł wzrok do pozostałych dwóch. - Czy któryś z was chciałby podpowiedzieć to właściwe?
Jameson zerknął szybko na brelok, ale Grayson odezwał się pierwszy.
- Do czego konkretnie pasuje ten klucz?
Odpowiedzią był wózek golfowy. Nash usiadł za kierownicą. Kiedy w zasięgu wzroku pojawił się południowo-zachodni narożnik posiadłości, braciom odebrało mowę na widok tego, co przed sobą ujrzeli.
Ten prezent na pewno nie zmieściłby się w Sali Wielkiej.
Na czterech wiekowych, potężnych dębach znajdował się najbardziej fantazyjny domek, jaki chłopcy - a pewno i wszyscy inni ludzie na świecie - widzieli w swoim życiu. To wielopoziomowe cudeńko wyglądało jak budowla przeniesiona wprost z baśni, jakby pojawiła się za sprawą magii wśród gałęzi dębów i zdawało się, że to najwłaściwsze dla niej miejsce. Jameson doliczył się dziewięciu mostów między dębami. Domek - a raczej dom - miał dwie wieże. Sześć spiralnych zjeżdżalni. Drabiny, liny, stopnie, które tworzyły iluzje, jakby unosiły się w powietrzu.
To był domek na drzewie, przy którym bledły wszystkie inne konstrukcje tego rodzaju.
Dziadek chłopców stał przed nim ze skrzyżowanymi na piersi rękami i ledwo widocznym uśmiechem na twarzy.
- Wiecie co, chłopcy!? - krzyknął Tobias Hawthorne, kiedy wózek golfowy się zatrzymał i wiatr zaświstał w gałęziach. - Spodziewałem się, że szybciej tu dotrzecie!