Prolog
Lipiec 2047 roku
Choćbyśmy scalili się z otchłanią bezwzględnego czasu, wciąż nie posiądziemy zdolności do przewidywania lub kontrolowania nadciągających zdarzeń. To los i wszechświat mają dla każdego z nas plan, dlatego, nawet jeśli jesteśmy gotowi oddać całe serce oraz duszę, czasami same chęci nie wystarczą. Nie możemy zmienić przeszłości. Nie potrafimy zapomnieć o sprawach, które już dawno powinny ulecieć w niepamięć. Dziwnym trafem wspomnienia bezustannie wracają, i to w najmniej oczekiwanych momentach. Są jak starzy, dobrzy znajomi. Z tą różnicą, że nie zawsze okazują się dobre.
Wdzierają się do naszych głów. Ze zdwojoną siłą. Zalewają cały umysł i nie dają chwili wytchnienia. Przypominają o naszych głupotach, o tym, co straciliśmy, i o tym, że nigdy więcej nie będziemy niewinnymi istotami. Gdy już nadejdzie ten moment, człowiek tak zatapia się w przeszłości, że przez długi czas nie potrafi znów żyć teraźniejszością.
Niektóre wspomnienia są zagrzebane w najgłębszych zakamarkach pamięci, inne zaś znajdują się w lewej dolnej szufladzie starej brązowej szafy na strychu.
Trzy, dwa, jeden...
- Tato!
Siedziałem na kanapie w salonie, a krzyki na piętrze z każdą sekundą przybierały na sile.
- Tato, nie uwierzysz, co znalazłam! - oznajmiła radośnie Nabi, gdy pojawiła się w pomieszczeniu i stanęła zaledwie kilka stóp ode mnie.
- Zdecydowanie nie uwierzę - przytaknąłem z udawanym spokojem.
Nie mogłem jej powiedzieć, że już wiem. Że sam go tam schowałem.
Przed moją twarzą w mgnieniu oka znalazł się stary czerwony notes. Po tylu latach wyglądał zadziwiająco dobrze. Jakby historia w środku czekała, aż w końcu ktoś sobie o niej przypomni i odczyta wspomnienia pewnej osoby.
- Poszłam na strych, żeby poszukać starych notatek. No wiesz, skoro byłeś prymusem, to chciałam zrobić jakiś użytek z twojej inteligencji. Ale zamiast notatek znalazłam chyba jakieś opowiadania. - Zrobiła krótką przerwę, aby ponownie spojrzeć na trzymany w ręce notes. - Czy to romanse? Erotyki? Mogę przeczytać? - W jej głosie dało się słyszeć ekscytację.
Jest dokładnie taka jak ona.
- Masz szesnaście lat, nie będziesz czytać erotyków. I na przyszłość, Boże, nie mów takich rzeczy przy swoim ojcu. Wciąż wolę myśleć o tobie jak o grzecznej dziewczynce, Nabi. - Chciałem ją spiorunować wzrokiem, ale jak zwykle nie potrafiłem. Zamiast tego mój prawy kącik ust poszybował lekko w górę. - To jej stary dziennik - dodałem po dłuższej chwili.
- Och - wydusiła, smutniejąc. - Och! - usłyszałem okrzyk zadowolenia, gdy po chwili w końcu prawidłowo połączyła kropki.
- Ona nigdy go nie odzyskała, ale chyba nie chciała go dłużej mieć. Wyrzuciła go do śmietnika na ulicy mniej więcej w połowie trzeciej klasy liceum. Chyba nikt nie miał do niego zaglądać - wyjaśniłem pokrótce. - Myślę, że tak powinno zostać.
- Dlaczego go wyrzuciła? I jakim cudem znalazłam go w domu, skoro trafił do śmieci? - zdziwiła się, patrząc na mnie podejrzliwie.
Powinienem był jej opowiedzieć, że ona wciąż miała obrazy przeszłości przed oczami. Powinienem był odpowiedzieć Nabi, że coś jej przeszkodziło i z jakiegoś powodu nie mogła dalej zapisywać swoich wspomnień. Zamiast tego, jak zwykle, postanowiłem kłamać.
- Cóż, to jej prywatna sprawa. Zabrałem go tylko dlatego, że nie chciałem, aby dostał się w niepowołane ręce kogoś ze śmieciowiska albo bezdomnego - odpowiedziałem wymijająco.
- Tato, proszę! Muszę to przeczytać. Tak niewiele wiem o twoich nastoletnich latach. - Zasmuciła się. - Tak niewiele wiem o was - dodała już znacznie ciszej, spuszczając wzrok na podłogę. - Tam w środku na pewno jest wasza historia. Was wszystkich.
Nasza historia.
Nasza historia ją rozczaruje. Nie jest taka, jak myśli. Co się stanie, gdy moja córka pozna mnie i ich wszystkich od tamtej strony? Czy nadal będzie w stanie z nami rozmawiać, spojrzeć nam w oczy i zaufać? Czy zrozumie?
- Halo, ziemia! - Kilka machnięć ręką i pstryknięć palcami tuż przed moją twarzą wybudziło mnie z zamyślenia. - To jak? Zgadzasz się, tato?
- Nabi, nasza historia nie jest jak każda inna miłosna opowiastka o nastolatkach. Nie chcę, żebyś była nami rozczarowana. Rzeczy, które tam przeczytasz, mogą obudzić w tobie mieszane uczucia - powiedziałem, o dziwo, zgodnie z prawdą.
Czasami człowiek nie miał już siły kłamać.
- Jesteś moim tatą. Nawet jeśli zrobiłeś w tamtym czasie dużo głupich rzeczy, to zrozumiem. Każdy popełnia błędy. - Posłała w moim kierunku życzliwy uśmiech.
Tak, każdy popełniał w życiu błędy. Ale nie każdy był w stanie wybaczyć błędy samemu sobie. Ja wciąż w nich tkwię. Tkwię w przeszłości przepełnionej błędami. Przerażenie, panika, strach. Nie wiedziałem, którą z tych emocji odczuwałem najmocniej. Bałem się cokolwiek odpowiedzieć córce. Nie mogłem znieść myśli, że ona też by mnie znienawidziła.
Nabi przeszywała mnie spojrzeniem pełnym nadziei, zdezorientowania i ciekawości. Wcześniej widziałem taki wzrok tylko u jednej osoby. I już wiedziałem, że jestem na przegranej pozycji.
- Na początku chciałem ci odpowiedzieć, że nie jesteś gotowa, by to czytać. Ale potem pomyślałem, że ona chciałaby, żebyś to przeczytała. Więc... - wskazałem ręką w stronę dziennika - jest cały twój. - Uśmiechnąłem się niepewnie.
Oczy córki zaczęły błyszczeć niczym małe diamenciki. Cieszyło mnie, że chociaż w tym momencie mogę ją uszczęśliwić. Kiedy pozna tę historię, nie będzie taka szczęśliwa.
- Jednak zanim zaczniesz czytać pamiętnik, chciałbym ci powiedzieć, że lata naszej młodości nie były takie, jakie myślisz, że mogły być. To nie jest historyjka o tym, jak dwójka zakochanych ludzi każdego dnia śmiała się, kochała i garściami brała od życia to, co najlepsze. - Uśmiechnąłem się gorzko.
To historia o kłamstwach, które spowiły każdy zakamarek życia i które niechcący zaczęliśmy odkrywać. To opowieść o konsekwencjach popełnianych grzechów i trudach wyspowiadania się z nich. Ale jest to również historia o odkupieniu, które tak wiele kosztowało, ale było jedynym ukojeniem.
Rozdział 2.
Upragniony spokój
31.08.2017 r.
Zapewne każdy z nas chociaż raz w swoim życiu miał poczucie, że wszystko jest w porządku. Niektórzy mają szczęście poczuć to więcej niż raz. Inni z kolei mają pecha, bo odczuwany porządek jest tylko pozorem. Bez względu na to, w której grupie jesteśmy, i tak prędzej czy później coś się zepsuje. W końcu świat musi być utrzymany w równowadze. Właśnie dlatego myślę, że niektóre decyzje życiowe mogą spowodować kompletne katastrofy, inne przyjemne konsekwencje. Mam nadzieję, że w końcu jedna z moich decyzji zaowocuje czymś przyjemnym. Nie obchodzi mnie, czy nadchodzące wydarzenia okażą się tylko pozornym porządkiem. Chciałabym chociaż przez chwilę czuć spokój.
Sen, w którym próbowałam się wydostać z ogromnej przepaści, został przerwany odgłosami trąbki, a to mogło oznaczać tylko jedno. Wybiła siódma i właśnie rozpoczął się ostatni dzień wakacji. Ktoś mógłby pomyśleć, że niespełna szesnastoletnia dziewczyna wstająca w wakacje o tak wczesnej porze musi mieć nierówno pod sufitem. Dla mnie jeszcze rok temu taka sytuacja też byłaby nie do wyobrażenia.
Jak widać, ludzie naprawdę potrafią się zmienić. Nie w pełni, ale przynajmniej pod jakimś względem.
Chociaż godzina mojej pobudki uległa zmianie, jedna rzecz pozostała taka sama. Wciąż uwielbiałam spędzać czas w łóżku zaraz po przebudzeniu. Lubiłam uczucie zaspania i przeciąganie się w ciepłej pościeli. Poranne leniuchowanie to najlepsze zajęcie w życiu.
W końcu wstałam i ruszyłam w stronę komody, aby wyciągnąć strój sportowy. Jak przystało na San Francisco, temperatury pod koniec sierpnia były wciąż dość wysokie, jednak poranki i noce nie rozpieszczały. Według prognozy na zewnątrz czekało mnie zaledwie pięćdziesiąt dziewięć stopni Fahrenheita, dlatego postanowiłam włożyć legginsy, sportowy top i dopasowaną koszulkę z krótkim rękawem. Podczas biegu i tak nie było mi zimno, więc rezygnacja z bluzy wydawała się dobrym pomysłem.
Po ubraniu się ruszyłam w kierunku łazienki znajdującej się na parterze domu. Mój pokój, jako jedyny, był usytuowany na poddaszu. Zaledwie dwa miesiące temu skończyłam robić jego remont, a raczej należałoby powiedzieć, że skończyłam go tworzyć od zera. Cóż, nasz dom nie był zbyt wielki i zdecydowanie nie przypominał willi, a my mieliśmy ograniczone możliwości finansowe, dlatego sama odłożyłam na stworzenie tej przestrzeni. Może i sporo brakowało jej do doskonałości, ale znajdowały się w niej wygodne duże łóżko z palet, biurko, sporych rozmiarów szafa z ubraniami i mały regał z książkami. Wszystko, co potrzebne do życia.
Pociągnęłam za klamkę drzwi prowadzących do łazienki, jednak na marne. Ktoś był w środku.
Zapukałam trzykrotnie, ale nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.
- Halo, wszystko okej? Mogę wejść? - Zaczęłam się stresować, mając nadzieję, że nic się nie stało babci.
Niespełna dziesięć sekund później usłyszałam dźwięk przekręcanego zamka, po czym drzwi się lekko uchyliły. Uznałam to za znak, że mogę wejść do środka, więc tak też zrobiłam.
- Wcześnie wstałaś. - Moja matka myła dłonie.
- Wstaję tak codziennie od roku - poinformowałam obojętnym tonem.
- Nie sądzę. Na pewno bym zauważyła - skomentowała równie obojętnie.
Oczywiście, że nie zauważyła. Moja matka, oprócz czubka własnego nosa, nigdy niczego nie widziała.
- Zaraz wychodzę do pracy. Babcia nadal śpi i nie wiem, o której wstanie, więc zabierz ze sobą klucz, żebyś później nie stała pod drzwiami przez dwie godziny. Tak jak ostatnio.
- Babcia mówiła przecież, że idziesz na nocną zmianę. Poza tym sytuacja z kluczem była jednorazowa, dzięki za przypomnienie. - Oparłam się o automat i obserwowałam, jak związuje swoje brązowe włosy w nienagannego kucyka. Pasował do stroju pielęgniarki.
Cała wyglądała nienagannie.
Szkoda, że jej nienaganność nigdy nie dotarła do wnętrza, była jedynie sztucznie stworzonym obrazkiem dla innych ludzi.
- Wzięłam jednak podwójną zmianę. Nie mam powodów do siedzenia w domu, więc chociaż zarobię na wasze utrzymanie - wypowiedziała lodowatym tonem i wyszła z łazienki.
Bo to wcale nie tak, że ja mogłabym być dobrym powodem, aby spędzić trochę czasu w domu. Takie zachowanie Lily Freeman, mojej matki, to była norma. Zamiast spędzać czas z najbliższymi, wolała pracować.
- Żałosne - szepnęłam sama do siebie i zaczęłam się przygotowywać do wyjścia. Choć sądziłam, że przywykłam do obojętności matki, nasze chłodne stosunki czasami wciąż bolały.
Moja trasa treningowa praktycznie codziennie ulegała zmianie. Nie przepadałam za bieganiem po ulicy ze względu na hałas i zapełnione chodniki, więc zawsze wybierałam parki. Stanowiły jeden z nielicznych elementów, za które kochałam to miasto. W przeciwieństwie do wielu turystów i mieszkańców nie uważałam San Francisco za niezwykłe miejsce. Uwielbiałam deszcz i pochmurne dni, gdy mogłam włożyć ciepły sweter, przykryć się kocem i cieszyć smakiem ulubionej herbaty. Niestety w Kalifornii było zazwyczaj dość ciepło, a wokół panowała dziwnie pozytywna atmosfera, chociaż wszędzie spotykało się biednych, bezdomnych ludzi. Może sama przypominałam bezdomnego - byłam jedynie niewielką brudną kałużą przeszkadzającą wszystkim, a ludzie tylko czekali, aż w końcu wyparuję.
Sama chciałam wyparować.
Zdecydowałam się pobiegać w Pine Lake Park. Znajdował się jakąś milę od mojego domu na Santiago Street, więc cały trening powinien zająć nie więcej niż półtorej godziny. Zegarek wskazywał ósmą dwadzieścia, więc miałam wystarczająco dużo czasu, by po powrocie wziąć prysznic i doprowadzić się do porządku. Wyglądałam niezbyt korzystnie, bo nigdy nie malowałam się przed treningiem. Pot i tak wszystko psuł, a malowanie się dwa razy w ciągu jednego poranka było stratą czasu.
It is hard to let it all go. Let the past just disappear. Try to untie from an old life, but it always drags me down...1 W moich słuchawkach jak zwykle rozbrzmiewały słowa Falling Apart. Zdawałam sobie sprawę, że słuchanie wolnych kawałków nie jest typowe dla każdego biegacza czy sportowca.
Zawsze byłam inna. Trening stanowił dla mnie sposób na odcięcie się od świata i przynajmniej chwilowe odstresowanie, dlatego podczas biegania nie wyobrażałam sobie słuchania utworów klubowych.
Gdy ta i kolejne pięć piosenek dobiegło końca, poczułam pierwszy pot na swoim czole i karku. To był idealny moment na to, aby wykonać telefon do przyjaciółki i przy okazji nieco odpocząć. Wyciągnęłam komórkę z opaski i zatrzymałam się na poboczu, a następnie wybrałam odpowiedni numer.
Tak jak się spodziewałam, kilka razy z rzędu usłyszałam pocztę głosową. Obudzenie tej koali czasami naprawdę graniczyło z cudem. Właśnie dlatego ta chwila była idealna na złapanie tchu i wykonanie kilku ćwiczeń w miejscu. Po siódmym połączeniu chciałam się już poddać, ale w słuchawce nareszcie usłyszałam bliżej nieokreślone dźwięki przypominające ryczącego lwa. W tym samym momencie ponownie włożyłam telefon w opaskę i kontynuowałam trening, rozpoczynając rozmowę.
- Halo? Żyjesz, Ruby?
- Czemu dzwonisz do mnie w środku nocy? Kocham cię, ale tyle razy powtarzałam, żebyś nie przerywała mi gorących snów z Robertem Downeyem, bo inaczej cię zabiję - powiedziała zrozpaczonym tonem, lekko łkając.
- Za to ja tyle razy powtarzałam, że jest staruchem po pięćdziesiątce, więc masz znaleźć młodszy obiekt westchnień. Dochodzi dziewiąta, ruszaj dupę i się szykuj, bo ojciec ci nie wybaczy, jeśli znów spóźnisz się do kliniki.
- Ja pierdolę, Rory! Dlaczego dopiero teraz mówisz, która jest godzina?! Na pewno nie zdążę! - Słowa były zniekształcone przez jakieś szmery, zapewne spowodowane pośpiesznym wstawaniem z łóżka.
- Gdybyś odebrała telefon za pierwszym razem, nie musiałabyś się szykować na ostatnią chwilę!
- Bycie uratowaną przez przystojnego superbohatera było wtedy znacznie ważniejsze niż jakaś tam praca u taty.
- Dobra, słuchaj, skoro już wstałaś, to możemy pogadać o ciuchach, które mi wczoraj przyniosłaś? Sama nie wiem, czy to dobry po...
Nagły ból, ciemność, migające obrazy i pisk wydobywający się z moich ust. A może to nie był mój pisk? Po chwili ogarnęła mnie niemożność wydobycia choć słowa. Do tego brak jakichkolwiek odgłosów z parku, ciemność przez zaciśnięte ze strachu oczy i trudność z oddychaniem.
Dlaczego nie czułam gruntu pod nogami i czemu, do cholery, nie mogłam swobodnie oddychać?
Momencik...
Co ja robię w wodzie?! Przecież dopiero co biegłam po ścieżce. Zaraz...
Przecież ja nie potrafię nawet pływać!
Zanim mój mózg w końcu zarejestrował, co właściwie się stało, ciało zaczęło instynktownie działać. Gwałtownie machałam kończynami, próbując wypłynąć na powierzchnię, ale na marne. Wynurzałam się jedynie na mikrosekundy, aby zaczerpnąć choć trochę powietrza, jednak wciąż wracałam pod taflę.
Nigdy nie przepadałam za wodą w uszach, więc nie nauczyłam się pływać.
Brawo, Auroro! Jesteś geniuszem! Umrzesz, topiąc się w jeziorze, bo nie chciałaś mieć zatkanych uszu... Boże, dopomóż.
Nie wiedziałam, czy minęły dopiero sekundy, a może już minuty, ale w końcu zaczęłam tracić siłę w rękach i nogach. Zbliżał się koniec. Czułam, jak zaczynam schodzić na dno, a reszta powietrza w płucach przestała wystarczać.
Gdy wszelkie nadzieje na przeżycie mnie opuściły, poczułam nagłe szarpnięcie. Czyżby jakieś bóstwo postanowiło skrócić moje męki i już teraz zabrać mnie do góry? A może miałam jeszcze trochę pomęczyć się w tym świecie?
Oby nie.
- Dlaczego po prostu nie stanęłaś na nogi? - Do moich uszu dobiegł melodyjny męski głos, ale przez szok ledwie go usłyszałam. - Dlaczego po prostu nie stanęłaś na nogi? - Ktoś ponowił pytanie, gdy nie odpowiedziałam za pierwszym razem.
- C-co? - wydukałam, wypluwszy resztki wody z ust.
- Może najpierw otworzysz oczy? - Tym razem dobiegający z naprzeciwka głos był już o wiele wyraźniejszy.
Nawet nie zauważyłam, że z przerażenia od dłuższego czasu zaciskałam powieki.
Zebrałam się na odwagę i postanowiłam spojrzeć na tajemniczą postać. Jak bardzo się zdziwiłam, gdy faktycznie ujrzałam ratujące mnie bóstwo.
Patrzyłam na pięknego, młodego chłopaka. Jego włosy były nieco dłuższe, lśniące, kolorem przywodziły na myśl kasztany. Oczy mieniły się różnymi barwami, w zależności od tego, jak padało światło. Początkowo przypominały bursztyny, by chwilę potem wyglądać jak dwa duże orzechy włoskie. Nieco opalona cera, podłużne, pełne usta i idealnie równe brwi. Do tego mocno zarysowana szczęka, wystające kości policzkowe i szpiczasty podbródek.
Na dodatek nasze twarze znajdowały się tak blisko siebie. Zdecydowanie zbyt blisko.
Co się właściwie działo? Dlaczego wciąż mi się przyglądał i się nie odsuwał? Skąd się wziął? Co chciał ze mną zrobić? Dlaczego absolutnie nic w tym momencie mi nie przeszkadzało?
Ostatniego dnia wakacji spotkałam pewnego chłopaka. Gdy popatrzyłam w jego oczy, przez chwilę czułam swój upragniony spokój.
Rozdział 3.
Spływające krople piękna
- Jezioro przy brzegu ma głębokość jakichś trzech stóp, a w najgłębszym punkcie, z którego cię wyciągnąłem, niespełna pięć stóp. Wystarczyło stanąć, a woda dosięgałaby zaledwie do twojego podbródka - poinformował mnie obojętnym tonem nieznajomy chłopak, gdy nadal milczałam.
Dopiero wtedy przyjrzałam mu się dokładniej. Zauważyłam, że jego ręce były wyprostowane w górze. Przesunęłam po nich wzrokiem i zorientowałam się, że szatyn przez cały czas trzymał mnie w powietrzu. Jego dłonie zaciskały się na moich ramionach i pod pachami.
To by wyjaśniało wcześniejsze szarpnięcie, to, jakim cudem udało mi się wynurzyć, a także bliskość naszych twarzy. Och, Auroro, coś ty sobie myślała...
Zaraz... Dlaczego jego dotyk mi nie przeszkadza?
Kiedy chłopak ostrożnie opuścił ręce, wciąż mnie asekurując, dość niezgrabnie stanęłam na nogi. Jakież było moje zdziwienie, gdy faktycznie stopami dotknęłam dna, a woda sięgała mi zaledwie do tułowia. Cóż za wstyd...
Chociaż nie narzekałabym, gdyby nieznajomy postawił mnie jednak na trawniku, a nie znów w wodzie. Jedna kąpiel w miejscu publicznym to zdecydowanie za dużo, druga była całkowicie zbędna.
- Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, co się dzieje, więc spanikowałam. Nie umiem pływać, dlatego większe zbiorniki wodne mnie odrobinę stresują - wytłumaczyłam zwięźle, drapiąc się z zażenowaniem po skroni.
- W porządku. A dlaczego nawet teraz stoisz w wodzie, zamiast wyjść na brzeg? - Między jego brwiami pojawiły się dwie zmarszczki.
Bo mnie tak postawiłeś, idioto!
Auroro, spokojnie, przecież cię uratował. Nie obrażaj ludzi bez powodu.
- Dobre pytanie - powiedziałam ironicznie pod nosem.
Z zawstydzeniem i zapewne wielkim burakiem na twarzy w końcu zaczęłam opuszczać jezioro. Usiadłam na jego brzegu i przystąpiłam do ściągania butów, aby wylać z nich resztki wody. Liczyłam, że po wyschnięciu będą się jeszcze do czegokolwiek nadawać. Nie było mnie stać na nową parę.
Chłopak uważnie obserwował moje poczynania. Bez jakiegokolwiek słowa. Ściągnęłam drugiego adidasa i poczułam nieprzyjemne kłucie. Narastający ból w lewej stopie sprawił, że wykrzywiłam usta i syknęłam, co najwidoczniej nie umknęło uwadze mojego wybawcy.
- Zbiłaś lub nadwyrężyłaś kostkę. - Przykucnął obok, po czym ułożył dłonie na obolałej części kończyny i wykonał kilka delikatnych ruchów. - Na szczęście nie jest złamana. Przez kilka dni może boleć, więc przyłóż lód i na wszelki wypadek idź do lekarza. I następnym razem bardziej uważaj.
- Tak, zdecydowanie muszę zacząć uważać. Ale co się właściwie stało? Widziałeś może, jakim cudem znalazłam się w wodzie? - zapytałam zdezorientowana i zacisnęłam szczękę z powodu bólu.
- Najpierw tylko cię słyszałem, podobnie jak jakaś połowa ludzi w parku. Przychodzę tutaj, aby się wyciszyć, więc w końcu podniosłem głowę, żeby zobaczyć, kto zakłóca mój poranny spokój. Byłaś tak pochłonięta rozmową, że nie zauważyłaś rozwiązanej sznurówki, aż w końcu się o nią potknęłaś i poturlałaś ze ścieżki prosto do wody.
Wstyd, zażenowanie, kompromitacja. Te słowa idealnie podsumowywały moją osobę. Nawet nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
- Na dłuższą chwilę zniknęłaś pod wodą, więc postanowiłem pomóc. - Ostatnie słowa wypowiedział z cynicznym uśmieszkiem na twarzy.
- W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak ci podziękować. Gdyby nie twoja pomoc, taka niezdara jak ja pewnie marnie by skończyła. I przepraszam. Nie chciałam przeszkadzać w tym, co wtedy robiłeś.
- Nie ma sprawy, po prostu następnym razem ciszej rozmawiaj przez telefon i mocniej zawiąż sznurowadła.
- Zapamiętam. Jeszcze raz dzięki. Na mnie już chyba pora. - Uśmiechnęłam się delikatnie i wstałam z zajmowanego do tej pory skrawka trawy.
Ostrożnie ruszyłam w stronę najbliższej ścieżki. Po kilku krokach przez moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz, spowodowany nie tylko bólem w stopie, lecz także przemoczeniem. Na dworze było cieplej niż godzinę wcześniej, ale woda w jeziorze okazała się lodowata. Założyłam ręce na klatce piersiowej i starałam się nie myśleć o wietrze, który cały czas owiewał moje mokre ciało. Ruszyłam dalej, do wyjścia z parku, ale w pewnej chwili poczułam bardzo subtelny dotyk na swoim barku. Zesztywniałam, a zaraz potem zatrzymałam się i odwróciłam.
- Trzymaj. - Przed moją twarzą pojawiła się czarna bluza. Trzymał ją ten sam chłopak z brązowymi oczami, który kilka minut temu mnie uratował. - Nie jestem dupkiem, który lubi patrzeć na przemoczone dziewczyny.
Jego słowa wprawiły mnie w lekkie zakłopotanie.
- A w każdym razie nie na przemoczone po niespodziewanej kąpieli w jeziorku. - Na jego twarzy znów pojawił się cwaniacki uśmieszek.
Kiedy to usłyszałam, omal nie zakrztusiłam się własną śliną.
- Cóż... w takim razie znów dziękuję... - Chciałam dodać jego imię, ale przecież go nie znałam. Posłałam chłopakowi pytające spojrzenie.
- Navi - odpowiedział szybko.
Onieśmielające spojrzenie chłopaka sprawiło, że zastygłam w bezruchu, przez co zapomniałam przyjąć trzymaną przez niego bluzę. Zanim zdążyłam się ocknąć, chłopak wykonał dwa kroki w moją stronę i okrył nią moje zmarznięte ramiona. Poczułam ciepło, ale nie na swoim ciele, tylko we wnętrzu.
- Dziękuję. Aurora. - Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i wystawiłam dłoń w kierunku Naviego.
Otworzył nieco szerzej oczy, po czym uścisnął moją dłoń.
- Jak ta księżniczka Disneya? - W jego tonie wyczułam kpinę.
- Nie łączy nas zbyt wiele. - Przewróciłam oczami, ponieważ prawie każda osoba reagowała w identyczny sposób. - W takim razie miło było poznać. Jeszcze raz dzięki.
- Do usług, księżniczko - usłyszałam znów bardzo spokojny, przyjemny dla ucha głos.
Z rumieńcem na twarzy odwróciłam się i znów ruszyłam w stronę wyjścia z parku, trochę kulejąc. Udało mi się zrobić zaledwie kilkanaście kroków, kiedy zdałam sobie sprawę ze swojej głupoty.
- Hej! Zaczekaj!
Navi w tym samym momencie zatrzymał się i popatrzył przez ramię.
Jak klaun w cyrku zaczęłam biec do niego, utykając na jedną nogę. Tak, z pewnością wyglądało to komicznie. Rozbawiony wyraz twarzy chłopaka tylko to potwierdzał.
- W czym jeszcze mogę pomóc, śpiąca królewno?
- Ha, ha, naprawdę zabawne. Królewny uwielbiają bohaterów takich jak ty, ale niestety nie będę mogła oddać twojego podarunku, najjaśniejszy panie. - Aby podkreślić odgrywaną rolę, przypieczętowałam ostatnie słowa lekkim dygnięciem.
Simon z pewnością nie będzie zachwycony widokiem bluzy Naviego w mojej szafie.
Z ust chłopaka wydobył się cichy śmiech, co było naprawdę przyjemną melodią dla moich uszu.
- Nic nie szkodzi, nie musisz mi jej oddawać. Mam jeszcze pięć identycznych w szafie.
Mnie ledwie było stać na trzy bluzy.
Świetnie, bogaty nastolatek. Jak ja ich nienawidzę.
- Nie lubię być czyjąś dłużniczką - wyjaśniłam. - Czy mogłabym z tobą posiedzieć, dopóki nie wyschnę, i od razu ci ją oddać? O ile nie masz nic przeciwko.
Kilka sekund ciszy. Jego wzrok sunący po moim ciele. Zatrzymanie spojrzenia na moich oczach. Kolejne sekundy ciszy.
- W porządku - powiedział bez jakiejkolwiek emocji w głosie.
Czysta obojętność.
Znałam ten ton zbyt dobrze. Wcale nie chciał mojego towarzystwa.
- Chociaż wiesz co, chyba zdążyłam już wyschnąć. - Pośpiesznie ściągnęłam bluzę, po czym wcisnęłam ją w jego duże dłonie. - Jeszcze raz dzięki. To cześć!
Szybko się odwróciłam i równie szybkim, niezbyt zgrabnym marszem wróciłam do pokonywania wcześniej obranej drogi. Po dojściu do odpowiedniej bramy prowadzącej na główną ulicę czułam się tak, jakbym przebiegła cały maraton. Noga z każdym krokiem bolała coraz bardziej. Na dodatek znajdowałam się ponad milę od domu, więc jedynym możliwym wyjściem było pójście na przystanek autobusowy. Nie miałam siły na dalszą pieszą wędrówkę.
Idąc dalej, spuściłam głowę, aby się upewnić, że tym razem sznurówki mam zawiązane i, dla odmiany, zamiast do wody nie wpadnę przypadkiem pod jakiś samochód.
Kilka kroków dalej nie spotkałam się z samochodem, ale z czyimś umięśnionym torsem.
- Och, przepraszam pana - powiedziałam spokojnym tonem, wciąż patrząc w ziemię i trzęsąc się z zimna.
- Przecież powiedziałem ci wcześniej, że nie jestem dupkiem.
Gdy się odsunęłam i podniosłam głowę, ponownie ujrzałam Naviego, który skrzyżował ręce na piersi i stał z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- A ja mówiłam, że nie lubię być dłużna. I jakim cudem znalazłeś się nagle przede mną?
- Takim, że ledwie chodzisz, więc bez problemu cię wyminąłem. Słuchaj... Nie znamy się, więc rozumiem twoje podejście do sytuacji. Ale zrozum też moje. Jestem facetem, na dodatek dżentelmenem, więc będzie mi najzwyczajniej w świecie głupio tak cię zostawić. Jeśli nie chcesz bluzy, w porządku. Odwiozę cię do domu albo chociaż w jego okolice, żebyś nie musiała chodzić po mieście przemoczona - zaproponował.
Był tak stanowczy, że nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. Przecież nawet się nie znaliśmy. Nie rozumiałam, dlaczego zachowywał się tak, jakby obchodziło go to, co się ze mną stanie.
- Chyba nie myślisz, że wsiądę do samochodu z obcym gościem. Może wyglądam na głupią, ale taka nie jestem. W każdym razie nie do tego stopnia.
- Myślę, że w tej sytuacji to ja jestem tym głupim. W końcu proponuję obcej dziewczynie zmoczenie siedzenia mojego pojazdu. - Zrobił krótką przerwę. - Bez podtekstów oczywiście. Mówię w tym momencie poważnie.
- Nic o tobie nie wiem. Znamy się zaledwie dwadzieścia minut. Nie ma opcji, że pokażę ci, gdzie mieszkam. Zwłaszcza po twoich dwuznacznych słowach.
- Zawsze możesz wysiąść w odległości stu czy dwustu jardów od swojego domu.
Zmrużyłam oczy i zmierzyłam chłopaka od góry do dołu. Cholera, ten gość miał w sumie rację. A mnie było zimno...
- Okej, zrobimy tak. Zadzwonię do swojej przyjaciółki i dopóki nie wysiądę z auta, będę miała aktywne połączenie. Uznajmy to za moje zabezpieczenie w razie porwania.
Teraz to on przymrużył hipnotyzujące oczy i przez dłuższą chwilę wyglądał tak, jakby się nad czymś zastanawiał.
- Słuszne posunięcie, Auroro - przyznał w końcu.
Gdy usłyszałam swoje pełne imię z jego ust, moim ciałem wstrząsnął dziwny dreszcz.
Przytaknęłam, a chłopak wskazał ręką w stronę parkingu, więc właśnie w tamtym kierunku ruszyliśmy. Przemierzaliśmy drogę w absolutnej ciszy, przez co moją głowę zaczęły znów zalewać różne myśli.
Dlaczego przyjęłam jego propozycję? Przecież to irracjonalne. Jest nieznajomym i może mnie gdzieś wywieźć. Znam tylko jego imię, a zgodziłam się na odwiezienie do domu. Przecież to nie ma najmniejszego sensu.
Mimo tak wielu wątpliwości czułam dziwny spokój. Spokój, którego już dawno nie doświadczyłam. To sprawiało, że sytuacja była jeszcze dziwniejsza.
- Więc który to twój samochód?
- Och, nie jeżdżę samochodem. Mam motocykl. - Uśmiechnął się delikatnie. - To ten po lewej.
Gwałtownie odwróciłam głowę, by zerknąć we wskazane miejsce. Moim oczom ukazał się czarny, matowy motocykl. Szczęka momentalnie zaczęła mi opadać. Miałam wrażenie, że roztrzaska się zaraz na drobne kawałeczki o asfalt, a każdy odłamek zostanie wywiany przez wiatr.
Musiałam wyglądać na przerażoną, bo w tym samym momencie Navi złapał mój nadgarstek i poprowadził mnie do dwukołowca.
- Nie ma mowy, że na to wsiądę! Miałeś mnie odwieźć samochodem, a nie machiną śmierci!
- Nie wspomniałem o żadnym samochodzie.
- Przecież mówiłeś o zmoczeniu siedzenia!
- Tak. Motocykl też ma siedzenie.
Pozostało mi tylko walnąć się dłonią w czoło. Pięciokrotnie.
- Spokojnie, oprócz paru obtarć nikomu jeszcze nic się nie stało.
Moje oczy otworzyły się szerzej.
- Pojadę powoli - dodał uspokajająco. - Zaufaj mi.
Świetnie. Nie ufałam własnej matce, a nagle miałam zaufać przypadkowo spotkanemu w parku facetowi. Ciekawe, pod jaką pechową gwiazdą się urodziłam.
Po ponad dziesięciu minutach kłótni i wysłuchiwania silnych argumentów Naviego, dotyczących tego, że jeśli jeszcze kilka razy owieje mnie wiatr, to skończę z zapaleniem płuc, w końcu skapitulowałam. Nie pozostało mi nic innego, jak wsiąść na to cholerstwo. Naprawdę tego nie chciałam, ale brakowało mi już sił i ledwo stałam na nogach. Obawiałam się, że nie dałabym rady dojść na przystanek.
Poza tym nie potrafiłam dłużej patrzeć na tego wysokiego i przystojnego gościa. Od widoku jego pięknej twarzy aż mnie bolały oczy. Jakim cudem mógł codziennie oglądać swoje odbicie w lustrze?!