Trauma
Czas wojny
Skąd pochodzą dzisiejsi Polacy i Polki? Nie łączy nas wspólnota pochodzenia - są wśród nas potomkowie wołoskich pasterzy, którzy osiedlili się w Beskidach, i potomkowie konwertytów żydowskich, którzy przyjęli chrzest wraz z polskimi nazwiskami Majewskich, Szymanowskich czy Jeziorańskich. Nie łączy nas wspólnota losu - niewiele jest miejsc w Europie, gdzie tak długo jak u nas przetrwały stosunki feudalne. Choć chlubimy się historią królów, rycerzy, poezją tworzoną przez warstwy oświecone, a wstydzimy się przywar zaściankowej szlachty, to większość z nas ma wśród przodków głównie chłopów pańszczyźnianych, będących de facto niewolnikami tych, których dzieje opowiadamy na lekcjach polskiej historii. Nie łączą nas w końcu poglądy naszych przodków - jeszcze sto lat temu Polacy strzelali do siebie na warszawskim moście Kierbedzia w krótkiej, lecz niebezkrwawej wojnie domowej znanej jako przewrót majowy. Polacy fundamentalnie różnili się, jeśli chodzi o wizje państwa, a nawet nie zgadzali się co do tego, kto należy do ich narodu, a kto nie.
Jeśli więc mielibyśmy zadać sobie pytanie, jakie wspólne doświadczenie ukształtowało tych, którzy dziś są Polakami, to odpowiedź będzie oczywista. Doświadczeniem tym jest traumatyczna historia wojny na skrwawionych ziemiach, jak nazwał je amerykański historyk Timothy Snyder1. Przodkowie współczesnych Polaków to ludzie, którzy doświadczyli największej zbrodni w historii ludzkości, gdy na niedużym obszarze, na terenie dzisiejszej Polski, Ukrainy, Białorusi i Litwy, dwa totalitaryzmy zabiły 14 milionów cywilów i jeńców wojennych. Polacy byli ofiarami zbrodniczych działań - wywózek, egzekucji, pacyfikacji wsi, masowych gwałtów, obozów pracy przymusowej i obozów koncentracyjnych. Jednocześnie też na ich oczach dokonało się ludobójstwo Żydów i eksterminacja Romów. W okupacyjnej rzeczywistości nie byli wyłącznie biernymi świadkami tej tragedii, jak to nieraz próbuje się przedstawiać w dalekich od prawdy podręcznikach szkolnych. Holokaust zakończył historię Żydów polskich, których po wojnie i kolejnych migracjach została ledwie kilkutysięczna garstka z przedwojennej trzymilionowej społeczności.
Pokolenie traumy pozostawiło po sobie zapisy swoich doświadczeń. Przekazało też historię swoim dzieciom i wnukom. Stworzyło literaturę i filmy, które kształtują mentalność, lęki i wrażliwość kolejnych pokoleń. Ich relacje są sumiennie archiwizowane od lat osiemdziesiątych przez Ośrodek KARTA, znajdziemy je też w bazie świadectw Zapisy Terroru, w której zgromadzono zeznania przed Główną Komisją Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Poniżej kilka relacji ludzi, którzy zapewne nigdy przed wojną by się nie spotkali. Wykształconych i prostych, mieszkańców wielkich miast i małych wiosek. Łączy ich to, że cudem uniknęli śmierci i doświadczyli krańcowej traumy. Tak jak tysiące Polaków z ich pokolenia. Historie te są zapisem ekstremalnego okrucieństwa - jeśli, Czytelniku, wolisz się z nimi nie konfrontować, to przejdź do dalszego rozdziału, zatytułowanego Dziedzictwo traumy.
Nauczyciel Ludwik Smrokowski wspomina swoje przesłuchania na Gestapo w Radomiu2:
W czasie zwykłych badań bito mnie bykowcami, kastetem i laską. Gdy zaś byłem badany na trzecim piętrze, to wtedy zakładano mi pętle na nogi i wieszano do góry nogami, podciągając za pomocą korby. W trakcie wieszania wlewano do nosa wodę i spirytus, bijąc przy tym pejczami. Ponadto zaznaczam, że w czasie badań na drugim piętrze wbijano mi drzazgi i szpilki pod paznokcie oraz przytrzaskiwano ręce w drzwiach. (...) Przypominam sobie, że jednego z więźniów z naszej celi, Wierzbowskiego z Końskich, jeden z gestapowców kopnął tak, że wdała się gangrena. Wobec tego że nie pozwolono, by się leczył - umarł. Koch jak mógł, tak się znęcał nad więźniem, bijąc go za byle błahostkę. Specjalnie zaś znęcał się nad jednym z Żydów, byłym redaktorem z Sandomierza, któremu kazał skakać i śpiewać, pić ze spluwaczki, samemu się wieszać na sznurku w celi i tym podobne zabawy z nim wyczyniał.
Anna Hanas doświadczyła wypędzenia z Zamojszczyzny, gdzie okupanci zamierzali osiedlić Niemców:
Dnia 9 grudnia 1942 r. rankiem Niemcy okrążyli wioskę. Następnie wchodzili do poszczególnych mieszkań, nakazując wyjść w ciągu 15 minut (...). Ja razem z rodzicami i młodszym 14-letnim bratem wzięłam trochę żywności i poszłam pod gminę. Na miejscu spotkaliśmy około 300 osób tak samo spędzonych jak my. Niemcy zachowywali się bardzo brutalnie. Widziałam, jak Stefania Bochner została pobita gumą przez jednego z żołnierzy za to, że ujęła się za swoim ojcem. Około godziny 9 Niemcy zaczęli zgrupowanych ludzi załadowywać na furmanki, w trakcie tej czynności popychali wsiadających ludzi, nie zwracając uwagi, czy to jest dziecko czy kobieta. Cały transport został skierowany do Zamościa, gdzie znajdował się obóz wysiedleńców. (...) Od razu skierowano nas przed komisję urzędującą w baraku. Komisja ta składała się z oficerów SS. Czynności jej wyglądały w sposób następujący: stający przed nimi ludzie byli oglądani, kazano im ruszać głową, zwracano uwagę na rysy twarzy, oczy, a także wzrost, po czym jedna z osób rodziny otrzymywała kartę z numerem bloku. (...) Były przypadki, że oddzielano dzieci od rodziców. Widziałam, jak rodzinie Szabatowskich odebrano 3 dzieci, przypadków takich było o wiele więcej3.
Władysław Molisak ze wsi Równiny-Górki ocalał z masowej egzekucji koło Buska-Zdroju:
O godz. 4.00 obstawili wieś Niemcy, ludzi wszystkich wypędzili na jeden plac, dzieci małe i matki na jedną stronę, a mężczyzn na drugą. Mężczyznom kazano się położyć, tak do wieczora, później kazali nam powstać i ustawili w szeregu. Nas trzech wyłączyli i z powrotem nam kazali leżeć w błocie, resztę zabrali pod inny dom, tam kilku zwolnili. Pozostałych 12 zabrali pod las, tam ich rozstrzelali w odległości 200 m od żon, matek i dzieci. Po rozstrzelaniu tych 12 wrócili do nas trzech leżących, rozkazując powstać, skuli nas i zabrali na wozy do Buska. Tam przez sześć tygodni przeżyliśmy wszystkich tortur dosyć, kijami, psami i łańcuchami bili. Nie mając czasu ze względu na zbliżające się siły rosyjskie, zabrali nas trzech i dwóch Rosjan za Busko i tam mając nas rozstrzelać, kazali się wszystkim położyć w rowach, strzelając pojedynczo. Ja upadłem, nawet nie ranny, wraz z drugimi. Po przejściu wszystkich przykryli nas słomą, a sami uciekli. Ja po wielkim strachu po jakiej pół godziny podniosłem głowę. Widząc, że nie ma nikogo, chyłkiem rowem uciekłem stamtąd. Wróciłem do domu4.
Stanisława Krogulec uratowała się w czasie pacyfikacji wsi Michniów koło Suchedniowa:
Około godz. 8.00 rano zjechało kilka ciężarowych samochodów Niemców i od wsi Krzyżki przyszło około 2000 Niemców pieszo, więc rozlecieli się po wiosce Michniów i wszystkich ludzi zganiali do domów, rozstrzeliwali ich i podpalali domy z tymi trupami pobitymi. Gdy przyszli do mego mieszkania, więc ja jeszcze miałam córkę Marię, lat 25, i syna Juliana, lat 16, więc ci Niemcy wygnali nas z podwórka do domu, kazali nam się pokłaść na podłodze mieszkania i pierwszy strzał dali w mego syna Juliana, drugi strzał dali we mnie, natomiast trzeci strzał oddali w moją córkę Marię. Ja, zostając ranna w lewy bok powierzchownie i kulka przeszła mnie przez lewą rękę, a syna i córkę usłyszałam tylko charczenie i po kilku sekundach uciszyło się charczenie moich dzieci. Ja leżałam cicho jak zabita. Usłyszałam głos Niemca po polsku, że gotowe5.
Felicja Kamińska przeżyła rzeź Woli w czasie powstania warszawskiego:
Grupa Niemców wpadła na podwórze, wołając raus. Ludność cywilna zaczęła wychodzić. Słyszałam straszne rozpaczliwe krzyki. Będąc w mieszkaniu własnym, siedmiopokojowym, na pierwszym piętrze, wyglądałam na ulice i podwórze. Usłyszałam strzały i wybuchy granatów. Kiedy wyjrzałam na podwórze, zobaczyłam pod balkonem drugiego bloku na podwórzu kupę zwłok, prócz tego w różnych miejscach podwórza leżały porozrzucane zwłoki pojedynczych osób, przeważnie dzieci. Usłyszałam tupot nóg i w poszczególnych mieszkaniach krzyki, wybuchy granatów i strzały. Nie wiem, dlaczego do mego mieszkania Niemcy nie weszli, mimo iż zamknęłam mieszkanie i nie wyszłam. (...) Widząc, iż tylko jeden Niemiec pilnuje bramy, ponieważ dusiłam się już od dymu, wyszłam z domu i przebiegłam przez podwórze. Przechodząc przez podwórze widziałam leżących około 50 zwłok6.
Budowlaniec Zdzisław Michalik uniknął śmierci podczas egzekucji na warszawskim Śródmieściu:
Schowałem się pod samo okno między trupy, było tam około 30 ciał mężczyzn. Leżałem tak przez parę godzin. O zmroku usłyszałem pod oknem od ulicy zbliżające się kroki i usłyszałem chlust płynu z jakiegoś naczynia. Parę kropel padło na moją głowę, po zapachu poznałem, że była to benzyna. Po chwili usłyszałem syk ognia, stos ciał, między którymi się znalazłem, zaczął się palić. Usłyszałem z ulicy głos Ukraińca: Timof, ja podpalił. Wyczołgałem się wtedy spod okna na środek piwnicy, w świetle płonącego ognia zobaczyłem pod oknem piwnicy od strony ul. Oleandrów stos spalonych kości ludzkich, leżały tylko spopielone części kości. Przeszedłem wtedy do sąsiedniej piwnicy, mniejszej, tam pod oknem wychodzącym na ul. Marszałkowską zobaczyłem znowu kilkanaście leżących ciał zabitych7.
Warszawa po powstaniu warszawskim była morzem ruin, wśród których przemykali ostatni "Robinsonowie", ukrywający się przed Niemcami na terenie miasta. Pisarz Lesław Bartelski tak opisuje Mokotów w 1944 roku:
Spalone domy, ruiny, trupy na ulicach, woń spalenizny, porozbijane bruki, jezdnie zasypane gruzem tworzyły krajobraz zamarłej dzielnicy. W nagim parku Dreszera, ogołoconym z gałęzi i liści, widniały pochylone ku ziemi krzyże. Te powstańcze cmentarzyki widniały niemal w każdym miejscu - w ogrodach i podwórzach kamienic, na skwerkach czy dawnych kartofliskach. Rozbity gmach Elżbietanek odsłaniał strzaskane wnętrze, na ulicy Tynieckiej widniał olbrzymi lej po bombie8.
W takich miejscach za chwilę miało się odrodzić powojenne polskie życie. Tu powrócili ocaleni mieszkańcy zniszczonego miasta, by odbudować swoją przyszłość - wśród zwłok, ruin i powstańczych krzyży. Przez wiele kolejnych lat dzieci będą odkrywać szczątki w opuszczonych domach, a jeszcze moje pokolenie w drodze do szkoły będzie mijać budynki ze śladami po kulach czy kamienicę w połowie wysadzoną przez niemiecką minę typu Goliat w czasie powstania. Nie było to oczywiście udziałem wyłącznie mieszkańców Warszawy. Życie na ruinach było powszechnym doświadczeniem mieszkańców miast niegdyś niemieckich, a praktycznie w całej Polsce kolejne pokolenia wychowywały się wśród wojennych mogił i niewybuchów z czasów okupacji.
Krajobraz po bitwie
Jest takie niesamowite zdjęcie. Schludnie ubrana dziewczynka opiera się o komin na szczycie budynku. Przed nią morze ruin. Spogląda z jedynego ocalałego domu na nieistniejące miasto. Niewiele wiadomo o tym, kim jest dziewczynka i co ją sprowadziło w to miejsce. Wiele wiemy jednak o samym budynku. To jedna ze szkół na Stawki 5/7, do której w latach sześćdziesiątych wprowadzi się Wydział Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Kiedyś z grupą izraelskich filmowców wspięliśmy się na dach tego budynku. W tym samym miejscu, przy tym samym kominie, próbowaliśmy popatrzeć na Muranów jej oczami. Widzieliśmy przed sobą jedną z najbardziej zielonych części Warszawy. Mądrze zaprojektowane osiedla mieszkaniowe, wśród nich budynek okrzyknięty w latach sześćdziesiątych "misterem Warszawy". W tle warszawskie city, biurowce, drapacze chmur, wszystkie te architektoniczne symbole prosperity XXI wieku.
Czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, co czuła dziewczynka patrząca na morze ruin? Jakie były myśli ludzi, którzy mieli w głowie obrazy z powstania warszawskiego? Dzieci, które ze swoich domów na Żoliborzu czy Śródmieściu patrzyły na łunę nad warszawskim gettem, gdzie w piwnicach umierali ostatni ocaleńcy żydowskiej Warszawy?
O stanie psychicznym dzieci po wojnie wiemy całkiem sporo, głównie za sprawą badań prowadzonych przez polskich psychologów i pedagogów. Chyba najbardziej znane z nich to te przeprowadzone przez zespół Stefana Baleya, lwowskiego profesora psychologii społecznej, który po wojnie odbudował psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Baley twierdził, że wojna fundamentalnie odmieniła osobowość polskich dzieci - uczyniła je lękliwymi, podejrzliwymi i drażliwymi9. Młodzi ludzie nie potrafili poradzić sobie z poczuciem winy i odpowiedzialności za los swoich najbliższych, których utracili. Badający ich psychologowie mówią o utracie sensu życia i niezdolności do odczuwania radości. Baley nazwał to "kompleksem wojennym" - uznawał, że doświadczenie wojny odcisnęło kolosalne piętno na funkcjonowaniu młodych Polaków. Uczyniło ich ludźmi nieufnymi, nerwowymi, a jednocześnie łamiącymi wszelkie zasady. Baley stosował często wymyślony przez siebie jeszcze w czasie wojny "test abecadła". Badani musieli jak najszybciej podawać przykłady słów zaczynających się na literę wymienioną przez eksperymentatora. Młodym ludziom badanym po wojnie zwykle jako pierwsze przychodziły na myśl słowa związane z wojną. Gdy słyszeli "a", od razu odpowiadali "artyleria", "alarm" czy "armata". Wojna była stale obecna w ich umysłach.
Nieufność i zanik norm moralnych to główne psychologiczne następstwa wojny obserwowane wśród dzieci i młodzieży. Autorzy dużych badań prowadzonych przez Instytut Pedagogiczny ZNP w 1948 roku wśród nauczycieli wymieniają negatywne i pozytywne konsekwencje doświadczenia wojny u młodzieży. Wśród najczęściej obserwowanych następstw negatywnych czytamy o "rozluźnionej karności" (wskazywało na nie 66% nauczycieli) i "braku poszanowania dla własności, kradzieżach" (54%). Wśród pozytywnych na pierwszym miejscu pojawiła się "większa zaradność, samodzielność, spryt życiowy" (60%). Do podobnych wniosków doszedł psycholog wychowawczy Zygmunt Putkiewicz10, który prowadził wywiady z warszawskimi nastolatkami z dzielnic najsilniej doświadczonych w czasie powstania warszawskiego - Woli i Ochoty. Zauważył on, że uczniowie szkół średnich, którzy doświadczyli grozy zbrodni wojennych, żyją w ciągłym stresie i niepokoju. "Lęk na głos syreny czy samochodu zatarł się trochę, ale nerwowy chyba pozostanę na zawsze", mówił czternastoletni chłopak. "Zmieniłam się bardzo pod wpływem wojny, stałam się więcej dojrzalszą, ale i więcej nerwową. Obecnie muszę się leczyć na nerwy", opowiadała Putkiewiczowi trzynastolatka. Do tego widoczny był brak zaufania, upadek autorytetu nauczycieli i rodziców. Co trzeci uczeń mówił, że obrazy wojny powracają do niego codziennie, choć próbuje się od tych myśli uwolnić. "O wojnie staram się już nie myśleć", odpowiedziała Putkiewiczowi trzynastolatka z Warszawy, "Jednakże przychodzi mnie to z trudnością, gdyż niemal każda ulica i każdy dom ma jeszcze ślady po niej. Najwięcej jednak przypomina mi ją śmierć mego brata, gdyż byłam przy ekshumacji jego zwłok, a ponadto kochaliśmy się bardzo".
Badania takie prowadzono nie tylko w Warszawie. Ludwik Bandura pracował na nowo utworzonym toruńskim Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Przed wojną studiował psychologię w Heidelbergu, czemu prawdopodobnie zawdzięczamy niezwykle wyrafinowane metody badań, które wówczas stosował. W jednym z nich skłonił ponad tysiąc polskich nastolatków do opisania swojego najciekawszego snu. Zauważył, że co czwarty opisywał sny dotyczące wojny. Wśród najstarszych z badanych nastolatków ponad połowa opisała sny związane z wojną. Śniły im się egzekucje, strzały, ale też akty zemsty. W kolejnym badaniu poprosił ponad tysiąc uczniów o stworzenie rysunku o dowolnej treści. Prawie połowa badanych przez niego chłopców narysowała sceny związane z wojną: egzekucje, wysiedlenia, bitwy i walki partyzanckie. Wśród dziewcząt ponad 7% narysowało wojnę. W kolejnym badaniu poprosił uczniów o podanie tytułu książki, którą najchętniej by napisali. Co czwarty tytuł sugerował, że treść książki dotyczyłaby wojny11.
Metody zastosowane przez Bandurę czy Baleya wydają się bardzo współczesne. Dziś powiedzielibyśmy, że badali oni dostępność poznawczą, czyli gotowość do posługiwania się konkretnymi kategoriami i schematami, łatwość przywołania pewnych pojęć. Zadania, które przedstawiali młodzieży i dzieciom, pozostawiały im dowolność - to z kolei pozwalało sprawdzić, na czym skoncentrowane są ich myśli. Wojna dominowała w wyobraźni młodzieży powojennej, co prawdopodobnie przekładało się na codzienne funkcjonowanie. Pokolenie to nie tylko przechowało traumę, lecz przekazało ją swoim dzieciom. Lęki, brak zaufania do instytucji i państwa, nadmierne reakcje na rozmaite zagrożenia - te cechy polskiego społeczeństwa zdają się być pokłosiem doświadczeń wojennych ówczesnej młodzieży.
Oczywiście nie tylko dzieci i młodzież żyły echami wojny. Jej obrazy powracały na co dzień w życiu dorosłych. W 1948 roku Baley napisze:
Niezbędny byłby oddzielny zespołowy wysiłek psychologów, jeżeli chciałoby się zebrać i uporządkować materiał dotyczący pierwotnych doznań wojennych. Zbiór taki wypełniłby zapewne gruby tom. Najobszerniejszy może rozdział musiałby być poświęcony obrazom makabrycznym. Oto przykłady z zebranego przez nas obfitego materiału: widok umarłych więźniów oświęcimskich z odgryzanymi przez szczury nosami, zawieszone we framudze okna po wybuchu granatu "flaki", to jest zakrwawione trzewia osoby, z którą się przed chwilą rozmawiało, widok mężczyzny i kobiety łzami zalanej, niosących wspólnym wysiłkiem tobół, przy którego rozchyleniu wyziera miazga ludzkiego ciała, zapewne szczątki ich dziecka, rozszarpanego pociskiem wojennym, widok leżącej kobiety, dającej jeszcze znaki życia z rozbitą czaszką, z włosami osypanymi kurzem i zlepionymi wylewającą się masą mózgową itp. Dalszą grupę stanowią obrazy nie tak już odrażające, ale pełne grozy: para ludzi prowadzonych po torturach do celi więziennej, obuwie na nich poszarpane przez psy policyjne, a na śniegu ślady broczącej z pokaleczonych nóg krwi. Dalej obrazy pełne niesamowitego tragizmu: narzeczona pochylona twarzą nad głową ciężko rannego narzeczonego powodująca swym gestem jego śmierć od kuli wymierzonej w tej chwili przez Niemca do jej głowy. Obrazy patetyczne: puste piaski z rzędami baraków z zamkniętymi w nich ludźmi, otoczone kolczastym drutem; przed drutami kiełkujące zboże, na miedzy oficer niemiecki, któremu dziewczyna wręcza kwiaty12.
Ludzie stale przywołujący obrazy najokrutniejszych zbrodni, jakim byli sami poddawani i jakie obserwowali w swoim otoczeniu, nie byli w stanie zbudować poczucia bezpieczeństwa i stabilności u swoich dzieci. Lęk i niepokój były powszechnym doświadczeniem Polaków i szybko stały się rodzajem kulturowej normy. Wiedza o ówczesnym stanie psychicznym Polaków została praktycznie wyparta z publicznej świadomości, nie mieści się w dwóch dominujących opowieściach o powojniu. Pierwsza z tych opowieści koncentruje się na optymizmie odbudowy z gruzów polskich miast, odradzaniu się życia kulturalnego, euforii końca wojny. Druga podkreśla opór przeciw instalującej się "władzy ludowej", walkę antykomunistycznego podziemia i represje epoki stalinizmu. W obu opowieściach dominuje poczucie sprawstwa, gotowość do działania wbrew wszelkim przeciwnościom. Opowieści te są zresztą dziełem powojennych pokoleń, które tak utrwaliły ten okres na kartach literatury i w filmach. Ludzie nie chcą bowiem opowiadać o swoich lękach i słabościach.
Najbardziej przekonującym psychologicznie portretem tamtego okresu jest książka Wielka trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys Marcina Zaremby13. Historyk na podstawie dzienników, pamiętników, listów przejętych przez cenzurę, materiałów urzędowych i tekstów prasowych, niezwykle precyzyjnie rekonstruuje obraz emocjonalnie rozedrganego społeczeństwa. Pokazuje kraj zaludniony przez inwalidów wojennych, maruderów Armii Czerwonej, spekulantów, bandytów. Wszystko to dzieje się w warunkach tworzącego się represyjnego reżimu, de facto toczącej się w wielu miejscach kraju wojny domowej, biedy, powszechnego głodu i epidemii. Zaremba ukazuje niezdolność pokoleń straumatyzowanych wojną do racjonalnego reagowania na wszystkie te wyzwania. To na tym gruncie szaleją uprzedzenia i przesądy, a pogłoski potrafią błyskawicznie doprowadzić do zamieszek czy pogromów. Wszyscy panicznie boją się nadejścia kolejnej wojny. Znamienny wydaje się przytaczany przez Zarembę fragment artykułu "Gazety Kujawskiej" z 1946 roku:
Przez cały kraj polski, jak drgawki konwulsyjne, przechodzą od czasu do czasu fale najrozmaitszych plotek, najbardziej "autentycznych" pogłosek, które zaprzątają wszystkie umysły, skupiają wokół siebie ludzi trwożnie sobie nawzajem coś tam opowiadających. Opowiadania te w miarę przejścia z jednej dzielnicy do drugiej, a potem z miasta do miasta, nabierają wagi gatunkowej, olbrzymieją i potwornieją14.
Powojenna Polska nie była miejscem gościnnym. Powroty tysięcy ludzi z obozów pracy, wysiedlonych rodzin czy w końcu Żydów ocalałych z Holokaustu nie były łatwe. Obrazy z filmu Pogrzeb kartofla Jana Jakuba Kolskiego współgrają z tym, co wiemy z prac historyków, choćby z książki Dom, którego nie było Łukasza Krzyżanowskiego, opisującej powroty Żydów do Radomia15. Wbrew temu, co często myślimy o tym okresie, ludzie powracający nie byli witani chlebem i solą. Ich obecność powodowała problemy, burzyła panujący porządek. Psycholog Stefan Baley przywołuje historię kobiety, gdy wraca do niej z obozu koncentracyjnego mąż, o którym wcześniej nie miała żadnych wiadomości16. W czasie nieobecności męża kobieta związała się z jego ojcem, z którym spodziewała się dziecka. Na wieść o tym, że mąż jednak ocalał i wraca do rodzinnego miasta, żona ucieka z miasta i zrywa z nim wszelkie kontakty. Gdy rodzi się dziecko, nie jest w stanie zbudować bezpiecznej, rodzicielskiej relacji. Takich historii w pierwszych powojennych latach było w Polsce bardzo wiele i - jak twierdzi Baley - dowodzą one "wojennego fatum" ciążącego nad losem Polaków.
Przypomnienie tego, co działo się w Polsce bezpośrednio po wojnie, jest konieczne, jeżeli chcemy zrozumieć stan psychologiczny współczesnych Polaków, polskiej nadwrażliwości, lęków i specyficznych reakcji na zagrożenia. Pewne odruchowe zasady postępowania w sytuacjach kryzysu, ale też głęboko zakorzeniona nieufność i brak wiary w instytucje to dziedzictwo nie tylko wojny, ale i pierwszych lat powojennych, gdy poczucia bezpieczeństwa i stabilności nie udało się przywrócić.