Uczeń seryjnego mordercy. Historia nastolatka, który został prawą ręką bestii z Houston - Katherine Ramsland, Tracy Ullman

Kup ebooka

47.99 zł
35.99 zł (35,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nota od autorek

W książce tej przedstawiamy historię zbrodni Candy Mana, do których doszło na początku lat 70. w Houston w stanie Teksas. Dean Corll, dorosły mężczyzna, zrekrutował dwóch nastoletnich wspólników, Davida Brooksa i Elmera Wayne'a Henleya Jr., aby pomogli mu zwabić ponad dwudziestu innych chłopców, których Corll gwałcił, torturował i mordował. W końcu Henley zabił Corlla i sam oddał się w ręce policji. Składając zeznania, wspomniał o strachu, jaki żywił wobec organizacji z Dallas, której członkiem miał być Corll, zajmującej się handlem ludźmi i ich wykorzystywaniem seksualnym. Po swoim aresztowaniu o organizacji tej mówił także Brooks. Policja z Houston pobieżnie prześledziła powiązania mężczyzny z rzekomą grupą przestępczą, po czym ostatecznie zarzuciła ten trop. Ta grupa istniała jednak naprawdę. Dowody zmieniają sens tej historii.

Dokumentalistka i reporterka śledcza Tracy Ullman spędziła ponad dziesięć lat, badając aktywność tej organizacji. Skontaktowała się z Henleyem, jedynym wspólnikiem, który był skłonny mówić. Zgodził się opowiedzieć, co wie. Ja, Katherine Ramsland, dołączyłam do nich dwojga, by przyjrzeć się doświadczeniom Henleya w roli wspólnika Corlla. Jestem autorką tej książki, pisałam ją we współpracy z Ullman, która nakreśliła szerszy obraz historii Corlla, Brooksa i Henleya. Nigdy wcześniej nie przedstawiono tej szokującej opowieści w pełni. Henley nie prosił o nasze śledztwo, ale zgodził się pomóc nam lepiej zrozumieć sposoby, w jakie drapieżcy seksualni wykorzystują słabości swoich ofiar.

Kontaktowałam się z seryjnymi mordercami i prowadziłam badania nad tym zagadnieniem przez ponad dwadzieścia pięć lat. Jeden z nich działał w mieście, w którym dorastałam. Pewnego dnia z miejsca, gdzie zwykle łapałam stopa, zabrał na motocykl pewną dziewczynę. Byłam jeszcze dzieckiem. Z całą pewnością przyjęłabym możliwość takiej przejażdżki. Mężczyzną tym był John Norman Collins, aresztowany, skazany w Michigan w sprawie "Morderców Co-Ed" i podejrzewany o dopuszczenie się jeszcze kilku innych morderstw. Po latach, gdy zaczęłam pisać scenariusze do programu Court TV's Crime Library, korespondowałam z Collinsem. Później kontaktowałam się także z innymi seryjnymi mordercami. W końcu stałam się specjalistką. Jestem autorką książek i wykładowczynią akademicką, a moje zainteresowania skupiają się na rozwoju psychologicznym morderców.

W książce The Mind of a Murderer przebadałam tuzin spraw z ubiegłego wieku, przy których pracowali eksperci od zdrowia psychicznego starający się dowiedzieć czegoś o życiu i zbrodniach morderców masowych, działających w afekcie i seryjnych. Ich praca zaowocowała szczegółowym materiałem służącym mi za model mojej własnej pracy w latach 2010-2021 z Dennisem Raderem, seryjnym mordercą z Wichita w stanie Kansas, znanym także jako BTK. Podejmując się tamtego projektu, wykorzystałam format, który mam w zwyczaju nazywać autobiografią kierowaną. Pytania ułożyłam tak, aby wyciągnąć od Radera odpowiedzi na temat tego, jak wyglądała jego ścieżka ku przemocy, i żeby jak najlepiej przysłużyły się one psychologii, kryminalistyce i stróżom prawa.

Projekt ten pozwolił mi lepiej zrozumieć, jak ktoś taki jak Rader doświadcza otaczającego go świata. Omawialiśmy koncepcje psychologiczne takie jak "segmentacja" czy przekonanie, że drapieżcy mogą uchodzić za zwykłych obywateli, a jednocześnie dopuszczać się poważnych zbrodni dzięki dzieleniu swojego życia na mniejsze fragmenty. W odniesieniu do różnych "segmentów życia" Rader nazywał tę umiejętność "kostką". Miał na myśli to, że w zależności od okoliczności mógł dowolnie żonglować różnymi rolami. Dzięki temu potrafił odgrywać dobrego ojca i męża, gorliwego przewodniczącego rady parafialnej czy wolontariusza pracującego ze skautami, jednocześnie zaś nękać, porywać i mordować swoje ofiary. Przez cały czas do dyspozycji miał każdą ze swoich osobowości, niczym ścianki kostki do gry, i błyskawicznie mógł się pomiędzy nimi przełączać. Na swoim przykładzie wyjaśnił mi, że "kostka" to narzędzie znacznie bardziej poręczne od koncepcji odseparowanych ról, gdy chcemy zrozumieć, w jaki sposób seryjny morderca prowadził dwa tak odrębne od siebie życia.

Koncepcja "kostki" pomogła mi także spojrzeć z innej strony na doświadczenia Wayne'a Henleya. Co prawda jako nastolatek miał on drobne konflikty z prawem, ale gdyby nie poznał Corlla, być może nigdy nie dopuściłby się zbrodni z użyciem przemocy. Chociaż pomagał Corllowi w morderstwach, to kiedy tylko mógł, wchodził w rolę zwykłego dzieciaka, która przynosiła mu nieco ulgi od popełnianych czynów, jak również dawała siłę do przeciwstawienia się Corllowi. Jest on jedynym znanym mi wspólnikiem drapieżcy seksualnego, który zabił przestępcę.

Nie umniejszamy odpowiedzialności karnej Henleya (on sam też tego nie robi). Zamiast tego eksplorujemy wraz z nim proces psychologiczny, który ukształtował go jako wspólnika zbrodni, tak by naukę na przyszłość wyciągnąć mogli z tego psychologowie, kryminolodzy, rodzice i potencjalne ofiary. Książka ta poświęcona jest drapieżcy, który w swoją zbrodniczą działalność wciągnął dwójkę dzieciaków. Obaj byli podatni na zachęty finansowe. David Brooks zmarł w 2020 roku, nigdy nie opowiedziawszy w pełni swojej historii. Henley nadal jednak żyje, co daje nam możliwość przestudiowania zachowania drapieżcy z perspektywy ofiary.

Do opisywanych tu wydarzeń doszło pięćdziesiąt lat temu. Od tamtego czasu nasz stan wiedzy o całej sprawie powiększył się o kolejne informacje. W ostatnich latach byliśmy świadkami tego, jak nowe interpretacje - odpowiadające na dręczące nas do tej pory pytania lub lepiej odnoszące się do faktów - zmieniały, a niekiedy całkowicie wywracały nasze rozumienie innych, pozornie zamkniętych już spraw z minionych dekad. Nie możemy na przykład kurczowo trzymać się wyników identyfikacji ofiar przeprowadzonych w 1973 roku, skoro przeczą im wyniki analizy DNA z 2012 roku (tak jak w tym przypadku). Tylko otwartość na nowe dane sprawiła, że niesłusznie skazani, niewinni ludzie mogli wyjść na wolność. Dzięki temu zdołano też odsłonić zatarte niegdyś ślady i rozwiązać z pozoru nierozwiązywalne śledztwa. Starsze sprawy, takie jak ta, dają nam inne spojrzenie na współczesne problemy.

Wiele z technik wykorzystywanych przez Corlla pozostaje w użyciu do dziś, nadal bowiem są skuteczne. Wyniki badań Ullman na temat działania wspomnianej wyżej organizacji w latach 70. XX wieku, które potwierdziły realność gróźb Corlla, wykazały, jak szeroko wówczas rozpowszechniony w kraju był to problem. "Zaginione" dowody na temat wpływowych ludzi, przerywane śledztwa, usuwane powiązania. Mimo to do dziś zachowało się wystarczająco wiele śladów, aby odtworzyć większość z tej historii.

Henley ma nadzieję przynajmniej częściowo odkupić swoje winy. Udzielane przez niego wielogodzinne wywiady prezentujemy w tej książce w formie bezpośrednich cytatów i wypowiedzi wszystkowiedzącego narratora, przedstawiającego własne uczucia i spojrzenie na wydarzenia, których był świadkiem. Pomocne były tu także jego zeznania złożone na policji w sierpniu 1973 roku oraz zeznania jego matki i kilku przyjaciół z dzieciństwa. Ponadto wykorzystałyśmy raporty policyjne i protokoły sądowe, raporty z sekcji zwłok, artykuły prasowe i programy telewizyjne z interesującego nas okresu. Niekiedy opierałyśmy się na informacjach zawartych w materiałach wydanych dawniej w formie książkowej, ale dwa główne źródła do tej sprawy opublikowane zostały jeszcze przed procesem współsprawców i w obu pojawiają się błędy rzeczowe. Nawet pamiętnik prokuratora okręgowego, w którym omawia on oba procesy, jest niespójny z raportami policyjnymi i innymi materiałami. Książka ta rozbudowuje całą historię, zagłębia się w dynamikę działań współsprawcy i - na potrzeby nowego pokolenia - udziela najważniejszych lekcji na temat drapieżców seksualnych.

Rozdział 1

Zabójstwo Candy Mana

Szczupły nastolatek o kręconych włosach, skuty kajdankami i ubrany w zielono-niebieski więzienny dres, nawiguje kierowcę nieoznakowanego radiowozu, każąc mu skręcić na wyboistą drogę. Za policyjnym wozem jedzie niewielka karawana innych pojazdów, w których siedzą detektywi. Kierują się ku ustawionym w kształt litery L szopom z blachy falistej przy Silver Bell Street 4500 w Houston w stanie Teksas. To magazyny na łodzie. Zatrzymują się przed szopą o numerze 11. Z pierwszego samochodu wysiadają mężczyźni w mundurach. Jeden z nich pomaga wysiąść chłopakowi, z którym przyjechali. Ten wygląda na zdezorientowanego, ledwo trzyma się na nogach.

Detektywi potrzebują tego chłopaka. Właśnie ujawnił, że Dean Corll, miejscowy elektryk, którego śmiertelnie postrzelił tego ranka, mordował chłopców i grzebał ich w tym budynku. Początkowo detektywi nie chcieli mu wierzyć. To jeszcze dzieciak, wyglądał, jakby nawąchał się za dużo farby. Ale wspomniał nazwiska Davida Hilligiesta, Marty'ego Jonesa i Charlesa Cobble'a. Wszyscy trzej zaginęli i trwały ich poszukiwania. Dwóch z nich zniknęło tego samego dnia, zaledwie kilka tygodni wcześniej. Mimo potwornego żaru, który lał się z nieba tamtego sierpniowego dnia 1973 roku, detektywi postanowili sprawdzić niepokojące doniesienia.

Część policjantów była z Houston, inni z pobliskiej Pasadeny, gdzie zginął Corll. Oba zespoły ustaliły, że powinny ze sobą współpracować. Około 17:30 podeszli do stalowych drzwi magazynu. Zatrzymała ich kłódka. Znaleźli mieszkającą w pobliżu właścicielkę terenu, Mayme Meynier, i wyjaśnili jej, dlaczego muszą dostać się do środka. Zasmuciła ją wiadomość, że jeden z jej najemców nie żyje. Stwierdziła, że Dean Corll był przemiłym człowiekiem i od listopada 1970 roku, to znaczy, odkąd wynajmował budynek, zawsze płacił czynsz na czas. Nie miała zapasowego klucza do zamka Corlla, zgodziła się więc, aby policjanci weszli do środka siłą. Jeden z nich wyłamał kłódkę za pomocą łyżki do opon. Gdy otworzyli drzwi do pozbawionej okien, wysokiej szopy o wymiarach 3,65 na 10,36 metra, podmuch gorąca sprawił, że aż się cofnęli.

Wewnątrz zobaczyli prawdziwe wysypisko gratów. Weszli do środka, żeby przyjrzeć się zawartości. Pośrodku leżały dwa nachodzące na siebie zatęchłe dywany, przykrywające gołą ziemię. Jeden z nich, niebieski, rozciągał się od ściany do ściany i miał ponad trzy i pół metra. Z tyłu, pod prawą ścianą, detektywi zobaczyli okryty plandeką samochód, dwa kanistry z gazem, mały czerwony rower, pustą szafkę i plastikową torbę pełną butów i ubrań. Naliczyli w sumie osiem metalowych pojemników o pojemności siedemdziesięciu pięciu litrów każdy. Na jednym z nich leżały dwa czteroipółkilogramowe worki wapna. Pod lewą ścianą ze szczeliny w wybrzuszonej ziemi wydobywała się słaba woń. Dwie łopaty z krótkim trzonkiem i złamane grabie pokryte białym proszkiem potęgowały złowieszcze wrażenie, że pod warstwą wapna coś zakopano.

Chłopak, który ich tu przyprowadził, podszedł do drzwi. Był blady. Nie wszedł do środka, zamiast tego cofnął się, usiadł na trawie i schował twarz w dłoniach. Tamtego dnia jego życie zmieniło się na zawsze. Siedemnastoletni Elmer Wayne Henley Jr. właśnie zastrzelił Deana Corlla. Zeznał, że zrobił to, by uratować siebie i dwoje przyjaciół, których Corll chciał poddać torturom. Następnie powiedział detektywom o szopie na łodzie, gdzie zakopanych miało być czterech, a być może i więcej dzieciaków.

Dave Mullican, detektyw z Pasadeny, nie rozstawał się z Henleyem od czasu porannej strzelaniny. Teraz przyglądał się samotnemu nastolatkowi. Ten dzieciak wiedział więcej, niż mówił, o wiele więcej. Bez żadnych problemów doprowadził ich do szopy, chociaż twierdził, że był tam tylko raz. Pokazał im, gdzie mieszka właścicielka terenu. Co jeszcze wiedział? Co jeszcze zrobił? Te pytania mogły jednak zaczekać. Najpierw musieli sprawdzić, czy Dean Corll naprawdę był mordercą, tak jak twierdził chłopak.

Rzut oka pod plandekę ujawnił rozebranego prawdopodobnie na części chevroletta camaro - typowy sposób, żeby trochę zarobić na skradzionym samochodzie. Będą musieli sprawdzić status pojazdu i później go stąd zabrać. Tak samo jak dziecięcy rower. Policyjny fotograf Bill Hare zrobił zdjęcia wszystkim przedmiotom w magazynie, po czym ustąpił miejsca technikom. Zebrali oni próbki ziemi i wapna oraz odciski palców z kilku różnych miejsc. Wszystkie rzeczy zostały spakowane i oznaczone jako potencjalne materiały dowodowe.

Około 18:30 przyszła wiadomość, że samochód był kradziony, a rower należał do trzynastoletniego Jamesa Dreymali, który zaginął niecały tydzień wcześniej. Jeszcze jeden zaginiony chłopak, ale żaden z tych, których wymienił Henley. Razem z pozostałymi trzema dawało to cztery potencjalne groby, być może pięć, gdyż w 1971 roku razem z Davidem Hilligiestem zaginął również Gregory Malley Winkle. Wydawało się to niemożliwe. Czy ktokolwiek kiedykolwiek słyszał o facecie, który zdołałby porwać i zabić kilku chłopaków tak, żeby nikt niczego nie zauważył?

Detektywi, nadal pełni wątpliwości, kazali dwóm więźniom, których ze sobą zabrali, rozkopać wybrzuszenie w ziemi obok złamanych grabi, skąd wydobywał się smród. Powietrze nieco się przeczyściło, ale na zewnątrz nadal było piekielnie gorąco. Koszule przyklejały się do przepoconych ciał. Więźniowie zaczęli kopać.

Dwadzieścia centymetrów pod powierzchnią natrafili na warstwę białego wapna. Po kilku dodatkowych ruchach łopatą ujrzeli warstwę grubego przezroczystego plastiku. Rozkopując piaszczystą glebę, poczuli odór, jeszcze zanim zobaczyli napuchnięte nagie ciało chłopca o blond włosach, owinięte w plastikowy worek, położone na prawym boku. Na podstawie rozmiarów stwierdzili, że miał dwanaście-trzynaście lat. Może Dreymala? Stopy chłopca były sklejone taśmą. Nerwowi więźniowie wyciągnęli worek i wynieśli na zewnątrz, mijając Henleya.

Uwalani ziemią kopiący odkryli koło skraju dołu zniszczony zielony plastikowy worek ze szkieletem. Ofiarę wsadzono do środka w pozycji "na czworakach". Najwyraźniej Henley miał rację: to miejsce było prywatnym cmentarzem. Detektywi wezwali posiłki. Zanosiło się na to, że nie ruszą się stąd zbyt szybko. Więźniowie zaczęli narzekać. Nie podobała im się ta robota. Jeden z nich zwymiotował na zewnątrz. Ale nie mieli wyjścia, musieli kopać dalej. Szopa była duża, terenu do przekopania sporo. Policjanci poprosili o dowiezienie lamp i mocnych wiatraków. Chevroletta wyciągnęli na zewnątrz.

Po wyjęciu drugich zwłok więźniowie zlokalizowali miejsce pod brudnym niebieskim dywanem, które nosiło ślady przekopywania. Spod warstwy wapna wydobyli długą na około metr osiemdziesiąt i szeroką na trzydzieści centymetrów sklejkę. Wyglądała tak, jakby położono ją, aby wskazywała to miejsce. Wyciągnęli ją i zaczęli kopać głębiej, aż znaleźli zwłoki dwóch częściowo rozłożonych już ofiar, owiniętych w plastikowy worek i związanych liną. Obie ofiary spoczywały na lewym boku, głowa każdej z nich przylegała do stóp drugiej. Wiele wskazywało na to, że zostały zabite i zakopane tu w tym samym czasie.

Mogli to być Marty Jones i Charles Cobble. Śledztwo w sprawie ich zaginięcia policja anulowała zaledwie dwa tygodnie wcześniej, uznając, że po prostu uciekli z domów. Nie podjęto żadnych prób odnalezienia chłopców. W oficjalnym uzasadnieniu stwierdzono, że w ostatnim czasie tak wielu nastolatków uciekało z Houston, że nie było żadnego powodu do marnowania zasobów na ich poszukiwania. Jones i Cobble byli kumplami. Zniknęli tego samego dnia. Ergo: uciekli razem. Byli też jednak dwoma z kilku chłopaków z okolic Houston Heights, po których od 1971 roku ślad zaginął. Sześciu z nich chodziło do tego samego gimnazjum. Już to powinno wzbudzić w śledczych poważne wątpliwości, szczególnie gdy w odpowiedzi na brak reakcji policji rodzice zaginionych wszczęli awanturę. Nikt nie wierzył w ucieczkę. Każdy policjant znajdujący się tamtej nocy w nagrzanej, śmierdzącej szopie prawdopodobnie się domyślał, że przyjdzie im drogo zapłacić za to niedopatrzenie.

Mieli teraz cztery ciała - tyle, o ilu wspomniał Henley. Mogliby przerwać akcję, ale wiedzieli, że ofiar może być więcej. Mogli też się natknąć na zakopany jakiś inny dowód lub przedmiot, który pomógłby im zidentyfikować dzieciaki. Musieli szukać dalej.

W kolejnym dole, wykopanym w miejscu, gdzie stał camaro, znaleźli czaszkę i parę kości. Pod nimi - kolejne owinięte w plastikowy worek zwłoki, tym razem rozłożone tak bardzo, że nie byli w stanie nawet określić, w którą stronę ułożono ramiona i nogi. To dawało już sześć ciał. Jeśli wierzyć autorowi reportaży kryminalnych Jackowi Olsenowi, gdy właścicielka terenu przyszła zobaczyć, jak przebiega praca, i powiedziała policjantom, że Corll pytał niedawno o możliwość wynajęcia jeszcze jednej szopy, bo "kończyło mu się miejsce", niektórych funkcjonariuszy zemdliło.

Ciała przewieziono ambulansami do kostnicy hrabstwa Harris. Palący papierosa Mullican przyglądał się Henleyowi. Ten dzieciak rzeczywiście powstrzymał mordercę, tak jak mówił. Gdyby tego nie zrobił, on i jego znajomi mogliby też tu trafić, a Corll mordowałby dalej przez Bóg jeden raczy wiedzieć jak długo.

Na miejscu zjawiło się paru reporterów. Niektórzy spostrzegli długowłosego, obsypanego trądzikiem chłopaka, tkwiącego pośrodku tego koszmaru. Wyglądał na nie więcej niż czternaście lat, był niski i szczupły. Nikt nie podejrzewałby, że ten dzieciak może sprawiać jakiekolwiek problemy. Henley na zmianę płakał i zapewniał pilnującego go policjanta, że wszystko z nim w porządku. Skarżył się na ból głowy. Chciał zadzwonić do matki. Od wielu godzin prosił o możliwość rozmowy z nią.

Zaprawiony w bojach reporter Jack Cato z KPRC-TV dostrzegł w tym okazję dla siebie. Zaproponował Henleyowi, że ten może skorzystać z telefonu w jego samochodzie. Chłopak przyjął propozycję. Był to pakt z diabłem. Cato bez zgody nastolatka nagrał go, jak opiera się o czerwonego mustanga i przekazuje wieści swojej matce Mary Henley. Jej przerażona reakcja na rewelacje syna została wyemitowana w telewizji.

- Mama? - zapytał trzęsącym się głosem Henley.

- Tak, tu mama, skarbie.

Chwila ciszy.

- Zabiłem Deana.

Henley podnosi dłoń do twarzy.

- Wayne? - Matka jest zszokowana. - Och, Wayne, nie, nie zrobiłeś tego!

- Tak... Tak, zrobiłem to.

- O Boże! Gdzie jesteś? - zapytała i rozpłakała się.

Odpowiedział, że w "magazynie" Corlla. Gdy spytała, czy może przyjechać na miejsce, w pierwszej chwili powiedział, że tak, ale detektywi kazali mu zaprzeczyć. Wiedzieli, że był nieletni i któreś z jego rodziców powinno tu być, ale nie chcieli, aby go uciszała. Kto wie, może nawet przyjechałaby z adwokatem. Henley zapewnił ją, że wszystko jest w porządku.

- Jestem z policjantami.

Powiedział jej, że spotkają się później.

Sam z siebie wymamrotał, że znał niektórych z tych chłopaków i przedstawił ich Corllowi.

- To wszystko moja wina.

Cato poprosił o zgodę na wywiad przed kamerą, ale Henley nie chciał być nagrywany. Dziennikarz zdołał nagrać parę słów wypowiedzianych przez niego napiętym głosem, a kamerzysta filmował wiatraki oczyszczające powietrze ze smrodu rozkładających się zwłok w szopie. Reporter z Kanału 11 zdołał namówić Henleya na rozmowę twarzą w twarz do wieczornego wydania wiadomości. Chłopak przyznał, że znał Corlla od dłuższego czasu, jakieś dwa lata. Lubili popijać razem piwo. Powiedział, że Corll mówił mu o organizacji zamieszanej w tę zbrodnię, rzekomo płaciła mu ona za to tysiące dolarów. Ale chłopak zdawał się mieć wątpliwości, ponieważ sposób życia Corlla nie odpowiadał jego deklarowanemu udziałowi w tej grupie.

Wiadomości o zdarzeniu były transmitowane przez telewizje z całego miasta. Henley w żaden sposób nie uprzedził matki, co może zobaczyć na ekranie - ona oraz jej sąsiedzi. Niektórzy z nich to rodzice chłopaków, których ciała wyciągnięto z wynajmowanej przez Corlla szopy. Rodzice, z którymi Mary Henley musiała konfrontować się już wcześniej, zaraz po zaginięciu ich synów.

- Nie mogłam w to uwierzyć - mówiła później Mary. - To nie mógł być mój mały Wayne. On nie robił takich rzeczy. Kochał wszystkich.

Wspomina, że w wieku pięciu lat przeszedł kościelną nawą i oznajmił, że chciałby zostać pastorem. Jeszcze do niedawna w kieszeni koszuli nosił Biblię. To dobre dziecko. Mary miała świadomość, że ostatnio był nieszczęśliwy. Mówił rzeczy tak dziwne, że umówiła go na spotkanie z psychiatrą. Pamiętała, że zaledwie dwa tygodnie wcześniej Corll wspomniał jej, że planuje wyjechać z jej synem gdzieś daleko, gdzie Mary nie będzie miała do niego dostępu. Wściekła ostrzegła Corlla, że jeśli spróbuje, to naśle na niego policję.

- Musiał zrobić coś potwornego - stwierdziła Mary - skoro Wayne go zabił.

Cała sprawa miała okazać się znacznie bardziej szokująca niż samo zastrzelenie Deana Corlla.

Gdy z chaty na łodzie wynoszono kolejne ciała w plastikowych workach, Henley zdawał się zaskoczony. Wiedział o czterech ofiarach i podejrzewał istnienie jednej lub dwóch dodatkowych, ale najwyraźniej Corll skrywał tajemnice mroczniejsze, niż Henley mógł sobie wyobrazić. A wiedział przecież o ciałach zakopanych też w innych miejscach. Początkowo zamierzał powiedzieć policji tylko o tych w szopie, ale z kilku jego komentarzy przebijała chęć ujawnienia całej prawdy.

- Czuję się winny, tak jakbym to ja sam ich zabił - żalił się jednemu z policjantów. - To ja doprowadziłem do ich śmierci. To ja doprowadziłem ich do Deana.

Funkcjonariusz powiedział Henleyowi, że powinien czuć się szczęściarzem. Mógł skończyć w tej szopie jako kolejna ofiara. Henley schował twarz w dłoniach. Wiedział, że nie zasługuje na pocieszenie. Powinien zabić Corlla o wiele wcześniej albo zgłosić to na policję. Układał nawet w głowie kilka planów, ale nic, czego próbował, nie przyniosło efektu. Wstydził się swojej słabości. W kilku kluczowych momentach mógł zrobić, co należało, ale za każdym razem podporządkowywał się Corllowi i wykonywał jego polecenia.

Około dwudziestej drugiej Mullican odesłał Henleya z powrotem do aresztu w Pasadenie, mieście, gdzie zastrzelił Deana Corlla. Sądził, że nie będą już potrzebować jego pomocy. Wkrótce miał się przekonać, że to dopiero początek koszmaru.

W dole numer 4, w prawym tylnym rogu szopy, policjanci znaleźli dwa kolejne ciała pochowane blisko siebie. Wszystko wskazywało na to, że niektóre dzieciaki były chowane jedne nad drugimi. Pod siódmą odnalezioną parą zwłok kopacze odkryli zamszową kurtkę z długimi frędzlami, zawiązaną linę i kawałek niebieskiej froty. Ósmy zamordowany chłopak został pochowany w pozycji siedzącej, związany czymś, co wyglądało na linkę od spadochronu. Wszystko to wydawało się absolutnie odrealnione. Przecież ludzie nie zabijają dzieciaków ot tak, po prostu i nie zakopują ich w szopie na łodzie. Kim był ten cały Dean Corll?

Po północy zmordowani detektywi ogłosili przerwę. Nie skończyli pracy, ale wszyscy musieli odpocząć. Smród i upał przytłaczały. Podejrzewano, że niektórzy więźniowie przeżyli traumę. Nikt nie przypuszczał, że potrwa to aż tak długo. Rutynowe przeszukanie w następstwie mało wiarygodnego zeznania zamieniło się w skomplikowaną sprawę z wieloma ofiarami śmiertelnymi. Jak do tej pory doły wykopali tylko pod dwiema ścianami i pośrodku szopy. Mieli jeszcze sporo terenu do sprawdzenia. Stan niektórych ciał sugerował, że znajdowały się tam od dawna.

Tłum reporterów przekrzykiwał się wzajemnie przed kamerami, relacjonując dla swoich stacji telewizyjnych informacje o przerażających odkryciach. Rodzice zaginionych chłopców dzwonili do siebie, chwytając się każdego słowa. Jack Olsen stwierdził, że byli wściekli po tym, jak wcześniej policja z Houston uznała ich zaginionych synów za uciekinierów. Mary Henley wspominała po czasie reporterom, że siedziała jak skamieniała w domu, który dzieliła ze swoją matką Christeen Weed i trzema młodszymi synami. Wiedziała, że Elmer Wayne od półtora roku utrzymywał bliski kontakt z Corllem. Próbował powiedzieć jej, że ma kłopoty. Nie chciała go słuchać. Teraz mogła mieć jedynie nadzieję, że wszystko to, czego dowiadywała się z telewizji, jakoś się wyjaśni. Musiało się wyjaśnić. Desperacko pragnęła zobaczyć najstarszego syna, chciała, aby powiedział jej, o co w tym wszystkim chodziło, ale nie mogła tak po prostu wybiec z domu i się z nim zobaczyć. Wątpiła, czy dostanie pozwolenie na spotkanie o tak późnej porze. Była to dla niej bezsenna, pełna bólu noc.

Zamknięty w celi Henley także miał ciężką noc. W halucynacjach widział wchodzącą do celi kobietę z psem. Później zdawało mu się, że jakaś czarnoskóra kobieta robi mu zdjęcia. Na widok intruzów wpadł w panikę. Ciężko było mu się rozgrzać. Zdezorientowany, trząsł się, nie mogąc się uspokoić.

Kolejny dzień był równie upalny jak poprzedni. Ekshumowano następne ciała. Niektóre miały na sobie fragmenty ubrań: stroje do pływania, buty i paski. Koroner wraz ze swoim zespołem przystąpił do przypisywania ofiarom imion. Zidentyfikowano dwóch zaginionych braci, potwierdzając tym samym ich los. Detektyw policji z Houston Karl Siebeneicher z przerażeniem patrzył na zwłoki Marty'ego Jonesa, swojego zamordowanego kuzyna. Identyfikacja pozostałych okazała się jednak trudniejsza. Ekipy filmowe kręciły makabryczne sceny wyciągania zawiniętych w plastikowe worki, rozłożonych ciał i przenoszenia ich do stojących nieopodal pojazdów. Kilka ofiar nosiło ślady kastracji. W jednym z dołów szkielety dwóch chłopców przemieszały się do tego stopnia, że trudno było określić, do którego dziecka należy dany fragment ciała.

W czasie kilku kolejnych dni "masowe morderstwa z Houston" stały się najgłośniejszą sprawą zbiorowego mordu w dotychczasowej historii Stanów Zjednoczonych.

Drapieżca

Dla przedstawicieli prawa najbardziej palącą kwestią było to, w jaki sposób tak wiele dzieciaków mieszkających w tej samej okolicy mogło zaginąć w ciągu zaledwie kilku lat bez zakrojonego na szeroką skalę śledztwa. Co więcej, jak ten na pozór miły Dean Corll (przez dzieciaki, które go uwielbiały, nazywany "Candy Manem" - "facetem od cukierków") mógł dopuścić się czynów opisywanych przez Henleya? I w jaki sposób zupełnie zwyczajny nastolatek, taki jak Wayne Henley, został wciągnięty w całą sprawę? Historia zaczęła nabierać kształtu w miarę tego, jak policja i prokuratorzy starali się ustalić oficjalną wersję wydarzeń. Sprawdzili kilka śladów i zignorowali te, których nie zdołali zbadać z powodu zbyt ogólnych informacji lub braku odpowiednich zasobów.

W końcu przedstawili prostą, ale niekompletną opowieść o drapieżcy seksualnym i mordercy działającym na ograniczonym terenie. Wersja ta w formie niezmienionej obowiązywała przez blisko pięćdziesiąt lat. Po 2010 roku jednak dwie niezależne grupy ekspertów szukające potencjalnego powiązania między Deanem Corllem a seryjnym mordercą z Chicago Johnem Wayne'em Gacym postanowiły ruszyć śladem odkrytym przez niejakiego Randy'ego White'a. Gacy został aresztowany w 1978 roku, pięć lat po śmierci Corlla, za zamordowanie ponad trzydziestu chłopców i młodych mężczyzn. White "badał" Gacy'ego w czasie jego pobytu w więzieniu, tworząc dossier na temat ofiar i wspólników mordercy. W pisanych przez niego raportach raz po raz pojawiała się postać Johna Davida Normana. Śledztwo ujawniło dokumenty stwierdzające molestowanie przez Normana nastoletnich chłopców już w latach 50. Skazano go nawet na wyrok w więzieniu stanowym na wyspie McNeil dla nierokujących poprawy przestępców seksualnych. Norman nigdy jednak nie spędził zbyt wiele czasu za kratami. W okresie, kiedy Dean Corll dopuszczał się swoich mordów, Norman prowadził w Teksasie kilka "biznesów" skupionych na seksualnej eksploatacji nieletnich. Wydaje się, że w 1973 roku na szali leżało coś więcej niż zidentyfikowanie i powstrzymanie działającego lokalnie seryjnego mordercy. Tak naprawdę od dnia, kiedy morderstwa Corlla ujrzały światło dzienne, istniały poszlaki wskazujące na to, że ta historia dotyczy całego kraju. Henley wyjawił przecież, że Corll mówił mu o organizacji, która zajmowała się handlem chłopcami. Niestety, w miarę tego, jak chłopak przyznawał się do współudziału w zbrodni, malała jego wiarygodność w oczach policji.

Nie mamy odpowiedniego określenia na ofiary takie jak Henley, przez drapieżców seksualnych obsadzane w roli pomocników. Nie są takimi samymi ofiarami jak ci, których pomagali krzywdzić, nie są jednak również takimi samymi przestępcami jak drapieżcy, którzy ich zwerbowali. Zajmują szarą strefę. Wybierani są często ze względu na młody wiek, podatność na wpływy, słabość, ubóstwo lub uległość, co sprawia, że łatwo nimi manipulować. Ponieważ społeczeństwo z reguły postrzega ich jako winnych w równym stopniu co główni sprawcy, szczególnie gdy dopuszczają się wyjątkowo odrażających czynów, badacze nigdy nie studiowali dokładnie ich unikalnych doświadczeń. Analiza tego, jak ktoś, kto w przeszłości nawet nie pomyślał o zabiciu drugiego człowieka, nagle w pewnych warunkach dopuszcza się tego typu czynów, może pomóc ochronić przyszłych potencjalnych sprawców przed przestępstwem. Corll miał dwóch znanych nam uczniów - obaj byli niedojrzałymi nastolatkami. Na jego rozkaz nauczyli się porywać, pilnować, mordować i zakopywać ciała innych chłopców.

Podchody drapieżcy

Koncept ucznia przywodzi na myśl XVIII-wiecznych młodych chłopaków terminujących u rzemieślników, aby rozwinąć swoje umiejętności. W zamian za edukację uczniowie wykonywali najbardziej uciążliwe prace. Obie strony czerpały z takiego układu korzyści, ale dla ucznia potrafił być on uciążliwy, a niekiedy nawet uwłaczający. Uczniowie byli z reguły nastolatkami w wieku około piętnastu lat lub młodszymi, łatwiej ich bowiem uczyć niż starszych. Układ taki trwał niekiedy całe lata i prowadził ostatecznie do swego rodzaju partnerstwa. W czasie szkolenia uczeń mógł niekiedy mieszkać z mistrzem, robiąc za pomocnika od wszystkiego. Niekiedy układy takie nadzorowane były przez większe organizacje, na przykład gildie rzemieślnicze.

Zbyt późno stało się jasne, że rzeczywiście istniała podziemna sieć sekspowiązań, której główni operatorzy pracowali niedaleko Deana Corlla. Mężczyźni ci mieszkali i działali na szeroką skalę w Houston i Dallas, a wspólników mieli w Kalifornii. Stworzona przez nich siatka obejmowała kilkadziesiąt tysięcy drapieżców seksualnych i równie wielu wykorzystanych chłopców. Mało prawdopodobne, by Corll nie był świadom jej istnienia, gdyż pedofile mają tendencję do dzielenia się między sobą swoimi zasobami, żeby na wszelki wypadek mieć kompromitujące innych członków materiały.

Corll skupiał się na morderstwach. Opracował metodę wyszukiwania młodych ofiar, uwodzenia ich, zabijania i grzebania. Prawdopodobnie zdawał sobie sprawę z tego, że zaangażowanie innych nastolatków do zwabiania chłopców zmniejszy ryzyko, że ktoś zobaczy go z później zamordowanym. Niektóre ofiary z Houston regularnie grywały w bilard, a Corll przy stole bilardowym namawiał je do pójścia do jego domu, żeby trochę się zabawić. Jeden chłopiec pracował w jego sklepie z cukierkami.

Drapieżcy często przyjmują, tak jak Corll, postawę "mentorską". Szybko nawiązują bliską relację i używają określeń budzących w ofierze poczucie, że troszczą się o nią. Swoimi wspólnikami manipulują za pomocą pieniędzy, prezentów, pochwał i obietnic podobnych do tych, którymi obdarzają swoje ofiary. Tworzą dom z dala od domu i stają się dorosłymi, którzy "rozumieją". Nim zaczął spędzać z nimi czas, Corll najpierw oferował nastolatkom cukierki, a później prochy i piwo. Zawsze był gotów im pomóc. Wszystko to, w połączeniu ze wspaniałymi manierami, sprawiło, że z łatwością owinął sobie wokół palca dwóch chłopaków (a prawdopodobnie nawet więcej). Gdy wreszcie dopuścili się zbrodni, zaangażowali się w całą sprawę psychologicznie, moralnie i prawnie. Niedojrzali jeszcze, byli podatni na wpływy. Nie mieli odpowiednich umiejętności, żeby oprzeć się silnemu, dominującemu mężczyźnie, takiemu jak Corll. (Nie potrafiłoby zrobić tego nawet wielu dorosłych).

W ciągu pierwszych kilku dni sprawa drastycznie wyewoluowała, zmuszając detektywów do zweryfikowania ich początkowych przekonań co do Deana Corlla i chłopaka, który go zabił. W tym samym czasie Henley powoli się przełamywał, aby opowiedzieć całą prawdę. Chciał zrzucić z siebie ten ciężar bez względu na wszystko. A miał do opowiedzenia więcej. O wiele, wiele więcej.

Sprawa w toku

Wykopy na terenie szopy na łodzie wznowiono 9 sierpnia o godzinie 8:30. Tego samego ranka detektyw Mullican wyprowadził Henleya z celi, by zadać mu kilka dodatkowych pytań. Henley cierpiał z powodu odstawienia alkoholu i skarżył się, że w jego celi było bardzo zimno. Źle spał. Nadal nie widział się z matką, ale ta zdołała otrzymać od swojego pastora kontakt do adwokata, który mógłby reprezentować jej syna. Detektywi zdawali sobie sprawę z tego, że z perspektywy obowiązującego w Teksasie prawa siedemnastoletni Henley był formalnie nieletni, mógł już jednak odpowiadać za podejmowane przez siebie decyzje. Kilkukrotnie pytano go, czy potrzebuje adwokata, nigdy jednak wprost o żadnego nie poprosił. Teoretycznie detektywi mogli kontynuować postępowanie. Mullican poinformował Mary Henley, że jej syn może zachować milczenie, ale i tak zamierzają kontynuować przesłuchanie. Chcieli wykorzystać okazję, że w tej chwili był skłonny mówić. Uzyskanie odpowiedzi na pytania stawało się coraz bardziej palące. Zespół detektywów zdołał zidentyfikować ponad czterdzieści przypadków zgłoszonych zaginięć chłopców z Houston, którzy wykazywali podobieństwo z zamordowanymi dziećmi.

W czasie kolejnego przesłuchania Henley zaczął nieco kluczyć ze swoimi odpowiedziami, ale mimo pewnych nadziei na zdystansowanie się i uniknięcie konsekwencji swoich czynów w głębi ducha wiedział, że to mu się nie uda. Po odkopaniu kolejnych ciał (czterech tylko do południa tamtego dnia) przyznał, że były jeszcze inne, położone dalej od miejsca pochówków ofiar. Twierdził, że bez jego pomocy policja nigdy nie zdoła ich odnaleźć. Nie wiedział, jaki los go czeka, ale chciał się oczyścić. Mullican zachęcał go, aby zrzucił ciężar z serca. Po czasie Henley opowiadał, że chciał po prostu, by rodziny ofiar dowiedziały się, gdzie spoczywają ich synowie. Nie był świadomy tego, że sprawa wywoła sensację, a Houston zostanie okrzyknięte przez prasę mianem "światowej stolicy morderstw".

Henley złożył nowe, zmienione zeznanie, które zaczął od opowiedzenia, jak poznał Deana Corlla. Twierdził, że sam poprosił swojego przyjaciela Davida Brooksa, aby ten zaaranżował jego spotkanie z Corllem, miał bowiem nadzieję, że w ten sposób zarobi trochę kasy, którą Brooks zawsze zdawał się przy sobie mieć. "David zawsze kręcił się po okolicy samochodem Deana i w ogóle. (...) wydawało mi się to super". Rodzina Henleya żyła w biedzie, z trudem radząc sobie z płaceniem rachunków. "David Brooks powiedział, że mógłby mi nagrać robotę, przy której sobie trochę dorobię (...)". W końcu Corll wspomniał o seksprocederze. "Dean powiedział mi, że należał do organizacji w Dallas, która kupuje i sprzedaje chłopców, zarządza dziwkami i tym podobne. Dean powiedział, że zapłaci mi dwieście dolarów za każdego chłopaka, którego mu przyprowadzę, a być może nawet więcej, jeśli będzie naprawdę ładny. Przez jakiś rok w ogóle nie próbowałem szukać mu kogokolwiek, ale w końcu stwierdziłem, że mając pieniądze, mógłbym kupić rodzinie jakieś lepsze rzeczy, poszedłem więc do mieszkania Deana i powiedziałem mu, że znajdę jakiegoś chłopaka".

Wyjechali na miasto samochodem Corlla i zobaczyli młodego autostopowicza. Henley go nie znał. "Miałem długie włosy i w ogóle", kontynuował. Dzięki temu zdołał przekonać chłopaka, aby pojechał do mieszkania Corlla i zapalił z nimi marihuanę. Opisał, jak unieruchomili chłopaka, pokazując mu sztuczkę z kajdankami. "Myślałem, że chce go sprzedać organizacji, do której należał (...)". Corll zapłacił mu dwieście dolarów. "Dzień później, czy coś koło tego, odkryłem, że Dean zabił chłopaka". Henley nie zdawał sobie sprawy z tego, że Corll od początku planował morderstwo. Teraz jednak Corll powiedział Henleyowi, że stał się jego wspólnikiem i jeśli powie o tym komukolwiek, pójdzie do więzienia, więc ten pomógł "skombinować Deanowi ośmiu albo dziesięciu innych chłopaków". Wspomniał Davida Hilligiesta, swojego znajomego, którego zabił Corll, oraz Malleya Winkle'a, którego zabili Corll i Brooks. Później wymienił jedną ze swoich ofiar: "Charles Cobble, którego zastrzeliłem i którego zakopaliśmy w szopie na łodzie (...). Potem jeszcze Marty Jones, ja i Dean udusiliśmy go i zakopaliśmy w szopie na łodzie". Henley nie tylko zatem wiedział, że w szopie numer 11 znajdowały się ciała - pomagał także je tam grzebać. Potwierdziły się podejrzenia Mullicana co do współudziału Henleya.

Lista ciągnęła się dalej, pojawiały się nowe imiona: Billy, Frank, Mark, Johnny - niektórzy uduszeni, inni zastrzeleni. Jedni zostali pochowani nad jeziorem Sam Rayburn, gdzie ojciec Corlla miał wakacyjny domek, inni na plaży High Island. Henley nie potrafił wskazać dokładnych dat, "bo było ich zbyt wiele". Niektórych imion nie znał, potrafił podać jednak ogólne szacunki. "Dean powiedział mi, że łącznie było ich 24, ale nie przy wszystkich byłem obecny". Twierdził, że wraz z Davidem Brooksem rozmawiali o zamordowaniu Deana, by położyć kres jego aktywności. "Kilka razy byłem nawet o krok od zabicia go, ale do wczoraj nie mogłem się na to zdobyć, bo Dean powtarzał mi, że jeśli coś mu zrobię, to jego organizacja mnie dorwie".

Zeznanie przyniosło mu ulgę. W pewnym momencie wykrzyknął: "Nie obchodzi mnie, kto o tym wie. Muszę zrzucić ten ciężar z serca!". Gdy wreszcie dostał kwadrans na spotkanie z matką, powiedział jej, że ma cieszyć się wraz z nim, bo wreszcie jest wolny. Nie rozumiała, o co mu chodzi. Widziała, że jest chory, że cierpi z powodu odstawienia alkoholu, ale zdawał się przy tym niespełna rozumu. Powiedziała detektywom, że jej syn potrzebuje opieki. Przekazała im także, że załatwiła mu adwokata, który przyjedzie do niego po południu. Jeden z funkcjonariuszy powiedział jej, że jeszcze przed przyjazdem adwokata Wayne sam może zdecydować o tym, ile chce im powiedzieć. Dopiero w miarę tego, jak wypływały nowe informacje, Mary uświadomiła sobie, w co wplątał się jej syn. W wiadomościach pokazywano makabryczne obrazy na wpół owiniętych w worki ciał, podawano informacje o szczątkach, po których pozostały tylko zęby i kości, oraz o ciałach grzebanych jedne nad drugimi.

Do końca dnia kopacze wydobyli z szopy na łodzie siedemnaście ciał. Dół, który wykopali w podłodze, miał metr osiemdziesiąt głębokości. W tym momencie natrafili najwyraźniej na grubą warstwę gleby, w którą nie mogli się już wbić. Wykopaną ziemię zabrano do zbadania pod kątem potencjalnych, nieodkrytych jeszcze przedmiotów.

Wieczorne programy przerwane zostały przez serwisy informacyjne opisujące odkrycie ciał. Rodziny zaginionych chłopców z tamtej okolicy śledziły je z najwyższą uwagą. Niektóre z nich wiedziały już wcześniej. Tak było w przypadku rodzin Rubena, Franka czy Billy'ego. Niektóre dzwoniły na policję. Teraz członkowie rodzin zaginionych domagali się od policjantów więcej niż wyrażane początkowo przez nich sugestie, że chłopcy po prostu uciekli. W czasie, gdy Corll wynajmował szopę, ćwierć setki dzieciaków z okolicy podobno "uciekła z domów". Niedorzeczność.

Trzeba było znaleźć odpowiedzi na wiele pytań. W 1973 roku nie znano żadnej innej podobnej sprawy. FBI nie uruchomiło jeszcze programu profilowania przestępców, a żadne służby porządkowe w USA nie znały takiego określenia jak "seryjny morderca". Powszechnie uważano, że zboczeńcy seksualni funkcjonują na marginesie społeczeństwa - a nie że żyją i pracują jak porządni obywatele. Całe miasto aż buzowało od nieujawnionych jeszcze tajemnic.

Mimo to w niedalekim Dallas grupa osób dopuszczających się przestępstw seksualnych, z którymi podobno łączyły Corlla powiązania finansowe, bez żadnych problemów rozszerzała sieć kontaktów na nowe miasta w całym kraju. Zeznania Henleya na ich temat zaginęły w gąszczu pilniej potrzebnych szczegółów dotyczących miejscowego mordercy. Chociaż tak zwany Syndykat z Dallas trafił do policyjnej kartoteki jako potencjalny ślad, to najwyraźniej śledczy nie zadali sobie trudu, żeby go uwzględnić.

By odkryć najgorszą możliwą dewiację, nikt nie potrzebował jechać do Dallas. Kryła się ona w tym jednym samotnym drapieżcy, Deanie Corllu, który podstępem skłonił nieletnich chłopaków, żeby wabili dla niego ofiary. Aby zrozumieć, jak mu się to udało, należy nakreślić obraz otoczenia, w jakim funkcjonowali bohaterowie tego dramatu. Zaczniemy od przyjacielskiego sadysty seksualnego Corlla i jego pierwszego pomocnika Davida Brooksa.

Rozdział 2

Zwabić dzieciaka, stworzyć mordercę

Kolejne groby

Tuż po tym, jak Henley zaczął swoje zeznanie, składane w Pasadenie już po wizycie w szopie na łodzie, detektyw Mullican dostał telefon, że przed momentem na komisariacie w Houston pojawił się David Brooks. Towarzyszyli mu jego ojciec i wujek i chcieli spotkać się z porucznikiem J.D. Belcherem. Brooks był gotów powiedzieć wszystko, co wiedział na temat Corlla i Henleya. Gdy Mullican powiedział o tym Henleyowi, ten ucieszył się, mówiąc, że teraz będzie mógł powiedzieć całą prawdę. Spodziewał się, że Brooks zrobi to samo. Nie miał pojęcia, że Brooks zamierzał wepchnąć go pod metaforyczny pociąg. Kiedy Mullican uznał, że w czasie rozmowy z Henleyem potrzebuje jakiejś zachęty, aby chłopak zaczął mówić, przekazał mu, że Brooks zrzuca na niego całą winę.

W ciągu czterdziestu pięciu minut Henley opowiedział, że obaj z Brooksem zajmowali się stręczeniem młodych chłopaków, a później brali udział w ich mordowaniu. Mullican poinformował o wszystkim policję z Houston, żeby mogli sformować wspólny zespół, który pojechałby po południu z Henleyem na miejsce pochówku ofiar nad jeziorem Sam Rayburn. Detektyw już się nie zastanawiał, kiedy cała ta sprawa dobiegnie końca.

Osiemnastoletni Brooks zobaczył wiadomości i zadzwonił do brata powiedzieć mu, że "w pewnym sensie" jest zamieszany w tę historię. Powszechnie wiedziano, że ostatnie trzy lata mieszkał z Corllem, więc najwyraźniej uznał, że musi coś powiedzieć. Jego brat poinformował o wszystkim ich ojca Altona Brooksa, który zdecydował, że muszą pójść na policję. Alton miał znajomości wśród policjantów z Houston - stwierdził, że ci najlepiej będą wiedzieć, co robić. Był właścicielem miejscowej firmy zajmującej się kładzeniem chodników i posiadał pewne polityczne wpływy. Policjanci dorabiali sobie u niego jako ochroniarze placów budowy. Jeśli wierzyć Jackowi Olsenowi, Alton obawiał się, że zaangażowanie jego syna w sprawę mogłoby doprowadzić go do bankructwa. Nie pomagał też fakt, że od czasu do czasu w jego firmie pracował także Henley. Alton musiał zminimalizować potencjalne szkody. Najwyraźniej uznał, że zdoła wykorzystać swoje układy.

Porucznik Belcher ściągnął detektywa Jima Tuckera i każdego z wydziału zabójstw, kogo ten uznał za stosowne wezwać. W obecności Altona David Brooks złożył "zeznanie jako świadek". Twierdził, że znał Corlla od kilku lat, nawet z nim mieszkał, nigdy jednak nie widział żadnych dowodów na którąkolwiek z popełnionych przez niego zbrodni. Jeden z oficerów spisał wszystko, co opowiedział im Brooks, ale policjanci nie kupili jego zeznań. Wiedzieli, że będą musieli jakoś odizolować tego młodego człowieka od ojca.

Brooks mówił, że poznał Corlla, gdy był w szóstej klasie. Corll miał wtedy dwadzieścia siedem lat. Kupił mu czarną świetlówkę. Ten mały prezent zrobił na nim wielkie wrażenie. Brooks zgodził się tamtego dnia na seks oralny z Corllem. Mężczyzna zapłacił mu pięć dolarów. Brooks do niego wracał. Corll był dla niego zawsze bardzo miły. Brooks widywał też innych chłopców, którzy zgodzili się na kontakty seksualne z Corllem. Po jakimś czasie wprowadził do grupy także Henleya.

Przez kilka godzin opowiadał o wszystkim w zawoalowanej formie. Nie jest do końca jasne, czy Alton był obecny przez cały ten czas, ale ponieważ chłopak zeznawał tylko jako świadek, policjanci nie mieli możliwości naciskania na niego ani przesłuchiwania go. Mogli jednak odpowiednio pokierować rozmową, zadając mu strategiczne pytania.

Brooks przyznał w końcu, że swego czasu w mieszkaniu Corlla w kamienicy w Yorktown zobaczył dwóch nagich chłopców przykutych do łóżka. Corll także był nagi. Powiedział, że "właśnie się zabawiał". Zaoferował Brooksowi, że w zamian za milczenie kupi mu samochód. Corll miał później powiedzieć mu, że zabił obu chłopaków. "Podarował mi auto, corvette (...)". Brooks nie znał imienia żadnego z chłopców, słyszał jednak o dwóch innych, którzy także zaginęli: Marku Scotcie i Rubenie Haneyu. Do listy tej dodał pewnego "chłopca z Meksyku", który "zbliżył się" do Corlla, kiedy ten mieszkał przy Bellefontaine. Corll strzelił do niego dwukrotnie. "Nie wspomniał, co zrobił z ciałem". Był jeszcze jeden chłopak, którego Corll miał zabić w wannie, odłamując przy tym jej fragment. "Któregoś razu, gdy rozmawialiśmy, powiedział, że trudno jest udusić człowieka (...), bo zajmuje to dużo czasu".

Brooks szacował, że w ciągu trzech lat Corll zamordował od dwudziestu pięciu do trzydziestu chłopców i młodych mężczyzn. Dodał także, że Corll "wspomniał, że w Dallas była grupa osób robiących to samo co on. W tym pewny mężczyzna imieniem Art, który miał zabić kilku w Dallas. Któregoś razu, jak byłem u niego w domu, w ręce wpadła mi karteczka z imieniem Art i numerem telefonu, ale zapamiętałem tylko kierunkowy 214 [do Dallas]".

Brooks twierdził, że któregoś razu Henley i Corll wspólnie go zaatakowali. Henley uderzył go w głowę, aby obezwładnić, a Corll zakuł w kajdanki. Następnie Corll gwałcił go przez całą noc i zmuszał do innych zdeprawowanych zachowań. Postanowił go zabić, a Henley miał mu w tym pomóc. Ostatecznie jednak zgodzili się go wypuścić. Z niewyjaśnionych powodów Brooks po tym zdarzeniu dalej mieszkał z Corllem. Kilkukrotnie przeprowadzał się z nim do innych mieszkań, aż w końcu, jak twierdził: "Wayne powiedział mi, że Dean znowu chce mnie wziąć, więc spakowałem się i zniknąłem". Corll wpadł w paranoję z powodu tego, co przebywający z dala od niego Brooks mógłby zrobić, chłopak więc do niego wrócił. Nie wyjaśnił dlaczego.

Brooks zakończył zeznawać o 13:20 i w minimalnym tylko stopniu połączył swoją osobę z całą sprawą - twierdził, że jedynie słyszał o paru morderstwach. Detektywi nie mogli wyjść ze zdziwienia, że dalej mieszkał z mężczyzną, który go zgwałcił. Zaprowadzili go do gabinetu, gdzie miał czekać na poczynienie przez nich kolejnych kroków. Na tym etapie wiedzieli już, że Henley przyznał się do współudziału w ośmiu morderstwach i do wiedzy o szesnastu kolejnych. Twierdził, że Brooks był w nie zamieszany. Nie mogli puścić Brooksa do domu. Jeszcze nie.

Około 14:30 Henley został przewieziony na komisariat policji w Houston i odesłany do tego samego pomieszczenia co Brooks. Alton był nieobecny. Plan zakładał, żeby sprawdzić, czy Henley zdoła przekonać Brooksa do przyznania się do współudziału. Podekscytowany własnym uczuciem ulgi Henley zaczął namawiać wspólnika, żeby on też oczyścił sumienie - mówił mu, że powinien powiedzieć prawdę, bo on tak zrobił i czuje się znacznie lepiej. Henley przestrzegł jednak Brooksa, że jeśli mimo wszystko zacznie się wykręcać, to zmieni swoje zeznania i zrzuci na niego całą winę. Chociaż Brooks odparł, że zamierza pozostać przy swoim dotychczasowym zeznaniu, to chyba zrozumiał, że trzymanie się kłamstw na nic się nie zda. Nie przypuszczał, że Henley opowiedział aż tak dużo.

Tego samego popołudnia Brooks został aresztowany na podstawie przyznania się do winy. Odczytano przysługujące mu prawa. Jego ojciec się załamał. Jakby sygnalizując dysfunkcyjność ich rodziny, Alton przestrzegł któregoś razu Henleya, aby ten nie zadawał się z jego synem, bo jest przekonany, że chłopak (David) źle skończy. Nawet ojciec jednak nie spodziewał się czegoś takiego.

Brooks postanowił zmienić zeznania i "powiedzieć wszystko". Alton uniósł się i zaczął przekonywać go do nieprzyznawania się się do współudziału w którymkolwiek z morderstw. Jack Olsen cytuje wypowiedź Altona: "Obawiam się opinii publicznej. To może zrujnować mój interes". Nie jest jasne, dlaczego pozwolono mu do tego stopnia zakłócać śledztwo. W opisie Olsena jawi się on jako człowiek przerażony biernością syna w obliczu całej sytuacji.

W międzyczasie serwisy informacyjne raportowały o kolejnych ciałach odnalezionych w szopie. Liczba ofiar miała jeszcze wzrosnąć.

Nadzór nad śledztwem sprawowało teraz kilka różnych jednostek policyjnych. Henley jechał jednym z radiowozów w coraz dłuższej kolumnie aut policyjnych, wraz z dwoma detektywami z Pasadeny i jednym z Houston: Dave'em Mullicanem, Sidneyem Smithem i Williem Youngiem. Ich celem było położone w sosnowym lesie jezioro Sam Rayburn, jakieś dwieście siedemdziesiąt kilometrów na północny wschód od Houston. W jadącym za nimi samochodzie siedziało trzech detektywów, a w Lufkin do grupy dołączyło dwóch strażników Teksasu: Dub Clark i Charles Neel. W czwartym samochodzie jechali szeryf John Hoyt z hrabstwa San Augustine i paru jego ludzi. Kolumnę zamykało kilka samochodów z reporterami. Henley powiedział policjantom, z którymi jechał, że chociaż Corll obiecywał mu pieniądze za przyprowadzanie chłopców, to w rzeczywistości zapłacił mu tylko raz. Siedzący z tyłu, obok Henleya, detektyw Young zapytał go, jak to się stało, że wplątał się w tak paskudną sprawę. Henley udzielił mu zaskakującej odpowiedzi: "Jak tata strzela do ciebie z pistoletu, to później ty też jesteś zdolny do różnych rzeczy".

Henley twierdził, że nad jeziorem Sam Rayburn zakopane zostały cztery ofiary. Nie był do końca pewien, jak trafić do grobów, bo to Brooks był zawsze kierowcą, ale wiedział, że znajdują się one gdzieś niedaleko domku rodziny Corlla. Pamiętał nazwę miasteczka. Hoyt zapytał, czy to gdzieś w pobliżu takiego długiego mostu. Henley przytaknął i dodał, że za mostem skręcali w lewo, na drogę gruntową. Hoyt wiedział, jak tam dojechać.

Drugiego dnia ekshumacja zwłok na terenie szopy stała się trudniejsza. W niektórych miejscach gleba zmieszała się z płynami ustrojowymi, tworząc paskudną substancję, która utrudniała wyciąganie ciał bez ich uszkodzenia. Śledczy w większości znajdowali włosy i fragmenty kości. Trzy niewielkie plastikowe torebki wrzucone do dołu koło jednego z ciał zawierały okaleczonego penisa i dwa jądra. Penis innego chłopca był niemal przegryziony na pół. Ofiary spętano, niektóre z rękami za plecami. Wszystkie znajdowały się w plastikowych workach, czasem rozerwanych. Para spodni wyglądała, jakby należała do chłopca młodszego niż większość, ośmio-, może dziewięcioletniego. Miasto przysłało koparkę, ale złego typu, więźniowie dalej kopali więc wyłącznie za pomocą łopat.

Nad jeziorem Sam Rayburn Henley dostał buty do golfa, aby założył je zamiast cienkich więziennych sandałów, które miał na nogach. Hoyt ostrzegł, że okolica będzie błotnista, bo przez kilka poprzednich dni padał deszcz. Henley kilkukrotnie pomylił drogę, opóźniając dotarcie procesji na miejsce. Dojechali do Farm Road 3185, tam wysiadł i poprowadził ich jakieś dziewięćdziesiąt metrów w głąb lasu, mijając teren obok zatoczki, gdzie miał znajdować się pojedynczy grób, i dochodząc do miejsca, w którym leżały cztery skrzyżowane kije. Henley powiedział, że w ten sposób oznaczył wszystkie groby. Policjanci sprawdzili to miejsce. Ich łopaty trafiły na długą na metr dwadzieścia sklejkę. Henley oznajmił, że ciało znajduje się pod nią. Nie pamiętał imienia ofiary. Ciało przykryli deską, bo w pewnym momencie wydostało się na powierzchnię, prawdopodobnie za sprawą dzikich zwierząt. Pod sklejką znajdowała się warstwa wapna. Chwilę później kopacze odkryli rozłożone zwłoki zawinięte w worek.

Grupa wróciła na miejsce pierwszego pochówku, gdzie Henley oznajmił:

- Tutaj leży Billy Lawrence.

Lawrence zaginął w czerwcu tamtego roku. (Jack Olsen napisał, że Lawrence został odnaleziony jako pierwszy, pod deską, i że drugi grób był głębiej w lesie, ale raport z sekcji zwłok potwierdza, że do Lawrence'a należało drugie z ekshumowanych ciał. W raporcie koronera znajduje się informacja, że wszystkie cztery ciała znaleziono 9 sierpnia, stoi to jednak w sprzeczności z policyjnymi raportami).

Zmrok zakończył poszukiwania tamtego dnia, ale Henley nadal twierdził, że na miejscu są jeszcze dwa ciała. Cała grupa przenocowała niedaleko, a Henley trafił do lokalnego aresztu. Szeryf Hoyt chciał postawić mu zarzuty i zatrzymać go w areszcie hrabstwa San Augustine. Pisarz John Gurwell twierdzi, że Hoyt odnotował, iż Henley rozmawiał z matką przez telefon i krzyczał na nią, że nie załatwiła mu żadnego adwokata, sam Henley dementuje jednak tę informację. Nie chciał, żeby matka zadłużyła dom tylko z powodu wynagrodzenia prawnika. Wziął leki uspokajające. Gdy szeryf Hoyt obudził go o drugiej w nocy na przesłuchanie, Henley ledwo trzymał się na nogach. Hoyt sprowadził sędziego pokoju, aby ten odczytał chłopakowi przysługujące mu prawa, przygotowując się jednocześnie do wypełnienia dokumentów oskarżających go o morderstwo i do jego aresztowania. Henley z trudem się orientował, co robi Hoyt. Rankiem Strażnicy dopilnowali, żeby znalazł się z powrotem w radiowozie.

Brooks również spędził tamtą noc w celi. W piątek rano był gotów zeznawać, przynajmniej do pewnego stopnia. Przekazał, że Corll uprawiał seks oralny z wieloma miejscowymi chłopakami, niekiedy jednak gwałcił ich analnie i mordował. Brooks wrócił do tematu morderstwa dwóch chłopców w kamienicy w Yorktown, podając dodatkowe szczegóły. "W mieszkaniu przebywało dwóch chłopców, wyszedłem, zanim zostali zamordowani, ale Dean powiedział mi później, że ich zabił". Nie znał ich imion. (Corll mieszkał pod tamtym adresem w 1970 roku, a wtedy zamordowana została tylko jedna ze zidentyfikowanych ofiar. Brooks albo coś źle zapamiętał, albo chłopcy ci byli kolejnymi, nieodkrytymi ofiarami. W tamtym okresie Corll zakopywał ciała nad jeziorem, nie wynajmował jeszcze szopy na łodzie. Być może chłopcy zostali pochowani na plaży). Brooks twierdził, że Corll powiedział mu, iż chłopcy zostaną odesłani do Kalifornii, co mogło być też próbą zamaskowania ich prawdziwego losu. Corll mógł zupełnym przypadkiem wskazać ten sam stan, w którym miała funkcjonować sieć przestępców seksualnych. Może to także wskazywać, że w przeszłości lub w tym właśnie okresie Corll miał jakieś powiązania z tą grupą.

Chociaż zeznanie Brooksa zawierało luki i nieścisłości (być może z powodu zażywania przez niego narkotyków lub nieprzemyślanej wcześniej próby zatuszowania swojego udziału w całej sprawie), to przyznał się, że był obecny przy zamordowaniu Rubena Haneya w sierpniu 1971 roku przy San Felipe 6363. "Dean zamordował chłopaka, ja byłem po prostu obecny w czasie, gdy to się stało". Widział także morderstwo dwóch braci w innym miejscu. "Byłem tam, jak Dean ich udusił, ale nie brałem w tym udziału. Wydaje mi się, że byłem obecny przy grzebaniu ich, nie pamiętam, gdzie zostali zakopani". Przed dołączeniem do nich Henleya widział zabójstwo jeszcze jednej ofiary, ale nie podał jej imienia. "Dean trzymał tego chłopaka w domu jakieś cztery dni, nim go w końcu zabił". Razem pogrzebali ciało. "Dean smucił się, że musiał zamordować tego chłopaka, bo bardzo go lubił".

Brooks wspomniał o Henleyu i uściślił, że jego kolega początkowo pomagał jedynie "sprowadzać chłopaków", później jednak zaczął odgrywać aktywną rolę w ich mordowaniu. Henley miał być "wyjątkowo sadystyczny" szczególnie w jednym z mieszkań. Brooks się rozkręcał, ale nadal zachowywał ostrożność. "Po pojawieniu się Wayne'a w większość morderstw zamieszani byliśmy wszyscy trzej. Nadal nie brałem w nich czynnego udziału, ale prawie zawsze na miejscu byliśmy wszyscy trzej". Zeznał, że był obecny w chwili zamordowania Marka Scotta, korygując tym samym wcześniejszą wersję, zgodnie z którą miał wyjść z mieszkania, nim do tego doszło.

Brooks opisał więcej aktów sadyzmu i mordu, mieszał szczegóły i redukował swoją rolę do kogoś, kto po prostu przebywał w mieszkaniu na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Deska z doczepionymi kajdankami, którą policja odkryła w domu Corlla, miała służyć unieruchamianiu chłopców na czas gwałtu. Brooks przyznał się także do tego, że był kierowcą, gdy przewozili ciała w miejsca, gdzie były później zakopywane. Zupełnie, jakby chciał się wybielić, dodał, że pomógł niektórym chłopcom, w tym Billy'emu Ridingerowi. "[J]estem przekonany, że jedynym powodem, dla którego nadal żyje, jest to, że błagałem ich, żeby go nie zabijali". (W poprzednim zeznaniu powiedział, że to Corll podjął tę decyzję).

Brooks twierdził, że większość z nich to nie były dobre chłopaki. Byli uciekinierami z domu, zupełnie jakby to cokolwiek zmieniało. Większość, mówił, pochowano w szopie na łodzie. Z siedemnastu zakopanych tam ofiar Brooks miał być obecny przy grzebaniu co najmniej dziesięciu. "Żałuję, że do tego doszło, i współczuję rodzinom tych dzieciaków".

W tym czasie Henley poprowadził zespół policjantów do lasu nad jeziorem Sam Rayburn, na południe od miejsca, gdzie byli wieczór wcześniej. Odnalazł powalone drzewo, o które się potknął, gdy przywieźli tu ciało jednej z ofiar. Zespół poszukiwawczy dotarł do grobów dwóch kolejnych zamordowanych chłopców, którzy pochowani zostali w odległości około trzech metrów od siebie. Henley twierdził, że ofiary te zostały zabite w różnym czasie. Sądził, że mogli to być Homer Garcia i Mike Baulch, brat chłopaka zamordowanego rok wcześniej. Na jednej z ofiar leżała deska ze sklejki, a wokół szyi chłopaka zaciśnięty był sznur zawiązany w pętlę jak na szafocie. Henley nie wiedział, czy w okolicy znajdują się jeszcze jakieś inne groby.

Kiedy wrócili do samochodów, odpowiedział na pytania reporterów i wydawał się rozdrażniony. Przyznał, że "stręczył chłopaków", żeby Corll mógł ich gwałcić. "Byliśmy naganiaczami". Jeśli jakieś pytanie mu się nie podobało, rzucał szorstko "bez komentarza" - zwłaszcza gdy poruszano temat nagranej przez dziennikarza reakcji jego matki z 8 sierpnia. Oświadczył, że to akurat prywatna sprawa. Przyznał, że był zamieszany w morderstwa, bo, jak powiedział: "Dean miał nade mną jakąś władzę".

Ponura karawana pojazdów udała się następnie na plażę, położoną około trzech godzin jazdy na południe, w pobliżu obszaru niemunicypalnego High Island. To teren hrabstwa Chambers, graniczący z hrabstwami Jefferson i Galveston. Na miejsce dotarła w porze obiadowej. Plaża skrywała się za wydmami, ale szerokie odstępy między nimi pozwalały na nią wejść. Konwój rozrósł się do kilkudziesięciu pojazdów i trzech helikopterów. Z Houston nadciągała jeszcze jedna kolumna pojazdów, jadąca za radiowozem funkcjonariuszy Jima Tuckera i Jacka Hamela, którzy transportowali na plażę Davida Brooksa. Na miejsce ściągnięto koparkę i buldożer. Na jednym ze zdjęć z tamtego dnia widać Henleya i Brooksa siedzących razem na wydmie, ale Henley nie pamięta, aby z nim rozmawiał czy choćby znajdował się gdzieś w jego pobliżu. Ta dwójka spiskowała swego czasu, by wspólnie zamordować Corlla, i Henley w końcu się na to zdobył. Brooks najwyraźniej nie miał żadnych pytań ani komentarzy do całego zajścia. Nie ujawnił Henleyowi, co powiedział policji.

Plażowicze zatrzymywali się, przyglądając się nietypowemu widokowi, a Brooks w upale prowadził detektywów do pierwszego grobu, oznaczonego dużą, ułamaną bryłą cementu. Powiedział, że w tym miejscu spoczywa Ruben Watson Haney. Policja znalazła ciało zawinięte w plastikowy worek, zakopane na głębokości zaledwie sześćdziesięciu centymetrów. Na czaszce ofiary wciąż znajdowała się kępka włosów. Był to już w większości tylko szkielet, nie licząc fragmentów ciała na stopach. (Brooks błędnie zidentyfikował ofiarę, co później zdołał ustalić koroner. Corll pokazał Brooksowi to miejsce, ale chłopak nie był obecny przy grzebaniu ofiary. Okazało się, że zmarłym był kto inny).

Drugi grób Henley zlokalizował zaledwie sześćdziesiąt metrów dalej. Wskazał kilka innych potencjalnych miejsc, nic jednak w nich nie znaleziono. Teren trudno było przeszukiwać, znajdował się tu bowiem tylko jeden konkretny punkt orientacyjny. Brooks twierdził, że na przestrzeni ośmiuset metrów było tam zakopanych sześć ciał w jednym rzędzie. Równiarka przeczesała wskazany szeroki pas piachu, a śledczy to tu, to tam robili otwory w ziemi z nadzieją, że uwolnią w ten sposób wyziewy z rozkładających się ciał. Brooks przypomniał sobie o ofierze, o której wcześniej nie wspominał. "Najmłodszy miał około dziewięciu lat. Jego tata prowadził sklep spożywczy naprzeciwko mieszkania Deana". (Parę spodni, która pasowałaby na chłopca w tym wieku, odnaleziono już wcześniej w szopie).

Na plaży zaimprowizowano kolejną konferencję prasową, a Henley wykorzystał ją, aby skorygować błędy, które słyszał w wiadomościach na temat swoich wypraw z policją. Zgodził się zapozować do zdjęć, jak wskazuje lokalizację kolejnego grobu. To tylko wzmocniło żywione już wcześniej przez policjantów przekonanie, że chłopak jest całkowicie obojętny względem tego, czego się dopuścił. W późniejszym raporcie zgłosili, że w czasie jazdy opowiadał im, jak trudno jest udusić człowieka (najwyraźniej powtarzając słowa Corlla). Dziwili się, jak mógł być aż tak gadatliwy, gdy odkopywano rozkładające się ciała chłopaków - jego kolegów. Nie rozumieli ogromnego uczucia ulgi, którą czerpał ze świadomości, że Corll nie wyrządzi już nigdy nikomu krzywdy - także jemu.

Tamtego popołudnia odnaleziono tylko dwa ciała, co łącznie dało liczbę dwudziestu trzech. Henley i Brooks twierdzili, że na plaży zakopano więcej ofiar, w tym Marka Scotta, władze nakazały jednak wstrzymanie prac. Dziś byłoby to szokujące, ale wówczas uzasadniano to koniecznością wykorzystania ciężkiego sprzętu, co wiązało się z dużą ilością papierkowej roboty i koniecznością poniesienia kosztów finansowych. Jeden z miejskich urzędników twierdził, że teren ten to siedlisko lęgowe ptaków i nie można go naruszać. Bez podania dokładnej lokalizacji nie sposób było wyobrazić sobie rozorania całej plaży, nawet pomimo faktu, że spoczywające gdzieś tam ofiary miały przecież bliskich. Urzędnicy stwierdzili, że prace będą kontynuowane w poniedziałek, i kategorycznie nakazali ich przerwanie.

W Houston rodzina Deana Corlla i jego współpracownicy zebrali się, aby pochować go w Grand View Memorial Park w Pasadenie. Na pogrzebie pojawił się płaczący młody mężczyzna. Policja zidentyfikowała go później jako byłego kolegę ze szkoły zmarłego. Za służbę w armii Corlla pochowano z najwyższymi wojskowymi honorami, a trumnę nakryto amerykańską flagą. Flagę zwinięto i wręczono ojcu zmarłego. Matka Corlla Mary West opowiadała każdemu, kto był gotów słuchać, że Brooks i Hanley wrobili jej syna w morderstwa, których się dopuścili. Według niej Corll również był jedną z ich ofiar.

Ktoś przekazał drugie zeznanie Brooksa prasie. Rodzice z całego kraju zalewali komisariat w Houston telefonami z pytaniami o to, czy wśród ofiar nie znaleziono ich zaginionych synów. Funkcjonariusze wyznaczeni do odbierania połączeń byli przytłoczeni ich liczbą.

Zastępca prokuratora okręgowego Don Lambright zrozumiał, że musi powiązać Brooksa z którąś ze zidentyfikowanych ofiar. Naciskał na detektywów, aby wydobyli od chłopaka bezpośrednie, szczegółowe zeznanie. 10 sierpnia, pod koniec dnia, zmęczony Jim Tucker znalazł Davida Brooksa, gdy ten rozmawiał ze swoim ojcem. Wziął go na stronę i poprosił, żeby ponownie opowiedział o morderstwie Billy'ego Lawrence'a, którego ciało zostało zakopane nad jeziorem Sam Rayburn. Tucker pokazał mu fotografię zabraną z mieszkania przy ulicy Lamar 2020. Brooks rozpoznał zdjęcie: "To samo widziałem już wcześniej w domu Deana". Zidentyfikował Billy'ego Lawrence'a. Brooks zeznał, że tamtego dnia, kiedy wszedł do domu Corlla, zobaczył leżącego na podłodze, przypiętego do łóżka nagiego chłopca. Spędził on tam całą noc, ale rano, gdy byli gotowi do wyjazdu nad jezioro Sam Rayburn, już nie żył. "Musiałem więc być tam, jak został zamordowany", uznał Brooks. Następnie z przerażającym spokojem dodał: "Nie żeby mi to przeszkadzało. Wiele razy widziałem morderstwa". Przewieźli ciało nad jezioro Sam Rayburn, przespali się tam, powędkowali trochę, zjedli coś i wykopali grób.

Tucker spisał jego zeznanie. Jack Olsen odnotowuje, że Brooks przeczytał je i nie zgodził się go podpisać. Chciał zmienić jeden wers. Tuż po tym, jak mówi, że wielokrotnie widział morderstwa, zdanie: "Po prostu nigdy nie lubiłem tego robić" zastąpił słowami: "Po prostu nie brałem w nich czynnego udziału. Nigdy sam nikogo nie zabiłem". Najwyraźniej wpłynęły na niego obawy Altona Brooksa. Lambright przyznał później, że żałował tego, iż pozwolił Brooksowi spędzić czas sam na sam z ojcem. Gdyby chłopak był z dala od Altona, to może udałoby im się wyciągnąć z niego coś więcej. David Brooks podpisał swoje ostateczne zeznanie. Nie powiedział już nic więcej. Miał adwokata.

Podobnie jak Henley. Jego matka wynajęła Charlesa Meldera, który włączył w sprawę również Eda Pegelowa. Melder oznajmił prasie, że Henley jest chory i zdezorientowany z powodu zaburzeń nerwowych. Ogłosił także, że będzie się starał o sądowy nakaz zwolnienia chłopaka z aresztu. W hrabstwie Harris nie postawiono mu żadnych zarzutów (ale w hrabstwie San Augustine Hoyt postawił mu trzy w związku z odkryciami nad jeziorem San Rayburn). Melder oświadczył, że nie pozwoli policji na dalsze przesłuchiwanie jego klienta. Przepytywali go już całymi godzinami bez obecności matki i pozwolenia na rozmowę z nią, mimo że ta przekazała funkcjonariuszom, iż wynajęła synowi adwokata. Zdaniem Meldera zeznanie Henleya było wymuszone, złożone w czasie, kiedy chłopak był chory i chciał zrzucić z siebie ciężar. "Gdybyśmy byli na miejscu, na pewno nie złożyłby żadnych zeznań". Oświadczył ponadto, że David Brooks był uwikłany w sprawę znacznie bardziej, niż sam twierdził, i kłamał, aby się oczyścić.

W trakcie poniedziałkowych poszukiwań na plaży High Island odnaleziono trzy kolejne ciała, zakopane w pobliżu dwóch wcześniej ekshumowanych. W grobie pogrzebano dwie ofiary, pochowane odwrotnie względem siebie, głowa jednej znajdowała się przy nogach drugiej, a także dodatkowe kości, które nie należały do żadnej z nich: kilka kręgów, trzy żebra, kość biodrowa i łokciowa oraz śródstopie. Zebrano je. Operator buldożera zasugerował, że podczas przeczesywania piasku ciężkim sprzętem, co robili na przestrzeni ośmiuset metrów, mogły zostać przeciągnięte kości z innego grobu. Szeryf hrabstwa Chambers Louis Otter nakazał powiększyć wykop w miejscu, w którym znajdował się wspólny grób, nie odnaleziono jednak więcej kości. Szeryf nie domyślał się, gdzie mogą być zakopane kolejne ofiary, a nie miał wystarczająco dużo zasobów na wykopy w losowych miejscach. Zaczęto już zasypywać świeżą warstwą piasku wcześniej sprawdzony teren.

Niecałe pięć kilometrów dalej, na innej plaży, znaleziono jeszcze jedno ciało, ale jego związek z masowymi morderstwami w Houston był wątpliwy. Ofiara, kilka miesięcy później zidentyfikowana jako John Sellars, była w pełni ubrana i została zamordowana kilkoma strzałami z broni dużego kalibru. Nie pasowało to do pozostałych zwłok, z wyjątkiem tego, że ta ofiara również była związana, poza tym Henley nic nie wspominał o tamtej plaży. Ale jako że ciało to podbiło liczbę ofiar na plaży High Island do sześciu, działania wstrzymano. Henley upierał się, że nadal brakuje ciała Marka Scotta. Miał powód, by pamiętać o tej konkretnej ofierze.

Policja zorganizowała konferencję prasową i ogłosiła nazwiska zidentyfikowanych do tej pory ofiar oraz dała odpór oskarżeniom miejscowej społeczności o niekompetencję funkcjonariuszy. Autor John Gurwell pisze, że kapitan Robert Horton przedstawił prasie statystyki dotyczące zaginięć chłopców z tej okolicy. Od 1971 roku jego wydział poprowadził ponad dziesięć tysięcy spraw zaginionych nieletnich. (Możliwe, że chodziło mu o otrzymane zgłoszenia, a nie sprawy jako takie). W 1972 roku, jak twierdził, na pięć tysięcy dwieście dwadzieścia osiem spraw nie udało im się zamknąć zaledwie czterystu dwóch. Wiele z tych "niezamkniętych" przypadków, jak sądził, to dzieci, które wróciły do domów, ale nikt o tym nie powiadomił policji z Houston. Zresztą Heights nie było najgorszym rejonem Houston, jeśli szło o zaginięcia chłopców. Horton sprawiał wrażenie, że policja miała problem pod kontrolą i z sukcesem rozwiązała większość spraw uciekinierów. Przedstawił przy tej okazji oficjalny protokół policyjny, zawierający opis obszernych działań podejmowanych w każdym przypadku przez służby przez co najmniej trzydzieści dni od przyjęcia zgłoszenia.

Rodzice zamordowanych nie zgadzali się z twierdzeniami Hortona. To policja mówiła im, że ich synowie uciekli z domów, i odmawiała wszczęcia śledztwa. Jedna z ofiar, która zniknęła, wspominała nawet o Brooksie, o innej wiedziano, że miała z nim zatargi, kilkoro świadków zaś widziało Henleya z Cobblem i Jonesem, a mimo to policja nie podjęła tropu. To prawda, rozległe Heights to teren o wymiarach trzy na pięć kilometrów, ale w krótkim czasie z okolicy "uciekło" zbyt wiele dzieciaków, aby policja miała prawo to ignorować. Rodzice ofiar nie zamierzali dać za wygraną.

Prokurator okręgowy hrabstwa Harris poprosił funkcjonariuszy, którzy byli świadkami rozmów z Brooksem i Henleyem lub ich przesłuchiwali, począwszy od 8 sierpnia, by złożyli pisemne sprawozdanie. Mullican, Smith i Young przedłożyli wspólne zeznanie, datowane na 23 sierpnia. Było to dwa tygodnie od rozpoczęcia sprawy, w czasie których w ciągu paru dni doszło do kilku ważnych wydarzeń. Pamięć to nie kamera wideo, więc wspólne zeznanie oparte na notatkach, oświadczeniach, rozmowach w gabinecie, raportach prasowych i złożone pod presją polityków musiało zawierać jakieś przekłamania, jeśli nie błędy. Co więcej, niektóre rozmowy odbywały się w czasie jazdy samochodem, gdy nikt nie sporządzał notatek.

"Henley twierdzi, że zabił Cobble'a strzałem w głowę - czytamy. - Jones został uduszony przez niego i Corlla, Garcia zastrzelony przez Henleya, a Baulch uduszony przez Henleya i Brooksa. Nie pamięta, w jaki sposób zabili chłopaka z Luizjany. Utrzymuje, że Brooks był obecny i pomagał przy większości morderstw oraz we wszystkich pochówkach. Zeznał, że wraz z Brooksem i Corllem powoli usuwali ofiarom włosy łonowe, wkładali im szklane rurki w penisy i wykastrowali część z nich (...). Henley zeznał ponadto, że większość ofiar została poważne [sic!] pobita przez Corlla i że wykorzystywali sztuczne, gumowe penisy (...), które wkładali większości ofiar w odbyty. Henley wspomniał też, że uduszenie człowieka nie jest tak proste, jak pokazują to w telewizji. Powiedział, że w rzeczywistości jest to trudne i mija dużo czasu, nim człowiek umrze, i że Corll i Brooks musieli pomagać mu w uduszeniu większości ofiar".

Detektywi odnotowali, że Brooks błędnie zidentyfikował grób Rubena Watsona Haneya. Zamiast niego w dole tym odkryto szczątki Jeffreya Konena. Ogrom pracy, który musieli włożyć w zrekonstruowanie tego, co zaszło, był przytłaczający. W ciągu kilku pierwszych dni nikt tak naprawdę nie wiedział, w co wierzyć. Sami wspólnicy sprawcy zdawali się zagubieni. Brooks wiedział więcej od Henleya, ale jednocześnie w mniejszym stopniu był skłonny mówić.

Gdy zespół koronera pracował nad identyfikacją kolejnych ofiar, następnym zadaniem stojącym przed detektywami było zrozumienie, kim był Dean Corll. Jeśli naprawdę stał się potworem, jak przedstawiali go Brooks i Henley, to co nim kierowało?

Dynamika dominacji

"Muszę coś załatwić, pojechać w kilka miejsc i spotkać się z paroma osobami".

Henley zeznał, że to typowe stwierdzenie Deana, wypowiadane za każdym razem, kiedy czuł potrzebę zaspokojenia swojej żądzy wobec chłopców. Robił się pobudzony. Odpalał jednego papierosa od drugiego. Wyciągał kajdanki. Rozkładał plastikowy worek na podłodze swojego sekretnego pokoju i przygotowywał deskę, do której później przymocowywał ofiary. Jeździł po okolicy. Nie dopuszczał do siebie niczego, co mogłoby go rozproszyć.

- Było tak naprawdę kilku różnych Deanów - opowiada Henley. - Przez większość czasu zachowywał się niemal jak dziecko. Nawet trochę się z tego przy nim nabijaliśmy. Przezywaliśmy go Deannie Weenie. Ale miał też osobowość spod znaku Mission Impossible. Wiedzieliśmy, kiedy w nią wchodził, bo miał w samochodzie paczkę papierosów. Zapalał wtedy jednego. Nie zaciągał się, ale wydmuchiwał dym. Wykonywał krótkie, gwałtowne ruchy. Wyglądał bardzo poważnie. Był na misji.

Corll porzucał wówczas postawę przyjaciela i starszego brata i stawał się drapieżcą przepełnionym żądzą - zbyt silnym i dominującym, aby nastolatkowie go powstrzymali. Mogli zgłosić go na policję, ale dla powodów, które omówimy później, nigdy tego nie zrobili.

Drapieżców można znaleźć potencjalnie w każdej grupie. Bez względu na to, czy chodzi o bankierów, nauczycieli, księży, trenerów, czy morderców, zawsze przyświeca im ten sam cel: ograbić innych dla własnej korzyści. Opracowują sztuczki, wybiegi i oszustwa, żeby zamaskować swoje zamiary. Szukając partnerów, skupiają się na określonych sygnałach, jak dane osoby się zachowują i co mówią, po czym tak je urabiają, żeby były przygotowane na wszystko.

Większość badań klinicznych i z zakresu kryminalistyki poświęconych groomingowaniu1 ofiar przez drapieżców seksualnych skupia się na tym, jak podchodzą oni do tych, których chcą skrzywdzić, i jak nimi manipulują. Metoda ta odnosi się także do rekrutowania przez nich wspólników, którzy sami z siebie nie byliby gotowi do zaangażowania się w zbrodnię. Stosowane techniki są takie same, ale nakłonienie do popełnienia przestępstwa kogoś, kto nie ma ku temu skłonności, wymaga wyjątkowej finezji. Mogą służyć do tego prezenty lub pieniądze, groźba użycia przemocy albo zabrania czegoś, czego ofiara potrzebuje, wreszcie: po prostu rozwój bliskiej relacji, która złagodziłaby szok wywołany żądaniami udziału w zbrodni.

Takich "pomniejszych" współpracowników nazywa się partnerami, wspólnikami, pomagierami, pomocnikami, podżegaczami lub uczniami. Bardzo często są oni związani z partnerem dominującym lub wręcz go kochają. Niekiedy wciągani są w sytuacje, z których nie potrafią się wydostać. Wybór pada na nich z powodu cech ich osobowości lub okoliczności, na które nie mają wpływu: młodego wieku czy choroby psychicznej, mogących umniejszać ich poczucie odpowiedzialności. Jeśli osoby takie nie szukają sobie dobrowolnie partnera do popełnienia przestępstwa, to ich poziom zaangażowania jest mniejszy od tego reprezentowanego przez drapieżcę, który ich w to wciągnął. Brooks i Henley weszli na ścieżkę zbrodni na dwa różne sposoby. Inaczej wdrażali się w popełniane przestępstwa. Żaden z nich nie chciał nikogo mordować, ale obaj przyjęli role nadane im przez Corlla.

Drapieżcy seksualni testują swoje ofiary pod kątem określonych słabości, szczególnie emocjonalnych, intelektualnych i społecznych. Wielu ich wspólników to ludzie niepewni siebie i ulegli, poprzez poczucie winy albo strach łatwo poddający się władzy lub manipulacji. Mają słabości wykorzystywane przez drapieżców, na przykład gniew, poczucie desperacji, ciekawość czy uczucie tęsknoty. Mogą mieć potrzeby, których nikt inny nie potrafi zaspokoić. Rodzice poświęcają im mało uwagi, zwykle dlatego, że osoby takie pochodzą z rodzin rozbitych lub dysfunkcyjnych i posiadają niewielu przyjaciół, którzy mogliby zaniepokoić się zmianą w ich zachowaniu. Zdarza się, że to osoby samotne. Tajny pakt może wydawać się podniecający: czują się wówczas wyjątkowe jak nigdy wcześniej. Może brakować im pewności siebie i poczucia odpowiedzialności za podejmowane decyzje, szukają więc kogoś starszego, kto mógłby wskazać im drogę lub zaoferować rzeczy, których pragną.

Badaczka Rosaleen McElvaney w jednej ze swoich prac prezentuje tego typu doświadczenie z perspektywy warunkowanej ofiary. Nie była ona wspólnikiem sprawcy, ale jej historia dobrze ilustruje sposób, w jaki działają drapieżcy tacy jak Corll. Obiekt badań McElvaney był jeszcze małym chłopcem, gdy został wciągnięty w relację z dobroczyńcą, który zachowywał się wobec niego jak rodzic zastępczy, wykorzystując kiepskie stosunki chłopca z ojcem. Agresor stopniowo przełamywał kolejne granice dziecka, jednocześnie samemu kreując się na dorosłego, z którym dziecko chciało spędzać najwięcej czasu. Uzależnił je od siebie emocjonalnie i odpowiednio formował całą sieć wsparcia, jakie otrzymywało dziecko, aby ułatwić sobie relację z nim. Wykorzystywał prezenty i pieniądze do zbudowania losowego systemu wzmocnienia, w którym kara fizyczna lub przemoc przeplatane były okresami czułości. Cykl ten uwarunkował chłopca tak, że ten akceptował przemoc, oczekując po niej nagrody. Im dłużej trwała ich relacja, tym mniej skłonny był komuś o niej powiedzieć, zwłaszcza że sądził, iż nikt mu i tak nie uwierzy. Chłopiec wykształcił nawet w sobie potrzebę ochrony wykorzystującego go dorosłego, który był dla niego źródłem korzyści. Dopiero z perspektywy czasu zrozumiał, do jakiego stopnia mężczyzna, któremu zaufał, go krzywdził. Mimo to sama myśl o odcięciu się od tego człowieka była dla ofiary niczym zdrada.

Mechanizm przerywanej nagrody dobrze znają praktykujący dominację i uległość seksualną. Corll z całą pewnością go wykorzystywał. Na swoich wspólników wyszukiwał osoby uległe. On, jako dominator, wydawał rozkazy, ulegli rozkazy wykonywali. Tworzyło to rodzaj bliskości oparty na lojalności. Podczas gdy Corll dopuszczał się zbrodni kryminalnych, takich jak gwałt czy morderstwo, podlegli mu pomocnicy zajmowali się goszczeniem ofiar, wymyślaniem wymówek i pomocą w sprzątaniu po ich zabiciu. Warunkował chłopców do tych działań.

U nastolatków, które nie mają jeszcze w pełni rozwiniętego poczucia tożsamości, ta forma zależności wpływa na budowaną przez nich samych opowieść o sobie. Dominator oferuje im coś, czego potrzebują, a czego nie mogą uzyskać w inny sposób, więc podporządkowują się mu. Zaangażowani w przestępstwo, łatwo dają się przekonać do zrzucenia odpowiedzialności na dominatora. W zamian za to dominator uzyskuje nad nimi większą kontrolę.

Psychika osób odgrywających drugorzędne role w morderstwach bardzo często jest nadmiernie upraszczana. Nie wszyscy wspólnicy są tacy sami. Zastosowanie odpowiedniego nazewnictwa może nieco rozjaśnić, jak działają tego typu grupy.

Partnerzy równorzędni to dwie (lub więcej) osoby, które nie do końca tworzą zespół wspólników. Działają wspólnie i pragną wyrządzać krzywdę innym. Wzajemnie afirmują i napędzają swoje działania. Jako że nie mają nikogo, kto mógłby ich hamować, stają się swoimi lustrzanymi odbiciami, co wzmaga ich podekscytowanie. Mogą pełnić różne funkcje, nie łączy ich ścisłe porozumienie. Gdy stają przed policją, bardzo często donoszą na siebie nawzajem, żeby się ratować. Niekiedy twierdzą nawet, że byli tylko pomocnikami drugiego sprawcy (co czyni z nich fałszywych pomocników).

Partnerzy działający na podstawie relacji dominujący-uległy są w równej mierze zaangażowani w morderstwo, jeden z nich bierze jednak na siebie rolę przywódczą, zaspokajając tym samym psychologiczne potrzeby obu stron.

Wspólnicy zależni to osoby, które przyjmują pomniejszą rolę w popełnieniu morderstwa ze względu na swoją emocjonalną więź z głównym sprawcą. Poza tą relacją nigdy nie pomyśleliby nawet o dopuszczeniu się morderstwa. Najczęściej to kobiety, które twierdzą, że wzięły udział w zabójstwie z miłości do sprawcy i/lub z obawy o jego utratę. Badacze opisują wspólników zależnych jako osoby o niskim poczuciu własnej wartości wynikającym z osamotnienia i podatności na przemoc werbalną. Zgadzają się na udział w przestępstwie za sprawą obietnic, zapewnień czy też gróźb. W zbrodni uczestniczą niechętnie, ale zostają w relacji z głównym sprawcą nawet wówczas, gdy mają możliwość odejścia lub zrobienia czegoś, co zakończyłoby ich związek.

Wspólnicy przymuszeni pomagają w popełnieniu zbrodni pod wprost wyrażoną groźbą wyrządzenia im krzywdy lub zamordowania ich. Nie chcą angażować się w przestępstwo, ale czują, że nie mają wyboru.

Pomocnicy/pomagierzy pomagają głównemu sprawcy przed popełnieniem przestępstwa lub po nim. Są świadomi konsekwencji własnych działań, ale nie podejmują żadnego wysiłku, aby im zapobiec lub zgłosić to odpowiednim władzom. Pomagają niekiedy zdobyć broń, zapewniają transport lub fałszywe alibi, innym razem biorą udział w posprzątaniu po zbrodni lub jej tuszowaniu.

Henley i Brooks pasują do kategorii wspólników zależnych. Zostali wciągnięci w sprawę obietnicami zarobienia pieniędzy i fałszywym wrażeniem, że przestępstwa, których oczekiwał od nich Corll, nie były niczym poważnym. Żaden z nich nie chciał nikogo mordować, nie można więc uznać ich za partnerów równorzędnych.

Sadyzm seksualny

Dean Allen Corll pragnął kontroli, żył jednak w świecie, w którym nie posiadał zbyt wielkiej władzy. Był niepewnym siebie samotnikiem; odkrył, że bycie gejem w Teksasie stanowi poważny problem. Mężczyzn dotykających innych mężczyzn uważano za aberrację. Aby zamaskować swoje homoseksualne skłonności, nauczył się, jak być lubianym. Korzystał z tego później, gdy drzemiące w nim impulsy stały się bardziej brutalne i gdy rozwinęła się w nim żądza mordu. Po jego śmierci policja rozmawiała z jego rodziną, sąsiadami, kolegami z pracy, szefami - wszyscy, w tym chłopak, który go zabił, przedstawiali go jako pozornie dobrego faceta. Ale to jedynie zasłona dymna. Tak, pomagał ludziom, ale również krzywdził ich. Dopuszczał się czynów zdeprawowanych i przerażających. Gdyby nie został zabity, robiłby to nadal. Jego pomocnicy ani razu nie widzieli w nim choćby odrobiny wyrzutów sumienia. Robił "swoje", a oni po nim sprzątali.

Corll opowiedział swoim pomocnikom o sieci sekspowiązań w Dallas, do której miał należeć. Henley nazywał ją "Syndykatem". Corll zdawał się wiedzieć, jak funkcjonuje ta organizacja, najwyraźniej znał też ideę, aby do zwabiania chłopców wykorzystywać innych chłopców. W tamtym okresie istniały tajne grupy pedofilów, Corll ze swoimi skrywanymi skłonnościami do sadyzmu musiał czuć się w nich jak w domu. Częściowo pokrywały się one z gejowskim podziemiem, ale geje niekoniecznie musieli być pedofilami. Corll był tym i tym. Jego zainteresowanie organizacją trudniącą się wykorzystywaniem ludzi w celach seksualnych wiązało się z pragnieniem pozyskiwania młodych partnerów seksualnych, których mógłby kontrolować.

Drapieżcy wymieniali się informacjami o skutecznych metodach działań, opisywanych w biuletynie i dokumentacji z przesłuchania senatorskiego w tej sprawie z 1977 roku. W sieciach sekspowiązań krążyły zakodowane wiadomości, które uczyły mężczyzn pragnących młodych chłopców, jak zaspokajać swoje żądze i nie zostać złapanym. Dzieci stanowiły dla nich wyłącznie pokarm służący zaspokojeniu apetytu. Mogli skrywać to pod płaszczykiem miłości, w rzeczywistości była to jedynie próba usprawiedliwiania traumatycznego wykorzystywania nieletnich ofiar.

Uniknięcie aresztowania wiązało się z koniecznością stworzenia sobie drugiego życia: stania się człowiekiem niepozornym lub wręcz przeciwnie - zaufanym drużynowym zastępu skautów, nauczycielem, opiekunem dzieci, pastorem pracującym z młodzieżą lub sąsiadem. Odpowiednie formowanie swojej społeczności było równie ważne co przygotowanie ofiary, ludzie bowiem mają tendencję do ufania lubianym osobom. Nawet dorośli z Houston Heights, którzy uważali, że spędzanie przez Corlla czasu z nastolatkami było nieco dziwne, nie czuli się zaalarmowani, ponieważ mało kto potrafił sobie wyobrazić człowieka z pozoru miłego, ale złego w kontaktach prywatnych. W ubogiej, zamieszkiwanej przez niebieskie kołnierzyki dzielnicy Heights powszechnym problemem były sprzedawane na ulicach narkotyki. Obszar ten, położony na północny-zachód od Houston, pierwotnie pomyślano jako "przedmieścia samochodowe" dla ludzi pracujących w mieście, którzy lubili mieć blisko do pracy, ale nie chcieli mieszkać w samym Houston. Przez lata teren ten mocno podupadł. Coraz trudniej było znaleźć dobrze płatne zajęcie. Zmęczeni pracą rodzice z wdzięcznością przyjmowali pomoc człowieka gotowego pilnować ich dzieci i troszczącego się o nie. Nie przypuszczali, że Corll cenił w ich synach niewinność, naiwność, smukłą sylwetkę i chłopięcy urok.

Wiele osób postrzega drapieżców takich jak Corll, którzy w inny sposób zachowują się wobec ogółu społeczności, a inaczej wobec swoich ofiar, w kategoriach osobowości Jekylla i Hyde'a. W opowiadaniu Roberta Louisa Stevensona Doktor Jekyll i pan Hyde druga z tytułowych postaci nie ma jakichkolwiek zahamowań: "Duch piekła szalał we mnie". To druga osobowość szanowanego lekarza Henry'ego Jekylla, powszechnie uznawanego przez społeczeństwo za normalnego, życzliwego obywatela. Jekyll uzależnia się jednak od gwałcenia prawa i ostatecznie w pełni oddaje się tkwiącemu w nim bestialstwu. "Z lubieżną radością tłukłem w obezwładnione ciało ofiary"2.

Bohater ten oparty został na prawdziwej postaci Deacona Williama Brodiego, z jednej strony szanowanego rzemieślnika ze szkockiego Edynburga, z drugiej zaś nocnego złodzieja. Żył w połowie XVIII wieku i trudnił się stolarstwem oraz ślusarstwem. Jako przewodniczący cechu zasiadał w radzie miejskiej. Był również dobrym ojcem piątki dzieci. Odziedziczył fortunę, ale stracił ją na hazardzie. Wówczas zaczął kraść. Dla historii Corlla znaczące jest, że Brodie miał trzech wspólników. Gdy ich złapano, natychmiast go wydali. Brodiego skazano i stracono na szubienicy. Niepokojący dualizm jego życia stanowi psychologiczną ramę, w którą można wpisać pozornie zwyczajnego człowieka, skrywającego swoje potworne czyny.

Możemy sobie wyobrazić sadystycznych drapieżców seksualnych takich jak Corll w kategoriach Jekylla i Hyde'a. Prezentowana na co dzień fasada doktora Jekylla stanowiła dla Hyde'a "wygodne schronisko, w którym mógł się ukryć przed prześladowaniami3". Nawet gdy drapieżcy starają się trwać przy swojej lepszej moralnie osobowości, stykają się z takim samym problemem jak Jekyll: "nie miałem dość siły, by przy niej wytrwać". Za każdym razem, kiedy oddają się zbrodni, odczuwają "gniewne zniecierpliwienie". Jak pisał Jekyll: "Niejednokrotnie już zauważyłem, że w mej drugiej postaci panuje jeszcze silniej mózg, że zmysły moje stają się bardziej elastyczne (...)"4. Możliwość lekceważenia ludzi była zbyt kusząca.

Dla świata zewnętrznego drapieżcy seksualni polujący na dzieci mogą zachowywać się na pozór normalnie. Minimalizują podejrzenia względem swojej osoby, kreują się jako dodatkowi opiekunowie oprócz rodziców, dziadków czy starszego rodzeństwa. Ich obecność w życiu dziecka jawi się jako korzystna i daje rodzicom (szczególnie samotnym), którzy potrzebują wsparcia, tak upragnione przez nich wytchnienie. W efekcie zyskują zaufanie i milczące przyzwolenie na bycie ze swoją ofiarą sam na sam. Zdają sobie sprawę z tego, że większość rodziców lub opiekunów posiada skrzywiony kulturowo obraz drapieżców jako podejrzanych osobników, którzy krążą w pobliżu placów zabaw. Wykorzystują tę wiedzę, aby prezentować się w odmiennej formie. Nie czają się ani nie zachowują tak, jakby mieli coś do ukrycia. Jawią się jako osoby pewne siebie, kompetentne, na pozór uczciwe. Biorą udział w aktywnościach, które rodzice uważają za dobre, oddalając od siebie ryzyko, że ktokolwiek mógłby pomyśleć o nich coś złego. "Jest opiekunem drużyny skautów". "Odwiedza chore dzieci". "To pastor, pracuje z młodzieżą". Ludziom trudno uwierzyć, że wśród nich może funkcjonować oszust w rodzaju Jekylla i Hyde'a.

W jaki jednak sposób niektórzy ludzie stają się krzywdzicielami dzieci w celu zaspokojenia własnych żądzy? Chociaż nie ma tutaj konkretnej reguły, to rozumiemy, jak tego typu skłonności mogą się rozwinąć.

Sadyzm seksualny to dysfunkcja neurorozwojowa wiążąca się z pragnieniem dominowania nad drugim człowiekiem, a w niektórych przypadkach także zadawania mu bólu. Chociaż zdania na temat jej przyczyn są różne, to przypadłość ta zdaje się kształtować na podstawie pewnych skojarzeń pomiędzy kontrolą a odczuwaniem przyjemności i bólu, powstających we wczesnym okresie rozwoju psychoseksualnego. Mimo to ponad jedna trzecia sadystów seksualnych twierdzi, że odkryła swoje skłonności już w dorosłym życiu. Odczuwają przyjemność z poczucia władzy i siły czerpanej z dominacji nad osobą uległą. Niektórzy znajdują legalne metody zaspokajania swoich potrzeb, z pomocą partnerów, którzy dobrowolnie przyjmują rolę podporządkowaną. Inni nie natrafiają na takich partnerów lub w ogóle nie chcą ich szukać. Wolą zadawać ból osobom, które się na niego nie godzą. Ci drudzy to przestępcy. Jako że dopuszczają się czynów, za które mogą trafić do więzienia, uciekają się także do mordowania swoich ofiar w celu wyeliminowania świadków.

Ludzkie zachowanie balansuje między egosyntonicznym (wewnętrznie harmonijnym) i egodystonicznym (nieharmonijnym). Większość sadystów seksualnych popełnia zbrodnie egosyntoniczne. Znaczy to, że nie mają problemów z tym, co robią. Im częściej do tego dochodzi, tym bardziej czyny te wydają im się usprawiedliwione. Nazywamy to "warunkowanym orgazmem". Koncept ten zaproponowany został w 1965 roku przez zespół psychologów studiujących związek między masturbacją a dewiacją seksualną. Ustalili oni, że obrazy, przedmioty i doświadczenia obecne w trakcie orgazmu mogą wpływać na mechanizm pobudzenia. Im częściej pojawiają się one w czasie osiągania orgazmu, tym silniejsza potrzeba, aby do osiągnięcia satysfakcji wykorzystywać konkretne obrazy lub przedmioty. Brak podtrzymywanych więzi społecznych może w większym stopniu uzależniać takie osoby od ich fantazji.

Badaczki Lisa Shaffer i Julie Penn twierdzą, że większość sadystów zaczyna jako masochiści lubiący ból lub upokorzenie. Niektórzy próbują wchodzić w rolę dominującą i odkrywają, że lepiej się w niej czują. Sadyści mogą czerpać przyjemność z biczowania, krępowania, nakłuwania, rażenia prądem, podwieszania, gwałcenia, cięcia, kopania, bicia lub duszenia. Mogą wykorzystywać substancje wywołujące odmienne stany świadomości lub przetrzymywać swoje ofiary w zamknięciu. Zwykle uciekają się także do tortur psychicznych, na przykład pokazując swoim ofiarom nagrania lub taśmy prezentujące, czego dopuścili się wobec innych.

Kryminolog Lee Mellor nazywa sadyzm seksualny "zerotyzowanym procesem komunikacji", posiadającym swój cykl: aplikowanie negatywnego czynnika stymulującego, obserwowanie reakcji ofiary i doświadczanie wzmożonej przyjemności po osiągnięciu sukcesu. Kategoryzuje on sadystów seksualnych według trzech skal:

niszczycielscy vs ostrożni, krótko działający vs przedłużający tortury, stosujący proste tortury vs stosujący skomplikowane tortury.

Kierując się kryteriami Mellora, należałoby sklasyfikować Corlla jako niszczycielskiego / przedłużającego tortury / stosującego skomplikowane tortury. Okaleczał lub bił niektóre ofiary, gdy te jeszcze żyły, część przetrzymywał przez dłuższy czas, wypróbowywał też różne metody zadawania bólu. Przyjemność czerpana z dominacji decydowała o tym, że powtarzał swoje zachowania. Każdy z kroków poczynionych przez sadystę może być zseksualizowany, zwłaszcza po osiągnięciu uwarunkowanego fantazją orgazmu. Sadyści często czerpią więcej przyjemności z przedłużania swojego pobudzenia poprzez stosowanie tortur niż ze szczytowania seksualnego. W połączeniu z psychopatycznym zaburzeniem osobowości brak wyrzutów sumienia, charakteryzujący sadyzm, daje przestrzeń na wymyślanie nowych sposobów aplikowania bólu. Jak stwierdza były profiler FBI Robert Hazelwood, sadyści seksualni to "żarłacze białe zbrodni popełnianych przez dewiantów, cechujący się niesamowicie złożonymi fantazjami, niezrównaną przebiegłością, paranoją, nienasyconym głodem seksualnym i ogromnymi zdolnościami do siania zniszczenia".

Badania nad trzydziestoma mężczyznami, którzy dopuścili się sadystycznych przestępstw seksualnych, przeprowadzone przez Parka Dietza i jego współpracowników, ujawniły, że ludzie ci nie popełniali przestępstw pod wpływem impulsu. Planowali i starannie tuszowali swoje działania. Zwykle zachowywali przedmioty mogące potencjalnie ich obciążyć, takie jak listy, fotografie czy kasety wideo, jako pamiątki, które pomagały im na nowo przeżywać zbrodnie.

Chociaż Corll wyrzucał do okolicznych koszy na śmieci większość rzeczy należących do jego ofiar, to zachował klucze od domu, fragmenty odzieży, zdjęcia i dokumenty niektórych z nich. Niekiedy kazał Henleyowi założyć pasek od spodni lub buty należące do któregoś z chłopców.

- To upiorne uczucie - wspomina Henley. - Zawstydzało mnie to. Byłem chodzącym pomnikiem.

Szybko znalazł sposób, jak odmawiać. Corllowi zmuszenie Henleya do założenia czegoś, co należało do któregoś z zamordowanych chłopców, pozwalało na ponowne przeżycie tego, co zrobił. Widok fragmentu odzieży ofiary na wspólniku dawał mu poczucie władzy nad oboma chłopcami jednocześnie.

Były psycholog więzienny Al Carlisle, który badał seryjnego mordercę Teda Bundy'ego, twierdził, że sadyści seksualni ewoluują z żywionych fantazji i segmentowania życia. Mieszanka wściekłości i pożądania nadaje ich fantazjom cel i konkretny kierunek. W myślach tak często powtarzają podniecający scenariusz, że gdy wreszcie nadarza się okazja, działanie przychodzi im z łatwością. "Negatywne wspomnienia wyniesione z dzieciństwa, takie jak bycie ofiarą przemocy, rozczarowanie, frustracja, upokorzenie, prześladowanie czy poczucie bezsilności, sprawiają - dowodzi Carlisle - że fantazje takie stanowią sposób na to, aby uciec lub poczuć siłę". Jeśli sadysta seksualny spotka na ulicy kogoś, kto zwróci na siebie jego uwagę, może uczynić taką osobę obiektem swojej kolejnej fantazji. Następnie zaś może szukać sposobu na urzeczywistnienie tego, co pojawia się w jego wyobraźni.

Carlisle twierdzi, że fantazjowanie zmniejsza uczucie stresu, depresji i pustki. "Prowadzi to do wykształcenia się u takiej osoby podwójnej osobowości, jednej związanej z rzeczywistością (...) i drugiej, ukrytej, pozwalającej mu zamanifestować władzę i kontrolę, które chce utrzymywać nad innymi". Jeśli do tego żywi się gniewem, druga osobowość "to zwykle żądna zniszczenia bestia". Morderca raz po raz szuka podniecenia porównywalnego z tą władzą. Ma poczucie, że jego mroczna strona panuje nad nim. Może nawet próbować oprzeć się temu uczuciu, ale ostatecznie potencjalna nagroda stanowi zbyt silny czynnik. Jeden ze sprawców, z którymi rozmawiał Carlisle, powiedział mu, że "powstrzymanie się od tej aktywności jest psychologicznie niemożliwe".

Zwykle fantazje to tylko część procesu i mogą się pojawiać przez całe lata przed podjęciem jakiegokolwiek działania. Seryjny morderca i sadysta seksualny Edmund Kemper, który zamordował i okaleczył sześć młodych kobiet, potwierdził to, gdy opisywał, jak gwałcił i ćwiartował swoje ofiary: "Było to coś, o czym fantazjowałem, co robiłem i co przeżywałem setki razy, nim doszło do tego w rzeczywistości".

Często taka osoba ma zaburzoną relację z matką, która wysyła niekompatybilne sygnały potrzeby i odrzucenia. Zdarza się, że jest nadopiekuńcza do tego stopnia, że wręcz infantylizuje swoje dziecko. Aby ją zadowolić, syn rozwija osobowość "dobrego chłopca", która będzie chroniła go przed frustracją. Z czasem może próbować walczyć z tym, jak traktuje go matka, poprzez dominowanie nad innymi ludźmi. Jeśli wyewoluuje to w morderstwo, wówczas akt taki daje dodatkowe poczucie mocy. Zachowanie Corlla poprzedzające morderstwa cechowało się pobudzeniem, sztywnym chodem i krążeniem po okolicy. Krzywdząc chłopców, najwyraźniej się wyciszał.

Piszący do poświęconego muzyce rockowej czasopisma "Crawdaddy" Jeff Nightbyrd napisał w 1973 roku, że Dean Corll zaczął swoje przygody z nastoletnimi chłopcami od tych, którzy sprzedawali się w zamian za pieniądze, potrzebne im na narkotyki (Brooks to potwierdził). Być może jeden z nich próbował uciec, więc Corll go udusił. Mógł wówczas odkryć, że to mu się podoba. A może żądza krwi zaczęła się od jakiegoś wypadku w czasie seksu konsensualnego. Gdy już raz dopuścił się morderstwa, mógł spróbować tego ponownie, tym razem jednak według wcześniej ułożonego planu. "Cóż za uczucie potęgi i triumfu dla człowieka, który przez całe życie skrywał swoje fantazje względem chłopców, bo bał się odrzucenia! (...) Duszenie to najbardziej intymna forma szaleństwa (...). Duszenie to przebywanie z ofiarą ciało przy ciele, twarzą w twarz. To pasja i emocje". Ale miłość do tych chłopców mogła doprowadzić go do utraty dotychczasowego statusu w miejscowej społeczności, w świecie, który tworzył w swojej głowie, zniszczenie ich jawiło się więc jako racjonalne. Morderstwo było działaniem z wyprzedzeniem. Wszelkie głosy oskarżenia musiały zostać uciszone (potwierdził to Henley).

Kluczową umiejętnością z powodzeniem rozwijaną przez drapieżców jest elastyczność myślowa. Oznacza to, że potrafią oni błyskawicznie przełączać się pomiędzy różnymi ramami mentalnymi, aby osiągnąć swoje cele. Zręczni drapieżcy są gotowi zmieniać zachowanie stosownie do sytuacji. Krótko mówiąc: mają wysoko rozwinięte strategie podejmowania decyzji. Badacze Daniella Laureiro-Martínez i Stefano Brusoni twierdzą, że "przełączanie się między zadaniami" to oznaka inteligencji płynnej. Pozwala ona jednostce na działanie zgodnie z planem, bez angażowania wszystkich sił, żeby łatwo przeskoczyć do innego planu. Umiejętnie radzą sobie z tym przedsiębiorcy. To jednak również cecha skutecznych drapieżców.

Candy Man

Nie mamy zbyt wielu informacji na temat Deana Corlla, ponieważ jego zbrodnie odkryte zostały dopiero po jego śmierci. Nigdy nie opowiedział własnej wersji wydarzeń, a wielu, którzy go znali, niechętnie wypowiadało się na jego temat. Ci, którzy coś już o nim mówili, dawali powierzchowne opisy jego osoby. Niektórzy koledzy z pracy rozmawiali z detektywami i składali oficjalne zeznania. Jack Olsen zawarł w swojej książce rozmowy z tymi, do których zdołali dotrzeć inni reporterzy, a Carol S. Vance, prokurator okręgowy hrabstwa Harris, streścił je w swoim pamiętniku (z błędami faktograficznymi). Chociaż biografia Corlla jest szczątkowa, to dysponujemy wystarczającą ilością informacji, by zrozumieć, jak ten niepewny siebie mężczyzna rozwinął w sobie potrzebę kontroli.

Vance pisał, że nigdy nie rozumiał morderczych motywacji Corlla. W 1973 roku niewiele jeszcze wiedziano o seryjnych morderstwach. Juan Corona, trudniący się pośrednictwem pracy, w 1971 roku wykorzystał seksualnie, obrabował i zamordował w Kalifornii dwudziestu pięciu migrantów zarobkowych, których ciała zakopywał w masowych grobach w sadach wzdłuż rzeki Feather. Dekadę wcześniej Albert DeSalvo przyznał się do uduszenia trzynastu kobiet w Bostonie, podczas gdy niezidentyfikowany "Zodiak" zaatakował w latach 1968 i 1969 kilka par na północ od San Francisco, zabijając lub raniąc co najmniej siedem osób, podobnie jak Charles Manson, który doprowadził swoich wyznawców do popełnienia morderstw w Los Angeles, co stało się podstawą głośnej sprawy Tate-LaBianca. Morderstwa Edmunda Kempera i Herberta Mullina między 1972 i 1973 rokiem w Santa Cruz w Kalifornii nałożyły się na siebie w czasie. Łącznie zabili oni dwadzieścia jeden osób. FBI dopiero uruchamiało program edukacyjny poświęcony psychologii morderców.

Chociaż lata 70. XX w. stanowiły w USA początek tak zwanej złotej ery seryjnych morderstw, która ciągnęła się aż do lat 90., to nikt jeszcze nie miał do nich odpowiednich narzędzi. Z perspektywy czasu widzimy, że lata 70. cechują się uderzająco dużą liczbą drapieżców o skłonnościach homoseksualnych, z których każdy miał na swoim koncie bardzo wysoką liczbę ofiar (Dean Corll, Patrick Kearney, Randy Kraft, Juan Corona, John Wayne Gacy, Bill Bonin). Ale na początku dekady, w 1973 roku, przypadek Corlla mógł jawić się jako potworna aberracja.

Gdy Henley zastrzelił Corlla 8 sierpnia 1973, ten miał trzydzieści trzy lata. Oficjalnie zabił dwadzieścia siedem osób, możliwe jednak, że nie wyczerpuje to listy wszystkich popełnionych przez niego morderstw (po czasie dodano jeszcze jedną ofiarę, podejrzewano także istnienie kilku kolejnych). Problem w tym, że po odkryciu masowych grobów, kiedy szanse na znalezienie ciał były największe, policja przedwcześnie przerwała poszukiwania, chociaż Corll mordował chłopców jeszcze przed zwerbowaniem Henleya i Brooksa. (Jeden z funkcjonariuszy był zszokowany tym, że wnętrze szopy na łodzie ponownie zasypano ziemią, zanim zdołano przebadać cały jej teren, wiemy również o co najmniej jednej ofierze na plaży High Island, której ciało nigdy nie zostało odnalezione). Henley był najlepszym źródłem informacji o Corllu jako mordercy, ale został przez niego zwerbowany w momencie, gdy ten zamordował już co najmniej dziesięć osób. Co więcej, zabijał kilkukrotnie bez udziału Brooksa i Henleya. Żaden z nich nie potrafił podać dokładnej liczby ofiar, Henley przypuszczał jednak, że ciał było więcej, niż znalazła policja. Brooks i Corll opowiadali mu o pewnej ofierze z Kalifornii. Wśród zidentyfikowanych nie było także dziewięcioletniego syna właściciela sklepu spożywczego oraz chłopca z Meksyku. W jednym z grobów znaleziono kilka dodatkowych kości nienależących do żadnej ze znanych ofiar, nadal niezidentyfikowany pozostawał autostopowicz z lutego 1972 roku.

Kim zatem był Dean Corll?

Przyszedł na świat w wigilię 1939 roku w Waynedale, na przedmieściach Fort Wayne w stanie Indiana. Był starszym z dwóch synów surowego i wybuchowego ojca Arnolda Edwina Corlla i nadopiekuńczej matki Mary Corll z domu Robison. Prokurator okręgowy hrabstwa Harris Carol Vance odnotował, że "ojciec Corlla katował syna, gdy ten był jeszcze dzieckiem, za najmniejsze nawet błędy". Mary umniejszała ostrą dyscyplinę Arnolda, usprawiedliwiając go, że ten "nigdy nie miał po prostu kontaktu z małymi dziećmi". Młody Dean musiał znosić bicie za najdrobniejsze przewinienia.

Mary urodziła drugiego syna, Stanleya, ale w końcu rozwiodła się z Arnoldem w 1946 roku. W tamtych latach rozwód nadal wiązał się ze stygmatyzacją społeczną. Arnold został powołany do sił powietrznych i wysłany na szkolenie wojskowe do Memphis w stanie Tennessee. Mary przeniosła się wraz z nim, chciała bowiem, aby jej synowie zachowali kontakt z ojcem. Zapisała chłopców do prowadzonego przez rząd programu opieki, ten jednak szybko został rozwiązany. Udało jej się poznać pewnego starszego farmera i jego żonę, którzy zajęli się chłopcami w czasie jej pracy. Ulokowała się ze swoją przyczepą kampingową na ich farmie.

Mary w końcu ponownie wyszła za Arnolda. W 1950 roku przenieśli się do Houston, gdzie ten miał rodzinę. Znowu się pokłócili i tym razem rozstali na dobre. Arnold ożenił się z inną kobietą, a Mary zaczęła rozglądać się za mężczyznę dla siebie.

Debra Niehoff, neuropsycholożka, która prowadziła wiele badań na temat przemocy, wskazuje, że w formowaniu osoby przemocowej udział biorą czynniki zarówno biologiczne, jak i środowiskowe. Nie ma konkretnej reguły - u każdej osoby jeden czynnik wpływa na modyfikację innych, w efekcie czego wykształcenie się zachowań przemocowych jest unikatowe dla każdego człowieka. Dwaj chłopcy wychowywani w tym samym domu mogą reagować na dwa zupełnie odmienne sposoby. Określony bodziec, taki jak agresywny ojciec, niekoniecznie doprowadzi do tego, że dziecko stanie się przemocowe - może tak być w przypadku jednego, podczas gdy drugie rozwinie się zupełnie inaczej. Każdy ma indywidualny zestaw genów, a tym samym - unikatowe predyspozycje. Wszystko przepuszczane przez "profil neurochemiczny", definiujący, czy dziecko czuje, że otaczający je świat jest bezpieczny. Jeśli nie, może zacząć fantazjować na temat dominacji, co pewnego dnia może się przerodzić w konkretne działania.

W biografiach wielu sadystów seksualnych znajdujemy niczym nieumotywowaną przemoc, której doświadczali w dzieciństwie, brak silnych autorytetów, brak stabilności w rodzinie i brak ojca. Tendencja do dominowania często rodzi się z potrzeby poczucia stałości. Może wzmacniać ją także doświadczenie relacji z agresywnym rodzicem. Takim jak Arnold Corll.

Co gorsza, Mary była narcystyczną matką, miała problem z dostrzeganiem czegokolwiek, co nie dotyczyło bezpośrednio jej samej. Nie zwracała uwagi na szkody, które Arnold mógł wyrządzić młodemu Deanowi, minimalizując je lub wierząc, że jej syn sam jakoś sobie z nimi poradzi. Jej lekceważące podejście, wyłaniające się z opublikowanych źródeł, sugeruje, jakoby nie akceptowała faktu, że jej najstarszy syn (którego postrzegała jako mężczyznę i głowę rodziny) może potrzebować od niej więcej wsparcia. Deanowi brakowało pewności siebie. Możliwe, że czuł się wyjątkowo wrażliwy. Choć Mary była nadopiekuńcza, to składała na barki Deana ciężar dopasowania się do jej wyobrażeń co do tego, jaki jej syn być powinien. Nie miała pojęcia, kim tak naprawdę był, a on zdawał sobie z tego sprawę.

Dean unikał socjalizowania się. Wolał być sam. Źle znosił krytykę i odrzucenie, nosił w sobie także urazę do ludzi traktujących innych z góry. Możemy tylko teoretyzować, że na rozwój jego sadyzmu seksualnego wpływ miały skrywane fantazje, w których kontrolował i karał ludzi za najdrobniejsze przewinienia (podobnie jak jego ojciec). Gdy wszedł w okres dojrzewania, myśli te mogły ulec erotyzacji - ranienie innych stało się przyjemne, stanowiło wręcz rodzaj nagrody. Wyniszczająca jego organizm gorączka reumatyczna, która pozostawiła po sobie szmery w sercu, także wpłynęła na niego negatywnie. Dean rozwinął w sobie osobowość nerwową.

Kiedy przyszedł czas na edukację seksualną, Mary zabrała Deana na farmę swoich rodziców w Yoder w stanie Indiana. Prawdopodobnie liczyła na to, że chłopak dowie się wszystkiego, po prostu obserwując zachowania zwierząt. Uznała, że skoro nigdy nie zadawał żadnych pytań na temat seksu, to zwyczajnie nie był go ciekawy. Kategorycznie zaprzeczała, gdy tylko ktoś sugerował, że jej syn może być gejem. Jako kobieta religijna nie mogłaby tolerować takiej dewiacji. Pewien astrolog zapewnił ją zresztą, że Dean na pewno nie będzie gejem. Sprawiło to, że już w młodym wieku chłopak doświadczył odrzucenia. Trzymał się blisko matki, ponieważ zapewniała mu pracę i miejsce do życia, ale to miało się z czasem zmienić.

Jednym z jego głównych zainteresowań było zachowanie młodości. Tutaj za wzór służyła mu Mary. Obsesyjnie pragnęła być atrakcyjną dla mężczyzn i żywiła głęboki lęk przed samotnością. Dean najwyraźniej przejął od matki brak pewności siebie. Homoseksualizm w świecie negatywnie nastawionym do gejów tylko pogłębiał jego samotność. Z przekazów o tym, że próbował podrywać w pracy innych mężczyzn, wiemy, że spotykał się z ich odrzuceniem.

Mary desperacko starała się znaleźć sobie nowego mężczyznę. Zdawała się bardziej zainteresowana posiadaniem jakiegokolwiek mężczyzny niż dobrego partnera. Jej drugim mężem był wędrowny sprzedawca Jake J. West. Wzięli ślub w 1955 roku i przeprowadzili się do Vidor we wschodnim Teksasie. Dean wkrótce doczekał się przyrodniej siostry, Joyce.

W liceum w Vidor uczył się przeciętnie, ale nie udało mu się ukończyć szkoły razem z resztą swojego rocznika. W ostatniej klasie nie zaliczył angielskiego. Jego głównym (być może jedynym) zainteresowaniem była gra na puzonie w orkiestrze dętej. Liceum ukończył w 1958 roku.

West przekonał Mary do wejścia w branżę słodyczy. Dean został jej asystentem. Pracował po wiele godzin dziennie, między innymi jeżdżąc w teren po orzeszki. Rodzina odniosła sukces i wróciła do Houston, gdzie dalej prowadziła biznes pod nazwą Pecan Prince. Dean od czasu do czasu ścinał się z ojczymem, za którym nie przepadał. Za każdym razem, kiedy gniew brał nad nim górę, zamykał się w swoim pokoju, aby nieco się uspokoić. Nikt nie wie, co wtedy robił. Być może to tam formowały się jego fantazje o dominacji. Był już u progu dorosłości i prawdopodobnie wściekał się na ojczyma, że ten rozstawia go po kątach.

Gdy miał dziewiętnaście lat, rodzina przeniosła się do Heights w Houston. Reporter Jeff Nightbyrd, który swego czasu określił Houston mianem "małego Los Angeles z wielkimi ambicjami", opisywał ten teren jako "pełen nastoletnich wyrzutków handlujących narkotykami, uciekinierów z domu, wandali i drobnych złodziejaszków". Na ulicy z łatwością można było dostać zarówno stymulanty, jak i depresanty. Ale mieszkańcy tych okolic to także skrajnie pobożni chrześcijanie. Niektórzy rodzice sprawdzali kieszenie przychodzących do ich domów dzieciaków, by upewnić się, że żaden nie ma ze sobą narkotyków. Tolerowano jednak picie alkoholu przez nieletnich - często rodzice sami byli zbyt pijani, by zwrócić na to uwagę. Poza szkołą dzieci nie miały zbyt wielu rozrywek oprócz włóczenia się po torach, pływania w jeziorze i wędkowania. Naćpanie się było przyjemniejsze.

Po śmierci ojca Deana Mary odesłała syna na rodzinną farmę w Indianie, żeby zaopiekował się babcią. Mieszkał tam przez dwa lata i poznał dziewczynę, która zakochała się w nim i oznajmiła, że chciałaby go poślubić. Ku jej rozpaczy Dean przestał się z nią spotykać. W 1962 roku wrócił do Houston.

Po jednej z kłótni z J.J. Westem Mary porzuciła Pecan Prince i otworzyła własny interes: Corll Candy Company. Obie firmy rozkwitły, wzajemnie ze sobą konkurując. Nie poprawiło to jednak relacji między małżonkami. Gdy Mary mianowała Deana swoim zastępcą, West się zdenerwował. W 1963 roku rozwiedli się.

Mary zauważyła, że jej synowi brakuje umiejętności trzymania się długoterminowych celów. Był humorzasty i impulsywny. "Gdy czegoś chciał, to chciał tego natychmiast". Innymi słowy, Corll pozostawał niedojrzały, a Mary chroniła go tak, jakby nadal był dzieckiem. W jej oczach Dean nie potrafił zrobić nic złego, co mogło w nim rozwinąć poczucie przyzwolenia na czyny, jakich się dopuszczał.

W sierpniu 1964 roku Corll otrzymał powołanie do wojska. Został zwolniony do cywila po dziesięciu miesiącach. Na jakiej podstawie otrzymał przedwczesne zwolnienie, pozostaje sprawą otwartą. Prawdopodobnie jemu samemu (albo jego matce) udało się przekonać urzędników, że rodzina potrzebowała go w domu, i w ten sposób uzyskał zwolnienie ze względu na problemy rodzinne. Mógł być jednak także inny powód. W czasie pobytu w wojsku, czytamy u Nightbyrda, Corll zaliczył kilka stosunków seksualnych i zaakceptował wreszcie fakt, że jest gejem. (Nie jest do końca jasne, gdzie Nightbyrd znalazł tę informację, ale Harbers i Jackson piszą w swojej książce, że potwierdził to "wieloletni znajomy" Corlla). Wyjaśnienie to przytacza także Vance. W tamtym czasie homoseksualizm, jeśli wyszedł na jaw, nie był tolerowany przez wojsko. Tak czy inaczej, Corll wrócił do Houston, aby dalej produkować i rozwozić cukierki. Jeśli nawet poszukiwał partnerów seksualnych, to robił to w tajemnicy. W Houston funkcjonowało w tamtym czasie gejowskie podziemie. Zresztą działało ono w całym Teksasie. Corll odwiedzał bary i łaźnie, jeden z jego kolegów opowiadał jednak, że nie lubił chodzić w te miejsca.

Firma Mary West przeniosła się na 22 West Street, dokładnie naprzeciw szkoły podstawowej Helms, a Corll zyskał poligon doświadczalny. Oferował dzieciom darmowe cukierki, szczególnie kawałki na wpół gorzkiej czekolady marki Baker's. Gdy wieści o tym rozeszły się po okolicy, na miejscu zaczęło pojawiać się więcej dzieciaków. W ten sposób dla grupki dzieci z pobliskiej szkoły i części ich rodziców Corll stał się Candy Manem - facetem od cukierków. Kupił stół do bilardu i mały motocykl marki Honda, zachęcając chłopców do wspólnego spędzania z nim czasu i przejażdżek. Zabierał ich na plażę i do kina. Niekiedy flirtował z nimi lub podszczypywał ich, aby sprawdzić, czy nie będą protestować. Ci w zamian otrzymywali inny rodzaj cukierków: narkotyki, alkohol i pieniądze, którymi Corll płacił im za seks oralny. Corll był pełnoletni, ale wolał spędzać czas z nastolatkami. Niektórzy dorośli uważali to za dziwne, nikt jednak nigdy się temu nie sprzeciwiał, z jednym wyjątkiem. Policjant Willard Karmon Branch wściekł się, gdy dotarło do jego uszu, że Corll próbował zbliżenia seksualnego z jego synem. W 1972 roku ruszył na poszukiwania z naładowaną bronią, ale zanim udało mu się go znaleźć, zdążył się uspokoić.

Chłopaki z Heights regularnie odwiedzali różne mieszkania Corlla. Traktował ich jak potencjalnych kandydatów do bardziej intymnych kontaktów. Większość ludzi nie miała pojęcia, co kryło się za uprzejmą maską. Corll po prostu wtapiał się w tło. Dla dzieciaków był gościem, który ich zaopatrywał, starszym spoko facetem z mieszkaniem, gdzie mogli robić, co tylko chcieli. Niezbyt gadatliwym, co też im się podobało. Stwarzał także pozory, że miał kiedyś dziewczynę Betty. Zasłaniał się nią niczym brodą - zmieniała jego wygląd, aby jeszcze lepiej wtapiał się w tłum. Chłopcy tacy jak Johnny Delome, Mark Scott, Billy Ridinger czy bracia Baulch często wpadali napić się, pograć w bilard lub pokera czy po prostu spędzić z nim trochę czasu. Za każdym razem, gdy po mieście rozchodziła się wiadomość, że Corll wyprawia imprezę, dzieciaki waliły do niego tłumem - zarówno chłopaki, jak i dziewczyny. Robił zdjęcia chłopakom pływającym lub imprezującym na plaży. Zbierał także szkolne zdjęcia chłopców, których lubił. Od czasu do czasu składał któremuś propozycję. Czasami mu się udawało, czasami nie.

Za pośrednictwem agencji randkowej Mary West znalazła sobie nowego męża, tym razem marynarza pracującego w marynarce handlowej, Louisa Wasilewskiego. Okazał się on mężczyzną agresywnym, niewiernym i mentalnie niestabilnym, wystąpiła więc o anulowanie małżeństwa. Powiedział on Mary, że jej syn to homoseksualista, a ona upierała się, że to jej zła historia związków zniechęcała Deana do małżeństwa. Była świadoma, że jeden z pracowników skarżył się na propozycje seksualne wysuwane przez jej syna, rozwiązała jednak problem, zwyczajnie zwalniając chłopaka.

Następnie, niejako kopiując swój związek z Arnoldem Corllem, ponownie wyszła za swojego trzeciego męża. Był równie zaborczy co wcześniej, a Mary podejrzewała, że zamordował swoją pierwszą żonę (doprowadzając ją do samobójstwa). W zawoalowany sposób groził jej, że ją pochowa. Corll, teraz już dorosły, powiedział, że go zabije. Zdaniem Jacka Olsena Mary miała go do tego namawiać. Chciała uwolnić się od męża. Mimo żarliwej wiary uciekała się do rad wróżek i mediów. Kiedy jedna z nich zasugerowała jej wprowadzenie zmian w życiu, w czerwcu 1968 roku Mary złożyła piąty już wniosek rozwodowy.

Tego samego roku prowadzona przez nią firma zbankrutowała, a Mary, w odpowiedzi na radę kolejnej wróżki, wzięła córkę i przeprowadziła się do Manitou Springs w stanie Kolorado, aby tam od zera podjąć się produkcji słodyczy. Miała nadzieję, że dołączą do niej obaj synowie, i Stanley rzeczywiście w końcu się na to zdecydował, Dean chciał jednak zostać w Houston. Miasto tętniło życiem - utrzymywało się z ropy naftowej - i łatwo było tam o pracę. Niektórzy, zachwalając Houston, nazywali je "przyszłością Stanów Zjednoczonych". Corll zatrudnił się w Houston Lightning and Power Company przy Hiram Clarke Road jako elektryk do testowania przekaźników. Współpracownicy go lubili. Jeden z nich mówił o nim, że był dobrym, racjonalnie myślącym facetem, cichym, ale godnym zaufania, choć w czasie rozmowy Corllowi zdarzało się rzucać dziwnymi tekstami na temat wojny. Te okazały się niepokojące dopiero z perspektywy czasu. Jeden z jego kolegów z pracy twierdził, że Corll powiedział kiedyś, iż "gdy raz się kogoś zabije, to później przychodzi to już z łatwością". Jego koledzy z pracy myśleli wówczas, że odnosi się on po prostu do swoich doświadczeń z wojska.

By rozluźnić atmosferę na urządzanych przez siebie imprezach, Corll kradł pojemniki z lakierem akrylowym, który przy wdychaniu dawał uczucie odlotu. Wiedział, że dzieciaki to lubią. Dorabiał sobie też na boku, rozkładając kradzione samochody na części, które następnie sprzedawał. W tym czasie nie interesowało go widywanie się z matką ani z rodzeństwem w Kolorado. Jego biologiczny ojciec Arnold mieszkał w pobliskiej Pasadenie i obaj zdołali wypracować zdrową rodzinną relację.

Dobiegający trzydziestki Corll zawsze był gotów gościć nastolatków. Przez krótki czas miał współlokatora, kolegę z liceum, ale ten w końcu się ożenił i wyprowadził (i został policjantem). Po tym Corll znalazł sobie nowego współlokatora, młodego chłopaka.

Pomocnicy

Do roli wspólnika w zbrodni, być może nawet dobrowolnie się w nią angażującego, Corll poszukiwał osoby uległej. Najlepiej kogoś, kto nigdy mu się nie przeciwstawi ani go nie wyda. Kim łatwo będzie manipulować. Kandydatami godnymi uwagi byłyby osoby, które już miały konflikty z prawem, na przykład dopuszczały się drobnych kradzieży. To, do jakiego stopnia Brooks lub Henley spełniali te wymagania, zależy od tego, na ile uwierzymy w ich motywacje.

Drapieżcy posługują się metodami, które pomagają im wyczuć potencjalnego pomocnika. Testując ofiarę, mogą opowiedzieć na przykład wulgarny żart i obserwować jej reakcję. Mogą zlecić jej kradzież czegoś ze sklepu, podłożenie ognia lub włamanie do pustego domu. Badają, co najsilniej motywuje ich ofiary: pieniądze, pochwały, seks, miłość, miejsce do życia, poczucie wyjątkowości czy zaangażowanie w aktywności, na które nigdy nie pozwoliliby im rodzice. Następnie zaczynają spełniać ich potrzeby lub zachcianki. Podarki, ciepłe uczucia, szacunek, pieniądze i dostęp do różnych rzeczy (szczególnie tych trudno niedostępnych) sprawiają, że drapieżca zaczyna odgrywać ważną rolę w ich życiu. Więź emocjonalna rozwija się do momentu, gdy dla ofiary nie ma już możliwości odwrotu. Wówczas drapieżca zaczyna stosować groźby. Niekiedy kończą się pozytywne zachęty. Tajemnica przypieczętowuje cały układ. Ofiary są na straconej pozycji. Drapieżca może teraz próbować przekonać je o ich winie i wmówić im, że bliscy, jeśli kiedykolwiek się o wszystkim dowiedzą, będą patrzeć na nie z pogardą. Ofiary się izolują. Ich najbliższym przyjacielem (być może jedynym) jest drapieżca.

David Brooks to pierwszy znany pomocnik Corlla, ale kwestią sporną pozostaje, czy rzeczywiście był pierwszy. To, że skłonności sadystyczne objawiły się u Corlla w wieku trzydziestu lat, jest mało prawdopodobne, ale nie można tego wykluczyć. Wspominał on Brooksowi o kilku problematycznych ofiarach, tak jakby były z nim wcześniej związane, wiedziały o pewnych sprawach i z tego powodu musiały zostać wyeliminowane. Jedna lub więcej takich osób mogło być wykorzystywanych w podobny sposób co Brooks. Corll sugerował również, że dopuścił się kilku różnych czynów w Kalifornii, w tym morderstwa.

Choć Brooks złożył kilka zeznań na potrzeby policji, to unikał wywiadów dla mediów, przez co szczegóły jego historii nie są do końca jasne. Niekiedy zresztą, gdy o czymś mówił, okazywało się, że źle pamięta niektóre fakty. Jego ojciec Alton ujawnił reporterom kilka informacji na temat syna, podobnie jak osoby, które znały Brooksa jako znajomego Henleya. Jedna z dziewczyn powiedziała nawet reporterom, że Brooks był "sprytny", bo nic nie powiedział policji. Tyle że Brooks przekazał policji różne informacje i wcale nie był aż taki bystry. Gdyby nie presja wywierana na niego już po aresztowaniu przez ojca, możliwe, że powiedziałby jeszcze więcej. Niektóre osoby z Heights współczuły mu, bo wyglądał na chłopaka odrzuconego przez oboje rodziców. Wysoki i szczupły, nie radził sobie w relacjach społecznych i prawdopodobnie był postrzegany jako dzieciak, który nigdy nic nie osiągnie. Okulary w drucianych oprawkach i bezładne blond włosy nie poprawiały jego wizerunku.

Brooks spotkał Corlla po raz pierwszy, kiedy miał dziesięć lat. Chodził do Corll Candy Company po darmowe cukierki. Corll okazywał mu szacunek, którego ten tak bardzo pragnął. Wkrótce potem zaczął zabierać Brooksa w różne miejsca i traktować go tak, jakby mu na nim zależało, co w przyszłości miało zaowocować wspólnym mieszkaniem. Co więcej, Corll nie nabijał się z jego okularów. Rodzice Brooksa wzięli rozwód, a jego matka wyjechała z nim do Beaumont, jakąś godzinę jazdy od Houston, w czasie świąt i wakacji Brooks wracał jednak do miasta, aby odwiedzać ojca. Widywał się wówczas z Corllem. Nieletni Brooks figurował już wtedy w policyjnej kartotece za kradzież. Żadne z rodziców nie wiązało z nim przesadnie wielkich nadziei. Ojciec ledwo go tolerował i był przekonany, że z chłopaka nic nie będzie - zdanie to wyrażał także publicznie. Dwa razy starszy Corll oferował mu dach nad głową i kieszonkowe. Brooks postrzegał Corlla niemal jak ojca, a zarazem człowieka, który twierdził, że ma pewne wpływy w zorganizowanym świecie przestępczym. Jako pomocnik czuł się ważniejszy niż przy jakimkolwiek innym dorosłym. Nie był człowiekiem z gruntu złym - po prostu mało kto go lubił i nikt go nie ukierunkował.

Corll dawał Brooksowi pieniądze zawsze, kiedy tylko ten ich potrzebował. Nie minęło wiele czasu, a zaproponował mu zarabianie na seksie oralnym. Brooks się zgodził. Twierdził, że zaczęło się to, gdy miał trzynaście lub czternaście lat. Zarabianie pieniędzy w ten sposób było łatwiejsze niż szukanie normalnej pracy. Kiepsko się uczył, powtarzał klasy. Kiedy miał piętnaście lat, wyleciał ze szkoły.

Corll kupił parę kajdanek i wymyślił "zabawę w kajdanki", namawiał chłopców, by je zakładali, tak ich unieruchamiał. Zamki się zatrzaskiwały, chłopcy nie mogli ich otworzyć. Corll pokazał tę sztuczkę Brooksowi i prawdopodobnie jej go nauczył.

Zgodnie z raportami policyjnymi sporządzonymi już po śmierci Corlla jego zachowanie sugerowało, że mógł utrzymywać pewien poziom kontaktów ze światem przestępczości zorganizowanej. Często zmieniał miejsca zamieszkania, niekiedy cztery lub pięć razy w roku. Niektórzy wynajmujący zeznawali, że zdawał mieszkanie zdewastowane lub bez opłacenia czynszu. Raz zdarzyło mu się wynajmować mieszkanie przez mniej niż tydzień. Sporządzone przez policję raporty dokumentują dwadzieścia pięć różnych adresów, pod którymi mieszkał przez ostatnich pięć lat.

Brooks często przeprowadzał się wraz z nim. Jedna z opowieści mówi o administratorce budynku, w którym mieszkał Corll. Zapukała do drzwi jego mieszkania. Otworzył jej Brooks, który powiedział, że jest bratem Corlla. Kobieta powiedziała mu o skargach od sąsiadów, po czym odkryła, że Corll i Brooks wymykają się gdzieś w środku nocy. Administratorka innego budynku zeznała, że widziała ich, jak wynoszą rulon plastikowych worków. Gdy się wyprowadzili, pozostawili deskę z wywierconymi dużymi otworami. Czym był ten przedmiot, zrozumiano dopiero po czasie. Regularnie skarżono się na głośne imprezy i inne niepokojące hałasy. Do drzwi jednego z jego mieszkań pewnego razu ktoś oddał cztery strzały z pistoletu, Corll zabezpieczył je później stalową płytą. Z całą pewnością miał tajemnice.

Przystępując do działania

Kontrkultura lat 70. XX wieku to okres eksperymentów z seksem i narkotykami, każdy więc, kto mógł zaoferować te rzeczy, natychmiast zyskiwał w oczach nastolatków. Nawet jeśli dzieciaki uważały Corlla za geja, to mało kto się tym przejmował. W Teksasie w najlepsze kwitła niewielka społeczność hippisów żyjących w myśl zasady "żyj i pozwól żyć innym".

Nie wiemy, kiedy dokładnie Corll zaczął zabijać, ale do pierwszego znanego nam morderstwa doszło w sierpniu 1970 roku. Przewrażliwiony na punkcie starzenia się Corll był zaniepokojony przekroczeniem trzydziestki. Nie podobały mu się bary dla gejów, krążył więc po prostu któregoś dnia po mieście, szukając towarzystwa.

Osiemnastoletni Jeffrey Alan Konen studiował na Uniwersytecie Teksańskim w Austin. Pod koniec września 1970 roku postanowił pojechać stopem do Houston i odwiedzić swoją dziewczynę. Konena widziano podobno na rogu South Voss i Westheimer Roads w Houston. Corll podjechał do niego i zaproponował podwózkę. Nie jest jasne, w jaki sposób dotarł z nim do swojego mieszkania w Yorktown, Konen miał bowiem konkretny cel podróży, ale musimy pamiętać, że Corll posiadał rewolwer kalibru 5,6 milimetra. W mieszkaniu związał Konena trójwarstwowym nylonowym sznurem, zakleił mu usta taśmą klejącą, zgwałcił, po czym udusił. Nagie ciało zapakował do kradzionego plastikowego worka i zakopał je na plaży High Island. Grób oznaczył dużą bryłą cementu.

Nie wiemy, co czuł po tym morderstwie. Po czasie wspomniał swoim pomocnikom, że zabijanie ofiar, które zgwałcił, było konieczne, żeby pozbyć się świadków. Niekiedy napadał na ofiary, wobec których odczuwał żądzę zemsty, miał jednak także upodobanie do określonego typu chłopców: rasy kaukaskiej, szczupłych i młodych.

W przypadku Konena dopuścił się morderstwa doskonałego. Zgarnął do samochodu dzieciaka, którego nie znał, i to w czasach, gdy autostopowicze byli zjawiskiem powszechnym. Nikt ze znajomych nie widział, jak ten wsiadał do samochodu Corlla, nie było żadnego świadka, który zgłosiłby coś niepokojącego. Nikt nie podejrzewał Corlla. Przez następne dwa miesiące żył jak zwykle, aż w grudniu nadarzyła się kolejna okazja. (Chociaż być może, jeśli wierzyć Brooksowi, przed grudniem dopuścił się jeszcze jednego, tym razem podwójnego morderstwa). Wynajmował już szopę przy Silver Bell 4500. Bez podłogi, z gołą ziemią, drzwi i ściany zapewniały mu zaś dyskrecję, kiedy kopał doły i zasypywał je wapnem.

W przypływie odwagi zwabił do siebie dwóch czternastolatków z Heights, Jimmy'ego Glassa i jego kolegę Danny'ego Michaela Yatesa. Zwrócił uwagę na Danny'ego na ulicy, gdzie stał ze swoim o rok starszym bratem Bradleyem. Podjechał do nich i zapytał: "Macie ochotę na piwo?". Tak zajście zapamiętał Bradley Yates. Corll nie spodobał mu się, ale Danny okazał wystarczające zainteresowanie, aby Corll dał mu swój numer telefonu. Kilka dni później, 13 grudnia, Danny i James poszli na wiec kościelny na West Eleventh Street. To ostatni raz, gdy ktokolwiek ich widział. Nie jest jasne, jak znaleźli się w mieszkaniu Corlla. Prawdopodobnie postanowili po prostu do niego zadzwonić. Siostra Danny'ego widziała kogoś, kto pasował do opisu Corlla, jak zabiera ich samochodem do kina. Starszy brat Jimmy'ego pamięta, że udali się na wiec i że widział go, jak szedł kościelną nawą, po czym zniknął.

W mieszkaniu przy Yorktown Street 3300 Corll unieruchomił obu chłopców za pomocą lin i kajdanek, przywiązując ich do łóżka z baldachimem. Brooks wiedział o tym zajściu. Plątał się w zeznaniach na policji, możliwe są więc dwa różne scenariusze tego zdarzenia: 1) Przyjechał do Corlla, kiedy ten wykorzystywał chłopców, i byli to jedyni dwaj chłopcy, których widział u niego w 1970 roku. 2) Był już na miejscu, gdy zjawili się Yates i Glass (a może nawet pomógł ich zwabić), przed porwaniem Yatesa i Glassa widział więc jeszcze dwóch innych chłopców.

Jeśli prawdziwy okazałby się scenariusz pierwszy, wydarzenie to wyglądało następująco: Brooks wszedł do mieszkania. Corll był nagi. Brooks zobaczył chłopców przywiązanych do łóżka. Corll powiedział, że "właśnie się zabawiał". Obiecał Brooksowi samochód w zamian za milczenie. Brooks nie wyszedł z mieszkania, gdyż miał odwieźć Glassa do domu. "Odwiozłem go do domu, ale nie chciał wysiąść, bo chciał wrócić do Deana. Zabrałem go z powrotem i Dean go zamordował". Brooks znał jednak Glassa, a w zeznaniu powiedział, że nigdy wcześniej nie widział dwóch chłopców, których spotkał w mieszkaniu Corlla. Twierdził także, że wyszedł, nim do czegokolwiek doszło. Bardziej prawdopodobny jest zatem scenariusz drugi: Corll zaoferował Brooksowi samochód, zanim doszło do morderstwa Yatesa i Glassa. W opisywanym przez Brooksa zajściu ofiarami było dwóch innych chłopców, których tożsamość jest aktualnie nieznana. Nie było ich wśród ciał ekshumowanych w 1973 roku, chyba że dodatkowe kości znalezione w podwójnym grobie na High Island należały właśnie do nich.

Corll kupił Brooksowi używaną, lśniącą zieloną corvette, rocznik 1969. Brooks przyjął prezent i nic nikomu nie powiedział, chociaż teraz wiedział już, że Corll zabijał chłopców. W tym momencie mógł coś zrobić. Zdecydował się nie reagować. Nigdy nie powiedział, że Corll mu groził. Zamiast tego jasno wyraził sugestię, że można go kupić. Jeden z jego znajomych tak po czasie wypowiadał się o nim w rozmowie z reporterem: "Dla pieniędzy i samochodu był gotów na wszystko".

Niektóre raporty psychiatryczne po fakcie klasyfikowały u Corlla problemy o charakterze psychotycznym - z ich powodu miał on tracić kontakt z rzeczywistością lub doświadczać zaburzeń świadomości. Eksperci od zdrowia psychicznego uważali go za wystarczająco zorganizowanego, aby nie przyciągać uwagi innych, ale zarazem pozbawionego kontroli nad sobą. W czasie, gdy powstawały te badania, Corll już nie żył, nie można więc było odpowiednio go przebadać, ale hipoteza, że sadystyczny morderca, który zakopywał ciała swoich ofiar w szopie, cierpiał na urojenia, wydaje się dość rozsądna. Ci jednak, którzy znali Corlla, nigdy tego nie zauważyli. Wydawał się zwyczajny, choć miewał humory. Brooks i Henley byli świadkami jego nadpobudliwego zachowania w okresie poprzedzającym "robienie swojego".

Pod koniec stycznia 1971 roku Corll ponownie zaatakował. Złapał dwóch braci: piętnastoletniego Donalda Waldropa i trzynastoletniego Jerry'ego Waldropa. Ojciec podrzucił obu pod dom ich kolegi przy West Twelfth Street. Chłopcy powiedzieli mu, że idą na kręgle, planowali dołączyć do ligi kręglarskiej. Obiecali, że będą w domu wieczorem. Nigdy nie wrócili. Donald w przeszłości uciekł już raz z domu, policja uznała więc, że obaj bracia to powtórzyli. Pan Waldrop pracował blisko ówczesnego mieszkania Corlla w Place One przy Magnum Road, więc istnieje prawdopodobieństwo, że Corll widywał ich i być może miał nawet okazję z nimi porozmawiać. Zaprosił ich lub siłą zabrał do swojego mieszkania. Tam zostali unieruchomieni i poddani torturom.

Brooks przyznał, że był obecny w chwili, gdy Dean udusił chłopców. Może to sugerować, że Corll nakłonił Brooksa do współudziału. Bracia zostali zakopani we wspólnym dole pod wschodnią ścianą szopy. "Wydaje mi się, że byłem przy grzebaniu ich", zeznał policjantom, "nie pamiętam jednak, gdzie zostali zakopani". (Później, w czasie przeszukiwania plaży, zmienił tę część zeznania, stwierdzając, że najmłodsza ofiara to dziewięciolatek, syn właściciela sklepu spożywczego).

Brooks twierdził, że był obecny przy ich zabójstwie na wszelki wypadek. Ale wizja Brooksa kręcącego się po prostu po mieszkaniu w chwili, kiedy Corll morduje i zakopuje dwójkę dzieciaków, jest wręcz absurdalna. Z zachowania Corlla w czasie innych morderstw wiemy, że od swojego pomocnika oczekiwał więcej. Zbierał na niego haki, aby mieć pewność, że chłopak będzie robił to, czego się od niego oczekuje. Brooks uległ, przyjmując samochód, można więc założyć, że prawdopodobnie brał udział w obu zabójstwach. Nie wiemy, czy bał się Corlla, czy może liczył na kolejną nagrodę, ale jedno jest oczywiste: Corll nie obawiał się tego, że Brooks o wszystkim wie. Wypracowali swego rodzaju partnerstwo. Brooks był kimś więcej niż tylko pomocnikiem.

Gdy Everett Waldrop zgłosił na policję zaginięcie synów, funkcjonariusz przyjmujący zgłoszenie oświadczył mu, że nie zostanie wszczęte jakiekolwiek śledztwo w ich sprawie, ponieważ chłopcy prawdopodobnie po prostu uciekli z domu. Ojciec był w szoku. Jego chłopcy nie byli uciekinierami. Po latach uświadomił sobie, że gdy tamtego dnia był w pracy, jego synowie prawdopodobnie nadal jeszcze żyli, zamknięci w budynku obok.

Pięć tygodni później zamordowany został piętnastoletni Randell Lee Harvey. 17 marca (według niektórych raportów: 7 marca) 1971 roku jechał na rowerze z domu w Heights na stację benzynową pięć kilometrów dalej, gdzie pracował. Nigdy nie dotarł na miejsce, nigdy nie wrócił też do domu. Zniknął również jego rower. Krążyły plotki, że David Brooks groził Harveyowi śmiercią za kradzież zestawu stereo. Harvey otrzymał postrzał w oko z pistoletu kalibru 5,6 milimetra, po czym uduszono go nylonowym sznurem. Brooks twierdził, że był świadkiem tego morderstwa. Chociaż później zaprzeczał, jakoby kiedykolwiek kogoś zabił, to przyznał się Henleyowi do popełnienia jednego morderstwa. Być może właśnie tego - o ile faktycznie chodziło tylko o jedno. (Zwłoki Harveya zidentyfikowano dopiero w 2008 roku). W czasie, gdy starano się rozpoznać tę konkretną ofiarę, Brooks udawał, że nie wiedział, jak chłopak się nazywa.

David Hilligiest miał trzynaście lat. Mieszkał w Heights. Blondwłosy, chudy i drobny jak na swój wiek - miał zaledwie sto sześćdziesiąt jeden centymetrów wzrostu. 29 maja 1971 roku powiedział, że idzie na basen ze swoim kolegą, szesnastolatkiem Gregorym Malleyem Winkle'em. Winkle również miał blond włosy i był szczupły. Matka Davida wiedziała, że Winkle obraca się w złym towarzystwie. Starała się zniechęcić syna do spotykania się z nim, ale David ignorował jej ostrzeżenia.

Tamtego dnia obaj chłopcy nie dotarli na basen, nie wrócili też do domu. Policja twierdziła, że prawdopodobnie uciekli. Mnóstwo dzieciaków uciekało w tamtym czasie do Kalifornii. Byli to tylko dwaj z pięciu tysięcy ośmiuset młodych zaginionych tamtego roku w Houston i z dwustu osiemdziesięciu z samego tylko Heights. Nie miało to jednak żadnego sensu w odniesieniu do dzieciaka w stroju kąpielowym, który chciał tylko poćwiczyć skoki do wody przed wyjazdem na wakacje z rodziną.

Co innego Winkle. Wierząc Jackowi Olsenowi, zadawał się on z gangiem starszych chłopaków i miał na koncie areszt za kradzież roweru. Przyjmował narkotyki w najróżniejszej postaci i wąchał klej. Miał kuratora. Tamtego wieczoru zadzwonił do matki powiedzieć jej, że jest we Freeport, prawie sto kilometrów od Houston, i pływa z "jakimiś dzieciakami". Kiedy nie wrócił do domu, odkryła, że widziano chłopców, jak rozmawiają z mężczyzną w białym vanie. Wsiedli do środka.

Przygotowano ulotki o ich zaginięciu, które pomagały rozwieszać dzieciaki z okolicy. Jednym z nich był mieszkający po sąsiedzku Elmer Wayne Henley Jr. Gdy byli mniejsi, bawił się z Davidem, ich matki się przyjaźniły. Cała rodzina Hilligiestów poświęciła wiele czasu na badanie śladów. Bezskutecznie. Fred Hilligiest zadłużył się, aby zaoferować nagrodę za znalezienie chłopców - tysiąc dolarów. Wynajęto detektywa Vaughna Wattsa, który znalazł dowody na to, że chłopcy zostali porwani przez miejscowe gejowskie sekspodziemie. Przerażeni tym Hilligiestowie zamieszczali ogłoszenia w podziemnych gazetkach i sprawdzali najgorsze dzielnice miast takich jak Nowy Orlean. Któregoś dnia Dorothy Hilligiest dostrzegła krążący po okolicy samochód - plymouth GTX. Spisała jego numer rejestracyjny (TMF 724) i przekazała go policji. Gdyby funkcjonariusze zareagowali na tę informację, możliwe, że dotarliby do Deana Corlla. Jeździł on takim samochodem.

Brooks i Corll zaprosili chłopaków "na imprezę". Winkle znał Corlla ze sklepu z cukierkami. Pracował tam przez jakiś czas jako sprzątacz, grywał też w mieszkaniu Corlla w bilard. Podobnie Hilligiest. Wiedzieli, że u Corlla zawsze jest wesoło. Ale nie tym razem. Corll skuł ich kajdankami i zgwałcił. Przygotował długą na metr osiemdziesiąt płytę ze sklejki z wywierconymi otworami, do której mógł przyczepić liny lub kajdanki, kiedy chciał bardziej unieruchomić swoje ofiary. Szczególnie gdy zamierzał przetrzymywać je przez dłuższy czas. Deska pozwalała mu na odpoczynek bez obaw, że jego ofiary uwolnią się i uciekną. Brooks dbał o fizyczne potrzeby więźniów, dopóki Corll nie postanowił się ich pozbyć. Obaj zostali zakopani przez samego Corlla albo Brooksa i Corlla w jednym dole w szopie.

Brooks był już wtedy pełnoprawnym "uczniem" Corlla. Miał określone zadania. Na polecenie wypatrywał chłopców, którzy mogliby szukać rozrywek lub za którymi "nikt nie będzie tęsknił", jeśli znikną. Rozdawał narkotyki jak cukierki. Dzieciaki przynosiły niekiedy te pigułki do domów, aby pokazać je rodzicom, i mówiły, że dostały je od Brooksa. Na te informacje policjanci również nie zwracali uwagi.

Siedemnastolatek Ruben Watson Haney znał Brooksa. Miał na koncie parę konfliktów z prawem. W oczach Brooksa nadawał się idealnie - to "zły dzieciak". Był również drobny - zaledwie pięćdziesiąt cztery kilogramy przy stu siedemdziesięciu centymetrach wzrostu. 17 sierpnia Haney poszedł do kina w nowym centrum handlowym. Po wyjściu zadzwonił do mamy powiedzieć jej, że spędzi wieczór z Brooksem. (Według innej relacji miał rozmawiać z babcią, której powiedział, że idzie z paroma chłopakami pograć w zespole). W mieszkaniu Corlla przy San Felipe został zgwałcony, poddany torturom i uduszony. To szokujące, ale to już drugi zaginiony chłopak z Heights w ciągu sześciu miesięcy, o którym wiedziano, że utrzymywał kontakty z Davidem Brooksem, a mimo to w policyjnych aktach próżno szukać informacji o jakimkolwiek przesłuchaniu. Brooks pomógł do tego czasu w co najmniej sześciu morderstwach lub o tylu wiedział.

Corll ponownie zmienił miejsce zamieszkania i Brooks podobno pomógł mu z kolejną ofiarą. "Pamiętam chłopaka zamordowanego w domu Deana przy Columbia Street. Tuż przed pojawieniem się Wayne'a Henleya. Dean trzymał tego chłopaka w domu jakieś cztery dni, a w końcu zabił. (...) Dean smucił się, że musiał zamordować tego chłopaka, bo bardzo go lubił". Brooks nie pamiętał ani jego imienia, ani gdzie go pochowano. Przekazał, że pod tym adresem zamordowany został również Glass, ale Corll nie mieszkał tam w czasie, gdy doszło do tego zabójstwa.

Doskonalenie metody

Corll działał zgodnie ze schematem, który znamy z zachowań innych drapieżców seksualnych. Z góry planują oni swoje działania. Rozważają wszystkie możliwe scenariusze, w jaki sposób można byłoby ich złapać i jak wytłumaczą się z tego, co robią, trudno więc przyłapać ich na gorącym uczynku. Corll nauczył się wykorzystywać dzieci do zwabiania innych dzieci, prawdopodobnie po to, aby nikt nie widział go, jak zbliża się do ofiary - nie był w tym zbyt dobry. Jeśli wierzyć zeznaniom świadków, zachowywał się jak amator. Kilku młodych mężczyzn po latach opublikowało w internecie opisy spotkań w Heights na początku lat 70. z kimś, kto go przypominał. Jasne, Corll nie był jedynym drapieżcą w Houston. Istniała wówczas rozbudowana sieć pedofilów rozciągająca się od Houston po Dallas, która płaciła chłopcom lub zmuszała ich do fotografowania się na potrzeby rynku pornograficznego. Niektórzy chłopcy byli klasyfikowani jako "prostytutki" i wysyłani do innych miast.

Jedna z osób opisała jednak spotkanie z kimś, kto mógł być Corllem. Było to w 1970 lub 1971 roku, a "John" miał wówczas czternaście lat. Czekał, aż ktoś odbierze go spod gabinetu dentystycznego. W pewnym momencie ulicą przejeżdżał jakiś mężczyzna, który uśmiechnął się i pomachał do niego, jakby znał Johna. Zawrócił i zatrzymał się przy krawężniku. Mężczyzna przesunął się na siedzenie pasażera i nazwał Johna "ładnym chłopcem". Chłopak zamarł. Obcy paplał dalej, gładząc się jednocześnie po kroczu. Zapytał Johna, czy lubi chłopców. Wspomniał o imprezach, na które mógłby pójść razem z nim, napić się alkoholu i wciągnąć dragi. Namawiał Johna do wejścia do środka. W tym momencie nadjechał policyjny radiowóz, mężczyzna wskoczył z powrotem na miejsce kierowcy i odjechał. Dopiero w sierpniu 1973 roku, kiedy w wiadomościach John zobaczył zdjęcie Corlla, zrozumiał, jak niewiele brakowało, aby stał się kolejną ofiarą.

Z Brooksem na pokładzie Corll awansował z samotnego drapieżcy do roli mordercy z pomocnikiem - zabójcy działającego w zespole. Dawało mu to większe poczucie siły. Co więcej: za każdym razem, gdy Brooks sprowadzał mu jakiegoś chłopaka, nastolatek stawał się wspólnikiem w zabójstwie, a to jeszcze silniej wiązało go z Corllem. Poza tym dostawał pieniądze. Miał zawsze na paliwo do swojego chevroleta corvette, na prochy, mocniejsze narkotyki i papierosy. Mieszkał z Corllem, nie musiał więc płacić czynszu. Jak na nastolatka, który wyleciał z liceum i nie miał przed sobą żadnej przyszłości, powodziło mu się całkiem nieźle.

Corll miał cel. Wiedział, czego chce i czego potrzebuje, aby go osiągnąć. Nie miał żadnych mentalnych zahamowań, które powstrzymywałyby go przed zadawaniem bólu i krzywdzeniem ludzi. Podniecała go nie śmierć, ale dominacja i kontrola. Lubił eksperymentować.

Dominatorzy tacy jak Corll badają granice drugiej osoby, szukają sfer, w których da się złamać, to znaczy jej "miękkich" granic, takich zadań, wobec których uległy jest niechętny, ale byłby gotowy wykonać je odpowiednio zachęcony. Dominatorzy szukają także "twardych" granic, rzeczy, których ulegli nigdy nie zrobią albo zrobią wyłącznie pod pewnymi warunkami.

Po przełamaniu miękkich granic drapieżcom łatwiej jest pracować nad przekraczaniem twardych, często w zamian za coś. Mogą zaoferować na przykład piwo, żeby zobaczyć, czy ta druga osoba je przyjmie. Po tym próbują z łagodnymi, wywołującymi euforię narkotykami. Jeśli druga osoba się zgodzi, okaże w ten sposób, że gotowa jest łamać rodzicielskie zakazy, a nawet prawo. To niewielka zbrodnia. Nikomu nie dzieje się krzywda. Ofiara decyduje się więc na to. Bardziej wymagające jest przekonanie dzieciaków do kradzieży. Jeśli mają już na koncie drobniejsze wykroczenia, tak jak Brooks, łatwiej je namówić za pomocą pieniędzy lub wrażenia, że będą częścią jakieś potężnej organizacji przestępczej. Brooks prawdopodobnie brał udział w przenoszeniu skradzionych rzeczy. Pomagał Corllowi opróżniać mieszkania, za które ten nie zapłacił czynszu. Był powiernikiem tajemnic Corlla. Z czasem został dilerem narkotyków.

Brooks niechętnie podawał szczegóły, ale Henley przedstawił relację z pierwszej ręki, jak postępował z nim Corll. Chociaż inne zeznania w tej sprawie przyczyniły się do porzucenia tropu podziemnej organizacji, która chroniła i wspierała mężczyzn wykorzystujących seksualnie młodych chłopców, to istniała ona naprawdę i działała w Teksasie na szeroką skalę. Stała się jedną z broni w arsenale Corlla - informacji o niej używał zarówno jako groźby, jak i nagrody.

1 Grooming - manipulowanie ofiarami poprzez nawiązanie z nimi więzi emocjonalnej w celu uwiedzenia lub wykorzystania seksualnego (przyp. red.).

2 R.L. Stevenson, Doktor Jekyll i pan Hyde, tłum. B. Merwin.

3 Ibidem, s. 29.

4 Ibidem, s. 31.