Noc wypadku
Hannah
Na początku idzie łatwo. Prostuję plecy i biorę głęboki wdech. Wsiadam do karetki, jedziemy. Panom w pomarańczowych kurtkach mówię, jak mama ma na imię i że jej grupa krwi to AB Rh minus. AB Rh minus to najrzadsza grupa krwi, charakteryzuje ją brak przeciwciał grup A i B. To znaczy, że mamie można przetoczyć krew dowolnego dawcy. Wiem to, bo na lekcji rozmawialiśmy o grupach krwi. I dlatego że napisano tak w grubej książce. Wydaje mi się, że wszystko zrobiłam dobrze. Dopiero kiedy przypadkiem na myśl przychodzi mi mój brat, zaczyna drżeć mi kolano, prawe. Jonathan z pewnością będzie się beze mnie bał.
Skup się, Hanno. Jesteś już dużą dziewczynką.
Nie, dzisiaj jestem mała i głupia. Jest zimno, zbyt jasno i pika. Pytam, skąd się bierze to pikanie, i jeden z panów w pomarańczowych kurtkach wyjaśnia:
- To serce twojej mamy.
Jeszcze nigdy nie pikało, serce mojej mamy.
Skup się, Hanno.
Podczas jazdy kołysze, zamykam oczy. Serce mamy pika.
Krzyknęła, rozległ się huk. Jeśli jej serce przestanie teraz pikać, będzie to ostatnie, co od niej usłyszę: krzyk i huk. I nawet nie powiedziała mi "dobranoc".
Karetka lekko podskakuje, po czym przystaje.
- Jesteśmy na miejscu - mówi pan. Ma na myśli: w szpitalu.
Szpital to budynek, w którym udziela się pomocy medycznej osobom chorym lub takim, które doznały jakiegoś urazu.
- No chodź już, dziewczynko - popędza mnie pan.
Nogi niosą mnie jak automat, tak szybko, że nie daję już nawet rady liczyć kroków. Podążam za panami w kurtkach, kiedy przejeżdżają terkoczącymi noszami przez duże szklane drzwi, nad którymi jasno świeci się napis "Szpitalny Oddział Ratunkowy", a potem prowadzą je dalej długim korytarzem. Nagle, jak na komendę, z prawej i lewej zaczyna się roić od pomocników, a podniecone głosy się przekrzykują.
- Nie możesz tutaj wejść - mówi gruby pan w zielonym kitlu i odpycha mnie na bok, kiedy docieramy do kolejnych dużych drzwi na końcu długiego korytarza. - Przyślemy tu kogoś, żeby się tobą zajął. - Jego palec wskazujący wędruje w stronę rzędu krzeseł pod ścianą. - Na razie sobie tam usiądź.
Chcę coś powiedzieć, ale słowa grzęzną mi w gardle, a ten pan już dawno się odwrócił i zniknął za drzwiami wraz z resztą pomocników. Liczę krzesła pod ścianą - siedem. Gruby pan w zielonym kitlu nie powiedział, na którym mam usiąść. Nie zdając sobie nawet z tego sprawy, zaczynam obgryzać paznokieć kciuka.
Skup się, Hanno. Jesteś już dużą dziewczynką.
Siedzę z przyciągniętymi do klatki piersiowej kolanami na środkowym krześle i z dolnej części sukienki wyciągam sosnowe igły i brązowe kawałeczki kory. Dość mocno się dziś ubrudziłam. Znów przychodzi mi do głowy Jonathan. Biedny, mały Jonathan został w domu i musi sprzątać. Wyobrażam go sobie płaczącego, bo nie wie, jak usunąć plamy z dywanu w salonie. Jestem pewna, że w pakamerze są odpowiednie preparaty czyszczące, tylko że tata zabezpieczył drzwi do niej dwoma kłódkami. Środek ostrożności, mamy ich całkiem sporo. Ostrożności w końcu nigdy za wiele.
- Halo? - Kobiecy głos.
Zrywam się z krzesła.
- Jestem siostra Ruth. - Kobieta uśmiecha się i chwyta moją rękę, żeby ją uścisnąć.
Mówię jej, że mam na imię Hannah i że Hannah to palindrom. Palindrom to takie słowo, które od przodu i od tyłu czyta się identycznie. Na dowód tego literuję jej swoje imię, najpierw od przodu, potem od tyłu. Siostra Ruth wciąż się uśmiecha i zapewnia:
- Rozumiem.
Jest starsza od mamy, lekko przy kości i ma już siwe włosy. Na jasnożółty fartuch wciągnęła kolorowy sweter zrobiony na drutach; wygląda na bardzo ciepły, przymocowana jest do niego przypinka z twarzą pandy. Napisano na niej "Be happy". To po angielsku i znaczy tyle co "Bądź szczęśliwy". Drżą mi kąciki ust.
- Nie masz butów, moje dziecko - mówi siostra Ruth, a ja wysuwam duży palec lewej stopy przez dziurkę w rajstopach. W jeden z dobrych dni mama już ją w tym miejscu cerowała. Z pewnością zmyłaby mi teraz głowę, gdyby się dowiedziała, że znów zniszczyłam rajstopy.
Siostra Ruth wyjmuje z kieszeni fartucha chusteczkę, bo myśli, że płaczę. Z powodu dziury w rajstopach albo z powodu mamy. Nie mówię jej, że tak naprawdę oślepia mnie zbyt mocne światło jarzeniówki na suficie, jedynie:
- Dziękuję, to bardzo miło z pani strony.
Zawsze trzeba mówić "proszę" i "dziękuję". Ja i mój brat zawsze mówimy "dziękuję", gdy mama daje nam po batoniku, mimo że wcale ich nie lubimy. Nie smakują nam. Są jednak istotne ze względu na witaminy. Wapń, potas i magnez oraz witaminy z grupy B niezbędne dla prawidłowej przemiany materii i powstawania krwinek. Jemy trzy batoniki dziennie, chyba że skończą się zapasy. Wtedy marzymy o tym, żeby tata wrócił do domu i po drodze zrobił zakupy.
Biorę chusteczkę, wycieram oczy i wydmuchuję w nią nos, po czym oddaję ją siostrze Ruth. Nie wolno zatrzymywać niczego, co nie należy do nas. To kradzież. Siostra Ruth śmieje się i chowa chusteczkę z powrotem do fartucha. Oczywiście pytam też o mamę, ale siostra Ruth mówi tylko:
- Jest w najlepszych rękach.
Wiem, że to w zasadzie żadna odpowiedź, nie jestem głupia.
- Kiedy mogę ją zobaczyć? - pytam, ale na to też nie otrzymuję odpowiedzi.
Zamiast tego siostra Ruth mówi, że zaraz pójdziemy do pokoju socjalnego zobaczyć, czy są tam jakieś laczki, które mogę włożyć. Laczki to tyle co kapcie. Jonathan i ja też mamy chodzić po domu w kapciach, bo podłoga słabo się nagrzewa, ale przeważnie o tym zapominamy i brudzimy skarpetki. Mama się wścieka, bo daleko jeszcze do dnia robienia prania, a tata wścieka się na nią, że niestarannie wyczyściła podłogę. Czystość jest ważna.
Pokój socjalny to duże pomieszczenie - od drzwi do przeciwległej ściany liczy co najmniej pięćdziesiąt kroków pomiarowych. Pośrodku stoją trzy stoły z czterema krzesłami każdy. Trzy razy cztery to dwanaście. Jedno z krzeseł stoi krzywo. Ten, kto na nim siedział, nie dosunął go porządnie do stołu, kiedy wychodził. Miejmy nadzieję, że nie uszło mu to płazem. Pilnowanie porządku też jest ważne. Lewą ścianę zapełniają metalowe szafki z mnóstwem zamykanych przegródek, niemal ze wszystkich wystają małe kluczyki, stoi tam też łóżko na antresoli, również zrobione z metalu. Na wprost są dwa duże okna, przez które widać noc. Czarną i bezgwiezdną. Po prawej znajduje się aneks kuchenny. Na blacie stoi nawet czajnik. Gorąca woda może być bardzo niebezpieczna. Przy temperaturze czterdziestu pięciu stopni dochodzi do poparzenia skóry. Od sześćdziesięciu stopni białko w komórkach skórnych się ścina, przez co obumierają. Woda w czajniku grzeje się do stu stopni. W domu też mamy czajnik, ale go zamykamy.
Siostra Ruth mówi:
- Usiądź sobie grzecznie.
Trzy razy cztery to dwanaście. Dwanaście krzeseł, muszę się zastanowić. Rozprasza mnie bezgwiezdna czerń za oknami.
Skup się, Hanno.
Siostra Ruth podchodzi do szafki, po czym po kolei otwiera i zamyka przegródki. Kilka razy wydaje z siebie przeciągłe "hmm"; między każdym "hmm" stuka metalowymi drzwiczkami. Spogląda w moją stronę przez ramię i powtarza:
- Tak, usiądź sobie grzecznie, moje dziecko.
Najpierw sobie myślę, że powinnam zająć krzesło, które i tak już krzywo stoi. Ale to nie byłoby w porządku. Każdy musi sam po sobie sprzątać. Brać za siebie odpowiedzialność. Jesteś dużą dziewczynką, Hanno. Kiwam głową w pustkę i potajemnie wyliczam: "Ene, due, rabe". Zostaje tylko krzesło, z którego widać drzwi i które oczywiście porządnie dosunę do stołu; później, gdy siostra Ruth powie, że już koniec siedzenia.
- Są trochę za duże. - Uśmiecha się, odwracając się do mnie z parą różowych plastikowych klapek w dłoni. - Ale lepszy rydz niż nic. - Stawia mi buty przed stopami i czeka, aż je w nie wsunę. - Posłuchaj mnie, Hanno - mówi, zdejmując zrobiony na drutach sweter. - Twoja mama nie miała torebki, kiedy doszło do wypadku. A to znaczy, że nie znaleźliśmy jej dowodu ani żadnych innych dokumentów. - Chwyta mnie za rękę, trzyma ją wyprostowaną i wciąga mi na nią rękaw swetra. - Nie mamy ani jej nazwiska, ani adresu. I niestety nie wiemy, z kim się skontaktować w tym nagłym wypadku.
- Ma na imię Lena - pomagam, tak jak wcześniej w karetce. Zawsze trzeba być skorym do pomocy. Z bratem pomagamy mamie zawsze, gdy trzęsą się jej palce. Albo kiedy znów coś zapomni, na przykład nasze imiona, albo kiedy pora iść do toalety. Idziemy razem z nią, żeby nie spadła z sedesu ani nie zrobiła żadnego innego głupstwa.
Siostra Ruth przeszła już do drugiego rękawa. Po moich plecach rozchodzi się przyjemne ciepło, które zostało jeszcze w swetrze.
- Tak - mówi. - Lena, cudownie. Lena bez nazwiska. Tak zapisał ratownik. - Kiedy wzdycha, wyczuwam jej oddech. Pachnie pastą do zębów. Odciąga moje krzesło, które szura po podłodze, aż siedzę tak, że może przede mną kucnąć, nie uderzając przy tym głową o krawędź stołu. Krawędź stołu może być bardzo niebezpieczna. Mama często uderza o nią głową, gdy miewa ataki.
Siostra Ruth zapina mi sweter. Na udzie odwzorowuję palcem zygzakowaty wzór jej przedziałka. Kreska w prawo, prosto, w lewo, prosto, jeszcze raz w lewo, jak krzywa błyskawica. Siostra Ruth jakby wyczuła moje spojrzenie na skórze głowy, bo nagle podnosi wzrok.
- Czy jest ktoś, do kogo możemy zadzwonić, Hanno? Może do twojego taty? Czy znasz może wasz numer telefonu?
Kręcę głową.
- Ale masz tatę?
Przytakuję.
- I on też z wami mieszka? Z tobą i mamą?
Znów kiwam głową.
- Nie zadzwonimy do niego? Powinien chyba wiedzieć, że mama miała wypadek i że jesteście w szpitalu. Będzie się martwił, jeśli ot tak nie wrócicie do domu.
Kreska w prawo, prosto, w lewo, prosto, jeszcze raz w lewo, jak krzywa błyskawica.
- Powiedz mi, Hanno, byłaś już kiedyś w szpitalu? A może twoja mama już była, może nawet tutaj? Wtedy moglibyśmy poszukać waszego numeru w naszym supersprytnym komputerze.
Kręcę głową.
- W razie czego otwarte rany można też sterylizować moczem. Działa dezynfekcyjnie, powoduje krzepnięcie białek i łagodzi ból, koniec.
Siostra Ruth bierze mnie za ręce.
- No dobrze, Hanno, wiesz co? Zrobię nam teraz herbaty, a potem jeszcze sobie trochę pogawędzimy, ty i ja. Co ty na to?
- Pogawędzimy o czym?
Hannah
Powinnam coś powiedzieć o mamie, ach, ale na razie nic nie przychodzi mi do głowy. Ciągle tylko myślę o głośnym huku, który rozległ się, kiedy samochód uderzył w mamę, i o tym, jak potem, mrugając, leżała w świetle reflektorów na zimnej, twardej ziemi z kompletnie powykręcanymi rękami i nogami. Skóra mamy była zbyt blada, a krew, która sączyła się z wielu małych ran na twarzy, zbyt czerwona. Karminowoczerwona. Podczas uderzenia szybka reflektora rozbiła się dokładnie na środku jej twarzy. Usiadłam na poboczu, zamknęłam oczy i co jakiś czas tylko ukradkiem mrugałam, aż karetka zamigotała w ciemności na niebiesko.
Ale tak naprawdę nie muszę o tym wszystkim mówić siostrze Ruth. Od dawna wie, że mama miała wypadek. Inaczej w ogóle by nas tu nie było. Siostra Ruth przygląda mi się. Wzruszam tylko ramionami i wsuwam trzęsącą się grudkę do herbaty. Dzika róża, wyjaśniła mi siostra Ruth i powiedziała, że jej córce, gdy była mała, najbardziej smakowała herbata z dzikiej róży.
- I obowiązkowo z dużą łyżką miodu. Była prawdziwym słodkolubkiem.
"Słodkolubek". Nie sądzę, żeby takie słowo naprawdę istniało, ale mi się podoba.
- Moja córka ma na imię Nina - ciągnie siostra Ruth. - Jak Nina Simone, bardzo znana piosenkarka jazzowa. My baby don't care for show - zaczyna nucić, niezbyt ładnie. - My baby don't care for show. My baby just cares for me. Słyszałaś kiedyś?
Kręcę głową.
- Powinnam się była domyślić. - Śmieje się. - W twoim wieku pewnie nie słucha się takiej muzyki. Albo może ja źle śpiewam. W każdym razie, kiedy moja Nina była taka mała jak ty, prawie codziennie chodziłyśmy na plac zabaw, jeśli tylko pogoda była w miarę. Jeśli nie, układałyśmy w domu puzzle lub piekłyśmy ciasteczka. O Boże, niczego tak nie lubiła jak wyjadać ciasto prosto z miski. I zwykle zjadała go tyle, że potem starczało raptem na pół blachy. - Siostra Ruth wciąż się śmieje. Myślę, że bardzo kocha swoją córkę.
- My też układamy puzzle - mówię. - Ale nie pieczemy ciasteczek. Mama bywa czasem taką niezdarą, że lepiej, żeby się nie zbliżała do kuchenki.
Przerażona zasłaniam usta ręką. Nie powinnam nazywać mamy niezdarą.
- Hanno?
Zawsze należy okazywać szacunek rodzicom.
- Myślę, że naprawdę musimy pilnie porozmawiać z twoim tatą - mówi siostra Ruth. - Zastanów się, może mimo wszystko pamiętasz numer do domu.
- Nie mamy telefonu.
- To może chociaż adres? Nazwę ulicy, przy której mieszkacie? Moglibyśmy posłać kogoś po twojego tatę.
Bardzo powoli kręcę głową. Siostra Ruth po prostu nie rozumie.
- Nie możemy przecież zostać znalezieni - szepczę.
Lena
Powietrze tuż po deszczu. Pierwszy i ostatni kawałek czekolady, zawsze smakujący najlepiej. Zapach frezji. Album Low Davida Bowiego. Currywurst po długiej nocy. Długa noc. Bzyczenie grubego trzmiela. Wszystko, co robi słońce, bez względu na to, czy wschodzi, czy zachodzi, czy po prostu świeci. Błękitne niebo. Szare niebo. Czarne niebo. Jakiekolwiek niebo. Sposób, w jaki mama przewraca oczami, gdy spontanicznie wpada w odwiedziny, a naczynia stoją brudne. Stara kanapa-huśtawka w ogrodzie dziadków, to, jak piszczy, gdy ktoś się na niej buja - brzmi przy tym tak, jakby śpiewała jakąś dziwaczną piosenkę. Głupie obciążniki do obrusów, które wyglądają jak truskawki i cytryny. Letni wiatr na twarzy i we włosach. Morze, jego szum. Drobny biały piasek między palcami stóp...
- Kocham cię - jęczy, odsuwając swoje lepkie ciało od mojego.
- Ja ciebie też - mówię cicho i zwijam się jak umierający jeleń.
- ...wielokrotne złamanie lewych żeber od drugiego do czwartego. Krwiak podokostnowy...
Hannah
- Czy to znaczy, że nie chcesz mi powiedzieć, gdzie mieszkacie?
Siostra Ruth się uśmiecha, ale nie jest to prawdziwy uśmiech, raczej półuśmiech. Taki tylko jednym kącikiem ust, prawym.
- Moja córka też uwielbiała takie zabawy, kiedy była jeszcze mała.
- Nina - mówię, żeby siostra Ruth wiedziała, że uważnie jej słucham. Zawsze trzeba uważnie słuchać. - Słodkolubek.
- Dokładnie, słodkolubek. - Kiwa głową, odstawia filiżankę i pochyla się mocniej nad stołem. - I takie zabawy są oczywiście fajne. Ale wiesz co, Hanno, niestety czasem nie każdy moment jest na nie odpowiedni. Nie, jeśli sprawa jest poważna. Jeśli ktoś ulegnie wypadkowi i trafi do szpitala, trzeba powiadomić członków jego rodziny. Mamy taki obowiązek.
Staram się nie mrugać, gdy patrzy na mnie w taki szczególny sposób. Chcę, żeby to ona mrugnęła jako pierwsza. Bo wtedy przegra.
- Czasem, gdy ktoś jest ciężko ranny, tak jak twoja mama, ktoś inny musi podjąć za niego ważne decyzje.
Kto pierwszy mrugnie, ten przegrywa; na tym polega ta zabawa.
- Decyzje, których poszkodowany lub poszkodowana nie może podjąć w danej chwili samodzielnie. Rozumiesz, Hanno?
Siostra Ruth przegrała.
- No dobrze - wzdycha.
Zasłaniam usta dłonią i skubię dolną wargę, żeby nie widziała, że się uśmiecham. Nie wolno się z nikogo śmiać, nawet jeśli przegra w zabawie w mruganie.
- Pomyślałam sobie, że chwilę porozmawiamy, zanim przyjedzie policja.
Policja to organ wykonawczy państwa. Jej zadanie polega na badaniu podlegających karze i sprzecznych z prawem występków. A czasem też przychodzi zabrać dzieci rodzicom. Albo rodziców dzieciom.
- Przyjedzie policja?
- To najzupełniej normalne. Trzeba wyjaśnić, jak doszło do wypadku, w którym twoja mama została ranna. Wiesz, co to znaczy "ucieczka z miejsca wypadku", Hanno?
- Wyrażenie "uciec z miejsca wypadku" oznacza nieuprawnione oddalenie się z miejsca zdarzenia jednego z uczestników ruchu, po tym jak z jego winy doszło do wypadku, koniec.
Siostra Ruth kiwa głową.
- To przestępstwo, które policja musi zbadać.
- Czy ten pan, który tam wtedy był, będzie miał kłopoty?
Siostra Ruth mruży oczy.
- A więc to mężczyzna prowadził samochód, tak? Dlaczego pytasz, Hanno?
- Bo był miły. O wszystko się zatroszczył i zadzwonił pod sto dwanaście. Powiedział, że wszystko będzie dobrze. I dał mi kurtkę, kiedy czekaliśmy na karetkę, a mnie było zimno. W zasadzie odjechał tuż przed jej przyjazdem. Myślę, że był tak samo przerażony jak mama i ja.
Nie chcę już teraz patrzeć na siostrę Ruth.
- A poza tym to nie była jego wina, że doszło do wypadku - mówię mysim głosem. Tata wymyślił mysi głos na złe dni mamy, bo uważał, że mama będzie się denerwować, jeśli będziemy rozmawiać zbyt głośno. "Mama potrzebuje odpoczynku", stale powtarzał. "Mama nie radzi sobie dziś zbyt dobrze".
- Co masz na myśli, Hanno? - Wygląda na to, że siostra Ruth też zna mysi głos, bo mówi teraz w taki sam sposób. - Czyja to więc wina?
Muszę się zastanowić, jak to powiedzieć.
Skup się, Hanno. Jesteś już dużą dziewczynką.
- Moja mama już wcześniej robiła omyłkowo różne głupstwa.
Siostra Ruth wygląda na zaskoczoną. Do zaskoczenia dochodzi wtedy, gdy słyszy się coś lub doświadcza czegoś nieoczekiwanego. Może to być coś miłego, na przykład prezent, który się dostaje, chociaż nie ma się urodzin. Moja kotka Panna Tinky też była takim zaskoczeniem. Kiedy tata wrócił do domu i powiedział, że coś mi przyniósł, myślałam o nowej książce lub grze planszowej, w którą moglibyśmy grać razem z Jonathanem. Ale on pokazał mi Pannę Tinky. Od tamtej pory należała już tylko do mnie, wyłącznie do mnie.
Ale zaskoczenie może też oznaczać coś złego. Mama wybiegająca z domu w środku nocy to coś bardzo złego. Wolę szybko pomyśleć o czymś przyjemnym. O Pannie Tinky i jej miękkim rudym futerku w prążki, które zawsze tak przyjemnie się nagrzewa, kiedy siedzimy na podłodze przed piecem opalanym drewnem, ona na moich kolanach, moje dłonie na jej futerku, mój zimny nos wciska się w jej ciepłą szyję, do tego jej słodkie małe łapki.
- Hanno?
Nie chcę. Chcę myśleć o Pannie Tinky.
- Masz jakieś problemy w domu, Hanno?
Mama nieszczególnie lubi Pannę Tinky. Już kilka razy nawet ją podeptała.
- Masz może jakieś problemy z mamą?
I jest niezdarna bez względu na to, co mówi tata. Bez jego pomocy nie jest w stanie nawet napalić w piecu.
- Hanno?
Kiedyś było u nas zimno przez ponad tydzień i tak marzliśmy, że odczuwaliśmy tylko zmęczenie. Ale bądź co bądź jest moją mamą. A kiedy o niej myślę, to wiem, że ją kocham. Miłość jest podobna do szczęścia. To takie bardzo ciepłe uczucie, które sprawia, że człowiek się śmieje, tak po prostu, chociaż nikt nie żartował. Tak jak siostra Ruth się śmieje, gdy mówi o Ninie. Słodkolubku.
- Moje dziecko, proszę cię, porozmawiaj ze mną!
- Nie chcę, żeby policja przyjechała i zabrała mi mamę! - To mój lwi głos.
Hannah
Czasem gramy w taką grę, mój brat i ja. Nazywa się "Jakie to uczucie?". Gramy w nią już od dawna. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że odkąd mama powiedziała nam po raz pierwszy o szczęściu.
"Szczęście to szczególnie korzystny zbieg okoliczności, pomyślne zrządzenie losu, koniec". Tak przeczytałam w grubej książce, która wszystko wie. Jonathan - jak zawsze, gdy czytam odpowiedni fragment - pokiwał tylko głową. Potem zmrużył oczy i spytał, co to w zasadzie znaczy. Najpierw powiedziałam, że jest z niego głuptas i pewnie nie słuchał mnie uważnie. Zawsze trzeba dokładnie słuchać. Niegrzecznie jest kogoś nie słuchać. Mimo to jeszcze raz przeczytałam ten fragment, w końcu Jonathan jest moim bratem, niezależnie od tego, czy jest głuptasem, czy też nie. "Szczęście to szczególnie korzystny zbieg okoliczności, pomyślne zrządzenie losu". Potem bardzo powoli i wyraźnie wyartykułowałam słowo "koniec", żeby wiedział, że to koniec akapitu.
Jonathan jednak, wciąż mrużąc oczy, powiedział:
- Sama jesteś głupia. Chodzi mi o to, jakie to uczucie, w ciele czy coś.
- Jak się czuje szczęście? - zapytaliśmy więc mamę.
Przytuliła nas i powiedziała:
- Tak.
- Ciepło - stwierdził Jonathan i oszacował, że temperatura ciała mamy jest nieco podwyższona. Wcisnęłam nos w zagłębienie między jej szyją a ramieniem. Pachniała łąką. Szczęście odczuwa się jako ciepło, niemal jak lekką gorączkę, ma zapach i bije mu serce, tak jak przesuwa się sekundnik na zegarze kuchennym.
Rozmawialiśmy też, Jonathan i ja, o tym, jak odczuwa się przerażenie.
- Przerażenie jest takie jak to, gdy zostanie się spoliczkowanym - podsunął Jonathan.
- Z zaskoczenia - dodałam.
I mieliśmy rację. To właśnie jest przerażenie. I tak samo można je dostrzec na czyjejś twarzy. Bardzo duże, zaskoczone oczy, błyskawicznie czerwieniące się policzki, jakby właśnie uderzyła je niewidzialna twarda ręka.
Dokładnie tak wygląda teraz siostra Ruth, po tym, jak krzyknęłam na nią lwim głosem. "Nie chcę, żeby policja przyjechała i zabrała mi mamę!", tak krzyknęłam.
- Hanno. - Głos siostry Ruth stał się teraz nieco piskliwy. Zapewne z przerażenia. Będę musiała powiedzieć Jonathanowi, to moja pierwsza myśl, trzeba to zapamiętać: przerażenie równa się spoliczkowanie plus zaskoczenie plus piskliwy głos. Moja druga myśl jest taka, że Jonathan właśnie zmaga się w domu z dywanem, a trzecia, że siostra Ruth powiedziała, że przyjedzie policja. Posmutniałam, łzy stanęły mi w oczach.
Smutek nie jest przyjemnym uczuciem. Wyobrażam je sobie jako małe zwierzątko z masą ostrych ząbków; każdy z nas nosi takie w sobie. Zwierzątko przez większość czasu śpi, ale niekiedy budzi się głodne. Naprawdę da się poczuć, jak zaczyna wgryzać się nam w serce. Nie boli wcale tak bardzo, to znaczy nie aż tak, żeby od razu krzyczeć, ale człowiek słabo się czuje i chce odpocząć. Siostra Ruth musiała zauważyć, że trochę teraz osłabłam, i zapomina o przerażeniu. Jej krzesło szura o podłogę, kiedy wstaje, potem obchodzi stół i przyciska moją głowę do swojej obfitej, miękkiej piersi.
- Wiem, że to trochę za dużo jak na tak małą osóbkę. Ale nie bój się, Hanno. Nikt tu nie chce skrzywdzić ani ciebie, ani twojej mamy. Czasem jakaś rodzina potrzebuje pomocy i nawet tego nie zauważa. - Zakrywa mi ucho ciepłą dłonią, a ja słyszę szum morza i przymykam oczy.
"W zasadzie mówi się, że trzeba przyłożyć do ucha muszlę, żeby usłyszeć morze", wyjaśniła nam dawno temu mama. "Ale w rzeczywistości równie dobrze sprawdza się każdy inny wydrążony przedmiot, który przytrzyma się przy uchu. Puszka po konserwie lub nawet ręka".
"Skąd się tam bierze morze?", zapytałam.
"Cóż, jeśli przyjrzeć się temu bliżej, to tak naprawdę człowiek słyszy jedynie swoją krew. Ale chyba o wiele przyjemniej jest wyobrażać sobie, że to morze, prawda?".
Kiwnęłam głową i zapytałam, co to jest puszka po konserwach. Byłam jeszcze bardzo mała i nie wiedziałam, że puszki bywają bardzo niebezpieczne. Że są z metalu, a ich okrągłe wieczka, jeśli otworzy się je otwieraczem, stają się tak ostre, że można nimi poważnie zranić siebie lub innych.
Siostra Ruth zabiera rękę od mojego ucha; morze znika.
- A czy to możliwe, że potrzebujecie w domu pomocy, Hanno? - Kuca koło mojego krzesła i chwyta mnie za ręce, które trzymam na kolanach.
- Nie - mówię. - W zasadzie wiemy, jak wszystko działa. Mamy też swoje zasady. Tylko mamie czasem zdarza się o nich zapomnieć. Od czego ma jednak nas, na szczęście jej o nich przypominamy.
- A mimo to dalej robi głupstwa? Mówiłaś tak chyba wcześniej, prawda? Że mama czasem robi omyłkowo różne głupstwa.
Pochylam się i układam ręce w lejek sekretów. Jonathan i ja sami go wymyśliliśmy, ten lejek sekretów, ale nie wolno nam go używać, gdy tata jest w domu. Siostra Ruth odwraca głowę, żebym mogła przyłożyć go do jej ucha.
- Omyłkowo chciała zabić naszego tatę - szepczę.
Głowa siostry Ruth błyskawicznie się odwraca. Przerażenie, widzę je bardzo wyraźnie. Kręcę głową, chwytam siostrę Ruth za twarz i z powrotem przekręcam jej głowę tak, żeby dało się użyć lejka sekretów.
- Nie musi pani mówić o tym policji. Jonathan zajmie się plamami na dywanie.
Lena
Chce mieć troje, tak mówi, dłubiąc przy cebuli. Spokojnie ściąga z niej łuskę, przypomina to dźwięk plastra odrywanego od skóry. Dźwięk ten sprawia mi ból. Stoję w kuchni obok niego i patrzę na nóż w jego dłoni. Nóż snycerski, cienkie, ząbkowane ostrze, wystarczająco ostry.
- Słuchasz mnie, Leno?
- Naturalnie - odpowiada kobieta, której całą sobą zaczynam nienawidzić. Dostaje od niej wszystko, sam odważnie bierze, co tylko chce, i szczodrze się nią posługuje. Jej ciałem, jej duszą, jej godnością. A ona mimo to uśmiecha się do niego. Ta kobieta doprowadza mnie do szału. - Chcesz mieć troje.
- Zawsze chciałem. A ty?
Ta kobieta też zawsze chciała mieć troje. Ja sama nigdy nie chciałam ani jednego, ale moje zdanie się nie liczy. W niektóre dni pragnę się do tego przyzwyczaić. W inne wiem, że nie wolno mi do tego dopuścić. Zbieram w sobie ostatnie rezerwy, drobne szczątki złamanej woli, wspomnienia i wytłumaczenia, chowam je w bezpiecznym miejscu. Jak wiewiórka zakopująca zapasy na zimę. Mam tylko nadzieję, że nikt - ani on, ani ta słaba kobieta - nigdy nie znajdą mojej kryjówki. Tego sekretnego miejsca z niebem i kiczowatymi obciążnikami do obrusu.
- Masz ochotę na kieliszek wina? - Odkłada nóż, którym właśnie przekroił cebulę na ćwiartki, kładzie go obok drewnianej deski i odwraca się do mnie. Ten nóż i to, jak tam leży. Pół długości ramienia ode mnie, jeden chwyt. Zmuszam się, żeby oderwać od niego wzrok. Znów z głupim uśmiechem słabej kobiety popatrzeć mężczyźnie prosto w twarz.
- Tak, bardzo chętnie.
- Cudownie. - Uśmiecha się w odpowiedzi i robi krok w stronę stołu, na którym wciąż stoją nieuprzątnięte dwie brązowe papierowe torby z zakupami. - Czerwone czy białe? Wziąłem oba, bo nie wiedziałem, jakie wolisz do spaghetti.
To, jak tam teraz stoi, lekko pochylony nad torbami, zwrócony do mnie plecami, z prawą ręką do połowy zanurzoną w torbie. To, jak nóż leży obok drewnianej deski, tylko pół długości ramienia ode mnie, tylko jeden chwyt. "Teraz!", krzyczą we mnie chórem wewnętrzne głosy.
- Leno?
Papierowa torba szeleści, gdy wyciąga pierwszą butelkę. "Teraz!".
- Wolałabym czerwone, jeśli miałabym wybór.
- Tak, ja też.
Ponownie się odwraca, zadowolony, z butelką w ręce. Słaba kobieta opiera się o blat. Jej palce drżą żałośnie, ciągnie je do noża, od którego dzieli ją tylko kilka centymetrów, a jednak to nie wchodzi w rachubę. On dla mnie gotuje. Jemy razem i wznosimy toasty czerwonym winem, żebym szybko zaszła w ciążę. Chce troje dzieci. Będziemy bardzo szczęśliwą rodziną.
- Migotanie przedsionków!
Hannah
Siostra Ruth tak szybko opuszczała pokój socjalny, że aż się lekko potykała. Kazała mi tutaj grzecznie siedzieć i czekać, aż przyjdzie, więc nie ruszam się z miejsca. Należy zawsze robić to, co mówią dorośli, nawet jeśli samemu jest się mądrym, tak jak ja. Chętnie zmierzyłabym ten pokój, ale mam siedzieć, więc tylko zaczynam liczyć. Lubię liczyć, kiedy nie wolno mi się ruszać z miejsca, a nic innego nie przychodzi mi do głowy. Tak szybciej mija czas. Mój brat, gdy się nudzi, zawsze sobie podśpiewuje, ale to dopiero jest nudne, bo w kółko śpiewa tę samą piosenkę. W liczeniu ekscytuje mnie to, że nigdy się nie wie, jaką liczbę się otrzyma, nim czas się skończy.
Doliczyłam do tysiąca stu dwudziestu ośmiu przed powrotem siostry Ruth i przez to prawie zapomniałam wstać. Zawsze należy wstawać, gdy drzwi się otwierają, i trzeba pokazać ręce. Paznokcie muszą być czyste, a w dłoni nie wolno chować niczego, czym można by zranić siebie lub innych. Ale siostra Ruth właściwie nawet na mnie nie patrzy, tylko mówi, żebym znowu usiadła. Ma ze sobą blok rysunkowy i naostrzone kredki.
- Wpadłam na świetny pomysł, Hanno - mówi.
Aha, mam coś narysować. Nie jestem jednak pewna, czy ten pomysł jest naprawdę taki świetny. Kredki mają ładne kolory, to fakt. Czerwony i żółty, i niebieski, i czarny, i fioletowy, i pomarańczowy, i różowy, i brązowy, i zielony. Ale są naprawdę mocno zatemperowane. Biorę czerwoną kredkę i ostrożnie przesuwam kciukiem po wkładzie - tak, jest naprawdę bardzo szpiczasty. W domu też rysujemy, ale świecówkami. Nimi także piszemy.
- Dlaczego mam coś narysować?
Siostra Ruth wzrusza ramionami.
- Cóż, z jednej strony dla zabicia czasu, zanim będziesz mogła zobaczyć się z mamą, a z drugiej dlatego, że tak będziemy mogły powiedzieć, że jesteśmy bardzo zajęte, gdy przyjdzie policja i będzie chciała zadawać głupie pytania. Co ty na to?
- A co mam narysować?
Siostra Ruth ponownie wzrusza ramionami.
- Hmm, może narysuj to, co ci się przytrafiło, zanim trafiłaś tu dzisiaj z mamą.
Nawet nie zwracając na to uwagi, zaczynam gryźć kredkę. Odczepiły się od niej małe drewniane wiórki, które przyklejają mi się do języka. Liżę wierzch dłoni, żeby się ich pozbyć.
- Nie - mówię. - Mam lepszy pomysł. Narysuję dla mamy obrazek. Potem jej go dam.
- Jasne, w porządku. A masz już jakiś pomysł, co chciałabyś dla niej narysować?
- Tak, może tak. - Chwilę się zastanawiam. - Coś, co wiem, że na pewno ją ucieszy.
Siostra Ruth jest teraz podekscytowana. Mówi tak i też to po niej widać. Jej oczy robią się okrągłe jak spodki, a brwi wędrują tak wysoko, że marszczy się jej czoło. Odkładam na bok czerwoną kredkę i biorę niebieską. Ostrożnie przykładam ją do papieru. Takie zatemperowane wkłady bywają bardzo niebezpieczne. Najpierw rysuję twarz mamy. Siostra Ruth pyta, dlaczego na niebiesko. Prycham i przewracam oczami. Czasem jest z niej taki sam mały głuptas jak z mojego brata.
- Bo nie mam białej kredki. I dlatego że białej kredki i tak nie byłoby widać na białym papierze - wyjaśniam.
Następnie rysuję sylwetkę mamy; jest w pięknej długiej sukni, też niebieskiej, chociaż właściwie powinna być biała; a potem jej piękne, długie włosy na żółto i do tego jeszcze czarne drzewa z gałęziami jak skostniałe palce potwora, które próbują chwycić mamę.
- Ale to wygląda groźnie, Hanno - mówi siostra Ruth. - Opowiedz mi o tym obrazku.
- A więc to historia mojej mamy i taty, i tego, jak się w sobie zakochali. Mama szła późną nocą przez las. Widzi pani, jak jej włosy pięknie lśnią w świetle księżyca?
- Tak, wygląda naprawdę bardzo ładnie, Hanno. Sama była wtedy w tym lesie?
- Tak i była straszliwie przerażona, dlatego jej usta się nie śmieją, widzi pani?
- Dlaczego niby była taka przerażona?
- Zgubiła się. Ale wtedy...
Teraz rysuję tatę, który wyłania się zza jednego z drzew.
- Wtedy przychodzi tata i ją odnajduje. To najlepszy moment tej historii. Tata wyłania się tam z nicości i ją ratuje. - Poprawiam usta mamy tak, że teraz się śmieje. Bardzo mocno, jej uśmiech przypomina gruby czerwony banan. - I zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia.
Zadowolona kładę obok kartki czerwoną kredkę, którą właśnie narysowałam kilka serduszek. Czerwone serce to popularny symbol miłości. Narysowałam ich sześć, żeby było jeszcze więcej miłości.
- Wow - dziwi się siostra Ruth. - Prawie jak w bajce.
- Nie. To nie bajka, to prawdziwa historia. Mama zawsze ją tak opowiada. Gdyby to była bajka, mama musiałaby zacząć od: "Dawno, dawno temu, za górami, za lasami". "Dawno, dawno temu, za górami, za lasami" to powszechnie stosowany wstęp do baśni, sag i legend. Często pytam ją o tę historię, zwłaszcza wtedy, gdy zauważam, że się smuci. Kiedy ją opowiada, zawsze tak pięknie się uśmiecha. - Na dowód tego stukam palcem w gruby czerwony banan w miejscu ust mamy.
Siostra Ruth pochyla się jeszcze trochę nad stołem.
- A co twój tata trzyma w ręku?
- To chusta, którą zaraz przewiąże jej oczy, bo chce ją zaskoczyć. Mama nie może od razu się dowiedzieć, dokąd idą.
- A dokąd idą, Hanno?
- No, do domu - mówię. - Do szałasu.
Lena
Bądź wdzięczna.
Bóg cię pobłogosławił.
Masz ładny dom.
Masz rodzinę.
Masz wszystko, co zawsze chciałaś mieć.
Głos w mojej głowie tylko skrobie po powierzchni. W żołądku mnie pali, pustka. Pustka nie może się palić. A mnie pali ta pustka, i to jak. Szczęki napięte z wysiłku, drżącymi palcami majstruję przy puszcze kakao. Wieczko nie chce puścić. Noż kurde, zaklinowało się. Czuję pot zbierający się u nasady włosów, a blizna na czole piecze. Na blacie obok kartonu z mlekiem stoją przygotowane dwie filiżanki: czerwona i niebieska, obie w białe kropki, obie z nietłukącej się melaminy. Dzieci muszą teraz zjeść śniadanie. Siódma trzydzieści - śniadanie. Co w tym trudno zrozumieć? Dzieci potrzebują regularnego trybu życia. Dzieci potrzebują zbilansowanego śniadania.
Co z ciebie za matka, Leno?
Co z ciebie za potwór?
Słyszę, jak szaleją za moimi plecami, dziko - proszę, dzieci, nie tak głośno! Kuchnia, wydzielona jadalnia i salon łączą się bezpośrednio ze sobą. Piski dzieci odbijają się od jednego kąta do drugiego jak kauczukowa piłeczka, która wymknęła się spod kontroli, podczas gdy one ganiają się wzajemnie po pokoju - proszę, bądźcie wreszcie cicho! Co jakiś czas któreś z nich przeskakuje przez podłokietnik kanapy i raz za razem klapie pupą na siedzenie, odgłos ten przypomina głośne, ciężkie westchnienie - chcę, żebyście przestali! Mam wrażenie, że rozsadza mi to czaszkę, ciśnienie w mojej głowie staje się nie do zniesienia. Pokrywka się zaklinowała. Cholerna pokrywka się klinuje.
- Mamo?
Wzdrygam się. Córka staje nagle obok mnie i zaciekawiona wsuwa brodę nad blat. Ależ jest mała. Drobniutka, delikatna dziewczynka o cienkich blond lokach i bardzo bladej cerze. Jak mały aniołek. Ale nie jeden z tych pulchnych, rumianych cherubinów, których porcelanowe figurki moja mama zbiera na kredensie w jadalni. Raczej jak aniołek, z którym coś jest nie tak. Prawie wszystko dobrze, ale jednak nie do końca udany egzemplarz.
- Hanno - mówię. Brzmi to jak stwierdzenie, ani trochę czule.
- Pomóc ci, mamo? - Jej okrągłe bladoniebieskie oczy świadczą o tym, że nie bierze mi za złe tego chłodnego tonu, albo może raczej nie chce brać mi go za złe.
Słabo kiwam głową i przesuwam puszkę kakao w jej stronę. W kilka sekund otwiera ją umiejętnym chwytem i promienieje.
- Ta-da!
- Dziękuję - wyduszam z siebie.
Już chce się odwrócić, żeby wrócić do zabawy, ale chwytam ją za rękę, zdecydowanie za mocno; jest taka mała i krucha. Natychmiast ją puszczam.
- Przepraszam. Zrobiłam ci krzywdę?
Marszczy czoło i wykrzywia usta, jakbym właśnie powiedziała coś bardzo głupiego.
- Nie, oczywiście, że nie. Nigdy byś mnie nie skrzywdziła, mamo.
Na krótką chwilę to uczucie okrywa moją wewnętrzną pustkę jak ciężki, ciepły koc. Usiłuję się uśmiechnąć.
- Może mogłabyś mi jednak trochę pomóc? - Unoszę drżące ręce niczym dowód, ale Hannah już dawno przytaknęła, wspięła się na palce i chwyciła neonowozieloną plastikową łyżkę, która też leżała przygotowana na blacie. Odmierza po dwie łyżki kakao na filiżankę, ostrożnie zalewa proszek mlekiem i miesza, licząc przy tym okrążenia miarowym, monotonnym głosem za każdym razem, gdy z brzękiem obraca łyżkę w kubku.
- Raz, dwa, trzy...
Liczenie, stukanie. Głos w mojej głowie, który niezmiennie skrobie po powierzchni, aż powstanie pierwsze zadrapanie. Głos, który mówi: "To twoja córka, musisz ją kochać. Czy ci się to podoba, czy nie".
- ...siedem, osiem...
Coraz trudniej przychodzi mi oddychanie. Kolana jeszcze bardziej pode mną miękną. Szukam krawędzi blatu, żeby się go złapać, ale moje ręce trafiają w pustkę.
- ...trzynaście, czternaście...
Sufit opuszcza się w zwolnionym tempie, podłoga faluje, a ja zatapiam się w słabości, niemal bez pośpiechu wślizgując się w zbawienną czerń, dziękuję.
- Tato! - Głos Hanny dobiega jakby spod powierzchni wody. - Mama znów ma atak!
- Ustabilizować krążenie!
Hannah
Siostra Ruth pyta, co rozumiem przez "szałas".
W pierwszym odruchu chcę pacnąć ją w głowę, żeby choć przez chwilę sama wytężyła szare komórki, potem jednak myślę, że należałoby jej raczej pomóc. Zawsze trzeba być skorym do pomocy.
- Szałas to taki mały domek z drewna. W lesie.
Siostra Ruth kiwa głową, jakby to rozumiała, ale brwi ma ściągnięte, a szczęka wisi jej jeszcze odrobinę niżej niż wcześniej, jakby w jakiś sposób zerwała się z kotwicy. Z czyjejś twarzy można bardzo dużo wyczytać, jeśli jest się sprytnym.
- Chcesz powiedzieć, że mieszkacie w lesie? W szałasie?
Bardzo powoli kiwam głową i mówię:
- Bardzo dobrze. - Też lubię być chwalona, gdy mama odpytuje mnie podczas nauki i znam poprawną odpowiedź. Mama mówi zawsze: "Bardzo dobrze, Hanno", i samo myślenie o tym natychmiast sprawia mi dużo radości. Może siostra Ruth też tak ma.
- Mieszkałaś kiedyś gdzie indziej, Hanno? W prawdziwym domu?
- Szałas to jest prawdziwy dom! Tata zbudował go specjalnie dla nas. Mamy w nim też prawdziwe powietrze. Tylko dwa albo trzy razy doszło do niewielkiej usterki w aparacie cyrkulacyjnym. Musi zawsze bardzo cicho buczeć, inaczej coś jest nie tak. Na szczęście mam świetny słuch. Od razu zauważam, kiedy coś jest nie tak z aparatem cyrkulacyjnym, na długo przed tym, nim dopadnie nas ból głowy. I tata to natychmiast naprawił. Powiedział, że to tylko mała usterka techniczna, nic złego. Jest z niego całkiem dobra złota rączka.
Siostra Ruth bardzo często mruga. Powtarza "co?" i nic więcej. Ja też już nic więcej nie mówię, bo chyba wreszcie zrozumiała, że sama musi ruszyć głową. Mama też zawsze chwilę czeka, jeśli podczas lekcji nie mogę od razu podać właściwej odpowiedzi. Mówi: "To nic nie da, jeśli w kółko będę ci podpowiadać poprawne rozwiązanie. Musisz wyrobić w sobie ten nawyk, że czasem trzeba samemu ruszyć głową. Zastanów się, Hanno. Skup się. Przecież to wiesz".
- Co... - powtarza siostra Ruth - co to za aparat cyrk... cyrku...?
- Aparat cyrkulacyjny; skomplikowana nazwa, prawda? Wie pani, co robię, gdy jakaś nazwa jest bardzo trudna?
Siostra Ruth znów milczy.
- Wciąż ją sobie po cichu powtarzam, dopóki jej nie utrwalę. Uczę się słów znacznie lepiej niż Jonathan. Czasem wystarczy, że dwa razy wymówię w myślach jakieś słówko, chociaż zdarza się i tak, że potrzebuję powtórzyć je dziesięć razy.
Siostra Ruth nadal nic nie mówi. Może próbuje mojej sztuczki i powtarza w głowie tę trudną nazwę.
Teraz jednak znów coś się dzieje, jej usta się poruszają.
- A zdradzisz mi, co to takiego jest... - bierze dodatkowy wdech, żeby wypowiedzieć to trudne słowo - ...ten aparat cyrkulacyjny?
- Bardzo dobrze. - Jeszcze raz chwalę siostrę Ruth, cieszę się z jej postępów i z samej siebie. Jestem dobrą nauczycielką. Mam to po mamie. - Aparat cyrkulacyjny wytwarza dla nas powietrze - wyjaśniam, starając się mówić jak najwolniej, żeby nie przytłoczyć siostry Ruth nowymi informacjami. - Człowiek nie może żyć bez tlenu. Wdycha i wydycha od dziesięciu do dwudziestu tysięcy litrów powietrza na dobę. Pod względem objętości jest to około dziesięć do dwudziestu tysięcy razy więcej niż karton po mleku. Wdychane powietrze zawiera około dwudziestu jeden procent tlenu, a zero przecinek zero trzy dwutlenku węgla. Wydychane powietrze składa się w około siedemnastu procentach z tlenu i w czterech procentach z dwutlenku węgla, koniec. Aparat cyrkulacyjny dba o to, żeby do szałasu dostawało się dobre powietrze, a złe było z niego odprowadzane. Inaczej byśmy się podusili.
Siostra Ruth zakrywa usta dłonią. Widzę, że lekko się trzęsie. Nie tylko jej ręka, ona cała.
- Dlaczego po prostu nie otworzycie okna, skoro potrzeba wam więcej powietrza, Hanno.
Myślę, że to pytanie, choć wcale tak nie brzmi. Jeśli chce się o coś zapytać, należy podnieść głos na końcu zdania. Zaczynam układać kredki w długą, prostą linię, od jasnych do ciemnych; pierwszą kładę żółtą, a ostatnią czarną.
- Hanno? - Aha, głos siostry Ruth poszedł do góry.
Odrywam wzrok od linii kredek, patrzę na jej twarz.
- Zdradzisz mi przynajmniej, kim jest Jonathan?
- No, to mój brat.
- I Jonathan też mieszka w szałasie? Z tobą i rodzicami?
- Tak, oczywiście. Nie zrobił przecież nic złego. Dlaczego mielibyśmy go wyrzucać?
- Opowiedz mi o tych plamach na dywanie. - Siostra Ruth zdaje się teraz dość surowa, wygrywa nawet w zawodach mrugania. Ale to tylko dlatego, że moje oczy zaczęły łzawić. Winę za to ponoszą światło i zmęczenie.
- Hanno? Wspominałaś, że Jonathan zajmie się plamami na dywanie. Jakimi plamami, Hanno?
Kręcę głową i mówię:
- Jestem zmęczona i chcę do mamy.
Siostra Ruth sięga przez stół i bierze mnie za rękę. Pod wpływem jej ruchu z mojej linii wysuwają się dwie kredki: niebieska i zielona.
- Wiem. Ale uwierz mi, lekarze naprawdę dadzą nam znać, jeśli tylko będziesz mogła ją zobaczyć. Chciałabyś do tego czasu trochę porysować? Popatrz, jaki jest gruby. - Puszcza moją rękę i stuka palcem w blok. - Zostało ci jeszcze dużo czystych kartek.
Wzruszam ramionami. W zasadzie nie mam najmniejszej ochoty rysować.
Siostra Ruth robi ponurą minę, zwęża oczy i zaciska usta.
- Co ty na to, żebyś narysowała całą waszą rodzinę? Taki obrazek, na którym będzie także twój brat. Jonathan. - Uśmiecha się. Słuchała uważnie i zapamiętała jego imię. - Dobrze się dogadujecie, ty i Jonathan? A może czasem się kłócicie?
- Kłócimy się tylko wtedy, kiedy znów zachowa się jak głuptas.
Siostra Ruth parska krótkim śmiechem.
- Rozumiem. Ale powiedz, twój brat jest starszy czy młodszy od ciebie?
Wyrywam z bloku obrazek z mamą i tatą w lesie i odkładam go na bok. Biorę niebieską kredkę i zaczynam rysować na kolejnej stronie; tym razem rysuję twarz Jonathana.
- Młodszy - mówię. - O dwa lata.
- Dobrze, nic nie mów, niech zgadnę. W takim razie... - Siostra Ruth sprawia wrażenie, jakby się zastanawiała. - Hmm, to trudne. Obstawiam, że ma... sześć lat?
Odrywam wzrok od kartki. Biedna, głupiutka siostra Ruth najwyraźniej w ogóle nie umie liczyć.
- Trzynaście minus dwa. - Staram się jej podpowiedzieć, ale tylko się na mnie gapi. - Ma oczywiście jedenaście lat - odpowiadam za nią. Siostra Ruth naprawdę musi się jeszcze wiele w swoim życiu nauczyć.
Hannah
Nauka jest ważna. Nie wolno być głupim. Uczenie się przychodzi mi łatwiej niż Jonathanowi, zawsze tak było. Nauczył się porządnie czytać, dopiero gdy skończył cztery lata. Oczywiście wiemy, czym jest szkoła. Szkoła to instytucja zapewniająca edukację dzieciom i młodzieży. Na szczęście jednak nie musimy tam chodzić. Droga jest bardzo niebezpieczna. Moglibyśmy się zgubić albo zostać napadnięci. I w ogóle do szkoły chodzą tylko naprawdę głupie dzieci, które same nie potrafią się niczego nauczyć. Myślę, że siostra Ruth musiała tam chodzić, gdy była mała, i to chyba prawda, co podejrzewałam już od dawna: szkoła tylko sprawia pozory, jakoby uczyła dzieci ważnych rzeczy. W rzeczywistości dalej są głupie. Widać to po siostrze Ruth. Ot, taki prosty rachunek: trzynaście minus dwa. Myślę też, że siostra Ruth wstydzi się teraz tego, że nie jest w stanie rozwiązać tak prostego zadania. Pyta nawet, czy wszystko, co jej mówię, jest prawdą. Przestaję wtedy rysować spodnie Jonathana, odwracam kartkę i rysuję z tyłu trzynaście kresek. Dwie z nich wykreślam, po czym liczę pozostałe, powoli i wyraźnie. Oczywiście wychodzi jedenaście. Trzynaście minus dwa to jedenaście. A poza tym uważam, że to niemiłe z jej strony sądzić, że ja kłamię, skoro ona jest nieco głupia. Nie wolno kłamać. To też jej mówię, bo tego prawdopodobnie również nie wie, ach, biedna, głupiutka siostra Ruth.
- Hanno. - Teraz sprawia wrażenie, jakby zaraz miała się rozpłakać. - Ten szałas. I aparat cyrk... cyrku...
- Aparat cyrkulacyjny! - mówię lwim głosem.
Siostra Ruth się wzdryga. Znów jest przerażona. Duże oczy i czerwone policzki. Tym razem jednak nie jest mi jej żal. Ona po prostu nie chce się ani trochę wysilić.
- Nie będę tego tolerować! - ciągnę swoim lwim głosem i rozłożoną dłonią uderzam w stół. Kredki podskakują, zielona nawet stacza się z blatu i stuka o podłogę. Nie wolno celowo zachowywać się tak głupio. Schylam się pod stół po zieloną kredkę, a kiedy wynurzam się z powrotem, siostra Ruth przeprasza. Chociaż tyle. Zawsze należy przeprosić, jeśli zrobi się coś niewłaściwego.
- Nie chciałam cię zdenerwować, Hanno - mówi. - To dla ciebie z pewnością trudna sytuacja. Rozumiem. Ale wiesz co? Też chciałabym zrozumieć całą resztę. Naprawdę bardzo bym chciała wiedzieć, jak to jest u was w domu. Nie znam nikogo innego, kto mieszka w szałasie w lesie.
Ponownie odwracam kartkę i dalej rysuję spodnie Jonathana. To jego ulubiona para, niebieskie, wolno mu je nosić tylko w niedziele.
- Hanno?
Podnoszę wzrok.
- Możesz mi wybaczyć, proszę?
Kiwam głową, potem znów zajmuję się rysunkiem. Jonathan ma też na nim swoją ulubioną czerwoną koszulkę. Kiedy była nowa, naprawdę biła po oczach. Myślę, że Jonathan by się cieszył, gdyby wiedział, że na moim rysunku jest ubrany w swoje ulubione rzeczy. Na koniec rysuję jego kręcone włosy. Są prawie czarne, tak jak taty. Obok, na wysokości jego ramienia, zaczynam rysować swoją twarz. Samą siebie też ubiorę w ulubioną sukienkę, białą w kwiatki. Wszyscy będziemy wyglądać bardzo ładnie na moim rysunku.
- Nie możecie otwierać w domu okien, prawda, Hanno? Dlatego potrzebujecie tego urządzenia.
- Aparatu cyrkulacyjnego - mamroczę.
- Czy szałas nie ma okien?
- Oczywiście, że ma. - Do swoich kręconych włosów potrzebuję żółtej kredki.
- Ale ich nie otwieracie? Dlaczego, Hanno?
- To zbyt niebezpieczne. Dlatego są zabite płytami. - Zastanawiam się, czy byłoby to kłamstwo, gdybym narysowała sobie na głowie czerwoną opaskę. W ogóle takiej nie mam, tylko ciemnoniebieską. Czerwona pasowałaby jednak znacznie lepiej do kwiatków na mojej sukience.
- Czy to twój tata to zrobił, Hanno? Mówiłaś, że jest złotą rączką.
- Tak. - Moja ręka bardzo, ale to bardzo ostrożnie zbliża się do czerwonej kredki. Patrzę przy tym siostrze Ruth prosto w oczy. Nie może wiedzieć, że nie mam czerwonej opaski, ale martwię się, że wyczyta z mojej twarzy, że próbuję ją oszukać. Zmartwienie to nie do końca to samo co strach, ale też nie jest niczym dobrym. Przypomina bardziej nudności, tak jak wtedy, gdy ma się ból brzucha i nie wie się, czy zwymiotować, czy nie.
Tata bardzo się kiedyś martwił, kiedy mama wyjechała. Powiedział nam, że nie jest pewien, czy do nas wróci, a potem się rozpłakał. Tata nigdy wcześniej nie płakał. Musnęłam jego twarz i poczułam lepką łzę. Nic nie powiedział, ale od razu wiedziałam, że to moja wina, że mama w ogóle wyjechała, przez tę sprawę z Sarą. Jonathan też to wiedział. Tylko się we mnie wpatrywał i na kilka dni w ogóle zaniemówił, do czasu, aż mu przypomniałam, że sam też zbytnio nie przepadał za Sarą.
- Wiesz co, Hanno, tak się zastanawiam. Zadałaś sobie tyle trudu, żeby narysować brata. Naprawdę widać, że bardzo go kochasz. Może powinniśmy wysłać kogoś do was do domu, żeby sprawdzić, jak sobie radzi z tym dywanem? Albo żeby mu pomóc?
Chwytam czerwoną kredkę, nie odrywając oczu od siostry Ruth. Wydaje się, że wcale jej to nie przeszkadza, że chcę tu coś zachachmęcić z kolorami.
- Albo - ciągnie, na nic nie zważając - moglibyśmy go tu sprowadzić, do ciebie. Wtedy moglibyście razem zaczekać na waszą mamę. Niektóre rzeczy są o wiele mniej złe, jeśli mamy przy sobie kogoś, kto jest dla nas ważny.
- Nie jestem pewna, czy Jonathanowi by się tutaj spodobało - mówię. Moja zmyślona czerwona opaska wygląda naprawdę ładnie z sukienką w kwiatki. - Myślę, że zacząłby się cały trząść, gdyby musiał tu przyjechać.
- Ty jesteś odważna i się nie trzęsiesz.
- Tak, zgadza się - potwierdzam. - Ale może jestem po prostu odważniejsza niż Jonathan. Bo jestem starsza lub odrobinę mądrzejsza, albo jedno i drugie. On był zresztą o wiele bardziej przerażony widokiem krwi niż ja. I tym hałasem.
- Jakim hałasem?
- No a jak pani myśli? Skąd się wzięły te okropne plamy na dywanie?
Siostra Ruth wygląda, jakby naprawdę się zastanawiała, ale ja już wiem, że nie jest w tym zbyt dobra.
- Takim jak po upuszczeniu arbuza na podłogę - wyjaśniam, żeby oszczędzić jej kolejnego powodu do wstydu. - Tak samo brzmi rozbijanie komuś czaszki. Pamm! - mówię lwim głosem, po czym już normalnie dodaję: - A później nagle zapada cisza.
Matthias
Cztery tysiące osiemset dwadzieścia pięć dni.