1
Mężczyźni to kłamcy, wszyscy. Kobiety również. Przekonałam się o tym, mając dwa lata. Babcia zapewniała mnie, że jeśli będę siedzieć spokojnie, zastrzyk, który miał mi dać lekarz, nie będzie bolał. Wtedy po raz pierwszy mój dziecięcy mózg powiązał to dziwne uczucie, jakim mój talent reagował na kłamstwo, z działaniem innego człowieka.
Ludzie kłamią z najróżniejszych powodów: żeby ocalić własną skórę, wywinąć się z kłopotów, oszczędzić komuś przykrości. Manipulator kłamie, aby osiągnąć swój cel. Narcyz - aby urosnąć w oczach innych i w swoich. Niepijący alkoholik o zszarganej reputacji - aby odzyskać dobre imię. A najbardziej okłamują nas ci, którzy nas kochają, ponieważ życie jest wyboiste, a oni pragną je nam maksymalnie ugładzić.
John Rutger kłamał, bo był draniem.
Nic w jego wyglądzie na pierwszy rzut oka nie mówiło: "Hej, jestem nikczemnikiem". Gdy wyszedł z hotelowej windy, wydawał się całkiem sympatycznym mężczyzną. Wysoki, wysportowany, miał ciemne, lekko falowane włosy, posiwiałe na skroniach akurat na tyle, by przydać mu dystyngowanego poloru. Twarz miał taką, jakiej można spodziewać się po odnoszącym sukcesy czterdziestolatku w dobrej formie - męską, gładko ogoloną, świadczącą o pewności siebie. Ot, jeden z tych przystojnych tatusiów, którzy entuzjastycznie zagrzewają do walki swoje dziecko na meczu małej ligi. Był też godnym zaufania maklerem giełdowym, który nigdy nie wciągnąłby swoich klientów w tarapaty. Inteligentny człowiek sukcesu, solidny niczym skała. Za to ta rudowłosa piękność, która trzymała go za rękę, nie była jego żoną.
Żona Rutgera Liz wynajęła mnie dwa dni wcześniej, chcąc dowiedzieć się, czy mąż ją zdradza. Raz już go na tym przyłapała, dziesięć miesięcy wcześniej, i oświadczyła mu wtedy, że następny raz będzie jego ostatnim.
John i rudzielec żeglowali przez hotelowe lobby.
Siedziałam w części recepcyjnej na wpół ukryta za gęstą rośliną, udając bez reszty pochłoniętą telefonem, a mała kamera ukryta w mojej czarnej szydełkowej torebce nagrywała kochanków. Torebkę wybrałam właśnie ze względu na jej dekoracyjne dziurki.
Rutger i jego kochanica zatrzymali się nieopodal. Furiacko strzelałam ptakami do wrednych zielonych świń na moim ekraniku. Idźcie dalej, tu nie ma nic ciekawego, tylko jakaś młoda blondynka za krzaczorem łupiąca w grę na telefonie.
- Kocham cię - wyznała ruda.
Prawda. Głupia naiwniaczka.
Świnie rechotały z mojej niezdarności. Byłam w tym naprawdę fatalna.
- Ja ciebie też - odpowiedział, patrząc jej w oczy.
Poczułam znajomą narastającą irytację, jakby wokół mojej głowy latała uparta mucha. Magia zaskoczyła. John kłamał. No coś podobnego!
Zrobiło mi się żal Liz. Byli małżeństwem od dziewięciu lat, mieli dwójkę dzieci, ośmioletniego chłopca i czteroletnią dziewczynkę. Pokazywała zdjęcia, kiedy rozmawiałyśmy w sprawie zlecenia. Teraz ich małżeństwo miało zatonąć niczym Titanic, a ja właśnie patrzyłam na zbliżającą się górę lodową.
- Och, naprawdę? - zakwiliła ruda, wpatrując się w niego z uwielbieniem.
- Oczywiście. Przecież wiesz.
Magia zabrzęczała. Kłamstwo.
U większości ludzi kłamanie wywołuje stres. Przeinaczanie prawdy i wymyślanie wiarygodnej alternatywnej rzeczywistości wymaga dobrej pamięci i sprawnego umysłu. John Rutger na zimno kłamał w żywe oczy. I był autentycznie przekonujący.
- Chciałabym, żebyśmy w końcu mogli być razem - westchnęła ruda. - Mam dość ukrywania się.
- Wiem, kochanie. Ale to nieodpowiedni moment. Pracuję nad tym. Nie martw się.
Moi kuzyni go sprawdzili. John nie miał powiązań z żadnym z ważnych magicznych rodów, które poprzez korporacje rządziły Houston. Nie miał kryminalnej przeszłości, a mimo to coś w jego sposobie bycia nie dawało mi spokoju. Instynkt podpowiadał mi, że jest niebezpieczny, a ja ufam swoim instynktom.
Sprawdziliśmy też jego finanse. John nie mógł sobie pozwolić na rozwód. Jego osiągnięcia jako maklera były znośne, ale nie rewelacyjne. Był zakredytowany po uszy. Cały majątek miał w akcjach, a ich podział byłby kosztowny. Mając tego świadomość, John powziął wszelkie środki ostrożności, żeby nie wpaść. Przyjechali do hotelu dwoma samochodami w odstępie dwudziestu minut. Prawdopodobnie chciał, żeby kochanka wyszła pierwsza, a sądząc po napięciu widocznym w linii pleców, otwarte okazywanie uczuć też nie należało do jego planu.
Ruda rozchyliła wargi, a John pochylił się i sumiennie ją pocałował.
Po przedstawieniu dowodów Liz miała nam zapłacić tysiąc dolarów. Tyle mogła wysupłać bez wiedzy Johna. Żadne kokosy, ale nie stać nas było na odrzucanie zleceń, a to zapowiadało się na łatwe. Po wyjściu gołąbeczków z hotelu planowałam wymknąć się bocznymi drzwiami, zawiadomić Liz i zainkasować płatność.
Główne drzwi hotelu otworzyły się i do lobby wkroczyła Liz Rutger.
Moje nerwy stanęły na baczność. Dlaczego? Dlaczego ludzie nigdy mnie nie słuchają? Ustaliłyśmy z Liz, że nie podejmie żadnych działań na własną rękę. To nigdy nie kończyło się dobrze.
Na widok całującej się pary Liz zbladła jak płótno. John dostrzegł ją i puścił kochankę z wyrazem kompletnego zaskoczenia na twarzy. Ruda gapiła się na Liz przerażona.
- Liz, to nie tak, jak wygląda - wyrecytował John.
Ależ dokładnie tak, jak wygląda.
- Cześć - przemówiła Liz bardzo głośno i ostro do kobiety. - Kim jesteś? Bo ja jego żoną!
Ruda okręciła się na pięcie i czmychnęła w głąb hotelu.
Liz odwróciła się do męża.
- Ty draniu!
- Nie róbmy sceny.
- O, nagle przejmujesz się widownią?
- Elizabeth! - W głosie Johna pobrzmiewał rozkaz.
Oj.
- Zniszczyłeś wszystko! Zniszczyłeś nas!
- Posłuchaj...
Otworzyła usta. Słowa wydobyły się z nich z opóźnieniem, jakby musiała je z siebie wypchnąć.
- Chcę rozwodu.
Robię w tym interesie, odkąd skończyłam siedemnaście lat, więc rozpoznałam dokładnie moment, w którym fala adrenaliny uderzyła w system nerwowy Johna. Niektórzy w takich chwilach purpurowieją i zaczynają się pieklić. Inni tężeją - ich strach przeradza się w agresję. Jeśli się zbyt mocno naciśnie, wpadają w szał. John Rutger zlodowaciał. Emocje odpłynęły mu z twarzy. Oczy rozszerzyły się i pojawiła się w nich twarda kalkulacja. Oceniał sytuację z chłodną precyzją.
- W porządku - powiedział spokojnie. - Porozmawiamy o tym. Tu nie chodzi tylko o nas. Są jeszcze dzieci. Chodź, wrócimy do domu. - Wyciągnął rękę, żeby złapać ją za ramię.
- Nie waż się mnie tknąć! - syknęła.
- Liz - zaczął niby rzeczowo i spokojnie, spoglądając na nią skupionym, drapieżnym wzrokiem zimnego snajpera wpatrzonego w swój cel. - To nie jest rozmowa na hotelowe lobby. Nie wygłupiaj się. Jesteśmy dorośli. Daj kluczyki, ja poprowadzę.
Nie mogłam dopuścić, żeby Liz wsiadła z nim do samochodu. Widziałam w jego oczach, że jeśli pozwolę mu przejąć nad nią kontrolę, już nigdy tej kobiety nie ujrzę.
Wystartowałam i weszłam pomiędzy nich.
- Nevada? - Liz zamrugała skonfundowana.
- Musisz stąd wyjść, Liz - powiedziałam z naciskiem.
- Kto to jest? - John przeniósł uwagę na mnie.
O tak, właśnie tak. Patrz na mnie, nie na nią. Ja stanowię większe zagrożenie. Zasłoniłam sobą Liz.
- Liz, idź do samochodu. Nie wracaj do domu. Jedź do kogoś z rodziny. Szybko.
John zacisnął zęby, mięśnie na jego szczękach zadrgały.
- Co? - Liz gapiła się na mnie oszołomiona.
- Wynajęłaś ją, żeby mnie szpiegowała! - John poruszył ramionami i pokręcił głową, jak wojownik rozluźniający mięśnie przed walką. - Pozwoliłaś jej grzebać w naszych prywatnych sprawach.
- Pospiesz się, Liz! - ponagliłam ją.
Liz odwróciła się i uciekła.
Podniosłam ręce i zaczęłam się cofać, pilnując, żeby przez cały czas znajdować się w polu kamery monitoringu hotelowego. Usłyszałam syk drzwi za plecami, kiedy Liz wybiegała na ulicę.
- Już po wszystkim, panie Rutger. Nie stanowię dla pana zagrożenia.
- Ty wścibska suko. Obie w tym siedzicie, ty i ta harpia.
Recepcjonista przy kontuarze gorączkowo wduszał guziki na telefonie.
Gdyby chodziło tylko o mnie, odwróciłabym się i uciekła. Niektórzy z uporem obstają przy swoim bez względu na sytuację. W przypadku mojego fachu pobyt w szpitalu plus rachunek, którego nie można zapłacić, bo się nie pracuje, szybko koryguje takie pomysły. Mając wybór, wyprułabym stąd jak zając, ale musiałam kupić Liz trochę czasu, żeby zdążyła dotrzeć do samochodu.
John uniósł zgięte w łokciach ręce i rozczapierzył palce, jakby trzymał w dłoniach niewidzialne piłeczki. Pozycja maga. Niech to szlag.
- Panie Rutger, proszę się zastanowić. Cudzołóstwo nie jest karalne. Nie złamał pan jeszcze prawa. Proszę nie pogarszać sytuacji.
Utkwił we mnie oczy, zimne i bezlitosne.
- Może pan jeszcze odejść bez konsekwencji.
- Myślałaś, że możesz mnie bezkarnie upokorzyć? Że zawstydzisz mnie publicznie i ujdzie ci to na sucho? - Twarz mu pociemniała, przemknął po niej upiorny cień magii. Drobne czerwone skierki zapłonęły nad jego dłońmi. Pojaśniały, zmieniając się w szkarłatne błyskawice, i rozciągnęły się aż do opuszek palców.
Gdzie ci ochroniarze? Nie mogłam zaatakować pierwsza, to byłaby czynna napaść, a nie stać nas na pozwy. Hotel za to owszem, stać.
- No to pokażę ci, co dzieje się z tymi, którzy próbują mnie poniżyć.
Uskoczyłam w bok.
Rozległ się grzmot. Szklane drzwi hotelu poszły w drobny mak. Fala uderzeniowa poderwała mnie z podłogi. Widząc, jak krzesło z holu leci prosto na mnie, uniosłam ręce, kuląc się w powietrzu. Ściana grzmotnęła mnie w prawe ramię. Krzesło w bok i twarz. Ała.
Upadłam przy szczątkach ceramicznej donicy, w której jeszcze dwie sekundy wcześniej znajdowała się roślina. Natychmiast zerwałam się na nogi.
Czerwone iskry zapłonęły ponownie. Przygotowywał się do drugiej rundy.
Panuje przekonanie, że sześćdziesięciokilogramowa kobieta nie ma szans w starciu z atletycznym, stukilogramowym mężczyzną. To nieprawda. Trzeba tylko podjąć decyzję, że chce się zrobić krzywdę przeciwnikowi, a potem przejść do czynów.
Chwyciłam ciężką skorupę donicy i cisnęłam w Rutgera. Trafiłam w klatkę piersiową. Zachwiał się, a ja runęłam ku niemu, wyciągając z kieszeni paralizator. Zamachnął się na mnie. Był silny i szybki. Grzmotnął mnie w brzuch. Oczy nabiegły mi łzami, ale rzuciłam się naprzód i przytknęłam mu paralizator do szyi.
Zaczął drgać, a oczy wyszły mu na wierzch.
Proszę, niech straci przytomność. Niech padnie.
Otworzył usta. Zesztywniał. I runął na ziemię jak kłoda.
Przyklękłam na jego piersi tuż pod szyją, wyciągnęłam z kieszeni plastikowy zacisk i szarpnęłam jego dłonie, spinając je razem.
John warknął.
Usiadłam na podłodze obok. Bolała mnie twarz.
Z bocznych drzwi wypadło dwóch mężczyzn w marynarkach ochrony hotelowej. Rzucili się ku nam biegiem. No proszę, kawaleria. Rychło w czas.
W oddali zawyła syrena policyjna.
- - -
Sierżant Munoz, krępy mężczyzna w średnim wieku, znów zerknął na nagranie z kamer ochrony. Oglądał je już dwa razy.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.