1
Pływałam w ciepłej wodzie zatoki, gdy nagle ktoś zapukał w niebo. Małe, migotliwe rybki, które mi towarzyszyły, rozpierzchły się, krystalicznie czysta woda zniknęła, a ja wylądowałam na piasku.
Niebo nad moją głową zagrzmiało. Bum. Bum. Bum.
Sen rozdarł się jak mokra papierowa chusteczka, a ja w pierwszej chwili nie wiedziałam, gdzie jestem. Z wolna z mroku zaczęły wyłaniać się znajome kontury mojej sypialni. Zegarek przy łóżku wyświetlał jaskrawoczerwone cyfry: dwa, zero, siedem. Druga w nocy?
Ktoś łomotał do moich drzwi.
- Catalina! - darła się moja siostra. - Obudź się!
Poraził mnie lęk. Wyskoczyłam z łóżka, przypadłam do drzwi i otworzyłam.
- Samolot się rozbił?!
- Co? Skąd ci to... Nie!
Ulga omal nie ścięła mnie z nóg. Oparłam się o framugę. Nasza starsza siostra, Nevada, wraz z mężem i teściową lecieli właśnie do Hiszpanii na pogrzeb. Przez ocean. Napawało mnie to nieustannym niepokojem.
- Samolot jest okej, leci - upewniła mnie Arabella.
- To o co chodzi?
Arabella miała zarumienioną twarz, jasne włosy sterczały jej na wszystkie strony. Miała na sobie stary T-shirt z Czarodziejką z Księżyca i szorty do koszykówki założone tył na przód.
- Augustine jest na dole.
- Jaki Augustine? Augustine Montgomery?
- Tak!
Mój stan ulgi przemienił się raptownie w stan gotowości.
- Po co?
Dlaczego głowa Rodu Montgomerych pojawiła się u mnie w domu w środku nocy?
- Chce z tobą rozmawiać. Mówi, że to nagły wypadek. Pospiesz się, zanim mama go zastrzeli.
Odwróciła się i zbiegła z drabiniastych schodków prowadzących na moją górkę, czyli do pokoiku z łazienką wbudowanego w przestrzeń hali przemysłowej służącej nam jako dom i miejsce pracy.
Augustine był absolutnie ostatnią osobą, której wizyty spodziewałabym się o drugiej w nocy. Czyli musiało się stać coś strasznego.
Spojrzałam po sobie, na T-shirt z napisem "Jestem śpiochem". O wiele za duży, sięgał mi do kolan i służył jako koszula nocna. Tak jak stałam, na bosaka, runęłam za siostrą na dół, a potem szerokim korytarzem pogalopowałam przez halę. W pokoju telewizyjnym świeciło się światło, rozjaśniając drogę na tyle, że nie musiałam poruszać się po omacku.
W korytarzu znajdowały się drzwi prowadzące do wydzielonej sekcji biurowej Agencji Detektywistycznej Baylorów. Przed tymi drzwiami zgromadziła się cała rodzina. Brakowało tylko mamy.
Babcia Frida, szczupła, śniada, z aureolą platynowych loków, wyglądała na zaniepokojoną. Bern, mój najstarszy kuzyn, przypominający niedźwiedzia wybudzonego w połowie hibernacji - duży, muskularny, z rozczochranymi jasnobrązowymi włosami - miał ze sobą nieodłączny tablet, który ginął w wielkich łapach. Leon, jego młodszy brat przyrodni i całkowite przeciwieństwo, opierał się o ścianę, całkowicie przytomny. Chudy i ciemnowłosy Leon kipiał energią. Miał na sobie dżinsy i T-shirt, w których widziałam go zeszłej nocy, więc albo zasnął w ubraniu, albo z jakiegoś niezgłębionego, z całą pewnością niegodziwego powodu uznał, że musi być zwarty i gotowy o drugiej w nocy. Innego rodzaju powody w świecie Leona nie występowały.
Arabella wpadła po drodze do swojej sypialni i wyskoczyła stamtąd z szeroką bluzą dresową Politechniki Teksańskiej. Rzuciła mi ją.
- Cycki.
Bern obudził się już na tyle, żeby wywrócić oczami.
- Dzięki. - Wciągnęłam na siebie bawełniany wór, ukrywając fakt, że nie miałam na sobie stanika. - Jak Augustine się tu dostał?
W nocy dojazdy do magazynu były zablokowane betonowymi podnoszonymi barykadami, a jedynej drogi dostępu strzegli ochroniarze w budce, którzy mieli zapobiegać właśnie takim niespodziankom. Augustine był bezwzględny. Mógł nas pozabijać we śnie.
- Wartownicy go wpuścili? Dzwonił ktoś do nich? Uprzedzał, że tu jedzie?
- A to ciekawa sprawa, ci powiem - wycedził Leon. - Mamy tu świeżutkie, jeszcze ciepłe nagranie z monitoringu.
Bern odwrócił ku mnie ekran tabletu. Obraz z kamery w wartowni ukazywał dwoje ludzi, Latynoskę po czterdziestce oraz ciemnowłosego mężczyznę po dwudziestce. Lopez i Walton. Przed zaporą zatrzymał się srebrny bentley. Okno pasażera opuściło się, ukazując... mnie.
- Dobry wieczór, pani Baylor - przywitał mnie Walton.
Fałszywa Catalina skinęła głową.
- Sprawdź zapis wejść i wyjść - mruczał Leon. - Sprawdź zapis...
Rejestr wejść i wyjść mieli pod ręką, leżał na blacie. Zobaczyliby w nim, że od dawna byłam już w domu.
Strażnik wyciągnął rękę, ominął rejestr i nacisnął guzik zapory.
- Porażka! - oznajmił Leon.
Ciężki metal zazgrzytał i słupki schowały się w betonie. Szyba w oknie pasażera podsunęła się w górę i opancerzony samochód przejechał przez punkt kontrolny.
Nie. To niewiarygodne! Godność mojej wiary została brutalnie zmiażdżona.
- Hm, kiedy kupili bentleya? - zasępiła się Lopez.
- A bo ja wiem? - Młody strażnik wzruszył ramionami. - Może to prezent urodzinowy?
- Kretyn - orzekła Arabella.
Augustine Montgomery był magiem iluzji w randze Magnusa. Mógł przybrać wygląd, kogo sobie zażyczył, mógł mówić jak ta osoba, miał nawet jej linie papilarne i przechodził przez skaner siatkówki jako delikwent, którego udawał. Nasze zabezpieczenia ominął, jakby w ogóle nie istniały.
- Mamy przechlapane - stwierdziłam.
- Nie gadaj - skwitował Leon.
- Catalino - wtrąciła się babcia - twoja mama jest w sali konferencyjnej z tym dupkiem i desert eagle. Lepiej tam idź, zanim wpakuje mu pięćdziesiątkę między oczy.
Weszłam do części biurowej. Korytarz wyłożony beżową wykładziną, podwieszany sufit i szklane ściany upodobniały tę część hali do zwyczajnej siedziby firmy. Za trojgiem drzwi po jednej stronie mieściły się gabinety, po lewej znajdowały się aneks socjalny i salka konferencyjna. Z tej ostatniej do pogrążonego w półmroku biura wylewało się na korytarzyk jasne światło.
Zaczęłam iść w tę stronę, ale przystanęłam. Trzy dni wcześniej oficjalnie skończyłam dwadzieścia jeden lat i jednocześnie zostałam głową Rodu Baylorów. Byliśmy młodziutkim Rodem, zarejestrowanym zaledwie trzy lata temu. Nasz okres ochronny, podczas którego żaden inny Ród nie mógł nas zaatakować, właśnie się kończył. Już wcześniej podczas prowadzenia spraw miałam do czynienia z potężnymi tego świata, ale to miała być moja pierwsza interakcja z innym Magnusem w roli głowy Rodu. A Augustine był rekinem w garniturze za cztery tysiące dolarów; eleganckim, śmiertelnie groźnym żarłaczem białym o zębach jak brzytwy.
Musiałam stanąć na wysokości zadania. Nie mogłam ot tak tam wpaść. Nagły wypadek czy nie, musiałam dobrze odegrać swoją rolę.
Poczułam motyle w brzuchu.
Myśl jak Magnus, myśl jak głowa Rodu. Jesteś wnuczką Victorii Tremaine, pewną siebie, niebezpieczną, nieustraszoną, obudzoną w środku nocy... Poirytowaną. Tak, zdecydowanie poirytowaną.
Przybrawszy odpowiednią minę, wkroczyłam do salki.
Augustine obrócił się w moją stronę, nie wstając. Louis Auchincloss, który pisał powieści o starych, bogatych rodach, powiedział kiedyś: "Doskonałość irytuje i nęci, zarówno w literaturze, jak i prawdziwym życiu". Augustine był wybitnie irytujący.
Jako Magnus iluzji cyzelował swoją aparycję tak jak mistrz pędzla swoje dzieło. Piękne, rzeźbione rysy twarzy, wysokie kości policzkowe, mocna szczęka, męska, ale bez rysu brutalności, prosty nos i szerokie czoło. Policzki odrobinę wklęsłe, tyle, żeby wskazywały na dojrzałość ich właściciela. Jedyny element przełamujący ten boski wzór, okulary w cieniutkich oprawkach, nie wystarczał, aby zakłócić ogólny obraz doskonałości. Od tej twarzy bez wieku bił chłód, a życia było w niej tyle, co na obliczu marmurowego posągu.
Siedząca naprzeciwko mama wpatrywała się w niego jak kobra gotowa do ataku. Prawą rękę trzymała pod blatem i prawdopodobnie mierzyła w naszego gościa z desert eagle, broni kaliber pięćdziesiąt milimetrów, o największym przekroju lufy dozwolonym w Stanach Zjednoczonych. Zresztą większej artylerii nie dałoby się schować pod stołem. Wystrzelony z niej pocisk przechodził przez pełną lodówkę i zabijał stojącego za nią człowieka.
Mama przez dziesięć lat służyła w wojsku jako strzelec wyborowy, a jej talent gwarantował, że nie pudłowała. Gdyby jednak zabiła Augustine'a Montgomery'ego, szefa Międzynarodowej Agencji Bezpieczeństwa Montgomerych, owa firma zgniotłaby nas jak robaki. A gdyby jakimś cudem jednak przeżył postrzał, zabiłby mamę. Czyli jak to często bywało w życiu - zero dobrych opcji. Dlatego musiałam go stąd jak najszybciej zabrać.
- Panie Montgomery - zaczęłam chłodno, z nutą rozdrażnienia - choć zawsze jest pan mile widziany w naszym domu, jest środek nocy.
- Proszę o wybaczenie. To pilna sprawa. - Wyjął z kieszeni telefon i pokazał mi ekran.
Z wyświetlonego zdjęcia uśmiechał się młody chłopak. Krótkie rude włosy, szare oczy, jasna cera i ta łobuzerska mina dzieciaka, któremu uszła na sucho psota. Wydawał mi się jakby znajomy, ale za nic w świecie nie potrafiłam skojarzyć, gdzie mogłam go widzieć.
- To Ragnar - przedstawił chłopaka Augustine. - Ma piętnaście lat i psa, który wabi się Tank. Lubi kryminały i serial o Sherlocku Holmesie. Gra Łowcą w karciance Herosi. Dwa dni temu jego matka i siostra zginęły w pożarze.
- Po co mi to mówisz?
- W tej chwili ten chłopak stoi na dachu szpitala Memorial Hermann. Chce skoczyć, a ponieważ jest Magnusem, nikt nie jest w stanie się do niego zbliżyć. Jeśli się nie pospieszymy, jego samobójstwo będzie głównym tematem porannych wiadomości.
Przeniknął mnie dreszcz niepokoju.
- Augustine, wiesz dobrze, że nie robię takich rzeczy. Nigdy nie ściągałam z dachu samobójcy. Jeśli mi się nie uda, będę odpowiedzialna za jego śmierć...
- Potrafisz to zrobić. To leży w zakresie twoich możliwości. - Popatrzył mi w oczy. - Twoja siostra poprosiła mnie raz o przysługę. Teraz ja proszę ciebie o pomoc, jak głowa jednego Rodu drugą. Została mu jedna siostra. Jest w szpitalu i modli się, żeby nie skoczył.
Aha. Czyli jeśli podejmę się tego i zawiodę, w pobliżu będzie oszalały z rozpaczy Magnus, który cały swój gniew i gorycz skieruje na mnie. Mieszanie się w to było bardziej niż nierozsądne.
- Nie wiem, czy potrafię ci pomóc. Mogę pogorszyć sprawę.
Augustine stracił na moment swoją wystudiowaną pozę i z jego oczu wyjrzał na mnie prawdziwy człowiek.
- To tylko dziecko, Catalino. Przeżył ogromną stratę. Spadł na niego ogrom cierpienia i nie umie sobie z tym poradzić. Chce tylko, żeby ból ustał. Spróbuj chociaż, proszę.
Już otwierałam usta, żeby odmówić, pomyślałam jednak o tym chłopcu stojącym na krawędzi, samym w ciemnościach. Tak zrozpaczonym, tak cierpiącym, że pragnął odejść w sposób najboleśniejszy z możliwych.
Mój ojciec też stał kiedyś na takiej krawędzi, tyle że jego krawędzią był rak. A my robiliśmy wszystko, aby go z niej ściągnąć. Walczyliśmy o każdą minutę. Sprzedaliśmy dom i przenieśliśmy się tutaj, żeby zapłacić rachunki za leczenie. Potem, żeby zapłacić za eksperymentalną terapię, wzięliśmy u Augustine'a pożyczkę pod zastaw firmy. Tata zbudował Agencję Detektywistyczną Baylorów od samych podstaw. Uważał, że to jego spuścizna, biznes, który nas wykarmi i ubierze, a my wykorzystaliśmy ją, żeby pożyczyć pieniądze. To było jak zdrada, więc ukryliśmy to przed nim, bojąc się, że zabije go to szybciej niż rak. Ostatecznie tylko opóźniliśmy nieuniknione, choć i tak było warto. Oddałabym wszystko za każdą chwilę z tatą. Wszystko.
Ragnar miał tylko piętnaście lat.
- Dobrze. Spróbuję.
- Jesteś pewna? - odezwała się mama.
- Tak.
- Weź ze sobą Leona.
- Nie. - Nie chciałam go narażać, jeśli doszłoby do najgorszego.
- Odstawię ją całą i zdrową - obiecał Augustine.
Mama zmierzyła go wzrokiem snajpera.
- Lepiej, żeby tak było, dla twojego dobra.
- - -
Srebrny bentley mknął ulicami miasta. O drugiej w nocy nie spowalniały nas nawet sławetne houstońskie korki. Szofer bezlitośnie dusił silnik opancerzonego samochodu. Normalnie droga do szpitala zajęłaby kwadrans. Wyglądało na to, że przebędziemy ją w połowę tego czasu. Augustine jechał z przodu na fotelu pasażera, miałam więc widok na tył jego głowy. Miałam ochotę go w nią trzepnąć. Gdyby ktoś powiedział mi wczoraj, że znajdę się na tylnym siedzeniu samochodu Augustine'a w dresowej bluzie zarzuconej na koszulę nocną i w tenisówkach bez skarpetek, zapytałabym, co brał, i doradziła mu wizytę u psychiatry.
Brakowało mi broni. Bez niej czułam się naga.
W jednym Augustine miał rację - Nevada była mu winna przysługę.
Mój ojciec pochodził z Tremaine'ów, małego Rodu, do którego należeli tylko on i jego matka. Babka Victoria była prawdołowcą, tak jak Nevada, i potrafiła wydrzeć z umysłu każdego człowieka prawdę w sposób brutalny i niebezpieczny dla przesłuchiwanego. Mój tata nie miał magicznego talentu, a ponieważ Victoria była koszmarną matką, gdy tylko skończył osiemnaście lat, uciekł z domu i zaczął nowe życie pod zmienionymi personaliami. Matka szukała go wszelkimi sposobami, orając Rody od krańca po kraniec kontynentu. Na wspomnienie jej nazwiska wycofywali się najpotężniejsi Magnusowie.
Trzy lata wcześniej, przed tym jak zostaliśmy zarejestrowani jako Ród, Victoria szukała nas tutaj. Augustine znał tożsamość Nevady. Mógł wyjawić ją Victorii i na tym skorzystać, ale pozwolił Nevadzie wejść do swojego umysłu i przekształcić wspomnienia w taki sposób, by Victoria odeszła z pustymi rękami. Nie znosiłam tego rodzaju długów i cieszyłam się na myśl, że dzięki tej sprawie się go pozbędę.
Nie zmieniało to jednak faktu, że nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać.
- Skąd znasz tę rodzinę? - zapytałam.
- Siostra Ragnara skontaktowała się z moją agencją w sprawie śmierci matki i siostry. Uważa, że ten pożar to nie wypadek.
- A jak jest?
- Nie mogę omawiać z tobą szczegółów.
No tak.
- Wziąłeś tę sprawę?
- Zna nasze stawki.
- Czyli odrzuciłeś. Augustine! Przyszła do ciebie po pomoc, ty jej odmówiłeś, a teraz jej brat chce popełnić samobójstwo.
Popatrzył na mnie w lusterku z twarzą ściągniętą w lodową maskę.
- Jeśli mam narażać moich ludzi na niebezpieczeństwo, muszę ich odpowiednio wynagrodzić. Nie prowadzę działalności charytatywnej, Catalino. Ty akurat powinnaś wiedzieć najlepiej, jakie ryzyko wiąże się z grzebaniem w morderstwie Magnusa.
Wiedziałam, i to nazbyt dobrze. Gdy banda najemników napada na twój dom, nasyłając na ciebie ogniste wiry i sprowadzając mordercze stwory z innego świata, tak łatwo się o tym nie zapomina.
Przez przednią szybę zobaczyłam futurystyczną koronę na szczycie Wieży Hermanna. Neonowe trójkąty umieszczone na dachu trzydziestodwupiętrowego budynku jaśniały białym, czerwonym i niebieskim światłem na tle czarnego nieba. Byliśmy prawie na miejscu.
- Powiedziałeś przynajmniej jego siostrze, czego może się spodziewać, kiedy użyję na nim swojej magii?
- Uprzedziłem, że jej brat musi zostać uśpiony.
Samochód zatrzymał się na parkingu. Podbiegł do nas zdenerwowany Latynos i szarpnął drzwiczki. Uderzyła mnie fala styczniowego chłodu. Zimy w Houston były zazwyczaj łagodne, ale dotarł do nas zimny front i temperatura spadła prawie do zera. Poczułam, jak trzęsą mi się gołe nogi.
- Skoczył? - zapytał krótko Augustine.
- Nie, proszę pana.
- Idziemy. - Augustine wysiadł z samochodu.
Wygramoliłam się za nim. Zimny wicher wgryzł się we mnie mroźnymi kłami. Prawie biegliśmy do wejścia, a gdy drzwi przed nami się rozsunęły, wpadliśmy do środka. Owiało mnie ciepłe powietrze. Przy windach zebrała się grupka osób, niektóre w fartuchach, inne w mundurach, lecz wszyscy z wypisanym na twarzach przerażeniem. Rozproszyli się na nasz widok, została tylko jedna bardzo młoda kobieta o ogniście rudych włosach. Odwróciła się, a wtedy ją rozpoznałam.
- Runa? Runa Etterson?
Jej przepełnione łzami oczy otworzyły się szerzej. Również mnie poznała.
- Catalina?
Trzy lata wcześniej wróg Rodu Roganów zatruł tort weselny Nevady. Wszyscy, włącznie z Augustine'em, przeżyliśmy właśnie dzięki Runie, która wykryła toksynę i oczyściła z niej masę. Była venenatą, magiem trucizn w randze Magnusa. Mogłaby zabić wszystkich obecnych tutaj ludzi w ciągu paru sekund. Chłopiec na dachu musiał być jej bratem. O mój Boże.
Augustine wyminął mnie, wchodząc do windy.
- Nie ma na to czasu, Catalino - ponaglił mnie.
Tak czy owak, byłam już na miejscu. Ragnar może i był magiem trucizn, ale przede wszystkim był zagubionym piętnastolatkiem stojącym na krawędzi dachu wieżowca. Już nigdy nie zasnęłabym spokojnie, gdybym nie spróbowała mu pomóc.
Wbiegłam do windy. Drzwi się zasunęły. Ostatnie, co widziałam, to Runa, która patrzyła na mnie, jakbym była odpowiedzią na jej wszystkie problemy.
- - -
Winda szumiała, unosząc nas w górę. W środku było jasno i tak... normalnie. Popatrzyłam na swoje odbicie w dużym lutrze. Wyglądałam, jakbym właśnie wyszła z łóżka. To było takie surrealistyczne - ja w workowatej bluzie i Augustine nieprawdopodobnie doskonały w tych lustrach, w tym jasnym blasku, w otoczeniu sączącej się z głośniczków muzyki. Zupełnie jak we śnie.
Matka i siostra Runy nie żyły. A Augustine musiał wymienić jakąś niedosiężną kwotę za tę sprawę. Od początku planowałam się w to nie mieszać, odejść, jeśli uda mi się uratować chłopaka, sytuacja jednak uległa zmianie.
- Nie powiedziałeś mi, że chodzi o Magnusa venenatę.
- Mówiłem, że nie dopuszcza do siebie nikogo.
Zdjął mnie strach.
- Zabił kogoś?
- To łagodny dzieciak - westchnął Augustine. - Podtruł ich na tyle mocno, że musieli się wycofać, ale nie spowodował nieodwracalnych uszkodzeń ciała.
- Czyli co zrobił?
- Zaraz zobaczysz. I poczujesz.
Cyfry na wyświetlaczu zmieniały się w ślimaczym tempie.
- Po wyjściu z windy pójdziesz na lewo - poinstruował mnie Augustine. - Zobaczysz drzwi opisane "Wyjście awaryjne" i wejdziesz po schodach, które znajdują się za nimi. Na szczycie będą metalowe drzwi, to wyjście na dach.
- To fatalny plan - stwierdziłam.
- Ragnar zawaha się, nie zaatakuje cię z miejsca. A to wystarczy. Będę tam, pomogę ci.
- Jeśli cię zobaczy...
- Nie zobaczy.
Winda drynknęła cicho, otwierając drzwi. Podążyłam za wskazówkami Augustine'a na schodki. Na klatce unosił się smród wymiocin, stopnie znaczyły plamy. Wolałam się im nie przyglądać. Ręce mi się trzęsły, gdy nacisnęłam klamkę. Zimny metal parzył w palce. Pchnęłam drzwi i wyszłam na dach. Nade mną rozciągał się bezmiar nieba, otchłań czerni na której tle odcinała się świetlista, kolorowa korona. Lodowate podmuchy przenikały mnie zimnem do kości.
Ragnar stał na samym krańcu dachu. Szczupła postać w dżinsach i bluzie z kapturem balansująca na betonowym gzymsie. Wydawał się drobny i kruchy w otoczeniu tej bezkresnej nocy, jak mrówka na drapaczu chmur.
Odwrócił się w moją stronę, a jego twarz oświetlił neon korony. Zobaczyłam w oczach chłopaka postanowienie i ulgę. I to nie na mój widok mu ulżyło. Podjął decyzję, że skoczy. Nie miałam już czasu.
- Powiedz Runie, że mi przykro...
Uderzyłam w niego wszystkim, co miałam.
Kiedy archiwista nadał nazwę mojej magii, określił mnie mianem syreny, co doskonale pasowało, bo podobnie jak mityczne istoty przyzywałam do siebie ludzi, a oni nie mogli mi się oprzeć. I podobnie jak tamte syreny miałam skrzydła, piękne magiczne skrzydła, których nie widział nikt poza mną, chyba że na to pozwoliłam. W tej chwili rozpostarły się za moimi plecami, a ukierunkowany strumień magii zalał Ragnara.
Chłopak zamarł. Jego pięty wisiały już nad przepaścią. Parę centymetrów i zginie.
- Ragnarze - zawołałam go, zmieniając brzmienie jego imienia w kuszący zaśpiew.
Nerwowo oblizał wargi.
- Cześć.
- Cześć, jestem Catalina. - Magia wypłynęła ze mnie w stronę Ragnara, a ja wysnuwałam jej więcej i więcej, owijając go nią z każdą wypowiedzianą sylabą.
- Jesteś taka śliczna.
- Dziękuję. Zimno tu i ciemno. Może wejdziemy do środka?
Skinął potakująco głową, zafascynowany.
Wyciągnęłam do niego rękę.
- Strasznie tutaj nieprzyjemnie. Dasz mi rękę?
Poruszył się, zachwiał i przechylił w tył, machając rozpaczliwie ramionami... Serce omal nie wyskoczyło mi z piersi.
Nagle obok Ragnara zmaterializował się Augustine, złapał chłopca za kaptur i szarpnął, wciągając go na dach. Brat Runy wylądował kolanami na betonie.
Nogi się pode mną ugięły.
Ragnar podniósł się, podszedł do mnie i z nieśmiałym uśmiechem wziął mnie za rękę.
Odwzajemniłam uśmiech.
- Chodźmy do środka - zachęciłam go.
Weszliśmy do klatki schodowej. Schodząc po stopniach, obejrzałam się na podążającego za nami Augustine'a. Był czysty. Moja magia nawet go nie musnęła. Skupiłam ją całą w wąski promień i posłałam ku Ragnarowi. Augustine mógł się stać niewidzialny! Wiedziałam, że Nevada dostanie bzika, kiedy jej o tym powiem.
Weszliśmy do windy. Na nieskazitelnym czole Augustine'a perlił się pot. Magnus dyszał, jakby wbiegł właśnie na trzydzieste trzecie piętro. Ragnar delikatnie trzymał mnie za rękę, jakby była z kruchego szkła, ale wiedziałam, że to nie wystarczy mu na długo.
Większość utalentowanych magicznie osób musi włożyć wysiłek w posługiwanie się mocą. Ze mną było odwrotnie. Po porodzie próbowała mnie porwać położna. Zapłaciła za to utratą pracy. W kolejnych latach, zanim nauczyłam się kontrolować moją magię, całkiem normalni ludzie popełniali szaleństwa, żeby się do mnie zbliżyć. Moja nauczycielka z przedszkola usiłowała przemycić mnie z sali do swojego samochodu. Dzieci w zerówce wyrywały mi włosy, żeby mieć kawałek mnie.
Dzieci zwykle zachęca się, żeby były słodkie albo żeby popisywały się przed dorosłymi. W moim przypadku wystarczył zwykły uśmiech, żeby wzbudzić ich fascynację, a kiedy chciałam, żeby mnie polubili, zaczynali mnie kochać obsesyjnie. Dzieci wpadały w histerię, kiedy opuszczałam plac zabaw.
W tej chwili Ragnar kochał mnie do szaleństwa, miłość do mnie całkiem go zaślepiała. Wiedziałam, że wkrótce trzymanie za rękę mu nie wystarczy. Będzie chciał mnie objąć, przycisnąć do siebie z całej siły, wyrwać pasmo włosów, żeby delektować się moim zapachem, smakiem. A potem zapragnie kawałka ciała, żeby móc go głaskać i podgryzać.
Archiwista równie dobrze mógł mnie nazwać Orfeuszem. Prędzej czy później każdy, kto zasmakował mojej magii, pragnął rozszarpać mnie na kawałki, żeby móc kochać i czcić każdy strzęp skóry, każdą kroplę krwi po mojej śmierci. Tylko mój pediatra był odporny, nie wiedzieliśmy dlaczego. I moja rodzina. Magia nie musiała na nich działać, bo i tak mnie kochali.
Winda zatrzymała się i sygnał obwieścił otwieranie drzwi. Runa rzuciła się na brata, objęła go i uścisnęła, przerywając nasz kontakt.
Ragnar krzyknął, jakby go ktoś zranił, był to dziki, zwierzęcy wrzask. Siostra puściła go oszołomiona, a on przypadł do mnie i chwycił za ręce.
Przez grupkę pracowników szpitala przepychał się mężczyzna z tacką medyczną.
- Ragnar! - zawołałam.
Popatrzył na mnie z uwielbieniem w oczach. Wiedziałam, że ten efekt przeminie, ale i tak aż się wzdrygnęłam.
- Ten pan da ci zastrzyk. Ja się boję zastrzyków, a ty?
- Nie. - Chłopak pokręcił głową. - Jestem dzielny.
- Pokażesz mi, Ragnarze, że nie boisz się zastrzyków?
Nie spuszczając ze mnie wzroku, wyciągnął ramię. Runa go przytuliła. Patrzyłam, jak igła zagłębia się w ciało.
- Za chwilę poczujesz się senny. To dobrze, powinieneś odpocząć.
- Nie zostawiaj mnie!
- Nie zostawię - zapewniłam go. - Zostanę i będę trzymała cię za rękę.
Palce Ragnara rozluźniły się, a dłoń opadła bezwładnie. Westchnął szczęśliwy, zamknął oczy i osunął się w ramiona siostry.
- Musimy go zawieźć do magazynu - zwróciłam się do Augustine'a.
- Powinien zostać w szpitalu na obserwacji - zaprotestował.
- Nie, powinien trafić do nas, żebym mogła oczyścić go z mojej magii. Jeśli ocknie się tu beze mnie, może uciec, żeby mnie szukać, i nie wiadomo, gdzie pójdzie. I tym razem jacyś ludzie mogą zginąć.
- Ty decydujesz - zwrócił się Augustine do Runy.
Popatrzyła na mnie.
- Znasz mnie. Widziałaś, co potrafię - przypomniałam jej. - Zaufaj mi, proszę.
- Jedziemy - postanowiła.
- - -
Droga do domu trwała zaskakująco długo w porównaniu z tą do szpitala. Szofer wyraźnie się nie spieszył, bentley czołgał się ulicami. Jadąca z tyłu w wynajętym samochodzie Runa bez trudu za nami nadążała. Uparła się, że pojedzie sama.
Adrenalina opadła, pozostawiając po sobie miękkie znużenie. Gdyby nie to, że siedziałam obok niebezpiecznego Magnusa - tym razem Augustine siedział razem ze mną z tyłu - zamknęłabym oczy i zapadła w drzemkę.
- Świetnie sobie poradziłaś - rzekł z uznaniem.
Nie potrzebowałam jego pochwał.
- Spłaciłam dług Nevady. Jesteśmy kwita.
- Zgoda. Aczkolwiek technicznie rzecz biorąc, to była przysługa dla Rodu Ettersonów.
- Rozliczenia pomiędzy Montgomerymi i Ettersonami to wasza sprawa. Dziwię się, że w ogóle ruszyłeś w tym wypadku palcem.
- Wiem, co to odpowiedzialność za młodsze rodzeństwo.
O, ludzkie oblicze Augustine'a. Niesamowite.
Magnus przekrzywił głowę.
- Ród Ettersonów może okazać się dla was cennym sprzymierzeńcem. O ile te dzieciaki przeżyją. Teraz są wam winne przysługę i nie mogą odmówić, jeśli się na to powołacie. Potrzebujesz sprzymierzeńców, Catalino. Wasz okres ochronny już się kończy. Ludzie zaczną dybać na ciebie i twoich bliskich. Jesteś potężnym magiem, ale brak ci doświadczenia, a ponieważ twoje akta są utajnione, jesteś kimś nieznanym w środowisku. Niestety, w tym wypadku trzymanie się w cieniu nie powstrzyma nikogo przed atakiem.
- Jakie warunki proponujesz? - zapytałam.
Augustine uniósł brwi.
Zaczęłam odliczać na palcach.
- Odseparowałeś mnie od rodziny. Wiesz, że moja starsza siostra i szwagier wyjechali z kraju, więc nie mogą służyć mi radą w tym momencie. Jest środek nocy, a ja jestem osłabiona po użyciu mocy. Skomplementowałeś mnie, wspomniałeś o groźbie wiszącej nad moją rodziną, a twój szofer wlecze się jak żółw. Masz dla mnie propozycję. Przedstaw ją.
Augustine odchrząknął.
- Świetnie. Pominięcie tańca i gry wstępnej przyspieszy sprawy.
Czekałam.
- Proponuję strategiczny sojusz pomiędzy Rodami Montgomerych i Baylorów. Czasem na moje biurko trafiają sprawy jakby skrojone pod twój talent. Chciałbym, żebyś je brała. W zamian oferuję hojną rekompensatę, dostęp do źródeł mojej agencji w zakresie koniecznym do prowadzenia śledztwa i korzyści płynące z sojuszu z moim Rodem.
Oferował ochronę i stały dochód. Co więcej, kontakty oraz informacje. Jego agencja utrzymywała rozległą siatkę informatorów i obserwatorów. Augustine zwykle pierwszy wiedział, co, jak i dlaczego dzieje się w Houston. Gromadził wrażliwe informacje i trzymał je, dopóki ktoś mu za nie nie zapłacił albo mu nie zagroził. Dostęp do jego bazy danych był bezcenny.
Augustine był również mistrzem odkrywania najpilniejszych potrzeb i najżywszych pragnień. Choć akurat nie trzeba było geniusza, żeby domyślić się, że aktualnie najbardziej potrzebowaliśmy ochrony.
Musiałam podjąć decyzję.
- Rodowi Baylorów pochlebia twoja hojna oferta. Niestety, obecnie muszę z żalem odmówić.
Augustine trawił moją odpowiedź przez pół minuty.
- Dlaczego?
- Trzy razy składałeś podobną propozycję Nevadzie. Wiem, że za każdym razem odmówiła, wiem, z jakich powodów, i podzielam jej zdanie.
- Jakie to powody?
- Prawdziwa wartość tego partnerstwa nie leży w pieniądzach. - Aczkolwiek z pewnością i one by się nam przydały. - Cenne są kontakty i prestiż płynący ze zleceń elitarnej klienteli. To dałoby nam wstęp do społeczności Magnusów i ukucia relacji i przymierzy, które ustabilizowałyby pozycję naszego Rodu.
Plus, oczywiście, dostęp do bazy informacji oraz możliwość korzystania z wywiadu agencji Montgomerych, który to wywiad był owiany legendą. To rozumiało się samo przez się, więc mogłam ten punkt pominąć.
- Chcę podkreślić, że w pełni doceniam wartość twojej propozycji. Jednak obecnie między Rodem Baylorów a Rodem Montgomerych istnieje ogromna dysproporcja. Wiem, jak działa MABM. Jeśli zgodzimy się na twoje warunki, będziesz oczekiwał od nas działań w ramach twojego kontraktu, a to naraziłoby na szwank zasady etyczne, wedle których prowadzimy swój biznes. Jesteśmy rodzinną firmą i naszymi największymi zasobami są marka i reputacja. Stosujemy się do trzech reguł. Po pierwsze, od chwili przyjęcia zlecenia jesteśmy bezwzględnie lojalni wobec klienta. Po drugie, działamy w granicach prawa. Po trzecie, postępujemy tak, żeby wieczorem móc spojrzeć w oczy swojemu odbiciu w lustrze. Te zasady ustalił nasz ojciec, stosowała się do nich moja starsza siostra i ja również zamierzam się ich trzymać. Jeśli zawiążemy sojusz z Rodem Montgomerych, zrobimy to jak równy z równym, nie jako podwykonawcy czy podwładni. I zawsze będziemy postępować w myśl naszej dewizy.
Zapadło długie milczenie.
- Nie jesteśmy sobie równi - stwierdził Augustine po chwili.
- To prawda. Ród Montgomerych to Behemot, a my jesteśmy świeżo wyklutą płotką. Tak jak powiedziałeś, możemy nie przetrwać. Musimy jednak stanąć o własnych siłach. Ciężko pracowaliśmy, żeby wyjść z cienia Rodu Roganów, i nie sprzedam tej niezależności za łatwe pieniądze.
Augustine zachował kamienną twarz.
- Dziękuję za szczerość.
- Może być taki moment, że zwrócę się do ciebie o pomoc, ale jeśli tak się stanie, będę miała na wymianę coś równie lub bardziej cennego.
Bentley skręcił w naszą ulicę.
- Wobec tego dam ci radę - rzekł Augustine. - Za darmo. Nie angażuj się w sprawę Ettersonów. Doskonale wiem, z czym przyszłoby ci się mierzyć, i uwierz, że cena, którą podałem Runie, była prezentem. Czasem, przeszukując mrok, możesz znaleźć potwory. Nie jesteś na to gotowa.
- Będę o tym pamiętała - powiedziałam.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.