Wprowadzenie
Burza
Rankiem 6 stycznia 2021 roku, na kilka godzin przed głosowaniem w Kongresie mającym zatwierdzić zwycięstwo Joe Bidena w wyborach prezydenckich, setki najżarliwszych zwolenników Donalda Trumpa otoczyły Kapitol. Niektórzy z uczestników manifestacji stawiali szubienice dla ustawodawców popierających "ukradzione" wybory. Inni paradowali w wojskowych kamizelkach ochronnych, wyposażeni w trytytki, których zamierzali użyć jako kajdanek1. Po drugiej stronie miasta, nieopodal Białego Domu, przemawiał Donald Trump, nawołując tysiące swoich wyborców, żeby dołączyli do tłumu, który przybył pod Kapitol, i "pokazali, kto tu jest silny".
Pod siedzibą Kongresu wrzało, padały groźby użycia przemocy, jeśli Trump nie zostanie na urzędzie przez następne cztery lata. Pełno było czerwonych bejsbolówek i flag Trumpa z muskularnym Donaldem uzbrojonym niczym Rambo. Wśród rosnącego tłumu widać też jednak było inny symbol: flagę z jedną literą - Q.
Therese Borgerding, pani w średnim wieku, fanka Trumpa z Ohio, przyjechała do Waszyngtonu z własnym rynsztunkiem: ogromnym niebieskim Q z kartonu osadzonym na kiju dwa razy wyższym niż ona sama i kominem na szyję naciągniętym na twarz tak, że wielkie czerwone Q zasłaniało jej usta. Chciała mi coś powiedzieć: nie o Joe Bidenie czy Donaldzie Trumpie, ale o dzieciach żyjących w tunelach.
Według Borgerding nikczemne siły kierowane przez najpotężniejszych ludzi świata - gwiazdy Hollywood, Partię Demokratyczną i wielki biznes - zapędziły te dzieci do podziemnych tuneli ciągnących się tysiącami kilometrów. Dzieci krety, ukryte przed ludzkim wzrokiem, są zastraszane przez pedofilów, żeby w ich krwi wydzielił się adrenochrom, wielce pożądana substancja, którą celebryci i najbogatsi członkowie światowej finansjery piją, by zachować młodość. Trump i armia wykorzystują teraz światową pandemię COVID-19 jako przykrywkę, żeby uratować te dzieci. Na okrętach szpitalnych marynarki wojennej, wysłanych do walki z wirusem, leczy się potajemnie dzieci uwolnione z tuneli. Skoro już o tym mowa, to większość trzęsień ziemi wcale nimi nie jest - to wstrząsy sejsmiczne, które powstają, gdy wojsko niszczy podziemne mateczniki pedofilów.
Borgerding powiedziała mi, że informuje ją o tym wszystkim tajny agent wywiadu wojskowego, zwany Q. Według niego całą tą operacją z tunelami kieruje globalna klika bankierów, polityków i gwiazd Hollywood, którą może powstrzymać tylko Donald Trump. Sama moja rozmówczyni wraz z tysiącami rodaków przyjechała do Waszyngtonu, by zrobić wszystko, żeby Trump pozostał na urzędzie, aż wypełni misję, którą powierzył mu Bóg - zniszczy tę klikę i wprowadzi Stany Zjednoczone w nową, chrześcijańską epokę, wolną od wojen i chorób. Uratowanie dzieci kretów to tylko część tego planu, uleczenie jednego z objawów śmiertelnej choroby trawiącej świat, który ocalić może tylko Trump.
- Tam są zbrodniarze, których trzeba aresztować - stwierdziła Borgerding, wskazując na Kapitol po drugiej stronie ulicy. - Partia Demokratyczna odprawia szatańskie rytuały nad małymi dziećmi.
Dla niej oraz wielu innych przybyłych tego dnia pod Kapitol liczenie głosów w Kongresie nie było zwykłą procedurą decydującą o tym, kto zostanie prezydentem. Było to konkretne starcie z samym Szatanem - walka o duszę świata. Kapitol stanowił ostatnie pole bitwy w toczącej się wojnie, a oni znajdowali się na pierwszej linii frontu.
W ostatnich dniach rządów Trumpa teorie spiskowe mnożyły się jak grzyby po deszczu. Republikanie wymyślili historyjkę o sfałszowaniu wyborów w 2020 roku na niekorzyść Trumpa, czemu miały posłużyć specjalnie przystosowane maszyny do głosowania, a nawet odpowiednio spreparowany superkomputer CIA2. Z kolei liberałowie snuli fantazje, uwiecznione w raporcie Steele'a, o tym, jakoby Trump opłacał prostytutki, żeby oddawały mocz na łóżko, w którym spał kiedyś Barack Obama[1].
Trump wdarł się do polityki, rozpowszechniając teorie spiskowe o miejscu urodzenia Obamy, po czym ubarwiał swoją kampanię równie dziwacznymi opowieściami o swoich konkurentach z Partii Republikańskiej. Dał do zrozumienia, że senator Marco Rubio nie może kandydować na prezydenta, a ojciec senatora Teda Cruza był zamieszany w zamach na Johna F. Kennedy'ego. Teraz Trump był najpotężniejszym człowiekiem na świecie, naczelnym specem od teorii spiskowych. Ponieważ przez cały okres swojej prezydentury propagował dziwaczne kłamstwa, jego fani uznali, że w dziedzinie teorii spiskowych nie ma ograniczeń. Jeśli prezydent naprawdę wierzy, że ojciec Cruza zastrzelił Kennedy'ego, to czy jest coś, czego im nie wolno wyznawać?
Rozkwit teorii spiskowych przyniósł praktyczne korzyści zarówno politykom, jak i internetowym hochsztaplerom. Republikanie dostrzegli, że ludzie przekonani, iż demokraci piją krew dzieci albo że Hillary Clinton ma swój szwadron morderców, który na ulicach Waszyngtonu strzela do jej wrogów, stanowią zaplecze ich partii jako zmotywowani aktywiści i wyborcy. Formujący się w łonie Partii Republikańskiej blok zwolenników teorii spiskowych sięgnął do portfeli, by w swoich bunkrach zbudowanych na wypadek apokalipsy zgromadzić zapas cynku w tabletkach i racji żywnościowych. Dostarczał też jednak środków pozwalających utrzymać na stanowiskach swoich ulubionych polityków, finansując kampanie sojuszników Trumpa i - w razie potrzeby - ich obronę przed sądami. Większość republikańskich prawodawców, zaniepokojona tym, że frakcja oszołomów przestała być marginesem, unikała ich atakowania.
Teorie spiskowe ugruntowywały się wśród republikanów od czasu wyboru Obamy. Ale tylko jedna z nich zdołała poruszyć zwolenników partii w świecie rzeczywistym, sprawić, by nie poprzestali na zwykłym bajdurzeniu w internecie, tylko wylegli tysiącami na ulice, gotowi manifestować swoje przekonania, a czasem dopuszczać się czegoś gorszego. Miała więcej zasobów i siły niż wszystkie inne razem wzięte. Borgerding i miliony Amerykanów zaciągnęli się pod sztandary tej największej teorii spiskowej - QAnonu.
W październiku 2017 roku na anarchicznym forum obrazkowym (imageboardzie) 4chan, skupiającym anonimowych użytkowników, pojawił się uczestnik o pseudonimie Q. Zamieścił kilka zagadkowych wpisów sugerujących, że Hillary Clinton zostanie pod koniec miesiąca aresztowana.
Po nich pojawiły się następne, pełne tajemniczych akronimów i ostrzeżeń o tajnej operacji militarnej, która niebawem nastąpi. Większość odbiorców tych pierwszych postów je wyśmiała, ale kilku użytkowników 4chana, od lat mających obsesję na punkcie innych teorii spiskowych, podchwyciło wynurzenia Q. Jego jednoliterowy nick skojarzyli z certyfikatem bezpieczeństwa Departamentu Energii - certyfikat Q dawał dostęp do ściśle tajnych danych. Uznali to za znak, że posty wysyła ktoś głęboko osadzony w administracji Trumpa.
Clinton nigdy nie aresztowano, ale komunikaty od Q nadchodziły nadal. Grupka jego akolitów z 4chana zabrała się do rozszyfrowywania aluzji i zaczęła przedstawiać je w formie bardziej przystępnych filmików na YouTubie albo postów na Facebooku. Te wyjaśnienia przyciągnęły więcej osób. Wyznawcy QAnonu, by zradykalizować nowych członków, ukuli termin "zażycie czerwonej pigułki" (red-pilling), nawiązujący do sceny z filmu Matrix, w której Keanu Reeves, zagubiony w świecie iluzji, łyka taką pigułkę i widzi świat rzeczywisty.
Z początku nowo zwerbowani zwolennicy rekrutowali się spośród sympatyków Trumpa, żądnych opowieści o pokonaniu wrogów prezydenta. Jednak dzięki mediom społecznościowym, rozdmuchującym prowokacyjne treści, narracja Q trafiła do szerszego grona odbiorców. Przyciągnęła ludzi, którzy nigdy nie uznaliby się za fanów Trumpa. Zaszokowały ich relacje Q o wyuzdaniu seksualnym, a potem zwabiła obiecana przez niego zapowiedź wyjaśnienia chaotycznego porządku świata.
QAnon wciąż działa. Sprawił, że tysiące ludzi zerwało więzi z bliskimi, że rozpadły się przyjaźnie i małżeństwa, bo ci, którym jakoby otworzył oczy, nie mogą pojąć, dlaczego ich dzieci, rodzice lub małżonkowie nie chcą dołączyć do walki przeciwko Klice. QAnon wyszedł poza granice Stanów Zjednoczonych, jest obecny w Kanadzie, Europie i Japonii. Od 2017 roku ewoluował, powstały różne odłamy, takie jak szkoły jogi pod znakiem QAnonu oraz grupy, których członkowie wierzą, że Trump rozporządza techniką medyczną i lekami zdolnymi uleczyć wszystkie choroby. Ruch wchłonął dziesiątki pomniejszych teorii spiskowych, a nawet stał się inspiracją dla kilku prawdziwych morderców. Przeciętnemu odbiorcy wiadomości trudno więc pojąć, w co tak naprawdę wierzą zwolennicy QAnonu. Czy w to, że Kliką kierują jaszczury z innej planety? A może w to, że John F. Kennedy sfingował własną śmierć i że to on jest Q? W jedno czy drugie?
Sedno tego, co QAnon głosi, sprowadza się do prostego przesłania: światem rządzi szajka satanistycznych kanibali-pedofilów z kręgów Partii Demokratycznej, Hollywood i światowej finansjery, którzy molestują dzieci, a nawet piją ich krew podczas odprawianych obrzędów. Armia Stanów Zjednoczonych stawiła opór i nie dołączyła do tego wszechogarniającego układu - zwerbowała Donalda Trumpa i nakłoniła go, by został prezydentem i przeciwstawił się złowieszczej elitarnej grupie. Niebawem nastanie dzień, w którym oczyści on świat ze swoich wrogów. Będzie to gwałtowny, katartyczny moment zwany Burzą. Oponenci prezydenta albo skończą w więzieniu w Guantanamo, albo staną przed trybunałami wojskowymi i zostaną straceni. Rozwiążą się wszystkie problemy tego świata, również te nasze osobiste. Marzenie QAnonu o Burzy utrzymało się nawet po zakończeniu kadencji Trumpa, kiedy złożył urząd, nie dokonawszy czystki. Stronnicy QAnonu otrzepali się po porażce w wyborach i niespełnieniu proroctw Q. Niewykluczone, że ukryte państwo (deep state) okazało się zbyt silne i Trump nie zdołał go jeszcze pokonać. Ale zawsze może znów spróbować - z pomocą Q oraz jego zwolenników.
Q i popierający go twórcy teorii spiskowych obiecują swoim wyznawcom, że jeśli Trump dostanie wolną rękę, by móc się policzyć z wrogami, to nastanie oczekiwana utopia. Klika zgromadziła zapasy leków, więc kiedy Trump rozpęta Burzę, nawet śmiertelnie chorzy zostaną uzdrowieni. Ponieważ to Klika wywołuje wszystkie wojny na świecie, z chwilą aresztowania jej przywódców zapanuje pokój. Wiadomo też, że kontroluje system finansowy, więc po jej pokonaniu nie będzie już na świecie kart kredytowych ani studenckich długów. Nie chodziło w tym wszystkim o debaty polityczne czy nawet wojny kulturowe - zwolennicy Trumpa, którzy zaciągnęli się pod sztandary QAnonu, przystępowali do biblijnej walki między dobrem a złem. Nazywali siebie wojownikami Boga. Ten wyznaczył im zadanie - mają się rozprawić z określonymi ludźmi, w ich przekonaniu będącymi wcieleniami diabła. Zaliczają się do nich na przykład Obama i miliarder George Soros finansujący demokratów.
Teoria QAnonu i skupiająca się wokół niego społeczność odnosi się do wielu dziedzin: seksu, religii, polityki, terroryzmu, a nawet zdrowia. Wyznawcy zachęcają się bowiem nawzajem do sprzeciwu wobec szczepień i do nienoszenia maseczek. QAnon to symptom świata, w którym żyjemy, wytwór niekontrolowanych mediów społecznościowych, podupadającego systemu edukacji, coraz większej polaryzacji politycznej oraz kryzysu wspólnot w świecie rzeczywistym, pozainternetowym. Zwolennicy Q zareagowali na współczesność ucieczką w pełną przemocy fantazję równoległą do świata rzeczywistego. QAnon nie jest jednorazowym zjawiskiem. Przeciwnie, to dopiero początek ofensywy nieokiełznanych ruchów wyznawców teorii spiskowych. Jeśli nic się nie zmieni, to QAnon okaże się zapowiedzią naszej przyszłości.
Pierwszym, co rzuca się w oczy na widok zwolenników QAnonu, jest ich strój wraz z akcesoriami: ubrania i plakaty z literą Q, portretami Trumpa i zagadkowymi akronimami. Ci ludzie dzierżą flagi przedstawiające Donalda Trumpa, który w pozie zwycięzcy stoi w rozkroku na czołgu. Mają na sobie koszulki z jaskrawożółtym albo czerwono-biało-niebieskim Q lub kurtki motocyklowe, na których zostało naszyte Q. Widoczna jest obsesja na punkcie Punishera, samozwańczego mściciela, antybohatera Marvelowskich komiksów. Na jednym z ulubionych T-shirtów sympatyków QAnonu widnieje litera Q wystylizowana na czaszkę będącą logo Punishera3, a do tego zaczesana na bok blond grzywka Trumpa i napis "Keep Calm and QAnon"[2].
Kiedy 6 stycznia 2021 roku rozmawiałem ze zwolennikami QAnonu zebranymi pod Kapitolem, uderzyło mnie, jak wielu z nich było przekonanych, że tego właśnie dnia rozpocznie się Burza. Mieli jednak bardzo odmienne wizje jej przebiegu. Może Trump poprowadzi demonstrantów na Kapitol i wedrą się do senatu, w chwili gdy wiceprezydent Mike Pence, który zdradził kraj i zaprzedał się Klice, zatwierdzi zwycięstwo Bidena. A może Pence należy do QAnonu i będzie nadzorował przebieg Burzy, kiedy policja aresztuje demokratów za sfałszowanie wyborów.
Wyznawcy QAnonu przybyli do Waszyngtonu, żeby na własne oczy zobaczyć ten historyczny moment, a nawet wziąć we wszystkim czynny udział, gdyby Trump do nich zaapelował. Wyważonym, a zarazem entuzjastycznym tonem, jakiego można byłoby się spodziewać po kibicu opowiadającym o ulubionej drużynie, relacjonowali, jak Hillary Clinton zjada dzieci i jak nie mogą się doczekać nowej wojny domowej. Kiedy na Kapitol przybył Pence, by zatwierdzić wyniki wyborów, tłum zaczął wykrzykiwać hasło QAnonu: "Dokąd idzie jeden z nas, tam idziemy wszyscy". Przez lata karmiono tych ludzi fantazjami o Burzy, obiecywano im brutalne egzekucje przeciwników politycznych i ustanowienie dyktatury Trumpa. Teraz, gdy Pence wszedł do siedziby Kongresu, wszystko to zaczęło się wymykać z rąk.
- Burza jest nad nami - powiedziała do mnie Borgerding.
I zaczął się szturm.
W maju 2016 roku zacząłem wydawać biuletyn, w którym starałem się wyjaśniać swoim liberalnym czytelnikom, jak doszło do tego, że ówczesny kandydat na prezydenta Donald Trump przejął Partię Republikańską. Prezentowałem nurty skrajnej prawicy i jej dziwactwa, od pojawienia się Breitbart News Steve'a Bannona do rosnącego wpływu rasistowskiej alt-prawicy.
Projekt ten wyrósł z mojej osobliwej namiętności, która kazała mi pochłaniać treści prawicowych mediów w ogromnych ilościach. Wychowałem się w konserwatywnej rodzinie z Teksasu, gdzie podczas jazdy samochodem słuchało się pogadanek Rusha Limbaugh[3] i audiobooków Ayn Rand[4]. Płakałem podczas pogrzebu Ronalda Reagana i zaczytywałem się w poradniku Billa O'Reilly'ego dla nastolatków, by znaleźć wskazówki, jak sobie radzić z problemami wynikającymi z palenia papierosów i przedmałżeńskiego seksu. Ale nawet po odejściu z partii pozostało mi perwersyjne zainteresowanie republikańskimi celebrytami medialnymi i konfliktami ideologicznymi w łonie amerykańskiej prawicy. Przez lata pracy w lokalnych mediach obijałem się, spędzając czas na lekturze konserwatywnych felietonistów i blogerów oraz śledząc dziwaczne postacie walczące o przejęcie kontroli nad ruchem konserwatywnym za prezydentury Obamy.
Wysunięcie się Donalda Trumpa na czoło kandydatów Partii Republikańskiej zaintrygowało obserwatorów teorii spiskowych i skrajnie prawicowej ekstremy, ze mną włącznie. Żona, która miała już po uszy moich opowieści o konserwatywnych mędrkach, tropionych przeze mnie godzinami, wpadła na pomysł, żebym napisał książkę dla szerszego grona odbiorców o tych postaciach i o teoriach spiskowych, zamiast rozprawiać o nich co wieczór przy kolacji.
Po pięciu miesiącach opracowywania biuletynu poświęconego najdziwaczniejszym elementom zaplecza społecznego Trumpa w październiku 2016 roku zetknąłem się jednak ze zjawiskiem, przy którym moi dotychczasowi bohaterowie sprawiali wrażenie niemal normalnych. Pewnej nocy natrafiłem w internecie na historię, która miała zmienić raz na zawsze zarówno moje życie, jak i amerykańską politykę. Była to afera Pizzagate.
Zauważyłem, że pomniejszy działacz alt-prawicy o pseudonimie Pizza Party Ben zamieścił na swojej stronie na Twitterze mnóstwo filmów i zdjęć z waszyngtońskiej pizzerii Comet Ping Pong. Obsesyjnie skupiał się na jej menu i wystroju. Nie był w tym odosobniony - w całym prawicowym internecie ludzie zamieszczali filmiki o tym lokalu. Nie było w nich nic złowrogiego. Większość przedstawiała dzieci jedzące pizzę albo grające w ping-ponga przy stołach w restauracji. Sam byłem kiedyś w Comet Ping Pong i miło to miejsce wspominałem. Pomyślałem, że jeśli ci faceci też lubią tę pizzerię, to przynajmniej coś nas łączy.
Napisałem do Bena z pytaniem, dlaczego tak się interesuje Cometem. Odpisał tylko, że pizzeria jest uwikłana w "wiele dziwnych spraw".
Dość szybko się zorientowałem, że nie o samą pizzę tu chodzi. Mail od Bena rozbudził moją ciekawość i zacząłem dociekać, dlaczego prawica tak się koncentruje na Comecie. Kilka dni wcześniej na forach Reddit i 4chan pojawiły się anonimowe wpisy na temat zhakowanych maili Johna Podesty kierującego kampanią Hillary Clinton, które upublicznił portal WikiLeaks. W dyskusji wspomniano kilka razy o lokalu Comet Ping Pong, ulokowanym w bogatej dzielnicy Waszyngtonu, popularnej wśród polityków.
Domorośli internetowi detektywi uczepili się maili z zamówieniami na pizzę. Twierdzili, że w slangu pedofilów "pizza z serem" oznacza "dziecięcą pornografię"4. Szybko wysnuli stąd ponury wniosek - gdy Podesta i jego znajomi zamawiają pizzę, w rzeczywistości zamawiają dziecko, żeby w restauracji uprawiać z nim seks. Teoria, którą nazwano "Pizzagate", choć tak kuriozalna, pod koniec kampanii prezydenckiej zyskała popularność w skrajnie prawicowym internecie.
Wysłałem do właściciela Comet Ping Pong, Jamesa Alefantisa, mail z pytaniem, czy widział na Reddicie spekulacje, że jego restauracja to jaskinia zła, gdzie gwałci się dzieci.
"Co to jest Reddit?" - zapytał.
Wkrótce miał dobrze poznać to forum oraz inne zakątki internetu, w których on, jego klienci i personel uchodzili za uosobienie niewyobrażalnego zła. Grożono im śmiercią, wokół restauracji kręcili się detektywi amatorzy, transmitujący na żywo swoje śledztwo dla widzów chętnych zajrzeć do przybytku diabła. Wyznawcy teorii spiskowej nękali też okoliczne sklepy i firmy, przekonani, że są połączone z pizzerią podziemnymi tunelami, w których grasują działacze Partii Demokratycznej handlujący żywym towarem.
W grudniu 2016 roku do Comet Ping Pong wdarł się przekonany o prawdziwości Pizzagate niejaki Edgar Maddison Welch uzbrojony w karabin AR-15, by ratować dzieci wykorzystywane seksualnie w piwnicy lokalu. Goście uciekli w popłochu, a Welch strzelał w drzwi, żeby się wedrzeć do lochu. Przeszukał restaurację, ale nie znalazł żadnych torturowanych dzieci. Nie znalazł nawet piwnicy, ponieważ w Comecie jej nie było. Niepocieszony, wyszedł z rękami za głową i został aresztowany.
- Sytuacja nie została należycie rozpoznana - powiedział później5.
Po strzelaninie Pizzagate przestała interesować opinię publiczną. Brutalny postępek Welcha skompromitował tę teorię, a Alefantis groził pozwami o zniesławienie. W internecie nigdy jednak nie przycichła, zeszła tylko do podziemia.
Rok po ataku Welcha na Comet Ping Pong, zimą 2017 roku, znów wszedłem na 4chan. Zauważyłem powtarzający się wątek ilustrowany obrazkiem lwa patrzącego na zachód słońca. Niewielka społeczność internetowa na 4chanie o nazwie "Cisza przed Burzą" określała się jako miejsce, gdzie omawia się wpisy niejakiego Q. Na 4chanie roiło się jednak od bzdur, które nigdy nie wykroczyły poza ten serwis, przez jakiś czas ignorowałem więc te wątki. Kimkolwiek był Q, uważałem, że na pewno więcej o nim nie usłyszymy.
Myliłem się. Wątki na 4chanie stanowiły wczesny sygnał, że Pizzagate nigdy nie zanikła. W rzadko odwiedzanych zakątkach globalnej sieci splotła się z innymi teoriami spiskowymi i fenomenami typowymi dla internetu, a z tego powstał QAnon - megateoria spiskowa, znacznie atrakcyjniejsza i groźniejsza niż Pizzagate.
Wyłapałem na 4chanie jeszcze więcej wzmianek o całym tym Q i Burzy, choć nie wiedziałem wtedy, co oznaczają. Potem terminy te pojawiły się na Reddicie i Facebooku. Obserwowani przeze mnie prawicowi użytkownicy Twittera rozprawiali o wypowiedziach Q. Wiosną 2018 roku zacząłem pisać o zjawisku będącym tematem ich rozmów - o QAnonie. Wkrótce potem, w kwietniu 2018 roku, patrzyłem, jak setki zwolenników tego ruchu maszerują ulicami Waszyngtonu, domagając się zamknięcia prowadzonego przez Departament Sprawiedliwości śledztwa w sprawie kampanii Trumpa. Skandowali: "Dokąd idzie jeden z nas, tam idziemy wszyscy". Widząc ten marsz, zrozumiałem, że QAnon jest dla jego wyznawców czymś znacznie więcej niż dziwaczną internetową pogłoską. Spotkałem tam mężczyznę, który nie mógł się leczyć z nowotworu zagrażającego jego życiu, bo nie miał ubezpieczenia. Powiedział mi, że nie martwi się swoją chorobą, ponieważ wkrótce spełnią się przepowiednie Q, nastanie Burza i zmusi Klikę do udostępnienia ukrywanego od dawna lekarstwa na raka. Kobieta, której syna prześladowano w szkole z powodu autyzmu, zwierzyła mi się, że się o niego nie martwi. Niedługo Trump rozkaże Klice udostępnić lek na autyzm.
QAnon wydawał się wtedy mroczną sektą, ale nic nie wskazywało na to, żeby miał wywrzeć znaczący wpływ na politykę. Jednak z upływem miesięcy wskazówki Q wplatały się w coraz bardziej złożoną narrację. Coraz częściej pisałem o QAnonie. Stał się żyzną glebą dla tych, którzy zamierzali zarabiać na naiwnych i zdezorientowanych ludziach - dostarczał mnóstwo materiału do publikacji. Najpierw do swojego biuletynu, a później dla portalu Daily Beast, z którym nawiązałem współpracę w 2018 roku, pisałem artykuły podważające twierdzenia QAnonu i demaskujące jego propagatorów jako oszustów i szarlatanów. Myślałem, że wiec urządzony w 2018 roku w Waszyngtonie będzie największym wydarzeniem zorganizowanym przez QAnon i że ludzie, których zwiódł Q, szybko sobie uświadomią, że zostali ogłupieni. Ale kilka miesięcy później, gdy okazało się, że przepowiednie Q o aresztowaniu Hillary Clinton się nie sprawdziły, oszalały wyznawca QAnonu opancerzoną ciężarówką zablokował most koło zapory Hoovera. Q nie zniknął. Przeciwnie - dziesiątki jego wyznawców zaczęły się pojawiać na wiecach Trumpa z ogromnymi znakami Q. Zwolennicy QAnonu ubiegali się nawet o miejsce w Kongresie.
Przez swoje artykuły o QAnonie stałem się w końcu obiektem prześladowań. Czołowi wyznawcy teorii spiskowych oskarżyli mnie, że jestem funkcjonariuszem ukrytego państwa kryjącym pedofilską szajkę. Q w swoich postach linkował moje wpisy na Twitterze, a jego gniewni zwolennicy wysyłali mi obelżywe teksty. Siedząc w pierwszym rzędzie na wiecu QAnonu we wrześniu 2019 roku, patrzyłem, jak na scenę wchodzi propagator teorii spiskowych Dustin Nemos. Nemos, najwyraźniej nieświadomy, że znajduję się na widowni, oskarżył innego obecnego w sali mężczyznę, który był do mnie trochę podobny, że jest prawdziwym Willem Sommerem. Inni uczestnicy wiecu zaczęli na niego buczeć i krzyczeć, a on bez powodzenia próbował ich przekonać, że nie jest mną. Nie mogłem nie dostrzec ironii tej sytuacji - wyznawcę QAnonu zaskoczyło, że gniew tłumu nagle zwrócił się przeciw niemu, ale obawę budził fakt, że naprawdę obiektem gniewu byłem ja sam. Reakcja QAnonu na świat zewnętrzny stawała się coraz bardziej nieprzyjemna.
Kiedy zacząłem dostawać maile z groźbami śmierci, trudno było zignorować to, co spotkało innych ludzi, którzy rozgniewali fanów QAnonu. Jeden ze zwolenników ruchu zamordował szefa nowojorskiej mafii, którego nie udało mu się zaprowadzić przed mityczny trybunał. Inny wyznawca QAnonu zabił własnego brata, uwierzył bowiem w teorię o ludziach-jaszczurach, nawet w QAnonie uważaną za skrajną, i uznał, że brat jest właśnie takim jaszczurem.
Zlikwidowałem swoje konta w mediach społecznościowych, dobrze bowiem wiedziałem, że zwolennicy QAnonu potrafią nawet niewinne zdjęcia wykorzystać do swoich ataków. Kiedy znajomi przyjechali do domku letniskowego z godną pokazania na Instagramie zabawką do basenu w kształcie kawałka pizzy, wolałem trzymać się z daleka. Czułem, że przez QAnon rozpadam się na dwoje. Prawdziwe, przyziemne wcielenie mojej osoby poświęcało stanowczo za dużo czasu lekturze teorii spiskowych, wymianie SMS-ów z ludźmi opętanymi obsesją na punkcie QAnonu i słuchaniu podcastów tego ruchu. Inne wcielenie widzieli zwolennicy QAnonu - postać znacznie bardziej intrygującą, złowrogą i lepiej się nadającą na obiekt nienawiści. Stałem się w świecie QAnonu niewygodnym mikrocelebrytą. Wielu wyznawców ruchu w osobistym kontakcie okazywało się - kiedy przestawali gadać o egzekucjach i pedofilach - całkiem miłymi ludźmi, co budziło pewien niepokój. Niektórzy chcieli robić sobie ze mną selfie, bo byli przekonani, że jestem po ich stronie i piszę o ruchu, by szerzyć jego ideologię. Potem jednak próbowali wciągać mnie w transmitowane na żywo dyskusje albo naciskali, żebym się zdeklarował, czy naprawdę uważam QAnon za oszustwo. Kiedy z inspiracji Q doszło do kolejnych aktów przemocy, zacząłem się w miarę możliwości jak najbardziej maskować, gdy wybierałem się na imprezy zwolenników Trumpa.
Ideologia zrodzona w odmętach internetu doprowadziła do zerwania więzi tysięcy ludzi z ich bliskimi, zniszczyła przyjaźnie i małżeństwa. Bez względu na to, czy mamy pojęcie o QAnonie, czy też nie, mógł on wpłynąć na nasze życie, bo na przykład z powodu jego działań spadły wskaźniki szczepień w naszym mieście albo jakiś oszołom z karabinem nabrał przekonania, że wypełnia rozkazy Q.
Do czasu wyborów prezydenckich w 2020 roku moje relacje z QAnonem zdążyły się jeszcze pogorszyć. Z początku był dla mnie irytującym zjawiskiem, które można zaliczyć do internetowego folkloru, w praktyce jednak niemającym większego znaczenia. Zmieniłem zdanie i uznałem, że to coraz bardziej licząca się siła po prawej stronie amerykańskiej sceny politycznej. QAnon przestał być imprezą towarzyszącą - stał się główną.
W czasie wyborów dał się poznać jako coś znacznie poważniejszego niż symbole zawarte we wskazówkach Q i dziwnych komunikatach. Dla wyznawców był już stylem życia, światopoglądem, sposobem uprawiania polityki i wspólnotą. Najbardziej oddani fani Q porzucili swoje dawne życie, żeby podążyć za marzeniami o Burzy.
Stojąc pod Kapitolem, szukałem odpowiedzi na pytanie, które zaczęło mnie nurtować, odkąd zaobserwowałem, jak QAnon rośnie w siłę. Co się dzieje, kiedy część rodaków ulega zbiorowym urojeniom?
Douglas Jensen, zwolennik QAnonu, przyjechał do stolicy, ponieważ był przekonany, że osobiście poprosił go o to sam Q. Znajomym w Iowa powiedział, że wierzy, iż Q komunikuje się z nim bezpośrednio i że wszystkie przepowiednie się sprawdzą. Sam się nazwał "cyfrowym żołnierzem", który to termin, użyty w przemówieniu Michaela Flynna, doradcy Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego, zwolennicy Q przyjęli jako jedno ze swoich haseł. Teraz Jensen w T-shircie ozdobionym wielką literą Q, groźnym orłem z amerykańskiego godła i hasłem Q "Trust the Plan" [Uwierz w Plan] robił wszystko, żeby wysunąć się na czoło demonstrantów. Chodziło o to, by kamery uchwyciły jego koszulkę, co zwróciłoby większą uwagę na Q.
Jensen dostał się do budynku przez wybite okno, gotów pomóc policji Kapitolu w aresztowaniu Pence'a na rozkaz Trumpa. Wyróżnił się jako jeden z najbardziej agresywnych uczestników zamieszek. Zagrzewał rodaków do atakowania policji i nie przejął się nawet wtedy, gdy wokół rozległy się eksplozje. Wewnątrz budynku kierował tłumem, który ścigał po schodach osaczonego funkcjonariusza policji Kapitolu.
- Dlaczego bronicie tych skurwysynów?! - wrzeszczał do policjantów i żądał, żeby zatrzymali prawodawców zamierzających zatwierdzić wyborcze zwycięstwo Bidena. - Powinniście ich aresztować!
Kevin Strong, pracownik Federalnej Administracji Lotnictwa, który dostał się do budynku Kapitolu, przyjechał z Kalifornii, by na dobre pogrążyć się w odrealnionym świecie QAnonu. FBI śledziło go już na tydzień przed zamieszkami, ponieważ jeden z jego znajomych ostrzegł, że Strong coraz bardziej angażuje się w ten ruch. Przed wyjazdem do Waszyngtonu Strong wywiesił przed domem flagę Q i kupił nowy samochód, przekonany, że Burza niedługo unieważni jego dług6. Powiedział znajomemu, że 6 stycznia będzie początkiem III wojny światowej.
Kiedy znalazł się już na Kapitolu, wojna się jednak nie zaczęła. Nie przyczynił się do mianowania Trumpa na drugą kadencję, kamery telewizji MSNBC uchwyciły go, jak kręcił się bez celu po rotundzie. Agenci FBI, którzy po kilku dniach wkroczyli do jego domu, skonfiskowali flagę QAnonu.
Wyznawca QAnonu Hank Muntzer, zaangażowany tak bardzo, że na ścianie swojego sklepu ze sprzętem gospodarstwa domowego w Montanie wymalował hasła ruchu i mural przedstawiający Burzę, także wdarł się na Kapitol. Podobnie jak Strong i Jensen wierzył niezbicie, że Q zainspirował amerykański naród swoimi wskazówkami i "obudził śpiącego giganta".
Muntzer pomógł demonstrantom przedrzeć się przez kordon policji, rozpylając gaz pieprzowy. Mimo że uczestniczył w ataku i pisał na Facebooku o tym, jak wraz z innymi "wziął szturmem Kapitol", w wywiadzie zarejestrowanym później na ulicy w Waszyngtonie utrzymywał, że zniszczenia pokazywane w mediach to robota ukrytego państwa, fałszywka, która ma zszargać opinię demonstrantom. Kiedy pisałem tę książkę, Muntzer czekał na proces. Postawiono mu pięć zarzutów związanych z zamieszkami.
Rosanne Boyland z Georgii związała się z QAnonem podczas lockdownu. Zaczęła opowiadać znajomym o Klice i dzieciach kretach. Ktoś z jej przyjaciół stwierdził później, że Boyland, narkomanka na odwyku, skojarzyła opowieści QAnonu o zbrodniach popełnianych na dzieciach ze wspomnieniami z własnego dzieciństwa i w ten sposób uległa praniu mózgu. Tłum zwolenników Trumpa atakujących policjantów stratował ją na śmierć7.
Ashli Babbitt, weteranka Sił Powietrznych, przyjechała do Waszyngtonu, by wziąć udział w wydarzeniach według niej mających być początkiem Burzy. Zainteresowała się QAnonem w lutym 2020 roku. Wrzucała na Twittera swoje zdjęcia w koszulce z literą Q i przechwalała się swoimi umiejętnościami przed nowo nawróconymi, którzy w swoim mniemaniu zażyli czerwoną pigułkę. Owinięta we flagę Trumpa, została zastrzelona przez funkcjonariusza policji Kapitolu, kiedy próbowała wedrzeć się na korytarz przyległy do sali obrad.
Ale chyba nikt z demonstrantów nie ucieleśnił obłędu, jaki QAnon wprowadził do życia politycznego Stanów Zjednoczonych, w takim stopniu, jak Jacob Chansley, samozwańczy szaman Q.
Chansley, nieudany aktor, wyrzucony podobno z marynarki wojennej za to, że odmówił przyjęcia szczepionki przeciwko wąglikowi, przeszedł przemianę, gdy odkrył QAnon. Ubierał się w zwierzęce skóry, na głowie nosił rogi, malował twarz na czerwono, biało i niebiesko i dzierżył włócznię owiniętą amerykańską flagą. Przyjmując ideologię QAnonu w najdziwaczniejszej formie, stał się nowym człowiekiem - z bezrobotnego aktora mieszkającego z matką przemienił się w szamana Q.
Jako szaman stał się znaną postacią w Arizonie, mateczniku QAnonu. Wydzierał się przed budynkiem sądu, kiedy ktoś ze zwolenników ruchu wychodził za kaucją, i drażnił gniewne tłumy przed lokalami wyborczymi, krzycząc o sfałszowaniu wyborów.
Wielu zwolenników Q określa się mianem wojowników, ale Chansley naprawdę przywdział bojowy rynsztunek QAnonu i barwy wojenne, by prowadzić "wojnę o charakterze duchowym". Jego czapka z futra kojota ozdobiona rogami bizona nawiązywała do tubylczych wierzeń w przebiegłego boga pod postacią kojota. Znaczenie rogów, jak sam wyjaśniał, było prostsze: "Jeśli zadzierasz z bykiem, weźmie cię na rogi".
6 stycznia Chansley wdarł się do budynku Kapitolu, zagrzewając demonstrantów przez megafon do ataku na kongresmenów8. Dotarł nawet do sali obrad senatu, gdzie ze swoją włócznią pozował do zdjęć w fotelu, w którym jeszcze niedawno siedział Pence.
Chansley zostawił wiceprezydentowi liścik9. "To tylko kwestia czasu" - napisał na kartce, a niżej dodał hasło QAnonu, brzmiące jak groźba: "Sprawiedliwości stanie się zadość".
Gdy eksplodowały granaty hukowe, a chmura gazu łzawiącego spowiła tłum zgromadzony przed Kapitolem, znowu wpadłem na Borgerding, niemal w tym samym momencie, w którym mężczyzna wymachujący wielką flagą z Q wjechał na skuterze przez wyważone drzwi budynku.
- Stało się - powiedziała. - Odzyskujemy nasz kraj.