Rozdział 1.Muszę się nauczyć mówić "nie"
Cindy
Stary zegar na ścianie wskazywał wpół do drugiej. Odetchnęłam z ulgą, wiedząc, że koszmar właśnie się kończy i trzeba zacząć sprzątać brudy. W barze wciąż unosił się zapach alkoholu zmieszany z męskimi i damskimi perfumami, od których mój żołądek powoli zaczynał mieć dosyć. Każdego poranka, gdy podnosiłam się z łóżka i myślałam o kilkunastogodzinnym staniu i przechadzaniu się między stolikami, powtarzałam sobie, że jest to ostatni raz, gdy moja noga przekroczy próg baru The Silver Stamp, znajdującego się w dzielnicy Gateway w Las Vegas. Lecz każdy dzień zamieniał się w kolejny i kolejny. W dalszym ciągu tkwiłam w jednym i tym samym miejscu.
Szorowanie podłogi klejącej się od wylanego alkoholu i resztek jedzenia powoli dobiegało końca. Dźwięk pukania w szybę odwrócił moją uwagę od sunącego po posadzce mopa, który zostawiał za sobą lekkie smugi. Spojrzałam w stronę uchylonego okna. Całe moje ciało momentalnie się rozluźniło, gdy dostrzegłam blondynkę z lekkimi odrostami, mierzącą mnie swoim niebiańskim spojrzeniem.
- Ruchy, Cindy! I nie pucuj tak, bo jutro i tak będzie to samo! - krzyknęła uśmiechnięta Alex.
- Wystraszyłaś mnie.
Skinęłam czubkiem kija od mopa w jej stronę, po czym chwyciłam wiadro i ruszyłam w stronę magazynku, który połączony był z małą kantyną dla pracowników. Odstawiłam wszystko na miejsce i podeszłam do szafki, gdzie trzymałam wszystkie swoje rzeczy.
Wtedy usłyszałam czyjeś kroki. Odwróciłam się i dostrzegłam Jamesa, który ze skruchą patrzył w moją stronę, drapiąc się w tył głowy. Odruchowo zerknęłam na jego szyję, gdzie niegdyś musiał widnieć tatuaż. Teraz miał tam jedynie zbliznowaciałą po poparzeniu skórę. Nigdy nie potrafiłam powstrzymać chęci zerknięcia na to miejsce, jednak po chwili odwracałam wzrok.
- Wal śmiało, chcę mieć to z głowy - powiedziałam.
- Wiem, że miałaś mieć wolne...
- Ale już nie mam - dokończyłam i przewróciłam oczami.
Potrzebowałam jednego dnia wolnego, by iść na rozmowę o drugą pracę, która dawała mi szansę na znacznie większe zarobki i co najważniejsze, była posadą bez mopa i oślizgłych rąk klientów. Następne w kolejce miało być mieszkanie w znacznie lepszej dzielnicy niż ta, w której obecnie mieszkałam wraz z mamą.
- Kim właśnie zadzwoniła, że jest chora. Nie mam kogo wziąć.
Uciszyłam głos w głowie, który wykrzykiwał liczne przekleństwa. Chęć powiedzenia "nie przyjdę" ucichła tak szybko, jak się pojawiła. Nie potrafiłam odmawiać i była to jedna z wielu moich wad.
Westchnąwszy ciężko, rzuciłam:
- Zgoda, ale następny weekend muszę mieć wolny, James, mówię poważnie.
Uśmiech, który rozpromienił jego wcześniej zakłopotaną twarz, dał mi do zrozumienia, że się zgadza.
- I zrób wszystko, żeby nie było tu twojego brata, błagam - dodałam.
Nie miałam pojęcia, jakim cudem Joe mógł być spokrewniony z Jamesem. Choć niewiele różnili się wyglądem - poza tym, że Joe był znacznie wyższym i tyczkowatym facetem - to charaktery mieli zupełnie inne. I nie byli nawet jak woda i ogień, a jak gaśnica i ogień. Niestety tą biedną gaśnicą był James i za każdym razem musiał świecić oczami za wybryki brata, którego znali praktycznie wszyscy.
- Tego nie mogę ci obiecać.
- Więc ja nie mogę obiecać, że również nie zachoruję.
- Cindy... - Wskazał na mnie palcem, mrużąc powieki. - Tak nie żartujemy.
- I vice versa.
Dźwięk stukających obcasów wybrzmiał na tyle wyraźnie, że wiedziałam, iż w naszą stronę kroczyła Alex.
- Dasz jej już spokój? - Spojrzała na zegarek, po czym pokazała go Jamesowi. - Czy ty widzisz, która jest godzina? Jesteś najgorszym szefem, jakiego znam! Trzymasz swoich pracowników po godzinach.
Chwyciła mnie za dłoń i pociągnęła w swoją stronę.
- Wiem, Alex, że chciałabyś tu pracować, ale niestety nie mamy miejsc. - Wzruszył ramionami.
- Jaka szkoda, spróbuję za jakieś pięćdziesiąt lat, może się uda, o ile to wszystko - wskazała na pomieszczenie - jeszcze będzie zipieć.
- Myślę, że ty po pięćdziesiątce nie będziesz już w stanie "zipieć" na tych szczudłach, a co dopiero tutaj pracować.
Obie spojrzałyśmy na jej wysokie szpilki, które sprawiały, że była jeszcze wyższa.
- Mogę ci zagwarantować, że będę chodziła na jeszcze wyższych obcasach, a wtedy już twoja głowa nie będzie w stanie sięgnąć mojej.
- Nie będę zadzierać głowy, żeby patrzeć na twoją pomarszczoną twarz, Alex.
Zmrużyła oczy.
- Nie wiem, jak zarządzasz swoim biznesem, ale chyba upadłeś na głowę, jeśli uważasz, że pogodzę się ze starością. Naciągnę się do momentu, aż zabraknie mi skóry, a teraz dobranoc, bo mam tu kobietę, która potrzebuje odpoczynku.
Alex chwyciła mnie pod ramię i skierowała nas w stronę wyjścia, a ja próbowałam zignorować brudne ślady, które zostawiłyśmy na podłodze, i nie myśleć o tym, że jutro będę musiała je zmyć. Stawiałam leniwie stopy, podczas gdy Alex żywo kroczyła do samochodu, ciągnąc mnie za sobą.
- No dalej, pszczółko, za chwilę będziesz w domu.
- Gdybyś po mnie nie przyjechała, spałabym na krzesłach - westchnęłam.
Nagle Alex przystanęła, a ja zderzyłam się z czymś twardym. Otworzywszy oczy, spojrzałam w górę i dostrzegłam dość postawnego mężczyznę. Nie przeprosił nas, a jedynie ominął i ruszył w stronę baru.
- Halo! Proszę pana, bar jest już zamknięty! - krzyknęłam, odwracając się w jego stronę.
Ponad jego ramieniem rozległo się głośne prychnięcie. Nie wyglądał na kogoś, kogo chciałabym spotkać w ciemnej uliczce czy chociażby obsłużyć. Zignorował nas i wszedł do środka, a ja oczami swojej zmęczonej wyobraźni widziałam ogromne ślady buciorów, które będę musiała jutro zmyć z podłogi.
- James ma dziwnych kolegów, ale za to wyższych - rzuciła kąśliwie Alex, na co delikatnie uderzyłam ją w ramię.
- Alex, jesteś bezlitosna!
- On też, a teraz szorujemy do auta.
Gdy tylko dotarłyśmy do zaparkowanego czarnego mustanga, poczułam dziwną ulgę.
- Powinnaś w końcu znaleźć rycerza na białym rumaku. Mój co prawda jest czarny, ale ja jestem tchórzem i rycerz byłby ze mnie słaby. Mogę robić tylko za konia.
Zaśmiałam się.
- Rumak mi wystarczy - westchnęłam.
- Myślisz, że żartuję?
- Myślę, że James właśnie próbuje udawać, że nie bolał go przytyk dotyczący jego wzrostu - odpowiedziałam.
Z uśmiechem wzruszyła ramionami i ruszyła z piskiem opon.
- I tak byłam łaskawa, poza tym nie interesuje mnie jego wzrost, po prostu wiem, że głównie tak mogę mu nadepnąć na odcisk. Ale dobra, koniec o nim. Na którą jutro jesteś umówiona? - zapytała z ekscytacją w głosie.
Westchnąwszy ciężko, oparłam głowę o zagłówek fotela i przymknęłam powieki.
- Na dziewiątą, muszę przygotować bar.
- Pieprzysz.
Nawet na nią nie spojrzałam.
- Dlaczego nie odmówiłaś? - Ton jej głosu dowodził, że jest zawiedziona. - Byłaś o krok od uwolnienia się od tego syfu! Wracamy tam!
- Alex, nie! - Momentalnie otworzyłam oczy i bez zawahania chwyciłam jej rękę spoczywającą na kierownicy. - Wiesz, że potrzebuję pieniędzy.
- Wiem! Ale żebyś miała ich więcej, Cindy, potrzebujesz nowej pracy, a co za tym idzie, wolnego dnia od tego bajzlu, który codziennie sprzątasz - syknęła wściekle, a ja momentalnie ją puściłam. - Co za wredny kutas! Ma cwaniak nochala!
Uderzyła dłonią w kierownicę, lecz tylko ja podskoczyłam na dźwięk klaksonu.
- Spróbuję przełożyć spotkanie na następny tydzień, facetowi zbytnio się nie spieszyło. Jeśli się nie uda, poszukam czegoś innego, a teraz proszę, jedźmy do domu, bo inaczej będę nocować w twoim aucie.
Po kilku sekundach jej spojrzenie złagodniało. Wiedziałam, co chodziło jej po głowie i co chciała mi zaproponować, ponieważ robiła to niejednokrotnie, nie chciałam jednak z tego skorzystać. Alex i jej rodzina zawsze robili dla mnie wiele i wiedziałam, że gdybym tylko pisnęła słowem, jej tato załatwiłby nam nowe mieszkanie i lepszą pracę dla mnie. Zrezygnowana włączyła radio. Leciała właśnie piosenka Imagine Dragons Sharks. Obserwowałam, jak jej wypielęgnowane dłonie zaciskają się na kierownicy, co świadczyło o tym, iż walczyła ze sobą, aby nie zawrócić.
- Opowiedz, jak minął ci dzień - poprosiłam i delikatnie się uśmiechnęłam, gdy światła lamp i bilbordów padły na nasze twarze, rzucając na nie żywe kolory.
Uwielbiałam słuchać, gdy Alex opowiadała mi o tym, ile projektów musiała wyrzucić do kosza i jak po raz kolejny olała zaloty chłopaka z kawiarni, który robił jej codziennie zbyt słodką kawę, aby tylko spędziła kilkanaście minut dłużej przy ladzie, zanim przygotuje jej tę właściwą.
Gdy tylko dotarłyśmy na miejsce, Alex pożegnała się ze mną i mimo moich nalegań nie zechciała wejść do środka. Z widoczną na twarzy rezygnacją wyszłam z samochodu. Kiedy odchodziłam, opuściła szybę.
- Pozdrów mamę! - krzyknęła, posyłając mi całusa.
- Pozdrowię.
Alex zawsze puszczała głośną muzykę, aby dokuczyć sąsiadowi, który koczował naprzeciwko bloku i lubił zaczepiać młode dziewczyny, jednak tym razem tego nie zrobiła. Gdy weszłam do budynku, zza drzwi dobiegł mnie stłumiony dźwięk odjeżdżającego samochodu, a kiedy wchodziłam po schodach, w uszach pobrzmiewało jedynie moje sapanie.
Dotarłszy na górę, włożyłam klucz do zamka, ale nie udało mi się go otworzyć. Przekręciłam gałkę i ku mojemu zaskoczeniu drzwi ustąpiły. Weszłam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nie dostrzegłam niczego podejrzanego ani nowego poza walizkami, które zostały spakowane na wyjazd do sanatorium. Dzięki znajomościom rodziców Alex mama mogła wyjechać do miejsca, w którym pomogą jej odzyskać zdrowie po złamaniu rzepki w kolanie i urazie stawu biodrowego; dlatego też nie chciałam zgadzać się na ich pomoc przy zmianie mieszkania. Nie zamierzałam wykorzystywać ich dobrych serc, ale je docenić i okazać ogromną wdzięczność.
Blade światło z lampy stojącej przy kanapie oświetlało większość mieszkania, jak i mamę, która przysnęła. W tle można było usłyszeć program lecący w telewizji. Powoli zamknęłam za sobą drzwi na zamek. Okolica, w której mieszkałyśmy, nie należała do najspokojniejszych. Przystanęłam przy kanapie i z delikatnym uśmiechem przykryłam mamę kocem. Chciałam też wyłączyć telewizor, jednak poszukiwania pilota zakończyły się fiaskiem. Jedynie ściszyłam kłócących się ludzi przyciskiem na telewizorze, gdyż wyłącznik na urządzeniu był zepsuty. Zgasiłam światło i ruszyłam do łazienki, by wziąć prysznic, a następnie runęłam na łóżko, gdyż jutro z pewnością czekał mnie ciężki dzień.
***
Stłumiony dźwięk dotarł do moich uszu zbyt późno, bym zdążyła zareagować. Otworzyłam ospale oczy i rozejrzałam się nieprzytomnym wzrokiem po pokoju. Było mi duszno - zdecydowanie musiałam tu przewietrzyć. Dźwięk deszczu i ponownie dzwoniącej komórki sprawił, że poderwałam głowę z poduszki i wyciągnęłam dłoń w stronę stolika, gdzie leżał telefon. Już go chwytałam, gdy nagle urządzenie upadło na ziemię, robiąc zbyt duży hałas.
- Jeszcze się rozbij z samego rana - syknęłam, wychylając się po wciąż głośno dzwoniącą komórkę.
Zmarszczyłam brwi i otworzyłam szeroko oczy z przerażenia. Gdy zobaczyłam imię Jamesa na wyświetlaczu, moją pierwszą myślą było to, że zaspałam. Bez chwili zastanowienia musnęłam zieloną słuchawkę opuszką palca i przyłożyłam telefon do ucha.
- Halo? - Odchrząknęłam, gdy wybrzmiał mój zbyt zaspany głos.
- Przepraszam, wiem, że jest dopiero czwarta nad ranem...
Przetarłam dłonią twarz, gdy usłyszałam, o jak nieludzkiej godzinie zostałam obudzona. Spałam zaledwie trzy godziny i jeśli zaraz znowu nie zasnę, padnę w pracy jak zdechła mucha.
- Ale to wyjątkowa sytuacja - dokończył James.
- Co takiego się stało? - Próbowałam brzmieć miło, a nie tak, jakbym za chwilę miała go ukatrupić.
- Nagła zmiana planów. - Odchrząknął. - Otóż prosiłbym, żebyś dzisiaj przyszła nieco później do pracy.
- Nie ma problemu. Ale wystarczyło wysłać SMS-a.
- To jeszcze nie wszystko... - Był nieco zdenerwowany.
Przypomniałam sobie, jak kiedyś przebrana za kufel piwa zachęcałam ludzi, aby wpadli do naszego baru. Kim również dziwnym trafem tego wieczoru była chora, przez co musiałam ją zastąpić.
- Tylko nie mów, że znów będę musiała włożyć ten tragiczny strój. Może przebiorę się za zielony groszek i zaczniemy promować zdrowy styl życia?
- Wolisz być groszkiem niż piwem?
Wolałabym w tym momencie spać, a przede wszystkim mieć wolne. Na szczęście te słowa zostały jedynie w mojej głowie.
- Zdrowy tryb życia jest ważny, a po piwie rośnie brzuch.
- Pracujesz w barze, Cindy, i codziennie nalewasz klientom litry piwa.
- I czy to oznacza, że nie możemy sprzedawać groszku?
- Mam alergię. - Zirytowanie w jego głosie dało mi lekką satysfakcję. - Do rzeczy. Dziś wieczorem mamy specjalnych gości. Bar będzie zamknięty, więc nie będzie dużego ruchu, ale mimo to będę cię potrzebował.
Skinęłam odruchowo głową, nie myśląc nawet o tym, że nie mógł tego widzieć.
- Jesteś tam? - zapytał.
- Tak, tak, jestem. Cały czas cię słucham.
- Będziesz robiła to, co zawsze, tyle że będzie to bardziej przypominać wieczór w restauracji i to z jednym stolikiem do obsłużenia.
- Więc to takie miniwakacje?
- Cindy, to bardzo ważni goście... I...
- Chyba nie myślisz, że przebiorę się za groszek?
Usłyszałam ciche parsknięcie.
- To naprawdę bardzo ważne. Chciałbym, żebyś ubrała się nieco inaczej niż na zwykłą zmianę. W coś bardziej eleganckiego.
- W porządku.
- I proszę cię, żebyś była miła, bez żadnych żartów czy docinków. Błagam.
Byłam nieco zniesmaczona tą uwagą. Pracowałam u niego wystarczająco długo, by wiedział, że wielokrotnie zagryzałam zęby, słysząc nieprzyjemne komentarze od natrętnych i pijanych klientów. Dlaczego James dawał mi do zrozumienia, że nie jestem zbyt profesjonalna w tym, co robię?
Rozmowa zakończyła się w dość napiętej atmosferze i czułam się temu winna. Miałam być na szóstą wieczorem, mogłam się więc pożegnać z mamą przed jej wyjazdem. Odłożyłam telefon na stolik i opadłam na poduszkę, jednak po chwili usłyszałam ciche kroki. Mama krzątała się po niewielkim salonie i już wiedziałam, że usłyszała tę rozmowę. Miałam wrażenie, że ściany były z papieru i nie wygłuszały żadnych dźwięków.
Z wciąż ociężałymi powiekami wstałam i zrezygnowana wyszłam z pokoju.
- Dzień dobry, moja piękna! - Mama z szerokim uśmiechem stała przy blacie, a ze starego ekspresu do kawy wydobywały się dziwne dźwięki. - Tak wcześnie wstajesz do pracy?
Jej ciepłe spojrzenie na moment przygasło, gdy zerknęła na moją koszulkę. W jej oczach ujrzałam dezaprobatę, którą starała się ukryć.
- Cindy, znów chodzisz w tych ubabranych koszulkach. Mamy pralkę.
Spojrzałam na ubrudzony biało-czarny nadruk. Twarz Britney Spears miała na sobie drobną pomarańczową plamę z soku.
- Też się cieszę, że cię widzę.
Posłany w jej stronę uśmiech był nieco kąśliwy.
- Co ty tu robisz tak wcześnie?
- James zadzwonił i powiedział, że mam być później w pracy, a wiesz, co to oznacza? Że będę mogła cię pożegnać.
Przewróciła oczami, wiedziałam jednak, że za tym gestem kryje się miłość, jaką zawsze mi okazywała.
- I to ja powinnam powitać cię w ten sposób. Nie zamknęłaś wczoraj drzwi. - Pogroziłam jej palcem, a ona jedynie machnęła ręką w moją stronę.
- Najlepszym zdarza się przysnąć.
Zmrużyłam oczy.
- A gdyby nas okradli?
Nie chciałam nawet myśleć o tym, że cokolwiek mogłoby się jej stać.
- Myślę, że każdy skusiłby się na ten zepsuty telewizor, Cindy. W końcu wyłączanie go tylko pilotem czyni go towarem pożądanym.
- Nie odwracaj kota ogonem.
Podeszłam bliżej i stanęłam przy małej wysepce, naprzeciwko niej.
Mogłam śmiało powiedzieć, że byłam jej kopią - oliwkowa karnacja, jasne, duże oczy i pełne usta, tak samo asymetryczne. Górna warga nieco większa od dolnej. Jedynie włosy miałyśmy zupełnie inne. Jej wpadały w brązowy ton i były raczej gładkie, moje były w kolorze pszenicy i do tego kręcone.
- Kawy? Kupiłam wczoraj karmel.
Mama doskonale wiedziała, jak skutecznie mnie uciszyć i zatuszować swoje winy.