LUTY
TUVA, W STRESIE, bębni palcami o ladę.
Jest wciąż w pracy w kawiarni przy Hornstull, chociaż już nie powinna
tutaj być. Klient, który właśnie usiadł w rogu lokalu, spogląda na nią z irytacją, a Tuva odpowiada morderczym spojrzeniem. Zapisuje w pamięci
jego twarz i obiecuje sobie, że następnym razem gość nie dostanie
serduszka na swoim cappuccino. Prędzej środkowy palec.
Tuva nie cierpi się spóźniać, a dzisiejsza obsuwa robi się naprawdę
poważna. Bezwiednie zakłada za ucho kosmyk jasnych włosów. Już pół
godziny temu powinna była odebrać Linusa ze żłobka. Uodporniła się na
złe spojrzenia personelu, bo tyle razy je widziała, że już na nią nie
działają. Gorzej, że będzie przykro jej dwuletniemu synkowi. A Tuva nie
jest osobą, która by sprawiała przykrość dziecku. Zwłaszcza Linusowi.
Ile to razy mówiła, że byłaby gotowa oddać za niego życie. W rzeczywistości nie jest tak prosto, chociaż Bóg jeden wie, że Tuva się
stara. Bardzo. Ściąga teraz fartuch i otworzywszy drzwi szafki, rzuca go
na stertę brudów. Nie może wyjść, dopóki nie przyjdzie jej zmiennik.
Gdzie on jest, do cholery?
Martina, taty Linusa, nie było w dniu, gdy rodził się jego syn. Tuva nie
miała o to pretensji, pojechała karetką na porodówkę, gdzie urodziła dwa
tygodnie przed terminem. Zdziwiła się dopiero, kiedy Martin nie
odwiedził jej w szpitalu, gdzie spędziła kilka dni. Poród odbył się nie
bez komplikacji. Tuva była w takiej mgle, że wszystkiego nie pamiętała,
tyle tylko że lekarze ciągle robili badania jej i dziecku, zapewniając,
że wszystko będzie dobrze. Podobnie jak Martin w lakonicznych esemesach,
które jej przysyłał, kiedy jeszcze była w szpitalu. Pisał, że
przyjedzie, tylko musi najpierw załatwić kilka spraw. I o ile
wspomnienia z porodówki były dość mgliste, to obraz powrotu z dzieckiem
do pustego mieszkania był ostry jak brzytwa. Podczas gdy ona rodziła i walczyła o życie ich synka, Martin zabrał swoje rzeczy i zwiał.
Widocznie to były te "sprawy do załatwienia". Od tamtej pory słuch o nim
zaginął. Może i dobrze, bo chybaby go zamordowała, gdyby się zjawił.
A tak Tuva i Linus stanowili jedno naprzeciw światu. Choć coraz częściej
okazywało się, że świat wdziera się między nich. Jak teraz. Daniel, jej
zmiennik na popołudnie, powinien tu być już godzinę temu. A wciąż go nie
ma. Musiała zadzwonić, żeby go obudzić. Wpół do drugiej po południu. Czy
kiedy miała dwadzieścia jeden lat, była równie nieodpowiedzialna? Pewnie
tak. Nic dziwnego, że nie układa się między nimi najlepiej. Zerknęła na
zegarek na nadgarstku.
Cho. Le. Ra.
Tuva domyśla się, że opiekunem, który po raz kolejny będzie czekał na
nią w żłobku, będzie Matti. Ten, na którego jej synek zaczął mówić tata.
Matti za każdym razem patrzy na nią znacząco. Jego spojrzenie mówi, że
powinna spędzać więcej czasu z dzieckiem, zamiast pracować. Wielkie
dzięki. Jakby jej było mało, że musi patrzeć na łzy Linusa, który nie
rozumie, dlaczego mamy znów nie ma.
Espresso jest gotowe akurat w momencie, kiedy w drzwiach niespiesznie
staje Daniel z włosami sterczącymi na wszystkie strony. Wraz z nim wpada
do środka zimny lutowy powiew, kilku gości wzdryga się ostentacyjnie,
ale Daniel tego nie zauważa. Albo się tym nie przejmuje. Że też mogła
kiedyś uważać go za dość przystojnego.
- Masz - mówi na tyle zimno, na ile można wyrazić to w trzech głoskach,
i podsuwa mu porcelanową filiżaneczkę. - Chyba ci się przyda. Uciekam.
Nie czekając na odpowiedź, Tuva łapie papierowy kubek i wypada na dwór,
gdzie śnieg nawet nie zaczął się topić. Nie uważa i wpada na parę
kruchych staruszków.
- Przepraszam, pędzę do żłobka i już jestem spóźniona - rzuca, nie
patrząc na nich.
- No tak, dzieci potrafią człowieka zadziwić. Bywają bardzo
przedsiębiorcze i samodzielne.
Głos jest miły, nie słychać w nim wyrzutów.
Tuva nie odpowiada, ale czuje ulgę, że swoją niezręcznością nie
spowodowała awantury. Ludzie są tacy drażliwi. Ileż to razy żądano od
niej pokrycia kosztów pralni chemicznej, a nawet sporej rekompensaty,
kiedy zdarzyło jej się chlapnąć lekko kawą na klienta. Uśmiecha się
przepraszająco do staruszków. Kawa w kubku chlupie, przypominając jej,
że naprawdę nie ma czasu. Jeszcze raz mówi "przepraszam" i truchta do
metra, jednocześnie popijając kawę. Gorący napój parzy najpierw w język,
potem w żołądku. Ma chemiczny smak. Prawie jak lekarstwo. Trzeba będzie
umyć maszynę do espresso. W zderzeniu z mrozem na dworze kawa wydaje się
jeszcze gorętsza.
Odbierze Linusa i wróci z nim do kawiarni. Niech mu Daniel da tyle
drożdżówek i ciastek, ile synek tylko zapragnie. Należy mu się. Do
diabła z makaronem i pulpetami. Jutro Tuva wyjeżdża, ale dzisiejszy
wieczór będzie należał tylko do niej i Linusa.
Dobiega do schodów prowadzących do metra, gdy nogi się pod nią uginają.
Tuva wydaje okrzyk i w ostatniej chwili łapie się poręczy, żeby nie
upaść na ziemię. Musiała się potknąć. Nie spieszy jej się aż tak, żeby
miała przyjść do żłobka cała posiniaczona.
Próbuje wstać, ale ma wrażenie, jakby w nogach nie miała kości, bo się
uginają pod nią. Kręci jej się w głowie. Mdli ją. Jakby miała zemdleć.
Tak samo się czuła po lekarstwie w szpitalu. Podczas porodu.
Linus.
Idę.
Chce chwycić poręcz, by wstać, ręce wydają jej się długie na kilometr.
Poręcz unosi się wysoko nad jej głową, Tuva nawet nie wie, jak działa
taka poręcz. Na samym obrzeżu jej pola widzenia tańczą jakieś ciemne
plamy. Nagle świat kręci się w koło i jakiś głosik w środku mówi jej, że
spada ze schodów. Zupełnie tego nie czuje.
Pierwsze, co czuje po przebudzeniu, to ból w stawach. Niewygodnie jej.
Mlaszcze, chrząka. Ma w ustach suchość i jakby nieznany mdły posmak.
Potrzebuje kilku sekund, żeby całkiem oprzytomnieć, i wtedy zdaje sobie
sprawę, że nawet nie leży, tylko klęczy lekko pochylona. Ze wszystkich
stron naciskają ściany. Również z góry na jej kark.
Jakby znajdowała się w ciasnej skrzyni.
Jak na zły sen ból jest za silny. Ale to przecież nie może być jawa. Nie
może. A jednak. Zapach drewna jest aż nazbyt rzeczywisty. Przez wąskie,
krótkie szpary wpada światło, tworząc prostokąty na jej nagich rękach i nogach. Nagich... Gdzie jest jej ubranie? Nie ma nie tylko kurtki, ale
też bluzy. I dżinsów. Ktoś ją rozebrał. Jest teraz w samej koszulce i majtkach, to nie może być prawda.
Znów mlaszcze. Wciąż ten chemiczny smak. Coś musiało być w tej kawie.
Nie zauważyła, kiedy ktoś to dodał, bo była w stresie i wszystko wypiła.
Od przypływu adrenaliny cierpnie jej skóra. Musi się wydostać. Tuva
krzyczy i z całej siły napiera na ściany skrzyni. Drewno ugina się, ale
nie na tyle, by pęknąć albo żeby skrzynia się otworzyła. Nie może kopać,
skoro klęczy, pozostaje tylko walić dłonią w ściany skrzyni, ale są za
blisko, żeby mogła się zamachnąć. Nagle po jednej stronie coś zasłania
światło. Ktoś tam jest.
- Wypuść mnie! - krzyczy Tuva. - Co ty wyprawiasz?
Nikt jej nie odpowiada, ale Tuva czuje, że ktoś tam jest. Słyszy czyjś
oddech. Znów krzyczy, ale cisza jest zwarta i groźna. Czuje teraz
mrowienie w całym ciele. Z nową siłą wali w ściany skrzyni, ale ciasnota
uniemożliwia nadanie impetu jej ruchom.
- O co ci chodzi? - wykrzykuje przez łzy pod powiekami. - Wypuść mnie,
proszę, porozmawiajmy. Muszę odebrać Linusa ze żłobka!
Zerka na swoją rękę. Szkiełko na zegarku jest rozbite, wskazówki
zatrzymały się na trzeciej. Matti na pewno już do niej wydzwania. Może
się zastanawia, gdzie się podziała, może zaczął jej szukać i lada moment
znajdzie ją w tej skrzyni, może... a może Tuva często spóźniała się
jeszcze bardziej niż dziś.
I nikt jej nie szuka.
Nikt nie zauważył, że jej nie ma.
Że została porwana.
Porwana. Dociera do niej znaczenie tego słowa i wtedy robi jej się
duszno. Wzdryga się na dźwięk jakiegoś metalicznego odgłosu.
- Halo! - woła.
Przez jedną z dolnych szpar po jej lewej stronie wbija się coś
srebrzystego i ostrego. Przypomina czubek miecza. Stalowa głownia
zagłębia się powoli i Tuva stara się odsunąć udo, ale nie ma jak, bo
jest za ciasno. Czubek miecza dochodzi do uda i naciska na skórę.
Wprawdzie nie jest tak ostry, na jaki wygląda, ale sprawia jej ból.
- Aua, co robisz! - krzyczy. - Przestań!
Głownia wciąż napiera, w końcu nacina skórę, na której pojawia się
kropla krwi. Jej ruchy są badawcze, jakby osoba stojąca na zewnątrz coś
testowała. Tuva znów krzyczy, ale prawie nie słyszy własnych słów.
Raptem nacisk się zmniejsza, głownia cofa się o kilka centymetrów.
Odgłos uruchamiania silnika. Miecz zaczyna wibrować, potem znów sunie
naprzód i tym razem nie zatrzymuje się po dojściu do jej nogi. Tuva
wydaje krzyk, gdy ostrze wbija się w mięsień uda i wrzyna coraz głębiej
w tkankę. Jej krzyki zagłuszają odgłos silnika. Ból jest potworny. Pod
powiekami eksplodują kolory, palą zakończenia nerwowe. Świat znika,
zostaje sam ból. Miecz dociera do kości, jego wibracje rozchodzą się
przez szkielet po całym ciele. Tuva wymiotuje na siebie i zakrwawiony
miecz. Głownia przechodzi po kości i czubek miecza w sposób niemal
obsceniczny wychodzi przez skórę. Z dziury leje się, pulsując, krew i spływa po nodze, co tworzy kałużę. A miecz się nie zatrzymuje, przebija
się przez jedno udo do drugiego. Tuva nie może się poruszyć.
- Proszę, przestańcie, proszę - błaga, płacząc. - Muszę odebrać dziecko.
Już jestem spóźniona. On ma tylko mnie.
Gdy miecz przebija jej drugą nogę, Tuva jest przygotowana na ból. Jednak
na coś takiego nie da się przygotować. Tuva wydaje z siebie ryk,
wolałaby stracić przytomność, oszaleć, cokolwiek, byle już nie czuć nic
więcej. Kilka sekund. Wieczność. Już nic nie widzi. Ostrze przebiło jej
obie nogi i wychodzi przez szparę w przeciwnej ścianie skrzyni. Wreszcie
przestaje wibrować.
Jednak silnik wciąż chodzi.
Coś kłuje ją od tyłu w bark i wtedy umiera ta część Tuvy, która jest jej
rozumem. Wręcz fizycznie czuje załamanie fragmentu mózgu. Bo szpary są,
rzecz jasna, również za jej plecami. Tuva usiłuje się pochylić, by
uniknąć miecza, ale ten ruch sprawia, że palący ból w udach staje się
jeszcze mocniejszy. Już jej tutaj nie ma. Znajduje się na porodówce,
walczy o życie synka, jest w kawiarni, gdzie jakimś cudem dostała pracę,
obłapia się z Danielem, jest z Martinem, który mówi, że ją kocha. Słyszy
odgłos miażdżonej chrząstki i tkanki grzbietu, a myśli o tym, że Linus
mówi na Mattiego tata.
Spogląda niżej i widzi, jak skóra pod obojczykiem rozciąga się, potem
pęka i miecz wychodzi z przodu. Niczym sztuczka magiczna. Tuva jest
asystentką sztukmistrza, zaraz dostanie brawa. Widziała w telewizji.
Krew z jej piersi zabarwia koszulkę na czerwono, a miecz sunie do szpary
w ścianie. Zapach żelaza jest obezwładniający.
Widzi przed sobą błękitne oczy Linusa.
Mamusiu, ty mnie też zostawisz?
Tuva chce coś powiedzieć piskliwym głosem wydobywającym się z jej
krtani.
- Błagam. Bardzo się spieszę.
Na zewnątrz ktoś coś przesuwa. Jedna ze szpar na wysokości jej twarzy
jest teraz zaciemniona. Trzeci miecz. Odległość od głowy Tuvy to
kilkanaście centymetrów. Dwa miecze, które przebiły ją wcześniej,
skutecznie ją unieruchomiły.
- Już nie - szepcze.
Miecz porusza się powoli, ale odległość jest zbyt mała. Tuva widzi błysk
czubka, który jest już za blisko, by mogła skupić wzrok.
Synku. Przepraszam. Mamusia cię kocha.
Wzdryga się, kiedy czubek miecza ociera się o kącik między prawym okiem
a nasadą nosa, by wbić się dalej, przecinając oko. Jakaś wilgoć spływa
po policzku, Tuva jest ślepa na jedno oko. Ale to nie boli. Przynajmniej
już nie boli.
Skąd ten zapach spalenizny? To jej ostatnia myśl.
A potem miecz wbija jej się w mózg.
KVIBILLE 1982
JANE ZESKROBAŁA o kamień glinę z butów.
Nie cierpiała tego. Nienawidziła. Wyprowadzka na wieś nie była jej
pomysłem. Ale to ona musi się z tym męczyć.
- Jane, no chodź! - wołał z trawnika braciszek. - Bez ciebie nie możemy
zacząć tortu!
Mama już przyszła, jak zwykle w jednej z tych swoich sukienek. Mogłaby
choć raz kupić sobie jakąś, zamiast sama szyć. Dobrze, że przynajmniej
włożyła najładniejszą, tę w lamparcie cętki. Prawdziwa zagadka, jak jej
się udało zdobyć taki materiał, ale gdy chodzi o tkaniny, mama miała
jakiś nadprzyrodzony zmysł. W tej sukience wyglądała prawie elegancko.
Gdyby jeszcze nie była boso. I na dodatek z wiankiem na głowie. Jane
westchnęła i udawała, że nie słyszy nawoływań brata.
Niedługo skończy szesnaście lat, z których połowę przeżyła w tym
gospodarstwie. Przyjechały tu z mamą jako pierwsze. Latem tysiąc
dziewięćset siedemdziesiątego czwartego roku mama wymówiła pracę w Sztokholmie, gdzie zostały mieszkanie i wszystkie koleżanki Jane.
Hipsterskiej mamuśce zachciało się stworzyć komunę przyjaciół w gospodarstwie pod Kvibille w Hallandzie5. Niewielkiej wsi, o której nikt by nie słyszał, gdyby nie duży zakład serowarski. A tak
wiedza na temat miejscowości zaczynała się i kończyła na serach.
Nie mieszkały nawet w samej Kvibille, tylko poza wsią. Nigdy nie można
było się ładnie ubrać, bo wszędzie było błoto.
Przyjrzała się butom. Nie uratuje już ich białych podeszew. Nienawidziła
tego.
Jane poszła do domu, zdjęła buty i z westchnieniem wsunęła nogi w kalosze. To, że mama chce tu zostać, nie znaczy, że ona też musi. Zeszła
przed dom, gdzie na trawniku czekała mama z braciszkiem.
- Mamo, kiedy się stąd wyprowadzimy? - spytała jak zawsze, siadając na
kocu.
- No cześć - powiedziała mama.
- Skoro Erik mógł - mruknęła Jane - to dlaczego nie my?
Erik jako jedyny spośród znajomych mamy faktycznie przyjechał tutaj.
Wytrzymał tylko pół roku. Kiedy mama zaszła w ciążę, życie w zgodzie z naturą nie okazało się już takie fajne. No i Erik prysnął. Potem okrężną
drogą dotarło do nich, że pracował w banku i wziął tylko kilka miesięcy
bezpłatnego urlopu. Innym razem zasłyszały, że był akwizytorem jakiegoś
sklepu z artykułami sportowymi. Nie wiedziały, ile w tym prawdy, a mama
nawet nie miała pojęcia, gdzie jest Erik.
- Przecież wiesz - odezwała się mama. - Tu na wsi jest trudno o pracę.
Za to życie jest tanie. Córeczko, mieszkasz tu równie długo jak przedtem
w Sztokholmie. Wcale nie było tam tak, jak zapamiętałaś, stworzyłaś
sobie jakiś wyimaginowany obraz tamtego życia. Aż tak dobrze nie było.
Teraz jest nam lepiej, dużo lepiej. Słowo daję. Nie mówmy już na ten
temat. Zjemy tort, ale najpierw braciszek pokaże nam jakieś czary.
Mama wyglądała na znużoną. Taki ma dzień i już. Nie ma co się kłócić.
Niech się lepiej cieszy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
MARZEC
VINCENT Z CAŁEJ SIŁY UDERZYŁ dłonią w stół. Widownia zareagowała głośnym westchnieniem. Vincent zmarszczył
czoło, zrobił dramatyczną pauzę i patrząc na publiczność, podniósł rękę.
Pod nią znajdowała się zgnieciona papierowa torebka. Rozległ się nerwowy
śmiech, gdy jednym ruchem zmiótł papier na ziemię.
- Pod torebką numer pięć też nie - powiedział.
Zaciemnioną scenę rozświetlał tylko jeden reflektor. Światło padało na
Vincenta, stół i stojącą obok kobietę, co podkreślało powagę finałowego
numeru przedstawienia. Panowała absolutna cisza. Ostatni numer odbywał
się nawet bez muzyki, żeby spotęgować napięcie. Na stole znajdowało się
z początku pięć papierowych torebek, ponumerowanych i odwróconych do
góry dnem. Dwie już rozgniótł dłonią.
- Zostały trzy - powiedział, spoglądając na kobietę. - Magdaleno, nie
patrz na trzy torebki, bo wtedy mogę śledzić ruch twoich gałek ocznych.
Ale pomyśl o tej, pod którą znajduje się wielki gwóźdź. Tylko ty wiesz,
która to. Publiczność nie widziała, gdzie ją schowałaś, ja też nie.
Trzy. Przypomnij sobie, jaki był ostry. Pomyśl o tym.
Kobieta pociła się obficie. Od gorącego światła reflektora, ale również
dlatego, że denerwowała się tak samo jak widownia. A może jeszcze
bardziej.
Vincent przyglądał jej się uważnie.
- Nie zareagowałaś na "trzy", chociaż wypowiedziałem to słowo trzy razy
- powiedział. - A zatem chyba nie tam.
Mocno uderzył dłonią w torebkę numer trzy, zanim publiczność zdążyła
zareagować. Ktoś krzyknął, kiedy torebka huknęła.
Zostały dwie. Vincent miał pięćdziesiąt procent szans na poważny uraz
dłoni. Sam nie rozumiał, po co wykonuje ten numer. Każdy, kto go
wykonywał, prędzej czy później musiał się zranić. Przy dużej
częstotliwości było to wręcz nie do uniknięcia. Jednak publiczność nie
powinna widzieć, że iluzjonista się denerwuje. Trik polegał w dużej
części na udawaniu, że panuje się nad sytuacją w większym stopniu niż w rzeczywistości.
- Zostały numer dwa i cztery - powiedział do asystentki. - Wyobraź
sobie, że widzisz ten gwóźdź w całej jego dwudziestocentymetrowej
długości.
Kobieta zamknęła oczy, zrobiła nieszczęśliwą minę i skinęła głową.
- Pamiętasz, jak błysnął, kiedy go postawiłaś na sztorc. Pod jedną z tych dwóch torebek. Pomyśl o tej, w którą nie chcemy, żebym uderzył.
- Ale ja już nie wiem, czy pamiętam, która to - jęknęła asystentka.
Vincent uniósł jedną brew. Atmosfera na widowni była tak gęsta, że można
by ją kroić nożem. Dwie torebki. Vincent podniósł rękę, potrzymał ją nad
jedną torebką. Przesunął nad drugą. Jedna oznaczała koniec
przedstawienia przy owacji na stojąco. Druga - przebitą rękę i jazdę
karetką do szpitala.
- Otwórz oczy - rozkazał.
Kobieta otworzyła je niechętnie i przez zmrużone powieki spojrzała na
torebki. Vincent patrzył na nią. Podniósł rękę, żeby uderzyć w jedną z torebek, ale opuszczając ją, dostrzegł, jak asystentka w panice
otworzyła szerzej oczy, i walnął w tę drugą. Kobieta krzyknęła głośno,
gdy ręka uderzyła w stół. Vincent odczekał kilka sekund z pochyloną
głową. Następnie triumfującym ruchem zmiótł na ziemię zgniecioną torebkę
i podniósł wysoko tę, która została. Sterczący pod nią gwóźdź wyglądał
jak oszczep i lśnił śmiertelnym blaskiem w świetle reflektora. Rozległ
się ryk widowni, która zerwała się na nogi, w tym samym momencie zagrała
muzyka. Vincent złożył na gwoździu podpis nieścieralnym flamastrem,
włożył go do torebki i oddał asystentce, która z widocznym wyrazem ulgi
na twarzy została sprowadzona ze sceny.
Vincent stanął na skraju i rozłożył ręce. Nie musiał udawać, że mu
ulżyło.
Owacja była wręcz ogłuszająca. Przedstawienie w Gävle Teatern zakończyło
się. Vincent złożył głęboki ukłon i utkwił spojrzenie w widowni. Ruchome
oświetlenie podczas owacji było oślepiające, ale zachowywał się tak,
jakby widział swoją publiczność. Polegało to na tym, żeby patrzeć prosto
przed siebie i udawać nawiązanie kontaktu wzrokowego z jakąś osobą.
Zaśmiał się, wiedząc, że czterysta piętnaście osób stoi teraz, wiwatując
na cześć Vincenta Waldera, Mistrza Mentalisty.
- Dziękuję państwu! - zawołał, przekrzykując burzę oklasków.
Owacja i gwizdy jeszcze się nasiliły. Teatr był wypełniony do ostatniego
miejsca. Udał się ten wieczór. Nawet bardzo. Dziś się nie pojawiła.
Kobieta, źródło jego niepokoju. Kiedy nie przychodziła, z serca spadał
mu jeszcze większy kamień, niż był gotów sam przyznać przed sobą.
Oparł się pokusie osłonięcia oczu dłonią, żeby zobaczyć owację
publiczności. Ciężko na nią zapracował, a to był moment jego
satysfakcji. Tylko dzięki niej i adrenalinie trzymał się jeszcze na
nogach. 415 miejsc w teatrze. 41 plus 5 to 46, tyle miał lat. W każdym
razie jeszcze przez kilka następnych tygodni.
Przestań.
Niewiele brakowało dzisiaj z tym cholernym gwoździem. Był to ostatni
numer w jego dwugodzinnym przedstawieniu. Pot spływał mu po plecach i Vincent miał wrażenie, jakby gotował mu się mózg.
Chodziło nie tyle o to, żeby przewidzieć zachowanie widzów albo udawać,
że umie czytać w ich myślach. Iluzja polegała na tym, by wyglądało, że
przychodzi mu to z łatwością, podczas gdy mózg pracuje na najwyższych
obrotach. Afisz w teatralnym foyer nazwał go "Mistrzem Mentalistą", a Vincent żałował, że zgodził się na to określenie. Było takie...
niewyrafinowane. Pospolite. Pozwalało mu jednak się za nim ukryć. Dzięki
niemu mógł się wydawać wymyśloną postacią. A nie kimś, kto marzy o tym,
żeby w swojej garderobie położyć się na wznak i przez dziesięć minut
tylko oddychać. Teraz zaś, już po przedstawieniu, powinien odzyskać
kontrolę nad własnymi myślami, żeby nie pomknęły w jakimś niepożądanym
kierunku. Dziś potrzebował na to więcej czasu niż zwykle.
Kontrola. Osiem liter. Tyle, ile rzędów na balkonie widowni.
Przestań.
Vincent podniósł wzrok na pierwszy balkon. Sprawił, że czworo siedzących
tam widzów zapomniało, jak się nazywają. 23 miejsca w każdym rzędzie.
Razem 184.
Ktoś na balkonie gwizdnął na palcach.
Nabierz powietrza w płuca, nie brnij w tę myśl.
184 miejsca. Osiemnasty czwarty to również ostatnia data tego tournée, a 23 miejsca w każdym rzędzie, 8 rzędów, 2 plus 3 plus 8 równa się 13, co
odpowiadało liczbie przedstawień, jakie mu pozostały do tej daty.
Przestańprzestańprzestań.
Przygryzł mocno język.
Vincent ukłonił się jeszcze raz. Zszedł ze sceny, ale zatrzymał się za
aksamitną kotarą odgradzającą kulisy i policzył po cichu. Raz. Jeśli
brawa potrwają do dziesięciu, wbiegnie na scenę po ostatnią porcję
oklasków. Dwa. Z mroku wychynęła jakaś postać. Kobieta około
trzydziestki. Trzy. Vincent poczuł, że robi mu się zimno. Czyli jednak
przyszła. Cztery. Tym razem nie czekała z wejściem do końca
przedstawienia. Pięć. Jak jej się udało dostać za scenę? Nikomu nie
wolno było przebywać tam podczas występu. Już on pokaże temu, kto ją
wpuścił. Prosił, żeby jej wypatrywali. Ale po to, by ją zatrzymać, a nie
jej pomagać. Sześć. Teraz przynajmniej zobaczy, jak ta kobieta wygląda.
Ciemne włosy związane w koński ogon. Ubrana w golf. Czarną kurtkę.
Siedem. Oczy rozszerzyły się na ułamek milimetra, kiedy chciała coś
powiedzieć. Vincent nie miał pojęcia, czy stanowi dla niego zagrożenie.
Osiem. Dał jej znać, żeby milczała, i kciukiem wskazał na scenę, dając
jej do zrozumienia, że jeszcze nie skończył. Może po ostatnim ukłonie
udałoby się znaleźć inne wyjście ze sceny. Dziewięć. Postaraj się nie
myśleć o niej. Głęboki wdech i uśmiech. Dziesięć. Znów wbiegł na
rozświetloną scenę.
- Dziękuję, dziękuję, bardzo są państwo mili! - zawołał. - Domyślam się,
że wolelibyście zostać tu jeszcze trochę, ale obawiam się, że upomina
się o was rzeczywistość i pora się z nią zmierzyć. A gdyby jakiś
fragment dzisiejszego wieczoru nie dawał spać, to proszę pamiętać: to
tylko zabawa. - Zrobił pauzę. - Chyba.
Publiczność zaśmiała się głośno. Trochę nerwowo. Vincent nie powstrzymał
uśmiechu. To zawsze działało. I chociaż nie miał na to ochoty,
pospieszył do wyjścia ze sceny, nim publiczność wstała z miejsc. Nie
najlepiej to wygląda, kiedy artysta stoi na scenie, a ludzie zaczynają
już wychodzić. Jeśli w dodatku, jak dziś, muszą jeszcze odebrać palta z szatni, zawsze chcą ruszyć trochę wcześniej, żeby potem nie czekać w kolejce. Kobieta stała w kulisie, kiedy tam doszedł.
- Ona tu jest - powiedział cicho do mikrofonu. - Zawołajcie ochronę, ale
już.
Liczył, że w reżyserce mikserzy nadal go słuchają, choćby przy ściszonym
mikrofonie. Fani przychodzący po przedstawieniu byli w większości
sympatyczni, ale wolał uniknąć jakichkolwiek niespodzianek. Zwłaszcza ze
strony kobiety znanej już z tego, że wbiega na scenę zaraz po
zakończeniu przedstawienia. Nie było to całkiem normalne zachowanie. Do
tej pory udawało mu się jej unikać. Aż do dziś.
Nie myślał zbyt jasno. Potrzebował czasu, żeby po przedstawieniu zejść z obrotów i odzyskać normalną temperaturę w mózgu. Nie potrafił
zanalizować odpowiednio sytuacji, pozostało tylko być wobec niej
uprzejmym, liczyć na pojawienie się ochrony i zachować dystans.
Chcąc zyskać na czasie, wskazał palcem schodki prowadzące do garderoby.
Kobieta ruszyła przodem. Schodki miały siedem stopni. Ojej. Vincent
powtórzył zejście z ostatniego stopnia, żeby wyszła liczba parzysta.
Kobieta najwyraźniej nic nie zauważyła.
Weszli oboje do pomieszczenia umeblowanego jak salon. Co z tą ochroną?
Na stoliku przed kanapą stały cztery nieotwarte butelki wody Loka.
Vincent zdjął marynarkę i rzucił na kanapę. Obrócił jedną butelkę w taki
sposób, żeby wszystkie były zwrócone etykietami w tę samą stronę.
Kobieta została w kurtce. Vincent starł charakteryzację nawilżaną
chusteczką. Kobieta nieznacznie zmarszczyła nos. Dobrze. Wszystko, co
jej obrzydza obecność tutaj, działa na jego korzyść. Miał nadzieję, że
czuć od niego potem.
- Nie chciałbym być nieuprzejmy - odezwał się - ale w gruncie rzeczy nie
wolno tutaj przebywać osobom postronnym.
Otworzył jedną butelkę i nalał wody do szklanki. Spojrzał podejrzliwie
na bąbelki.
- Nie może pani zachowywać się w ten sposób - dodał. - W pomieszczeniach
związanych ze sceną obowiązuje zakaz wstępu dla osób spoza produkcji i...
Przerwała mu, przedstawiając się.
- Mina. Mina Dabiri. Jestem z policji.
Następnie, zanim jeszcze podała mu rękę, szybko poprawiła jedną
nieotwartą butelkę, która przekręciła się lekko, gdy Vincent brał swoją.
Teraz wszystkie etykietki były znów zwrócone w jedną stronę. Vincent
umilkł i uścisnął jej dłoń. Mistrz Mentalista nagle nie wiedział, co
powiedzieć.
MINA PRZYGLĄDAŁA się mężczyźnie
siedzącemu przy ciemnobrązowym stoliku naprzeciw niej. Vincent Walder.
Musiała zaczekać, aż się przebierze ze scenicznego stroju, czyli
eleganckiego dyskretnego ciemnoniebieskiego garnituru z czarną koszulą.
Teraz był ubrany nieformalnie w biały T-shirt i czarne dżinsy. Nie
włożył kurtki, chociaż był dopiero marzec, a Gävle wciąż tkwiło w kleszczach zimy.
Stwierdziła z pewnym zdziwieniem, że Vincent jej się podoba. Rzadko jej
się to zdarzało. Złapała się na tym, że określiłaby go jako
przystojnego. Cechowała go pewna surowość i nieco staroświecka
elegancja, mimo tych dżinsów i trykotowej koszulki. Wcześniej, kiedy był
w garniturze, widziała to jeszcze wyraźniej.
Mina wolałaby rozmawiać z nim w jakimś miejscu znajdującym się dalej od
ludzi, nalegał jednak, że musi coś zjeść. Zmiana planu była nie po jej
myśli, ale tym razem musiała pozwolić mu decydować. W końcu to ona
przyjechała do niego. I dlatego musiała omówić delikatną sprawę służbową
w Harrys krog, jednej z niewielu w Gävle knajp z kuchnią czynną po
dwudziestej drugiej.
Vincent wydał jej się bardziej zmęczony po przedstawieniu, niż się
spodziewała. Oby posiłek mu pomógł, bo był jej potrzebny w wysokiej
formie intelektualnej. Ją samą rozpraszały odgłosy pochodzące od gości
stojących nieopodal przy barze. Rozmawiali w dialekcie skańskim i mieli
identyfikatory zawieszone na tasiemkach. Pewnie uczestnicy jakiejś
konferencji w którymś z pobliskich hoteli. Przypominali raczej
przerośniętych uczniów z kluczem na szyi.
W powietrzu unosił się zapach piwa i feromonów. Mina najchętniej
założyłaby maseczkę na twarz, ale odepchnęła od siebie tę myśl i skupiła
się na Vincencie. W policyjnych rejestrach nie znalazła żadnych
informacji na jego temat, więc musiała szukać gdzie indziej. Z Wikipedii
i innych wygooglowanych źródeł dowiedziała się, że za miesiąc skończy
czterdzieści siedem lat, że nazwisko Walder było przybrane, a wykonywany
zawód to "mentalista".
Wynikało z nich, że mentalista to ktoś, kto dzięki znajomości
psychologii, sile sugestii i tajemniczym sztuczkom stwarza iluzję, że
posiada zdolności właściwe dla medium albo że czyta w myślach. Z jego
dawnych wywiadów wywnioskowała również, że jest dobrze obeznany ze
zwykłymi sztuczkami. Wprawdzie przyjechała tu dla jego znajomości natury
ludzkiej, jednak wiedza dotycząca sztuczek magicznych mogła się również
przydać, zważywszy na zdjęcia, które miała w swoim skoroszycie. Nie
znalazła żadnych informacji, co robił wcześniej ani gdzie się urodził.
Według Wikipedii był czynny zawodowo od piętnastu lat, ale dopiero od
niedawna stał się szeroko znany po serii programów w prywatnej stacji
TV4.
W jednym z nich przeprowadził psychologiczny eksperyment nagrany ukrytą
kamerą. Wybrał na chybił trafił mężczyznę, którego poddawał ledwo
dostrzegalnym sugestiom i hipnotycznym poleceniom, co odbywało się poza
świadomością tego biedaka. W rezultacie pewnej nocy człowiek ten
wymalował sprejem napis VINCENT WALDER na murach w dzielnicy przemysłowej. Sto
razy. Zabrało mu to kilka godzin.
Miejscowi ochroniarze nie zostali uprzedzeni. Po zatrzymaniu spytali go,
co wyprawia, a on nie wiedział, o czym mówią. Nie miał pojęcia, co robił
w ciągu kilku ostatnich godzin, i był szczerze zdumiony widokiem plam
farby na rękach i na ubraniu.
Mina nie widziała tego programu, ale pamiętała, że wszyscy o nim
rozmawiali. Wybuchła nawet awantura, bo wiele osób zgłosiło do programu
zastrzeżenia natury etycznej. Natomiast Vincent wyjaśnił, że chodziło mu
o zwrócenie uwagi na niebezpieczeństwa wynikające z fanatyzmu. Chciał
pokazać, że nawet najbardziej absurdalne pomysły mogą się zakorzenić w naszej podświadomości i kierować naszym postępowaniem, choć tego nie
rozumiemy. Napis na murze miał być wyrazem jego uznania dla któregoś z filmów grupy Monty Pythona, a kiedy go spytano o jego treść, odparł, że
wydała mu się najmniej kontrowersyjna. Poza tym, dodał, artysta zawsze
podpisuje się pod swoimi dziełami. Cytat stał się na kilka miesięcy
memem na Instagramie, ale w końcu sprawa ucichła.
Zapach frytury i mięsa z grilla dotarł do nozdrzy Miny na moment przed
tym, jak kelner postawił przed Vincentem hamburgera. I miseczki z majonezem i keczupem. Wzdrygnęła się. Każdy mógłby w drodze z kuchni
zrobić coś z tymi miseczkami. Okropnie niehigieniczne. Odruchowo
sięgnęła do kieszeni po nową butelkę alkożelu, wycisnęła trochę na rękę
i wtarła w dłonie.
- Po przedstawieniu potrzebuję węglowodanów - powiedział przepraszająco
mentalista. - Inaczej nie potrafię myśleć jasno.
Wziął z talerza frytkę, umoczył w majonezie i włożył do ust. Gdyby
umoczył tę samą frytkę jeszcze raz, chyba musiałaby wykreślić go z tej
części ludzkości, z którą byłaby gotowa się zadawać. Na szczęście tego
nie zrobił. Czyli jest nadzieja.
- I bardzo przepraszam za moje poprzednie zachowanie - dodał. - Wziąłem
panią za kogoś innego. Mieliśmy problemy z pewną... nazbyt entuzjastyczną...
fanką. Myślałem, że to ona. Nie chciałem być nieuprzejmy.
Mina zbyła to machnięciem ręki. Kelner postawił piwo przed Vincentem, a przed nią colę zero. Wyjęła z kieszeni jednorazową słomkę, ściągnęła z niej papierek i włożyła ją do szklanki. Vincent uniósł jedną brew, ale
się nie odezwał.
Mina odczekała, aż kelner odejdzie.
- Ktoś mi podpowiedział, żebym z panem porozmawiała - powiedziała
ściszonym głosem. - Domyślam się, że wie pan dużo na temat ludzkiej
psychiki. I sporo o sztuczkach magicznych. A nam jest potrzebny ktoś
znający się na jednym i drugim.
Vincent kiwnął głową i wypił łyk piwa.
- We wczesnej młodości zajmowałem się rozmaitymi trikami - odparł. -
Jednak w wieku dwudziestu lat zrozumiałem, że karciane sztuczki to może
nie najlepszy sposób na podryw. Więc skończyłem z tym.
- I pomogło? - spytała.
- Niech pani sama oceni. Miesiąc później poznałem moją pierwszą żonę. Od
tamtej pory interesuję się tym tylko hobbystycznie. Ale dlaczego
interesuje to policję? - Zanim zdążyła odpowiedzieć, Vincent spojrzał na
zegarek. - Ojej, bardzo przepraszam - powiedział - a propos żony. Zdaje
się, że jest za piętnaście. Muszę zadzwonić do domu. Zawsze rozmawiamy
ze sobą o tej porze. Zajmie to tylko minutkę.
Mina zaczęła się niecierpliwić, wolałaby przejść do rzeczy. I tak się na
niego naczekała. Koledzy zwykle mówili jej, że jest zbyt natarczywa, a powinna być przyjemniejsza, jeśli chce, żeby ludzie byli do niej
przychylnie nastawieni. Miała co do tego wątpliwości. Była policjantką
od prawie dziesięciu lat i nie przypominała sobie, żeby pomyślne
zakończenie dochodzenia zależało od jej przyjaznego bądź nieprzyjaznego
podejścia. Ale niech będzie.
- Nie ma problemu - odparła, poprawiając się dyskretnie na twardym
krześle.
Wpatrzyła się w swoją colę i wyłączyła się, żeby nie słuchać rozmowy
Vincenta z żoną. Zamiast tego przywołała w pamięci skrzynię znalezioną
niespełna tydzień temu. Ozdobioną błyszczącymi znaczkami i wyglądającą,
jakby miała być elementem iluzjonistycznego przedstawienia w Las Vegas.
Wyobraziła sobie, jak asystentka cała w cekinach - bo w takich numerach
poniżane są zawsze kobiety - wchodzi do skrzyni, a potem iluzjonista -
oczywiście mężczyzna - wtyka miecze do szpar w skrzyni, podczas gdy
publiczność wydaje z siebie jęki przerażenia. Wygooglowała to. Złowrogi
wobec kobiet numer iluzjonistyczny nosi nazwę The sword box, również
Sword cabinet, Sword casket albo Sword basket. Zachwyt ma wiele
imion. A pierwotnie to nie była nawet skrzynia, tylko kosz. Z dzieckiem
w środku. Koszmar. Najwyraźniej jednak numer ten należał do klasyki.
Dzieci i kobiety. Zawsze jako ofiary.
Jednak powodem, dla którego w ten mroźny wieczór tkwiła w knajpie w Gävle, czekając na Vincenta Waldera, nie było znalezienie przez policję
amatorskiego rekwizytu do sztuczek scenicznych. Tym powodem było
znajdujące się w środku ciało. Tożsamości denatki wciąż nie udało się
ustalić. Mina przyjechała do Waldera, ponieważ dochodzenie utknęło. Nic
im nie dało sprawdzanie wszelkich możliwych tropów zwyczajnymi metodami.
W końcu wraz ze swoją szefową Julią doszła do wniosku, że jeśli mają
rozwiązać tę sprawę, pozostają tylko metody niezwyczajne.
Pociągnęła łyk przez słomkę i utkwiła spojrzenie w towarzystwie przy
barze, bo wszystko było lepsze od obrazów cisnących się jej pod powieki.
Wolała ich sobie nie przypominać. Jednak były równie wyraźne jak za
pierwszym razem. Mina nieczęsto bywała aż tak nieprzyjemnie poruszona,
ale ten przypadek był zupełnie wyjątkowy. Z dwóch ścian skrzyni
wystawały rękojeści mieczy, a z przeciwległych czubki ostrzy. W środku
na ostrzach zawisła młoda kobieta, wyglądała jak wynaturzona marionetka.
Mina zacisnęła powieki. Za późno. Zawsze za późno.
Tożsamości kobiety nie zdołano ustalić i nie było żadnego podejrzanego.
Skrzynia z ciałem została przesłana do Mildy Hjort w zakładzie medycyny
sądowej, ale Mina nie przypuszczała, żeby udało się znaleźć tam coś
istotnego. Klucz do tej zbrodni to sposób działania sprawcy, była o tym
głęboko przekonana.
Zdała sobie sprawę, że Vincent jej się przygląda. Widocznie skończył
rozmowę z żoną. Mina chrząknęła i odsunęła od siebie obraz pod
powiekami.
- Przepraszam, musiałem porozmawiać - odezwał się. - Teraz jestem już do
dyspozycji. Po tym, jak pani mówi, domyślam się, że nie jest pani stąd.
Pracuje pani w Sztokholmie. A jednak znajduje się pani teraz w Gävle. W późny czwartkowy wieczór. Żeby rozmawiać z mentalistą o sztuczkach
magicznych i ludzkiej psychice. Mówiła pani, że ktoś pani to
podpowiedział? Bardzo jestem ciekaw, o co chodzi.
Wychylił się do niej, okazując zainteresowanie. Mina postanowiła zwlekać
jeszcze przez moment, żeby wciągnąć go jeszcze mocniej.
- Widziałam, że kończąc przedstawienie, powtórzył pan historię z podpisem - powiedziała, starając się przywołać jak najsympatyczniejszy
uśmiech. - Artysta nadal podpisuje się zawsze pod swoim dziełem.
Przez moment wydawał się zdezorientowany, ale potem się roześmiał.
- Chodzi pani o gwóźdź? Wiem, to już oklepane. Ale co tu mówić? Od czasu
tamtego programu telewizyjnego ludzie oczekują, że będę składał podpis.
Nie chcę sprawić im zawodu. W końcu zapłacili za bilet i poświęcili mi
swój czas.
Rozluźnił się, co było widać po opuszczonych barkach. O ile przedtem
trzymał gardę, teraz ją opuścił. Na jakiś czas.
- Ma pan rację, że nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie chodziło o coś
ważnego. Mamy do czynienia z przypadkiem, którego nie rozumiem. Do tej
pory udało nam się utrzymać go w tajemnicy przed mediami, ale
przypuszczalnie jest tylko kwestią czasu, zanim będzie pan o tym mógł
przeczytać w gazetach.
Vincent odkroił kawałek hamburgera. Ucieszyło ją, że użył do jedzenia
widelca i noża, bo gdyby wziął zatłuszczonego burgera do ręki, musiałaby
wyjść.
- Przepraszam - odezwał się, machając widelcem z nabitym kawałkiem mięsa
- ale co to ma ze mną wspólnego?
Zamiast odpowiedzieć, Mina wyciągnęła ze skoroszytu beżową kopertę i wyjęła zdjęcia. Poszukała takiego, które nie przedstawiało poszarpanego
ciała, a tylko skrzynię, gdzie się znajdowało. Położyła je na wierzchu i spięła spinaczem z pozostałymi. Naprawdę nie musiał ich oglądać.
- Wie pan, co to jest? - spytała, pokazując na zdjęcie.
Jego ręka z widelcem zatrzymała się centymetr przed otwartymi ustami.
- Sword casket - odparł. - Zwany również Sword box. Ale co... jak... nie
rozumiem.
Kawałek hamburgera trafił w końcu do ust.
- Ja też nie - przyznała. - A właściwie nie rozumiem sprawcy. I pomyślałam, że może pan zrozumie. Z uwagi... Właśnie, na swoje
umiejętności. Więc chciałabym prosić o pomoc. Powiedzmy w ten sposób:
skrzynia nie była pusta. I trzeba było sporo czasu, żeby ją zdjąć z tych
mieczy.
Vincent przestał przeżuwać i wyraźnie zbladł.
- Nic nam nie wiadomo na temat ofiary - ciągnęła Mina. - Natomiast co do
sprawcy, to wydaje mi się, że jedynym sposobem dotarcia do niego byłoby
ustalenie, jak ta osoba: on bądź ona, funkcjonuje psychicznie.
Chciałabym móc powiedzieć, że trupy bez kończyn należą do rzadkości, ale
tak nie jest. Niestety. Ale w skrzyni z nożami? To coś nowego. Komu
mogło przyjść do głowy coś takiego? I dlaczego? Tu dochodzimy do pana.
Widziałam pana przedstawienie. Wie pan lepiej od kogokolwiek, jak ludzie
myślą. A więc proszę mi pomóc zrozumieć, kim jest sprawca.
Vincent odchylił się na krześle i zmarszczył brwi.
- Chyba macie od tego własnych psychologów? - odparł. - Jak ja mógłbym
dodać coś, czego oni nie wiedzą? Profilowanie kryminalne to nie jest
dziedzina, którą bym się zajmował na co dzień.
Umoczył kilka frytek w majonezie i zjadł.
- Jak już mówiłam, zna się pan zarówno na ludzkiej psychice, jak i na
sztuczkach magicznych. A nasz psycholog nie. Poza tym...
Rozejrzała się i ściszyła głos.
- Zresztą z ostatniego profilu, jaki sporządził, wynikało, że sprawca
zbrodni jest "mężczyzną w średnim wieku, Grekiem, wywodzącym się z elity
towarzyskiej". W rzeczywistości była to młoda Szwedka, pracownica
magazynu.
Vincent zdążył zakryć usta serwetką, żeby ze śmiechu nie wypluć frytek.
- A jednak wygląda to na dość nietypowe postępowanie - zauważył. - O ile
wiem, policja nie patrzy łaskawym okiem na to, że do jej pracy wtrącają
się cywile. A ja nie mam żadnego przygotowania do profilowania. Sporo
się nauczyłem o funkcjonowaniu ludzkiego umysłu, ale moje wnioski
opieram na zupełnie podstawowej wiedzy psychologicznej, własnych
obserwacjach i statystycznym prawdopodobieństwie.
- A co według pana robi profiler?
- Ale ja się zajmuję rozrywką. Gdybym się pomylił podczas
przedstawienia, to nikomu innemu nie stanie się krzywda.
- Poza panem - wtrąciła. - W swoje umiejętności czytania w cudzej głowie
wierzy pan na tyle, by zaryzykować przebicie własnej ręki gwoździem.
Uśmiechnął się lekko.
- Czego właściwie nie powinienem robić - odparł. - A więc dobrze.
Chociaż nie bardzo rozumiem, na czym miałaby polegać moja rola ani
dlaczego przychodzicie z tym do mnie.
- My... - zawahała się. - Status naszego zespołu dochodzeniowego w policji
jest dość specyficzny, a chodzi o to, że znajdujemy się poza zwyczajowym
schematem organizacyjnym.
- Dlaczego?
- Cóż, nasza szefowa Julia jest córką komendanta głównego i...
- Nepotyzm? - Vincent z rozbawieniem uniósł brew.
Wściekła się i zauważyła, że to dostrzegł.
- A skąd! Julia jest nadzwyczaj kompetentna, ma naturalne zdolności
przywódcze i nie zdziwię się, jeśli w przyszłości zostanie komendantem
policji. Jednak podobnie jak my wszyscy jest sfrustrowana sztywną i niesprawną organizacją policji. Przekonała kierownictwo do tego, żeby
powołać bardziej... niezależny zespół, którym kieruje i w którym działa,
ale nastąpiło to raczej mimo tego, że jest córką komendanta głównego.
- Zespół złożony z najlepszych spośród najlepszych?
- Nie - odparła sucho. - To byłaby przesada. Beggars can't be
choosers1.
- Specjalny zespół bez specjalnych kompetencji? - stwierdził tonem
zdziwienia.
Rozumiała go, chociaż nie bardzo wiedziała, jak to wyjaśnić. Jednak
podjęła próbę.
- Każdy z nas posiada jakiś szczególny talent. Ale ludzie są ludźmi i mogą być tysiące powodów, że jednostka policji wypożycza kogoś spośród
swoich pracowników.
- A panią dlaczego wypożyczyli? - spytał, uśmiechając się kącikiem ust.
- Naprawdę nie wiem. Znam swoje zalety jako policjantki. Jestem uparta,
doświadczona i nie boję się wyjść poza schemat.
- Ale? - odezwał się, sięgając po następną frytkę.
- Ale kolegom w mojej dotychczasowej grupie chyba było trudno się ze mną
dogadać. Nie wiem dlaczego. Ja nie miałam z nimi problemów. Nie mam
problemów z innymi. To oni mają problem ze mną.
Odchrząknęła i ciągnęła dalej.
- Tak czy inaczej, moja szefowa zgodziła się, żebyśmy zatrudnili do tej
sprawy konsultanta z zewnątrz. Zapłata jest skromna, ale wziąłby pan
udział w czymś ważnym, co robi różnicę.
- W przeciwieństwie do występów na scenie, tak? - odparł, odsuwając w jej stronę plik zdjęć. - Chyba myli pani serial telewizyjny z rzeczywistością. Przykro mi, że niepotrzebnie pani przyjechała. Proszę
zrozumieć: zajmuję się rozrywką. Zabawiam ludzi. "Mistrz Mentalista" to
tylko rola, nic poza tym. To, co wykonuję na scenie, zostaje tam. Nie
dzieje się naprawdę. Może się wydawać, że mam jakieś wyjątkowe czy
specjalne zdolności, jednak prawda jest taka, że każdy może się tego
nauczyć. Mówi pani o sporządzaniu profilu psychologicznego. W dodatku
mordercy. Nie wiem nic na temat morderców. A są tacy, dla których ta
wiedza jest zawodem. Osoby, które... jak pani to ujęła? Robią różnicę.
Nie patrzył jej w oczy. Nie tego się spodziewała. Przypuszczała, że
wykręci się brakiem czasu albo ważniejszymi sprawami. Przygotowała się,
że będzie musiała apelować do jego ego. Nie przypuszczała, że będzie
kłamał.
- Rozumiem - powiedziała, podnosząc się.
Pora na nową strategię.
- W takim razie pomyliłam się. Na scenie wydaje się pan bardzo
przekonujący. Przepraszam. To był strzał w ciemno. Tylko zapłacę
rachunek i możemy zostawić ten temat. Chyba zostawiłam rachunek w barze
koło tych ludzi ze Skanii.
- Z Helsingborga - odparł zmęczonym tonem i znów zaczął dłubać w hamburgerze. - Są z Helsingborga. Przyjechali na konferencję na temat
ochrony przeciwporażeniowej. Mają to napisane na swoich
identyfikatorach. Na pani miejscu bym im nie przeszkadzał, ta wysoka
kobieta odwrócona do nas tyłem zaczęła właśnie rozmawiać z facetem, to
jej pierwsza rozmowa dzisiaj, kiedy nie musi się garbić i pomniejszać,
żeby gość odważył się zostać. Tylko szkoda, że ten akurat jest żonaty.
Nie rozumiem, dlaczego faceci myślą, że jak tylko zdejmą obrączkę, to
mogą udawać singla. Przecież już z daleka widać, że są żonaci. Tamtych
dwoje woli, żeby im nie przeszkadzać, a jej jest to wyraźnie potrzebne.
Mina postarała się ukryć uśmiech. Vincent wydawał się nieświadom tego,
co powiedział.
- Nie musi pani płacić za rachunek - dodał. - Ja już zapłaciłem.
- Ile stopni prowadzi ze sceny do garderoby w Gävle Teater?
Vincent podniósł wzrok, był zaskoczony.
- Osiem - odparł. - A dlaczego pani pyta?
- Siedem. Chyba że zrobi się dodatkowy krok, żeby wypadła parzysta
liczba.
Vincent otworzył usta. Udało jej się przykuć jego uwagę. Nie był
przyzwyczajony do tego, że ktoś zauważa jego dziwactwa.
- A więc - powiedziała, podsuwając mu znów zdjęcia. - Ma pan jakiś
pomysł?
- Niech będzie - odparł. - Wygrała pani. Na razie.
Górne zdjęcie nieco się obsunęło, odsłaniając to pod spodem. Nie zdążyła
go powstrzymać, kiedy je wysunął.
- O cholera! - skrzywił się.
- Właśnie. Słuszna reakcja.
Zmrużył oczy, jakby się chciał stopniowo przyzwyczaić do patrzenia na
ten koszmar.
- Co to jest? - spytał, wskazując na umieszczony obok ciała przedmiot w plastikowej torebce.
- Zegarek ofiary. Cyferblat został rozbity ze wskazówkami na trzeciej,
wydaje się to zgadzać z chwilą zgonu. Trzecia po południu.
- Nie chodzi o zegarek. Chodzi o to.
Wskazał na kreski na udzie martwej kobiety, znajdowały się zaraz pod
miejscem przebicia przez miecz. Dwie dłuższe połączone trzema krótszymi
w równej odległości. Minie przypominały drabinkę.
- Nacięcia - wyjaśniła. - Dokonane nożem albo czymś podobnym. Zapewne po
to, by sterroryzować ofiarę. Taki przedsmak tego, co nastąpi.
- Wykonano je bardzo starannie - zauważył - i całkiem inaczej niż
brutalne przebicia ciała. Nie sądzę, żeby to była jakaś tortura. Myślę,
że "drabinka" to symbol.
- Czego?
- Drabina występuje w wielu religiach, w Biblii jest Jakubowa drabina
prowadząca do nieba. Freud twierdził, że drabina ma coś wspólnego z samym aktem seksualnym. Proszę nie pytać dlaczego. Jednak myślę, że to
jest jeszcze prostsze.
Obrócił zdjęcie o dziewięćdziesiąt stopni i wskazał na rzekomą drabinkę,
teraz w pozycji leżącej.
Mina zdała sobie sprawę, że nie jest to już drabinka.
Tylko rzymska cyfra trzy.
Chwilę milczeli. Gwar z baru zagłuszył jej myśli.
- Właściwie to nie chciałbym pytać, ale... - odezwał się po chwili.
Skinęła głową.
- Wiem, o co panu chodzi. Jeśli to trójka, to gdzie w takim razie jest
jedynka i dwójka?
RANKAMI VINCENT MIAŁ ZAWSZE kłopoty z orientacją. W ciągu tych kilku sekund pomiędzy snem a jawą, kiedy
jedynym towarzyszącym mu odczuciem był dotyk prześcieradła, oślepiający
promień słoneczny, mdły smak tabletki nasennej. W świecie, w którym się
znajdował, nie istniały przestrzeń, miejsce ani poczucie czasu. Kilka
sekund błogosławionej próżni, gdzie można tylko egzystować.
Potem z wolna zaczynała napierać rzeczywistość. Brzęk porcelany. Ptak,
który stawiał czoła zimie i ćwierkał w karmniku zbudowanym przez Marię.
Głos synka Astona, raz głośniejszy, raz cichszy, przechodzący w ciągu
kilku sekund od radości do furii.
Vincent usiadł i odsunął kołdrę. Spuścił nogi na podłogę. Najpierw lewą.
Włożył spodnie i wczorajszą koszulę, nosił ją tylko wieczorem, potem
wrzuci ją do prania. Opuścił górny guzik, jakby go nie było, i zapiął
sześć pozostałych. Tak jak trzeba. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego
wszystkie koszule mają po siedem guzików. Musiały być projektowane przez
psychopatów.
Kiedy wszedł do kuchni, wszyscy siedzieli już przy stole. Wszyscy oprócz
Rebecki.
- Idź, powiedz swojej nastolatce, że jest śniadanie - odezwała się do
niego Maria, nie patrząc.
Vincent próbował przypomnieć sobie czasy, gdy w słowach, które padały
między nimi, nie było mnóstwa niewypowiedzianych opinii i znaczeń. Nie
potrafił. To, co było między nimi kiedyś, zostało powoli i niepostrzeżenie podkopane przez życie, codzienność, kłótnie i brak
zaufania. Nie sposób określić dokładnie, kiedy tak się stało.
Maria kroiła jabłko dla Astona, który mieszał energicznie swój jogurt.
Zielona herbata w stojącym przed nią kubku przypuszczalnie dawno
wystygła. Benjamin, z zaspaną miną, powoli i starannie obierał ze
skorupki dwa jajka. Jeden talerzyk na skorupki, drugi na jajka. Vincent
poszedł zapukać do drzwi Rebecki.
- Rebecka? Chodź, zjedz coś! - zawołał.
Z góry znał odpowiedź.
- Nie jestem głodna! - Rozległ się jej głos zza drzwi.
- Musisz coś zjeść. Wychodź stamtąd.
Wrócił do stołu, nie czekając, co odpowie. Siadając, usłyszał, że drzwi
się za nim otwierają. I z trzaśnięciem się zamykają. Benjamin spojrzał
na Rebeckę ze złością, ale nic nie powiedział.
- Mamoooo! - zawołał nagle Aston. - Te kawałki są za duże! Pokroiłaś mi
za duże!
Gwałtownie odsunął miseczkę w stronę Marii, trochę jogurtu rozlało się
na stół.
- Wcale nie, kochanie, są takie jak zwykle. Sam zobacz.
Maria wzięła kawałek jabłka w palce upaćkane jogurtem. Wyglądała na
zirytowaną, ale Aston się roześmiał.
- Mamo, jogurtu nie je się palcami! - powiedział. - Potrzebowałabyś na
to ze sto lat!
- Faktycznie, trochę duże - zauważył Vincent, sięgając do miseczki.
Chwycił nóż i zaczął kroić upaćkane kawałki jabłek. Zerknął na żonę. Z gniewną miną oblizywała palce. Zastanawiał się, czy powiedzieć coś. Z Marią było tak, że wszystko zależało od odpowiedniego momentu. Czy jest
nastawiona na nadawanie, czy na odbiór. Czasem udawało mu się zgadnąć.
Czasem nie.
- Nie ma się o co spierać - powiedział cicho. - Herbata ci stygnie.
W odpowiedzi otrzymał mordercze spojrzenie. Najwyraźniej tym razem się
nie udało.
- Ja chcę, żeby mi mama pokroiła - oznajmił Aston, uderzając dłonią w stół. - Mama kroi drobniej.
- Jesteś już taki duży, że mógłbyś sobie sam pokroić to jabłko -
powiedział Vincent. - Byłoby po twojemu. A tak jest po naszemu.
- Ale szykowanie śniadania to wasza sprawa - odpowiedział Aston.
- Ale dzieciuch z ciebie - parsknęła na braciszka Rebecka.
Usiadła przy stole, ostentacyjnie krzyżując ręce na piersi.
- Sama jesteś dzieciuch! - krzyknął Aston i aż poczerwieniał ze złości.
- Mam piętnaście lat, a ty osiem, czyli mam prawie dwa razy tyle lat co
ty. Więc to ty jesteś dzieciuch.
- Właśnie że nieee!
Aston już się zrywał z krzesła, ale Maria położyła mu rękę na ramieniu.
- Rebecka faktycznie jest starsza od ciebie - powiedziała. - Co znaczy
tylko, że musi sobie kroić jabłko sama. I wszystko inne też. A ty nie
musisz.
Aston uśmiechnął się szeroko, kiedy Maria mrugnęła porozumiewawczo.
Vincent wiedział, że syn uwielbia mamę i nic go tak nie cieszy jak
sojusz z nią przeciwko starszemu rodzeństwu.
- A kto by chciał jeść jabłko na śniadanie? - odezwała się Rebecka. -
Przecież to chore.
Vincent skupił się na jabłku. Dziewiętnaście kawałków, będzie
trzydzieści osiem, jeśli podzieli każdy na pół. Nieparzyste stanie się
parzyste. Poczuł spokój. Podobała mu się ta symbolika. Nieparzyste
przejdzie w parzyste, a nietypowe - w zwyczajne. Można przymknąć oczy.
Jest nadzieja. Kochał swoją rodzinę, ale z trudem radził sobie z zamieszaniem, jakie robiła. Lubił porządek. Strukturę. Parzyste liczby.
- Masz, gagatku.
Vincent podsunął miseczkę Astonowi, który przez chwilę wyglądał, jakby
się zastanawiał, czy jeszcze chce coś powiedzieć na temat kawałków
jabłka. Chyba nie był pewien, co znaczy gagatek; rzucił ojcu harde
spojrzenie i jednak zaczął jeść.
- Zjedz kanapkę - nalegała Maria, zwracając się do Rebecki. - Albo
jogurt. Cokolwiek, ale zjedz coś.
- U mamy nie muszę jeść śniadania - odpowiedziała Rebecka, wciąż
siedząca z rękami skrzyżowanymi na piersi. - Mama do południa nic nie
je. Post naprzemienny. Metabolizm ma przerwę, co jest zdrowe, nasze
organizmy nie są stworzone do tego, żeby ciągle jeść. Jemy za często. W epoce kamiennej jadło się tylko od czasu do czasu, nawet z kilkudniową
przerwą.
- To są słowa twojej mamy, nie twoje. Nie żyjemy dziś w epoce kamiennej.
Vincent, powiedz coś swojej córce.
- Kiedy ona ma rację - odparł Vincent, nalewając sobie kawę. - Nasz
organizm nie jest dostosowany do współczesnego sposobu żywienia i z nowych badań wynika...
Maria wstała gwałtownie, zabierając swój talerzyk z kromką żytniego
chleba z rozsmarowanym awokado. Jak zawsze z ekologiczną posypką z kokosa. W cenie złota, za to o właściwościach przeciwzapalnych, czyli
według Marii gwarantującą życie wieczne.
- Boże, gdybyś ty zechciał mnie wesprzeć chociaż raz na jakiś czas -
powiedziała. - Przecież Rebecka musi jeść! Jest nastolatką i rośnie, jej
ciało musi się rozwijać, dziewczyny tracą miesiączkę, kiedy nie jedzą...
- Fuj - przerwał Benjamin. - Musicie gadać o miesiączce! Przecież ja
jem.
- Benjaminie, masz dziewiętnaście lat - zauważył Vincent. - Już nie
możesz być taki przeczulony na punkcie płynów ustrojowych.
Benjamin wbił wzrok w ojca. Potem wstał i z resztą jajka w ręku, kręcąc
głową, poszedł do swego pokoju.
- Tato, aleś ty aspowaty - skomentowała sucho Rebecka.
- Tak się nie mówi - zwrócił jej uwagę Vincent. - Teraz to się nazywa
ASD2.
Maria, ignorując ich, ciągnęła temat.
- I ciągle powołujesz się na to, co robi twoja mama. Rebecko, musisz
zrozumieć, że to jest nasz dom i my mamy własne zasady. To, co robicie u Ulriki, nie ma przełożenia na naszą rodzinę.
- Oczywiście, ciociu Mario.
Rebecka również wstała, wzięła z koszyka kromkę chleba i ostentacyjnie
potrzymała w górze, a potem poszła do swojego pokoju. Zatrzasnęła za
sobą drzwi.
- Zjadłem! Dzięki, mamo. Idę nakarmić pieski.
Aston szybko odsunął krzesło i pobiegł do akwarium w salonie.
- Muławki!3 - zawołał za nim Vincent. - Zwane po szwedzku psimi
rybkami.
- Przecież wiem - odparł Aston, sypiąc karmę na całą powierzchnię wody w akwarium. - Hau, hau!
Wrócił do kuchni, wziął z blatu iPada i pobiegł do swojego pokoju.
- Masz pięć minut, Aston! - zawołał Vincent. - Potem się ubieramy i jedziemy do szkoły. Pięć minut!
Maria oparła się o zlew i skrzyżowała ramiona na piersi, nieświadomie
kopiując Rebeckę.
- "Ciociu Mario", ona powiedziała to tylko po to, żeby się ze mną
drażnić.
Vincent spojrzał na żonę nierozumiejącym wzrokiem.
- Przecież jesteś jej ciocią - odparł. - Skoro ty i jej matka jesteście
siostrami. Dlaczego się złościsz, że Rebecka to podkreśla? Przecież to
się zgadza.
Nie rozumiał, dlaczego Maria wkłada tyle energii w kwestionowanie
obiektywnych faktów. Sięgnął po kromkę żytniego chleba i zabrał się do
starannego smarowania. Żadnych grudek, aż po brzegi.
- Ale nie o to chodzi - ciągnęła Maria. - Naprawdę nie rozumiesz? Boże,
za jakiego ja robota wyszłam! Przecież ona mówi tak, żeby mnie
podpuszczać.
Vincent zmarszczył czoło. Naprawdę chciał zrozumieć. Jednak dla niego
jej logika była zupełnie niepojęta. Fakt to fakt. Trudno od niego
abstrahować. Co innego nasz stosunek do niego.
- A tak właściwie to kogo przedwczoraj zaprosiłeś na kolację? - spytała
innym tonem. - Czyżby Ulrikę?
Vincent spojrzał ze zdziwieniem. Właśnie odgryzł kęs kanapki i musiał
przeżuć, żeby odpowiedzieć. Dziesięć razy. Prawie jedenaście, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
- Dlaczego miałbym być na kolacji z moją byłą żoną? - spytał.
- Zobaczyłam na koncie obciążenie za rachunek w restauracji. Porównałam
z kwitkiem, który miałeś w portfelu. Zaprosiłeś kogoś na kolację w Gävle. Nocowała potem w hotelu? Pieprzyliście się?
Jej głos przeszedł w falset. Vincent zaklął w myślach. Powinien był
wiedzieć, że tak będzie. Jak wiele razy przedtem. W każdym momencie mógł
się spodziewać jej wybuchu bezpodstawnej zazdrości - ostatnio działo się
to coraz częściej. Jedna z wielu rzeczy prowadzących do stopniowego
rozpadu ich tak zwanego małżeństwa.
- Zgłosiła się do mnie pewna policjantka - odparł. - Chciała
przedyskutować ze mną sprawę morderstwa, nad którą pracuje.
- Ha! - Maria zaśmiała się sztucznie. - Policjantka? Proszę, no to
bardzo odpowiednio... Vincent, masz mnie za idiotkę? Nie potrafisz
wymyślić nic lepszego? Że niby policjantka chciała z tobą rozmawiać o prowadzonej sprawie? Dlaczego policja miałaby się zgłosić do ciebie w sprawie morderstwa?
- Bo chodzi o...
Powstrzymała go ruchem ręki.
- Potem mi się przyznasz i powiesz, co było dalej, teraz masz odwieźć
Astona do szkoły.
- Ale...
Urwał, widząc, że Maria już zmierza do pokoju Astona.
- Aston! - zawołała. - Późno już! Zostaw iPada! Za pięć sekund odjazd.
A potem poszła w głąb domu, w stronę sypialni.
Vincent spojrzał na swoją kanapkę. Policja. Mina. Od czasu ich spotkania
ciągle wracał do niej w myślach. Trochę liczył na to, że jeszcze się do
niego odezwie. Gryząc kanapkę, jego zęby utworzyły coś w rodzaju murku z masła. Vincent wziął nóż i rozsmarował je, potem odgryzł duży kęs
wielkości jednej szóstej kanapki. Sześć części, dobrze. Chociaż teraz
zostało pięć. Już nie tak dobrze.
Podczas kilku godzin, jakie ze sobą spędzili, Mina w sposób wręcz
niesamowity potrafiła go przejrzeć. Próbował, jak zawsze, odgrywać
artystę światowca. Rolę dobrze przećwiczoną, która zapewniała mu
skuteczną osłonę podczas rozmów z dziennikarzami i innymi osobami. I zazwyczaj wszyscy ci ludzie byli zadowoleni, bo takiego Vincenta się
spodziewali, a więc go nie kwestionowali. Jednak Mina zauważyła, że
policzył stopnie na schodach, a potem odnotowała, że poprawił etykietki,
przestawiając butelki w garderobie, i jeszcze sama poprawiła. A potem
jeszcze podpuściła, żeby przeanalizował gości w barze.
To więcej, niż kiedykolwiek dostrzegły u niego Maria i Ulrika, a z każdą
z nich przeżył kilka lat.
Dojadł resztę kanapki, odliczając kolejne części. Trzecią i pierwszą żuł
bardzo szybko.
Mina jest na pewno bardzo dobrą policjantką. Jednak chodzi nie tylko o to, że jest uważna, chociaż pochlebiło mu i jednocześnie zaniepokoiło
go, że tak łatwo zaobserwowała u niego zachowania, które - jak myślał -
dobrze ukrył. Chodzi o to, że on też ją rozumiał. Co wcale nie było
takie oczywiste, a Maria podpisałaby się pod tym obiema rękami. Stojąc
na scenie, potrafił czytać z twarzy i sprawować kontrolę nad innymi.
Znajdując się we własnym świecie, kontrolował wszystkie parametry.
Jednak w prawdziwym życiu ludzie wciąż stanowili dla niego zagadkę.
Czasem odbierał to w ten sposób, jakby z powodu choroby opuścił lekcje,
kiedy akurat w szkole rozdawali narzędzia do gładkiego funkcjonowania
społecznego. Dlatego tak często starał się odgrywać rolę artysty
światowca. Artysta wie, jak funkcjonować wśród innych ludzi. Vincent
często nie miał o tym pojęcia.
- Aston! - zawołał.
Chłopiec wyszedł ze swojego pokoju, wzrok miał lekko nieprzytomny, w jednej ręce trzymał iPada. Prawdopodobnie już zapomniał, że musi iść do
szkoły.
- Jazda. Włóż kurtkę i buty.
Vincent wciągnął trykotową bluzę z kapturem, podczas gdy Aston uściskał
mamę, która pospieszyła do przedpokoju z jego plecakiem, i dostał od
niej całusa.
Jednak Mina nie stanowiła dla niego zagadki. W każdym razie nie takiej
jak inni ludzie. Zaobserwował jej rytualne zachowania. Włosy odgarniała
z twarzy zawsze prawą ręką. Unikała w możliwie największym stopniu
dotykania jakichkolwiek powierzchni. Mignęła mu kostka Rubika znajdująca
się w jej kieszeni kurtki. Nie byle jaka, bo speed cube. Łatwa do
kręcenia, którą można smarować.
Więc tak, ciekawie byłoby spotkać się z nią ponownie. Jednocześnie miał
nadzieję, że Mina się do niego nie odezwie. Nie miał ochoty uczestniczyć
w czymś, co ściągnie na niego koszmary senne. Jego świat i bez tego był
kruchy. Nie musiały go zaludniać okaleczone trupy.
WODA W PRYSZNICU była jak zwykle tak
gorąca, że prawie parzyła skórę. Jej ciało zaogniło się na czerwono, ale
Mina poczuła się czysta i nieskalana, przekonana, że gorąca woda
zniszczyła wszelkie znajdujące się na niej mikroorganizmy. Jej ciało
było jak nieużywane, gładkie płótno, bez nieczystości, bez brudu. Coś
cudownego.
Pod prysznicem czuła się silna. W dni wolne potrafiła stać tam całymi
godzinami, jej skóra wyglądała wtedy jak wściekle czerwony rodzynek.
Jednak dziś nie mogła liczyć na więcej niż dziesięć minut. Nie mogła
uspokoić myśli.
Vincent Walder. Wciąż nie była pewna, czy jest jej potrzebna jego
wiedza, czy okaże się lepszy od policyjnego psychologa. Był to - jak na
nią dość niezwykły - strzał w ciemno. Mina nie miała pewności, czy
zatrudnienie go nie okaże się jedynie nadmiarowym kosztem finansowym dla
policji. Plus uznaniem jej za idiotkę przez pozostałych członków
zespołu. Tak czy inaczej, zrobiła to i czas pokaże, czy Vincent im się
przyda w jakiś sposób. Inna rzecz, że sam w sobie stanowił niezły orzech
do zgryzienia; domyślała się, że Vincent, którego poznała, to tylko
część prawdy. Kryło się tam znacznie więcej. Natomiast pewna była
jednego: nie życzyła sobie, żeby patrzył na nią z góry. Odnotował jej
słomkę jednorazową. Pytanie, co jeszcze zauważył. Ale też nic nie
powiedział, nie mogła zakładać, że wie, jak facet myśli. Jeśli jednak
będzie mu jej żal albo, jak wszyscy, zacznie jej okazywać współczucie,
nie będzie chciała jego pomocy. Niech sobie Julia szuka kogoś innego.
Zakręciła kran, ostrożnie wyszła z wanny i wytarła się starannie czystym
ręcznikiem, upranym w dziewięćdziesięciu stopniach przy użyciu zarówno
proszku do prania, jak i wybielacza, a pachnącego tą samą czystością jak
jej skóra. Wiedziała, że to tylko chwilowe. Gdyby została w domu,
wrażenie utrzymałoby się do dwudziestu czterech godzin, ale wystarczy
wyjść, a rzeczywistość otuli ją brudnym kocem.
Włożyła ubranie, które przygotowała sobie przed wejściem pod prysznic.
Majtki, biały sportowy biustonosz, biały T-shirt, dżinsy i czarne
skarpety. Majtki były nowe, te z poprzedniego dnia wyrzuciła. Nie warto
prać, żaden wybielacz nie sprawiłby, żeby poczuła się świeżo w używanych. Znalazła miejsce, gdzie mogła kupować duże partie zwykłych
bawełnianych majtek po dziesięć koron za sztukę, cenę przystępną jak na
jej potrzeby.
Obudziła się wcześnie, do wyjścia do pracy została jej godzina.
Zaburczało jej w brzuchu. Wysunęła szufladę kuchenną i spojrzała na
pudełko cienkich jednorazowych rękawiczek. Wiedziała, że ich nie
potrzebuje. Nikt nie zachorował śmiertelnie od tego, że wziął do ręki
opakowanie jogurtu. Zdawała sobie z tego sprawę. Jednak ścisnęło ją w żołądku na samą myśl, że miałaby otworzyć lodówkę bez jakiejkolwiek
osłony między sobą a znajdującym się w środku jedzeniem.
Z westchnieniem włożyła parę rękawiczek, uważając, żeby nie pękły.
Koledzy w pracy śmiali się z jej dziwactw, które uznawali za
paranoiczne. Jednak kiedy w ostatnie święta wszyscy chorowali na
norowirusa, tylko ona była zdrowa. I wtedy jakoś nikt się nie śmiał.
Otworzyła lodówkę, szybko rozważyła wszystkie możliwości i zdecydowała
się na twarożek waniliowy. Upewniła się, że opakowanie jest
nienaruszone, i ostrożnie je otworzyła. Postawiła na stole, wyjęła
czystą łyżeczkę, umyła ją, wzięła buteleczkę spirytusu dezynfekcyjnego,
wycisnęła kroplę na łyżeczkę i wtarła starannie aż do ostatniego
milimetra. Wyobraziła sobie, jak spirytus zabija wszystko: bakterie,
wirusy i wszelkie obrzydliwe cząsteczki, które mogłyby wedrzeć się do
jej ciała.
Nie musisz. Jest czysta. Przecież dopiero co ją umyłaś.
Prawdopodobnie tak. Ale skąd miałaby wiedzieć, że usunęła wszystkie
bakterie, gdyby jej nie zdezynfekowała? Przecież miała ją włożyć do ust.
Na tę myśl znów chwyciła buteleczkę ze spirytusem.
Odstaw ją. To już jest mania. Łyżeczka. Jest. Czysta. Zostaw to.
Jednak nie była w stanie. Poczuła napływające do oczu łzy, jednocześnie
zdjęła plastikową zatyczkę i wycisnęła następną kropelkę. Nie chciała,
ale musiała. Wcierała spirytus w łyżeczkę, mocno, jakby chciała zrobić w niej dziurę.
Siedząc potem przy stole, długo patrzyła na plastikowy pojemnik z twarożkiem. Starała się nie myśleć o tych wszystkich ludziach, którzy
dotykali opakowania, jego zawartości, nie myśleć o miliardach zarazków
na ich dłoniach, wmawiała sobie, że zakład produkcyjny na pewno dba o higienę równie skrupulatnie jak ona. Chociaż wątpiła w to. Jednak coś
zjeść musi. Dość tego.
Skrzywiła się z obrzydzenia, kiedy podnosiła do ust łyżeczkę, którą
wcześniej włożyła do twarożku. Po chwili smak alkożelu znikł, został
tylko smak twarożku. Zjadła go i poczuła się dzielna. Każdy zjedzony
posiłek odbierała jak zwycięstwo. Wyrzuciła puste opakowanie i rękawiczki, następnie zaparzyła kawę. Lepiej jej to poszło, chociaż sama
nie wiedziała dlaczego. Mimo to kubek zdezynfekowała przed użyciem.
Jeszcze pół godziny do wyjścia. Zdążyła trochę posprzątać. To nie mania,
tylko zdrowy rozsądek. Przecież od wczoraj nie sprzątała. Z szafki pod
zlewem wyjęła spory kubeł pełen różnych środków czystości i wszelkich
akcesoriów. Wszystko tam było. Płyn do mycia okien, szare mydło, soda
kaustyczna, płyny do ogólnego czyszczenia, do kuchni, do zmywania, znów
alkożel, WC kaczka, druciaki, ścierki
kuchenne, ściereczki z mikrofibry, szczotki, gąbki... Artykułów takich jak
ścierki i szczotki do sprzątania używała tylko raz, potem je wyrzucała.
Ale również w tym przypadku znalazła miejsce, gdzie mogła kupować
większe partie po cenach hurtowych. Trzymała zapas kartonów z nowymi
rzeczami w małym pokoju, który był jej gabinetem do pracy, ale
funkcjonował jako magazynek.
Rozgrzała się i spociła po sprzątaniu. Powąchała się pod pachami i zaraz
tego pożałowała. Dziesięć minut do wyjścia. Julia poprosiła ją, żeby jak
najszybciej przedstawiła Vincenta pozostałym członkom grupy. Chciała mu
dać jeszcze dzień czy dwa, ale powinien się szybko zdeklarować -
współpracuje z nimi czy nie. Miała nadzieję, że zechce jej pomóc. Im.
Mentalista obudził jej ciekawość, mimo pewnej nieporadności. Spojrzała
na zegarek. Wystarczy jej czasu na jeszcze jeden szybki prysznic. I przebranie się w czyste ciuchy.
- MOGĘ WYBRAĆ, co zechcę? - spytał
Steffo Törnqvist, wskazując na przedmioty leżące przed nim.
Vincent przytaknął. Zmrużył oczy przed światłem silnych reflektorów
studia porannego programu TV4. Powinien
się już przyzwyczaić, nie był to bynajmniej jego pierwszy raz w tej
telewizji. A jednak zawsze go oślepiały te światła.
Siedząc na kanapie, Vincent odchylił się do tyłu i udawał, że jest
odprężony. Wciąż próbował nie pamiętać zdjęć pokazanych mu tydzień
wcześniej przez policjantkę Minę. Nie kontaktowali się od tamtej pory.
Może go skreśliła. W końcu przekonywał ją usilnie, że zupełnie się do
tego nie nadaje. Za duża odpowiedzialność. Jednocześnie nie mógł
przestać się zastanawiać, jaką Mina ma metodę na kostkę Rubika.
Skup się, Vincent.
Musi być teraz obecny. W końcu jest to transmisja na żywo.
- Co tylko chcesz - potwierdził - byle bez większego zastanowienia.
Najważniejsze, żebyś się z tym dobrze czuł.
Steffo spojrzał na przedmioty na stole. Kluczyk od samochodu Jenny
Strömstedt, drożdżówka, którą Vincent zabrał ze stołu śniadaniowego dla
gości, telefon komórkowy Steffa i podniszczony portfel ze zdjęciem Che
Guevary. Położył go tam Vincent.
- Wezmę to - powiedział Steffo, biorąc portfel. - Wydaje się... Jakoś mnie
cieszy.
- A więc portfel - odezwał się Vincent. - Powiedziałbyś, że wziąłeś go z własnej woli?
- Zdecydowanie - odparł Steffo i zaśmiał się. - Mogłem wziąć, co zechcę.
- Ale ta drożdżówka na przykład wygląda naprawdę przepysznie - wtrąciła
Jenny, puszczając oko do widzów.
- Co tylko zechcesz, jasne - powiedział Vincent z lekkim uśmieszkiem i skinął głową w stronę karteczki leżącej na stole.
Dał ją Steffowi przed eksperymentem. Steffo rozwinął kartkę i spojrzał.
Zmarszczył się i chrząknął. Poruszył dłonią mikroport, przez co rozległ
się trzask.
- Przeczytaj na głos - powiedziała Jenny.
Steffo oddał jej kartkę. Jenny przeczytała ją głosem prezenterki.
- "Na moje postępowanie będą wpływać po pierwsze własne preferencje i oceny, po drugie oddziaływanie ze strony innych. Jedno w połączeniu z drugim sprawi, że z pewnością sięgającą dziewięćdziesięciu procent
wybiorę portfel, chociaż sam nie wiem dlaczego".
Jenny zerknęła na Steffa, który miał mocno zakłopotaną minę. Vincent
wypił łyk wody. Jenny odwróciła się do kamery; stojący za nią kamerzysta
kręcił głową ze zdumieniem.
- Dla państwa, którzy dopiero włączyli telewizory: gościem naszego
poranka jest ponownie Vincent Walder, który opowie nam, jak działa nasz
mózg. A może głównie namąci nam w głowach.
Vincent zobaczył siebie na monitorze obok kamery. Pod monitorem widać
było czerwone cyfry, które odliczały czas. 04:14. Zostały mu niecałe
cztery minuty, żeby wyjaśnić, jak się to właśnie odbyło. Czwarta,
pierwsza i czwarta litera alfabetu to DAD. Tata. Jako tata być może nie powinien był
zabierać Astona do programu, ale jego ośmiolatek czuł się chyba dobrze w telewizyjnej kafejce, gdzie były rogaliki i sok pomarańczowy. Może nie
spóźnią się za bardzo do szkoły.
- Więc... mówisz, że naszym postępowaniem mogą kierować czynniki, o których nie wiemy? - spytał Steffo. - Jak mógłbym nie znać własnych
preferencji i ocen?
Mówił to tonem na granicy wzburzenia. Vincent zmieszał się, by po chwili
odzyskać poczucie rzeczywistości.
- Człowiek niekoniecznie jest świadom wszystkich swoich ocen - odparł. -
Na przykład mógł mieć w dzieciństwie traumatyczne przeżycia, które
sprawiają, że jako dorosły odruchowo reaguje w określony sposób. Nie
wie, że postępuje zgodnie z pewnym wzorcem, całkowicie przewidywalnym,
jeśli się zna te okoliczności.
- Czy to naprawdę aż takie proste? - wtrąciła Jenny. - Jeśli raz
przewrócę się razem z rowerem, chyba nie znaczy to, że zawsze będę
nienawidzić jazdy na rowerze?
- Miejmy nadzieję, że nie - zarechotał Steffo - zważywszy na to, jak
często wpadasz na meble w studiu. A raz o mało go nie spaliłaś.
Jenny rzuciła mu lodowate spojrzenie. Słowa Steffa odnosiły się do
sytuacji, kiedy w programie na żywo piekła ptysie serowe i je spaliła.
Zrobił się z tego viral na cały świat.
- Ale jeśli cię potrąci niebieskie audi, to będziesz długo przeżywać
stres na widok każdego niebieskiego samochodu - zauważył Vincent. - To
nie musi być bardzo dramatyczne, ale wystarczy, że wzbudzi silne emocje.
Została minuta. Powinien się pospieszyć.
Skupienie.
- Jak kiedy brałem udział w Let's Dance - odparł Steffo. - Kurde, ale
była zabawa. I emocje. Zwłaszcza w finałowym tańcu. Tak go pamiętam,
jakby to było wczoraj.
- Ojej, tylko nie znowu - odezwała się Jenny, przewracając oczami.
Vincent uzmysłowił sobie, że Steffo właśnie mu się podłożył.
- I tu dochodzimy do sedna - powiedział. - Silne pozytywne emocje w połączeniu ze szczegółami twojego wspomnienia. Szczegółami, które wciąż
mogą budzić te radosne emocje i dlatego tak cię pociągają. Steffo, czy
pamiętasz, w co byłeś ubrany podczas tego tańca?
- Jasne, biały T-shirt z...
Steffo urwał i wybałuszył oczy.
- Żartujesz.
- Co takiego? - spytała Jenny. - Co się dzieje?
Zegar pod monitorem wskazywał 00:10. Dziesięć sekund do reklam. Idealny
timing.
- Biały T-shirt z Che Guevarą - powiedział Steffo, podnosząc do góry
portfel, żeby kamera mogła zrobić zbliżenie na naklejkę z latynoamerykańskim rewolucjonistą.
- Czyżby to było aż takie proste? - zdumiała się Jenny.
Vincent uśmiechnął się.
- Czasami.
Przerwa reklamowa nastąpiła sekundę po tym, jak wbił wzrok w kamerę. Na
telewizji się akurat znał.
- Dzięki za dziś - powiedział z uśmiechem, kładąc dłoń na ręce Steffa. -
Portfel możesz zatrzymać.
Wyszedł, kiedy się zaśmiali. Oby Aston zostawił chociaż pół rogalika dla
innych gości dzisiejszego programu. Idąc do telewizyjnej kafejki,
Vincent włączył komórkę, ściszoną na czas programu. Na ekranie miał
wiadomość. Trzy nieodebrane połączenia. Wszystkie od Miny.
ZESZŁA PO WĄSKICH schodach i dotarła do
krótkiego korytarzyka. Na jednej ścianie znajdowały się lustra, pod nimi
stoliki do charakteryzacji. Korytarzyk prowadził do większego
pomieszczenia, gdzie dominowały dwie sofy ze stolikiem, na którym stały
salaterki z owocami i słodyczami. Lodówka o przezroczystych drzwiach
była zapełniona po brzegi butelkami z wodą gazowaną.
- Wydawało mi się, że mówiłeś o zakazie wstępu na zascenie.
- Dla ludzi, których nie znam, owszem - odparł Vincent. - Co innego dla
organów porządkowych.
Mina rozejrzała się po pokoju.
- Przytulnie tutaj - powiedziała. - Myślałam, że garderoby są znacznie
bardziej zniszczone, spodziewałam się graffiti na ścianach i zastałego
zapachu piwa.
Prawda była taka, że kiedy Vincent zaproponował, by spotkali się w garderobie sali widowiskowej sztokholmskiego hotelu Rival, gdzie
występował, w pierwszej chwili chciała odmówić. Wzięła ze sobą
plastikowe rękawiczki i inne środki ochronne, w każdym momencie były
gotowe do użycia.
- Takie garderoby też są - odparł. - Ale pomyślałem, że będziesz wolała
tę. Garderoba w Rivalu należy do najlepszych w mieście. A ponieważ
znajdujemy się właściwie pod sceną, nie ryzykujemy, że nas ktoś
podsłucha.
Miał rację. Garderoba wyglądała zarówno na wysprzątaną, jak i wyremontowaną. Mina westchnęła lekko i usiadła na sofie. Sądząc po tym,
jak sprężynowała, Mina należała chyba do pierwszych osób, które na niej
siedziały. Nie było tu jeszcze fanek, które by się obściskiwały na niej
z perkusistą. Nie potrzebowała plastikowej ochrony.
- Fajnie, że się mogłeś spotkać - powiedziała. - Zdecydowałeś się i pomożesz nam? Chciałabym jak najszybciej przedstawić cię zespołowi,
najlepiej już jutro. Opowiedziałbyś o nacięciach, które odczytałeś jako
numer.
Vincent spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Wyście chyba też odczytali je w ten sposób?
- Myśmy... szukali czegoś innego. Przede wszystkim próbowaliśmy
zidentyfikować ofiarę, żeby tą drogą dotrzeć do sprawcy. Ale już w Gävle
mówiłam ci, że nigdzie nas to nie zaprowadziło. To, że na ofierze miałby
znajdować się jakiś... symbol, według nas zakrawa trochę na science
fiction.
Vincent westchnął. Po jego twarzy przeszedł cień, jakby się zamknął w sobie.
- Mówiłem przecież, że prawdopodobnie nie jestem kompetentny w tej
sprawie - powiedział. - Science fiction. Hm. Na pewno masz rację. W takim razie nie jestem wam potrzebny. Może coś słodkiego?
Podsunął jej miseczkę ze słodyczami. Mina odnotowała, że wszystkie były
w papierkach. Nawet gdyby jacyś ludzie grzebali w tej miseczce brudnymi
rękami, słodycze były wciąż chronione przed nimi. Ciekawe, czy Vincent
świadomie poprosił o takie słodycze. Czy zdążył ją aż tak zanalizować.
Poznać jej fobie. Jeśli jest taki sam jak inni, Mina może w każdej
chwili spodziewać się docinków. Ludzie jakby nie mogli się pohamować.
Wciąż miała nadzieję, że Vincent nie jest do nich podobny. Mimo to
robiło jej się nieprzyjemnie na myśl, że ktoś mógłby czytać w niej jak w otwartej książce.
Na spodzie miseczki leżała dumlekola, jej ulubione toffi w czekoladzie.
Niestety za głęboko. Musiałaby dotknąć zbyt wielu cukierków, które
przedtem mogły macać inne osoby. Dlatego tylko spojrzała tęsknie i pokręciła głową.
- Nie sądzę, żebyś się mylił co do tych nacięć - powiedziała. - I dlatego chcę, żebyś poznał resztę zespołu. Bo wydaje mi się, że masz
rację. Pewnie powinniśmy byli sami zauważyć tę cyfrę. Ale nie
zauważyliśmy. Potrzebujemy ciebie.
Vincent patrzył na nią w milczeniu. Mina słyszała gwar publiczności,
która zaczęła zapełniać salę znajdującą się nad nimi. Za dwadzieścia
minut kurtyna pójdzie w górę i Vincent jako Mistrz Mentalista będzie
czarował i szokował ośmiusetosobową publiczność. Będzie delikatnie
manipulować myślami ludzi i kierować ich zachowaniem, sprawiając
wrażenie, że wszystko kontroluje. Aż trudno było uwierzyć, że siedzący
naprzeciw niej mężczyzna to ta sama osoba. Na tej kanapie wydawał się
niemal podenerwowany.
- Spróbuję ci pomóc na tyle, na ile umiem - odparł w końcu. - Jednak nie
najlepiej mi się funkcjonuje w zespole. Mówię tylko, żebyś wiedziała.
No pewnie, a kto funkcjonuje dobrze? Zespół roboczy to pewna liczba
obcych sobie osób, którym wydaje się, że cię znają, skoro pracują w tym
samym miejscu. Mina nigdy nie mogła pojąć, dlaczego ludzie upierają się,
żeby opowiadać, co robili w weekend albo ile nowych zębów urosło
dzieciom. Jakby to mogło kogoś zainteresować.
- Zebranie zaczyna się jutro o dziewiątej w siedzibie policji -
powiedziała, podnosząc się. - Będę na ciebie czekała przy głównym
wejściu. A teraz zostawię cię twojej publiczności. Chyba się
niecierpliwi.
Vincent zerknął z rozbawieniem na sufit. Widać było, że wrócił Mistrz
Mentalista.
- Już ja ich nauczę grzeczności - powiedział. - A właśnie. Proszę.
Sięgnął po coś, co leżało na lodówce, i podał jej. Torebka ulubionych
dumlekola. Nieotwarta.
- Do zobaczenia jutro - dodał.
GMACH POLICJI na Polhemsgatan na wyspie
Kungsholmen, przy wejściu wyraźnie oznakowany wielkimi tablicami
informującymi o jego funkcji. Powietrze było zimne i wilgotne, a niebo
szare, jakby miało padać. Śnieg, który zamieni się w deszcz, zanim
jeszcze dotrze do ziemi. Marzec to nie był jego ulubiony miesiąc.
Klepiąc się po ramionach, żeby nie marznąć, Vincent przyglądał się
wchodzącym i wychodzącym z gmachu. Odczuwał zawód za każdym razem, gdy
okazywało się, że to nie Mina. Motylki w brzuchu nie chciały się
uspokoić. Nie był pewien, czy zostanie mile przyjęty przez policyjny
zespół. Czy w ogóle zostanie przyjęty. Myśl, że mógłby zostać odrzucony
jeszcze przed przyjęciem, sprawiała, że motylki odbywały coś na kształt
tańca wojennego w dolnych partiach jego tułowia.
Wreszcie w szklanych drzwiach pojawiła się Mina i wyszła do niego. Tego
dnia miała na sobie czerwony golf. Nie dało się nie zauważyć, że było
jej do twarzy w tym zdecydowanym kolorze. Nadawał jakiś dramatyczny rys,
mimo jej powściągliwości. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że jego
reakcja wynika z przypływu adrenaliny wywołanego przez czerwony kolor,
jak dzieje się u ludzi od tysięcy lat. Krew bowiem jest czerwona.
Gniewne twarze są czerwone. Wyrzut adrenaliny w organizmie ułatwia
ucieczkę.
- Właśnie się zastanawiałam, gdzie się podziewasz - odezwała się. -
Dlaczego stoisz na dworze? Zastanawiasz się, czy uciekać?
- Między innymi.
Rzuciła mu rozbawione spojrzenie, co - jak odnotował - spowodowało w jego organizmie silny przypływ zarówno kortyzolu, czyli hormonu stresu,
jak i dopaminy z układu nagrody; jednocześnie zwiększyło się wydzielanie
serotoniny, dzięki czemu jego mózg pracował na najwyższych obrotach, a poziom testosteronu wzrósł o czterdzieści procent. Kiedy taki koktajl
hormonalny dotyka dwóch osób, mówi się, że jest między nimi chemia.
Gdyby ludzie wiedzieli, jakie to ścisłe określenie. Naukowcy nie wiedzą,
dlaczego tak się dzieje, ale zgadzają się co do jego istnienia. Ciekaw
był, czy Mina czuje podobnie. Bo prawda była taka, że wcale nie rozważał
ucieczki. Mina była zbyt interesująca.
- Na pewno tysiące razy mówiłeś do nieznanych osób - zauważyła. - To
będzie dokładnie to samo. No, chodź.
Vincent rozglądał się ciekawie, gdy Mina prowadziła go korytarzami
gmachu policji. Wyglądały mniej więcej tak, jak się spodziewał. Czyli
oficjalnie. Małe pokoje biurowe ze stertami papierów i rzędami
segregatorów, potem duża otwarta przestrzeń poprzedzielana przegrodami i kubkami z napisem "Policja" rozstawionymi tu i ówdzie na biurkach.
Doszli do dużych szklanych drzwi, za którymi znajdowała się kotara, i wtedy się zatrzymała. Chwila wahania.
- I co? Jesteś gotów wejść do jaskini lwa?
To będzie jak wykład. Nie ma się czego obawiać. A jeśli się denerwuje,
jest to z pewnością tylko wina sweterka Miny. I zwiększonej produkcji
kortyzolu.
Zorientował się, co było dla niego niespodzianką, że Mina również się
denerwuje. Domyślał się, że dlatego, że nie była stuprocentowo pewna co
do roli, jaką odegra Vincent, ani jak się przyczyni do sprawy, nie miała
zatem pewności, jak to wyjaśnić swoim kolegom. Całkiem sensowny powód do
niepokoju. Jednak nie ma powodu, żeby się oboje denerwowali. Poszukał
jakichś uspokajających słów.
- Masz rację, że będzie tak, jakbym wystąpił przed jakąkolwiek grupą
ludzi - powiedział. - Cała rzecz polega właściwie na dynamice grupowej.
Zintegrowane zespoły zawsze reagują na wprowadzenie do nich nowego
elementu. Jednym z tych, którzy poświęcili się studiowaniu pojęcia
zespołu, był Freud. Wprowadził on koncept ducha zespołowego, czyli
pewnej zbiorowej świadomości pojawiającej się w danej grupie. Teoria
głosi, że grupa jest skłonna działać inaczej niż jej poszczególni
członkowie.
- A dlaczego mi to mówisz? - spytała, wpatrując się w niego.
- No cóż, podczas przedstawień sam stosuję w dużej mierze psychologię
grupową - odparł. - Duża publiczność reaguje inaczej niż pojedynczy
widz, korzystam z tego, sterując publicznością w pożądanym kierunku.
Przeważnie posiłkuję się teorią pola Kurta Bengtssona, która opiera się
na trzech kluczowych zmiennych. Są to: energia, czyli to, co powoduje
działanie i je motywuje; napięcie, czyli różnica między celem danej
osoby i jej obecnym stanem; oraz fizyczna i psychiczna potrzeba, która
wzbudza wewnętrzne napięcie.
Mina nie przestawała wpatrywać się w niego i kręcić głową. Zauważył
jednak, że już nie wygląda na zdenerwowaną. Sięgnął po najprostsze ze
swoich narzędzi, czyli odwrócenie uwagi. Najczęściej działało. I to w obu kierunkach, z czego zdał sobie sprawę. Sam również się nieco
uspokoił. Nie do końca, ale wystarczająco.
- Jakie są ich stanowiska w zespole?
- To bez znaczenia - odparła krótko. - Struktura organizacyjna policji
jest tak zawiła, że musiałabym ci ją długo tłumaczyć, zresztą nasz
zespół powstał właśnie po to, żeby zerwać z przyjętą hierarchią.
Decyduje Julia, to wszystko, co powinieneś wiedzieć.
Otworzyła drzwi, po czym weszli do środka. Skierowały się na nich trzy
pary oczu. Powinny być cztery, ale jedna z obecnych osób właśnie spała.
- Cześć wszystkim. To jest Vincent Walder. Wiem, że Julia was
zawiadomiła, że Vincent będzie nam doradzał w niektórych częściach
dochodzenia.
Zwarta cisza. Przerwało ją tylko chrapnięcie śpiącego mężczyzny. Vincent
odnotował osobliwą sytuację, że ktoś śpi podczas zebrania, i rozważył w myślach możliwe wytłumaczenia. Albo człowiek cierpi na narkolepsję, albo
został ojcem. To drugie było statystycznie bardziej prawdopodobne. Ten
trop potwierdziła plama na ramieniu po ulaniu się pokarmu.
- Cześć - odezwał się ostrożnie Vincent.
Kątem oka zauważył, że Mina przestępuje nerwowo z nogi na nogę. On sam
był już zupełnie spokojny. Poczuł się jak w pracy, czyli na swoim
terytorium. Powinien tylko znaleźć klucz do każdej z osób siedzących
wokół stołu i własne miejsce w dynamice grupowej. A wtedy wszystko
będzie dobrze.
- Mam na imię Vincent, jak powiedziała Mina, i jestem mentalistą. Znaczy
to, że uczyniłem zawód z tego, by wiedzieć, jak manipulować ludzkim
umysłem i zachowaniem. Z oczywistych względów jest to możliwe dopiero
wtedy, gdy mniej więcej wiemy, jak funkcjonuje człowiek. Jednak nie
jestem psychologiem ani terapeutą, tylko wykorzystuję moją wiedzę, by
zapewnić ludziom rozrywkę.
Jeden z obecnych prychnął. Był trochę za bardzo opalony, we włosach miał
dyskretne pasemka. Przystojny, ale w sposób zdradzający pewną
desperację, że się starzeje. W połączeniu z nader wysokim mniemaniem o sobie. Zdradzała to choćby koszula rozpięta o jeden guzik za daleko, a na widocznej części torsu czerwona wysypka po niedawnej depilacji.
Jednak Vincent domyślał się, że bez problemu mógł sprawić, by kobiety
utwierdzały go w tym wygórowanym mniemaniu o sobie. Miał pewność siebie
człowieka, który jeśli czegoś chce, to nie prosi o pozwolenie. W czym na
pewno pomagał mu pectoralis major, mięsień piersiowy większy. To nawet
zabawne, że w obu przypadkach pociąga nas u płci przeciwnej dobrze
rozwinięta klatka piersiowa. Oczywiście z różnych powodów. U kobiet duży
biust sygnalizuje zdolność do wykarmienia potomstwa. U mężczyzn zaś
potężna pierś zwiastuje siłę i zdolność do obrony. Chyba że to cycki,
przez niektórych zwane chipsami. Ale to zupełnie inna sprawa.
- Przepraszam. - Mina przerwała mu te myśli. - Nie przedstawiłam
wszystkich.
Zaczęła od gościa z wysokim mniemaniem o sobie, którego wskazała ręką.
- To jest Ruben Höök. Dalej Christer Bengtsson, nasz nestor.
- Aż taki stary nie jestem - mruknął Christer.
Vincent ukrył uśmiech. Dla Christera szklanka była najwyraźniej do
połowy pusta. Vincent nie wiedział, jakie rozczarowania wpłynęły na
postawę życiową tego starszego policjanta, ale domyślał się, że chodziło
o samospełniające się proroctwa. Nie miał obrączki. Czyli zapewne
singiel. Pokaźny obwód w talii i ciężki oddech pozwalały domyślać się
śmieciowej diety i braku ruchu. Innymi słowy, w domu nie ma zwierzęcia,
które potrzebuje się wybiegać. Na palcach ślady farby drukarskiej, a więc nadal czyta gazety papierowe zamiast w sieci. Vincent był gotów się
założyć, że Christer ma wciąż w domu nieużywany bakelitowy telefon z tarczą.
- Mógłby ktoś obudzić Pedera?
Mina powiedziała to bez żadnej niechęci. Najwyraźniej Peder był lubianym
kolegą, co prawdopodobnie oznaczało również, że jest sympatyczną osobą.
W przeciwnym razie nie tolerowaliby, że śpi podczas zebrania, choćby
miał nie wiadomo ile dzieci w domu.
- Peder! Obudź się!
Ruben trącił go szorstko, Peder, zaspany, wyprostował się na krześle.
- Co? Kto?
- Masz - powiedziała Mina, stawiając przed nim puszkę red bulla.
Podziękował jej spojrzeniem.
- A to jest Peder Jensen.
Wskazując go, Mina nie mogła ukryć uśmiechu.
- Wbrew pozorom nie jestem Duńczykiem - odezwał się Peder zaskakująco
żywym tonem. - Mój tata, owszem, ale ja wychowałem się w Brommie4.
Promieniował życzliwością i otwartością, co potwierdzało prawdziwość
analizy Vincenta. Jednak przede wszystkim biło od niego zmęczenie.
- Pederowi i jego żonie trzy miesiące temu urodziły się trojaczki -
wyjaśniła Mina.
Vincent gwizdnął. Trojaczki. Nie ma się co dziwić, że facet zasypia w pracy.
- No i ja - dodała kobieta siedząca u szczytu stołu. - Julia Hammarsten.
Kieruję dochodzeniem i odpowiadam za ten nieduży i barwny zespół, ale
działam też w terenie. Jak wszyscy. Nie zwracamy uwagi na stanowiska.
Julia gestykulowała w stronę kolegów.
- Jesteśmy z różnych jednostek w policji, nasz zespół jest swego rodzaju
eksperymentem, nie będę udawać, że jest inaczej. Mój ojciec jest, jak ci
może mówiła Mina, komendantem sztokholmskiej policji; wyraził zgodę na
utworzenie tego zespołu, wychodząc tym samym naprzeciw potrzebie
większej elastyczności w relacjach między poszczególnymi jednostkami.
Czyli wiele zależy od tego, czy się wykażemy. Możliwości, jakie stwarza
zespół, mogą szybko zniknąć. Powiedziałabym nawet, że ten eksperyment
zbliża się do końca, chyba że osiągniemy jakikolwiek postęp w tym
dochodzeniu.
To ostatnie powiedziała tonem pełnym rezygnacji, patrząc w ziemię. Jej
mowa ciała wskazywała na opanowanie i strzeżenie tego, co prywatne.
Otaczała ją aura jakiegoś smutku. Coś jej wyraźnie ciążyło i to coś było
przez większość czasu obecne w jej myślach. Vincent był prawie pewien,
że chodzi o osobiste sprawy, niemające nic wspólnego z eksperymentem
dotyczącym zespołu. Ludzie usiłujący zapanować nad swoim wyrazem twarzy
raczej nie pamiętają o jej górnych partiach, dlatego prawdziwe emocje
można znaleźć na czole, brwiach, nawet na powiekach. Julia miała pełną
kontrolę nad całą twarzą, dlatego Vincent mógł jedynie się domyślać, że
ta kobieta nie jest gotowa otworzyć się przed kimkolwiek.
Zdał sobie sprawę, że zapadło milczenie, czekają, żeby coś powiedział.
Chrząknął.
- Domyślam się, że w tym miejscu zaczyna się moja rola - odezwał się. -
Rozumiem, że moje szczególne umiejętności mogą być pomocne w tej
sprawie. Z początku nie byłem tego pewien, ale faktem jest, że wraz z Miną dokonaliśmy pewnych... spostrzeżeń.
Spojrzał na Minę, która przytaknęła.
- Zanim do tego przejdziemy, proponuję krótką przerwę - powiedziała
Julia. - Zależy mi na waszej pełnej uwadze. Peder, wypij jeszcze jednego
red bulla.
Christerowi, kiedy wstał, strzeliło w kościach. Ruben wyszedł na
korytarz, gdzie wykonywał ruchy, jakby boksował się z cieniem, co
wyglądało dość komicznie, a Peder wziął nakazaną mu puszkę red bulla,
która przy otwieraniu wydała charakterystyczny syk. Świetnie się to
wszystko zgadzało z teorią pola Kurta Bengtssona. Pragnienie Vincenta,
aby przyciągnąć uwagę Miny, przyczyniło się do powstania napięcia, które
z kolei zmotywowało go do działania. Prawda była taka, że chciał, aby go
polubiła.
PRZERWA SIĘ SKOŃCZYŁA, więc znów zajęli
swoje miejsca. Ruben bębnił niecierpliwie palcami o stół. Nie
zaimponował mu najnowszy koncept Julii. Konsultant zewnętrzny bez
zawodowego tytułu, który byłby zrozumiały dla innych. Śmiechu warte.
Teraz w dodatku ten cały mentalista ma referować sprawę wspólnie z Miną.
Jakby był jednym z nich.
Kierownictwo ma rację. Może najlepiej będzie skończyć z tym
eksperymentem organizacyjnym, zważywszy na to, że właśnie zeszli na
poziom "hokus-pokus". No cóż, tak to właśnie jest w pracy z kobietami.
Co będzie dalej? Julia z Miną ściągną jakieś medium? Jakąś Saidę, która
z tarota wywróży im, kto jest mordercą? Śmieszne.
- Widziałem cię w telewizji - powiedział Peder radośnie do Vincenta. -
To, co robiłeś, było naprawdę imponujące.
- Ja cię też znam - odezwał się Christer, ale ponurym tonem. - Nie bierz
mi tego za złe, ale jesteś chyba iluzjonistą? Czyżbyśmy nie mieli w policji własnego psychologa?
- Jestem mentalistą - poprawił go Vincent. - A co do psychologa, zdaje
się, że była jakaś historia z Grekiem, tak?
Julia zakaszlała, a Peder zaczął się śmiać.
- O Boże, Jan wtedy nieźle odjechał... - powiedział, kręcąc głową.
- Chciałbym podkreślić, że nie jestem iluzjonistą - przerwał Vincent -
chociaż korzystam z iluzji w mojej pracy. Pewne umiejętności w tej
dziedzinie wciąż mam, bo w młodości zajmowałem się prestidigitatorstwem.
Jednak dziś mógłbym w najlepszym razie pokazać jakieś sztuczki karciane.
Znacznie bardziej interesuje mnie, co się dzieje w głowie człowieka.
- Vincent jest biegły nie tylko w dziedzinie behawiorystyki - odezwała
się Mina, patrząc na kolegów. - Jest też dobry w wychwytywaniu pewnych
wzorców zachowań.
Skrzyżowała ramiona na piersi, jakby była gotowa bić się w obronie tego
całego Vincenta i jego talentów. Z jakiegoś powodu strasznie to
rozdrażniło Rubena. Mina doprowadzała go niemal do ostateczności, i to z wielu powodów. Choćby nonszalancji i obojętności na jego męski szarm, na
który inne kobiety tak leciały. Nigdy się z czymś takim nie spotkał.
Jego moc polegała na wabieniu kobiet. Wszystkie go kochały, niezależnie
od wieku, wyglądu, pochodzenia, politycznych preferencji czy kultury. W życiu Rubena nie było kobiety, której nie udałoby mu się zauroczyć. Z wyjątkiem Miny. Nie polegało to na tym, żeby go nie lubiła. Po prostu
była... obojętna. Co w jego świecie pojęć było właściwie jeszcze gorsze.
Z początku próbował ją uwodzić. Używał wszelkich znanych mu sposobów,
żeby w końcu uległa. Nie dlatego, żeby go pociągała, bo zupełnie nie
była w jego typie, ale żeby się przekonać, że może. To była jego główna
siła napędowa. Polowanie. Połów. Seks najczęściej okazywał się
nieciekawy, Ruben szybko się nudził i zaczynał szukać kolejnej zdobyczy.
Jeśli mógł wybrać, najchętniej szedł do łóżka z bujnymi blondynkami. Ale
z każdą zdobyczą doprowadzał rzecz do końca. Była to dla niego sprawa
honoru. Nie rozumiał wędkarzy, którzy złowione ryby wrzucają z powrotem
do morza. Nie po to natura wymyśliła polowanie.
Jednak Mina była dotąd całkowicie odporna na jego zabiegi.
Dziś złościła go jeszcze bardziej. W tym momencie stała przed białą
tablicą, pisała na niej i przyczepiała magnesem zdjęcia. Miała na sobie
granatowe dżinsy, czerwony golf, pod którym nie odznaczał się nigdzie
biustonosz, włosy spięła w koński ogon, z którego nie wymknął się choćby
jeden włos, a jej twarz była czysta bez śladu makijażu. Jej jedyną skazą
były czerwone spierzchnięte dłonie, pewnie od ciągłego zmywania całymi
litrami alkożelu, który trzymała zawsze na biurku. Ruben zastanawiał
się, co jest pod tym schludnym pancerzem. Był mistrzem w odgadywaniu,
jaką kobieta nosi bieliznę. Od pierwszego spojrzenia wiedział, jaki to
typ. Drogi jedwabny komplet w kolorze macicy perłowej od La Perla? Tania
seksowna w czerwieni i koronkach od Victoria's Secret, a może dziwkowata
z czarnymi stringami albo figami z otworem w kroku, zamówionymi online
na jakimś portalu pornograficznym?
Westchnął. Mina na pewno nosi praktyczne bawełniane majtki.
- Kiedy zaprezentowałam materiały Vincentowi, dokonał on pewnych
spostrzeżeń - powiedziała. - Nam akurat te rzeczy umknęły.
Umilkła i zwróciła się do Vincenta, który postąpił krok do przodu.
- Sądząc po tych zdjęciach - odezwał się - powiedziałbym, że rany cięte
na ofierze wcale nie były przypadkowe, jak sądzono. Według mnie jest to
rzymska cyfra. A konkretnie cyfra trzy.
- Jakieś cyfry? - zdziwił się Christer.
Ruben prychnął głośno. Mina zwróciła się do niego.
- Ruben, a co ty sądzisz?
Lodowaty ton, uniesione brwi. Co to za traktowanie z góry! Ruben udał,
że nie rozumie.
- O czym?
Odpowiedział bardziej zaczepnie, niż zamierzał. Julia spojrzała na niego
z wyrzutem. Peder zaciekawiony wychylił się do przodu, a Christer
mruknął coś, czego nie usłyszeli, jednocześnie drapiąc się w siwą,
rzadko owłosioną głowę.
- O tym, co powiedział właśnie Vincent, że te skaleczenia zostały zadane
z premedytacją i być może są cyfrą. Jaki jest twój zawodowy pogląd na tę
kwestię?
Ruben rozłożył ręce. Kompletny nonsens. Westchnął.
- Wydaje mi się naciągane - odparł. - Słysząc odgłos kopyt, domyślamy
się, że to koń. Nie zebra. Mieliśmy już do czynienia ze sprawcami,
których coś naszło i jeszcze sobie pocięli. To nic nowego.
Vincent wychylił się, stykając czubki palców. Ruben w tym momencie
zastanawiał się, czy można być jeszcze bardziej zadufanym w sobie.
Zaswędziało go z irytacji całe ciało. Mina naprawdę to kupuje? Kobiety.
Nie potrafił ich zrozumieć.
- Właśnie o to chodzi - zauważyła Mina. - Cała reszta została wykonana z wielkim wyrafinowaniem. Ktoś zadał sobie trud zbudowania kopii czegoś,
czego użyłby magik. I świadomie zainscenizował klasyczny numer magiczny.
Tyle że bez szczęśliwego zakończenia. Potrzebował do tego czasu. Planu.
Cierpliwości. Pasuje ci to do kogoś, kogo "naszło, żeby sobie jeszcze
pociąć"?
Ruben wzruszył ramionami.
- Taa, no niee, może rzeczywiście...
- Według mnie nie wygląda to na partactwo - powiedziała Julia, po czym
wstała i podeszła do tablicy.
Biała La Perla, pomyślał Ruben. W tym przypadku nie zgadywał. Wiedział,
jak wygląda jej bielizna i ona sama, bo pięć lat temu wzięli udział w wigilijnym rejsie policji. Julia nawaliła się jak stodoła, a kiedy
znaleźli się w jego kabinie, parzyła się z nim jak suka. To było, zanim
poznała tego nudziarza Torkela. Ruben mógłby się założyć, że z Torkelem
jest tylko pozycja misjonarska. Podczas tamtego rejsu miała okres i kabina wyglądała jak rzeźnia, kiedy rano obudził się już po jej wyjściu.
Tak bywa na imprezach. Mógłby to być pewien kłopot, zważywszy na to, że
Julia jest jego szefową, ale nigdy nie wrócili do tej historii. A Torkel
na pewno nie byłby dla niego żadnym zagrożeniem. Nie żeby Ruben miał
ochotę na Julię, ale jednak. Fajnie wiedzieć, że ją zaliczył.
Mina odsunęła się na bok, robiąc dla Julii miejsce przy tablicy. Julia
otarła się lekko o jej łokieć i Ruben zauważył, że Mina drgnęła, jakby
ją prąd kopnął.
- Te nacięcia są idealnie symetryczne - ciągnęła Julia. - I rzeczywiście
wyglądają na zamierzone. Natomiast to nie musi być cyfra. Brakuje
jakiegoś kontekstu.
Zwróciła się do Pedera i Christiana. Peder znów zaczął przysypiać.
- Co nam wiadomo na temat miejsca znalezienia zwłok? - spytała Julia.
Milczenie. Ruben rzucił długopisem, który spadł na stół przed Pederem.
- Co takiego? - Peder drgnął i rozejrzał się zaspany.
- Miejsce znalezienia zwłok - powiedziała Mina i powtórzyła pytanie
Julii. - Co nam wiadomo na ten temat? Co mówią technicy?
Peder, chcąc dojść do siebie, wstrząsnął się jak mokry pies i sięgnął po
papiery leżące obok.
- Znaleźli ją przed głównym wejściem do Gröna Lund. Jednak
najprawdopodobniej nie było to miejsce zbrodni. Za mało krwi, żeby mogła
być zamordowana właśnie tam. Skrzynia została tam przywieziona.
- Jacyś świadkowie? - spytał Vincent.
- Akurat w tym miejscu nikt nie mieszka. Wypytaliśmy pracowników z pobliskiego muzeum zespołu Abba i przyległej restauracji. Nikt niczego
nie widział.
- I nie wiecie, kim była ofiara?
Christer pokręcił ponuro głową. Co samo w sobie nie musiało nic znaczyć,
bo do wszystkiego podchodził w ten sposób.
- Jeszcze nie - odparł. - Sprawdzamy zgłoszenia o zaginionych kobietach
w podobnym wieku, ale do tej pory nie znaleźliśmy żadnej, która by
pasowała do rysopisu. Istnieje też ryzyko, że nikt nie zgłosił jej
zaginięcia. I tu mamy problem. Jeśli nie będzie zgłoszenia, postęp w dochodzeniu będzie praktycznie niemożliwy. Blondynka w wieku około
trzydziestu lat. Cóż, znalazłoby się ich trochę.
- Jednak trzeba szukać dalej, przynajmniej ja tak uważam - powiedziała
Julia, nie bez ironii. - Nie wolno tracić nadziei tylko dlatego, że
kobieta nie miała na przykład charakterystycznego znamienia na
podbródku.
Christer wzruszył ramionami z rezygnacją, ale przytaknął, a Julia
zwróciła się do zespołu. Przesunęła się do Miny, która - co zauważył
Ruben - odsunęła się, żeby Julia znów się o nią nie otarła. Ciekaw był,
jak to właściwie wygląda, kiedy Mina się z kimś pieprzy. A może sama się
zaspokajała, żeby nie mieć do czynienia z drugą osobą? Albo każe
facetowi, żeby się przedtem umył sodą kaustyczną? Może jeszcze żeby
włożył szeleszczący szpitalny kombinezon z klapką z przodu na fiuta...
Ruben zachichotał głośno, a Julia spojrzała ostro. Szybko zapanował nad
mimiką, ale ciągle miał przed oczami obraz Miny z facetem w plastikowym
kombinezonie. Z jakiegoś powodu gość miał twarz Vincenta.
- Christer, będziesz kontynuował starania o ustalenie tożsamości ofiary,
Peder, sprawdzisz dokładnie dokumentację od techników, ważny może być
każdy szczegół, zresztą sam wiesz. - Julia zwróciła się teraz z wyjaśnieniem do Vincenta. - Peder jest prawdziwym wirtuozem analizy.
Listy, na których skontrolowanie my, pozostali śmiertelnicy,
potrzebowalibyśmy wielu tygodni, on sprawdza w ułamku tego czasu,
niczego nie przepuszczając.
Peder zarumienił się, wyglądał na ucieszonego tym komplementem. A Julia
kontynuowała.
- Ruben...
Przerwał jej.
- Zajmę się skrzynią - powiedział.
- Właśnie. Spróbuj dowiedzieć się czegoś na temat producenta, materiału
czy konstrukcji, czegokolwiek, co nas naprowadzi na trop tego, kto ją
zbudował albo kupił. Sprawdź również pochodzenie mieczy. I przestań się
gapić.
Ruben przesunął wzrokiem do góry i spojrzawszy jej w oczy, uśmiechnął
się szelmowsko. La Perla.
- Mino, pogadaj z lekarzem sądowym i dowiedz się, ile się tylko da, na
temat tych ran ciętych i innych odkryć. Rozmawiałam już z technikiem
kryminalistyki na temat uszkodzeń na szkiełku zegarka. Vincent, spróbuj
sporządzić profil sprawcy, byłaby to dla nas cenna pomoc.
- Spróbuję, to słowo klucz. Jak już mówiłem, nie jestem zawodowym
profilerem, natomiast mam pewien szczególny rodzaj wiedzy, która pozwala
mi dokonywać całkiem trafnych spostrzeżeń.
- Tak czy inaczej, będę wdzięczna, jeśli spróbujesz.
Ona naprawdę ma zamiar zlecić tę robotę mentaliście. Dopuścić go do
jeszcze bardziej poufnych informacji policyjnych. Tego już za wiele.
Ruben nie mógł się pohamować.
- Dość tego - powiedział. - Facet jest estradowcem. Showmanem. A my
jesteśmy policjantami. Chyba nie zamierzacie go słuchać?
Tamci umilkli, patrząc na niego. Atmosfera zrobiła się tak gęsta, że
można by kroić nożem.
- Dopóki sprawa nie trafi do mediów, mamy nad nimi pewną przewagę, którą
musimy wykorzystać - stwierdziła Julia z zaciętym wyrazem twarzy. - Na
wszelkie możliwe sposoby.
Ruben rozłożył ręce. Poddał się. Właśnie tak to wygląda, kiedy decydują
kobiety.
- Idę do zakładu kryminalistyki - powiedział, wstając. - Tylko najpierw
muszę posłać po kryształową kulę.
Peder, Christer i Ruben rozeszli się każdy w swoją stronę, Vincent też
musiał iść. Julia została chwilę z Miną. Stały przed tablicą ze
zdjęciami. Mina czuła się brudna od samego patrzenia na nie i żałowała,
że zostawiła swój płyn dezynfekcyjny na biurku.
- Jak poszło twoim zdaniem? - spytała Julia.
- Nie wiem. - Mina spojrzała na zdjęcia. - Raczej nie było owacji na
stojąco.
Potarła przedramiona, żeby się pozbyć górnej warstwy martwego naskórka,
jaki według jej wiedzy pojawiał o tej porze, czyli pod koniec dnia.
- Sądzisz, że będzie potrafił stworzyć profil? Chyba sam nie był o tym
za bardzo przekonany.
Mina wzruszyła ramionami.
- Sądzę, że on ma takie umiejętności, których jeszcze nie dostrzegliśmy.
Zresztą nikogo innego nie mamy, chyba że chcemy ścigać kolejnych Greków.
Chciałabym współpracować z Vincentem i dać mu szansę. Tonący brzytwy się
chwyta. On jest tą brzytwą.
- Jeśli mamy to ciągnąć, musisz być tego całkowicie pewna. Chyba
zauważyłaś, że musicie do tego przekonać kilku sceptyków. No, może z wyjątkiem Pedera. Ale Ruben i Christer nie są gotowi wsiąść do tego
pociągu. Ruben nawet nie stoi na peronie.
Julia wyszła, zostawiając ją samą. Mina westchnęła. Zebranie okazało się
katastrofą, nie da się tego określić inaczej. Wprawdzie Vincent miał za
zadanie stworzyć profil sprawcy, ale Mina nie wierzyła, żeby koledzy
byli gotowi przyjąć jego koncepcję. Mimo to nie zamierzała odpuścić tak
łatwo. Nie mogła mieć do Vincenta pretensji, że był taki ustępliwy
podczas zebrania, przecież sam mówił o dynamice grupowej. O dopasowywaniu się. Cholerny Ruben. Ten to ma uprzedzenia. Mina już po
spotkaniu w Rivalu wiedziała, że chce współpracować z Vincentem.
Najwyraźniej musi się to jednak odbywać poza zachowawczymi murami
budynku policji.
Zatrzymała wzrok na zdjęciach przyczepionych do tablicy. Zakrwawione
ciało ofiary wisiało na mieczach przecinających skrzynię. Białe majtki i koszulka. Wolałaby nie patrzeć. Ale musiała. Jeden z mieczy przebił oko
ofiary i wyszedł przez potylicę. Klasyczny numer iluzjonistyczny.
Trzeba być chorym, żeby fascynować się takimi sztuczkami magicznymi.