TYDZIEŃ PIERWSZY
FREDRIK UPEWNIA SIĘ po raz chyba setny z kolei, że nic nie widać przez plastik. Nie chciałby spalić
niespodzianki. Letnie słońce piecze w twarz, na dworze jest pewnie ze
dwadzieścia dziewięć stopni. Mimo upału postanawia się przejść z biura
przy Skanstull do przedszkola Ossiana w pobliżu Zinkensdamm. Jest środa,
ale udało mu się wyjść nieco wcześniej niż zwykle. W taki upał nikomu
nie chce się drobiazgowo przestrzegać godzin pracy, większość kolegów
już przesiaduje w jakimś ulicznym ogródku, w cieniu, nad szklanką piwa.
Spacer zabiera mu około dwudziestu minut, ale i tak powinien był zabrać
ze sobą butelkę wody z uwagi na upał. Marynarkę musiał ściągnąć, a rękawy koszuli podwinąć. Przepocona koszula lepi się do pleców, ale nie
szkodzi. Dziś jest dokładnie tak, jak powinno być.
Znów sprawdza torbę. Pudło z zestawem Lego Technic jest tak duże, że
prawie wystaje nad uchwyty. McLaren Senna GTR. Zamiłowanie Ossiana do
aut jest prawdziwą zagadką, bo Fredrik i Josefin są - by tak rzec -
aktywnie niezainteresowani samochodami. Ojciec i syn podzielają
natomiast zamiłowanie do budowania z klocków Lego.
Na pudełku napisano, że zestaw jest przeznaczony dla dzieci od lat
dziesięciu, a Ossian ma dopiero pięć, ale Fredrik wie, że syn poradzi
sobie z tym bez problemu. Taki jest sprytny. Czasem nawet sprytniejszy
od swego taty, myśli Fredrik i śmieje się głośno do słońca. Tak jest, od
swego superinteligentnego taty, który właśnie kupił prezent oznaczający,
że w jeden z najpiękniejszych dni lata będą przez wiele godzin tkwić w domu. Tak, tak. No trudno. Jutro na pewno też będzie piękna pogoda.
Zresztą Ossian i tak spędził cały dzień na dworze. Jest mu to bardzo
potrzebne, inaczej zaczyna chodzić po ścianach w domu, chyba że akurat
bawi się klockami Lego. Josefin mówi czasem, że zastanawia się, czy nie
należałoby pójść z nim do lekarza, chociaż na razie tego nie planują.
Jak dotąd jego żywość wydaje się czymś pozytywnym, zwłaszcza w porównaniu z innymi dziećmi w przedszkolu, które już w chwili odbierania
przez rodziców rzucają się na ich telefony. Coś okropnego.
Fredrik dochodzi do przedszkola Backens i patrzy na zegarek. Mimo upału
szedł tak szybko, że dotarł trochę przed czasem. Dzieciaki pewnie są
jeszcze w parku Skinnarvik.
Ey, sexy lady, nuci Fredrik, wchodząc na wzniesienie za przedszkolem.
Gangnam Style to teraz ulubiona piosenka Ossiana. Fredrik uśmiecha się
i myśli sobie, że pozostaje tylko się poddać. Ćwiczyli nawet
choreografię z teledysku.
Na wzniesieniu znajduje się spory plac zabaw dla dzieci, rośnie też
kilka dużych drzew. Dla Ossiana to wręcz las, a chłopiec kocha przebywać
w lesie.
Oppan Gangnam Style, podśpiewuje Fredrik, a dzieciaki sięgające mu
tylko nieco ponad kolana podnoszą na niego zdziwione oczy i zaraz
wracają do zabawy.
Dzieci są w żółtych kamizelkach z wymalowanym logo różnych przedszkoli.
Plac zabaw jest bardzo popularny, słychać krzyki i śmiechy. Lego Technic
będzie chyba na kiedy indziej. To dzień stworzony do zabawy w chowanego
między drzewami. Nie muszą się spieszyć do domu, Josefin obiecała, że
zajmie się obiadem. Rozejrzawszy się, Fredrik dostrzega Toma, jednego z nauczycieli przedszkola Backen.
- Cześć! - mówi, uśmiechając się do Toma, który właśnie wyciera grubego
gila jednemu z dzieci.
- Opp opp opp opp - podśpiewuje Tom w odpowiedzi. - Zgadnij, kto dziś
wybierał muzykę do zajęć z rytmiki.
- Ostrzegałem was. Przed upływem tygodnia będziecie tu mieć
trzydzieścioro dzieciaków tańczących Gangnam. Nie wiesz, gdzie jest
mój geniusz tańca? Jakoś go nie widzę.
Tom kończy wycierać nos dzieciaka i zastanawia się.
- Sprawdź koło huśtawek - mówi w końcu. - Ossian lubi tam posiedzieć.
No jasne. Jak nie biega, to lubi się huśtać. A właściwie posiedzieć
sobie na huśtawce. To jego azyl, nikt mu tam nie przeszkadza w rozmyślaniach o ważnych sprawach.
Fredrik idzie do huśtawek. Wszystkie są zajęte, ale Ossiana nie ma na
żadnej. Właśnie odchodzi stamtąd Felicia, jedna ze starszych koleżanek
Ossiana w przedszkolu. Dogania ją.
- Cześć, Felicia, widziałaś może Ossiana?
- Tak, ale to było wcześniej.
Fredrik marszczy czoło. Pojawia się niejasne wrażenie, że coś jest nie
tak. Fredrik oczywiście zdaje sobie sprawę, że to irracjonalne, że to
tylko jego nadopiekuńczy radar rodzicielski, który alarmuje zawsze
wtedy, gdy może zdarzyć się coś złego, niezależnie od tego, czy coś na
to wskazuje. Na sawannie mógł to być przejaw instynktu przetrwania, ale
teraz jest zupełnie nieuzasadniony, podpowiada mu zdrowy rozsądek.
Jednak to i tak na nic, bo Fredrik wciąż ma to nieprzyjemne wrażenie,
jak od zimnego podmuchu wiatru w kark. Pudło z klockami Lego, które
przedtem wydawało się takie fajne, teraz wyraźnie mu zawadza, gdy
pospiesznie wraca do Toma.
- Koło huśtawek też go nie ma - mówi.
- Dziwne.
Tom zerka na listę odhaczonych nazwisk dzieci.
- Powinien być... zaraz, Jenya już wróciła do przedszkola z maluchami.
Mógł pójść z nimi, żeby iść do toalety, i już tam został. Przepraszam,
Jenya powinna powiedzieć, że go zabiera. Ale wiesz, jak jest.
Owszem, Fredrik wie i wzdycha lekko. Wrażenie, że coś jest nie tak,
ustępuje. Tom i Jenya są doskonałymi nauczycielami, ale dzieci mają
własną wolę i niezawodną zdolność znalezienia się nie tam, gdzie
człowiek spodziewa się je zastać. Fredrik wręcz współczuje Tomowi,
widząc jego zawstydzoną minę. Choć na dzieci trzeba uważać. Niejeden
rodzic zrobiłby już awanturę.
- Jasne - odpowiada. - Miłego popołudnia, Tom, i do zobaczenia! Oppa
oppa!
Fredrik zbiega z górki do przedszkola. Drzwi są otwarte. Wchodzi do
szatni, gdzie są oznaczone nazwiskami wieszaki na okrycia i szuflady na
zapasowe ubrania. Na wieszaku Ossiana nic nie wisi. Jeśli poszedł do
łazienki, jego kurteczka może leżeć tam na podłodze. Albo mogła zostać w parku, ponieważ jest gorąco. Fredrik nie powinien był nawet zakładać mu
tej kurtki w taki dzień. Wygłupił się. Dziecku musiało być strasznie
gorąco.
Fredrik wchodzi do środka, nie zawracając sobie głowy zdejmowaniem
butów.
- Ossian? - woła, pukając w pierwsze z brzegu drzwi do toalety. - Jesteś
tam?
Jenya idzie do niego korytarzem. Za nią dwulatki chlapią na siebie farbą
do malowania palcami, wrzeszcząc z zachwytem i przerażeniem
jednocześnie.
- Cześć - odzywa się Jenya. - Zapomnieliście czegoś? Ossian jest w parku
z Tomem.
Uczucie, że coś jest nie tak, wraca tak szybko, że prawie zwala go z nóg. To już nie jest podmuch zimnego wiatru na karku, tylko wrażenie,
jakby dostał pięścią w brzuch.
- Nie ma go w parku - odpowiada Fredrik. - Właśnie wracam stamtąd. Tom
myślał, że poszedł z wami.
- Nie, tutaj go nie ma. Sprawdziłeś koło huśtawek?
- Tak. Nie było go tam, przecież mówię. Cholera.
Fredrik odwraca się na pięcie i wybiega. Zdarzało się już, że któreś
dziecko uciekło z przedszkola. Choćby Felicia. Zanim w przedszkolu się
zorientowali, udało jej się dojść do samego domu. Jej rodziców pewnie do
dziś boli brzuch po tym. Ciekawe, czy można się do czegoś takiego
przyzwyczaić? Fredrik nie znosi tego uczucia.
Biegnie z powrotem na wzniesienie. Cholerne pudło z klockami obija mu
się o nogi. Wszędzie wpada na dzieci. Rozgląda się desperacko,
jednocześnie stara się uspokoić, bo panika na pewno mu nie pomoże.
Jednak Ossiana tu nie ma.
Żadne z dzieci nie jest jego synem.
Tom robi wielkie oczy, widząc powracającego Fredrika. Wydaje się, że od
razu zrozumiał.
- Przecież on tu musi być - mówi Fredrik, upuszczając torbę z pudłem,
żeby móc się poruszać szybciej.
Tom wypytuje dzieci znajdujące się najbliżej, czy któreś widziało
Ossiana. Domki do zabawy. Mógł się tam schować. Fredrik biegnie tam, ale
z daleka widzi, że są puste. Gdzie jeszcze mógłby... Chyba nie poszedł
między drzewa? Sam? Ktoś powinien był to zauważyć?
Felicia.
Powiedziała, że przedtem widziała Ossiana.
Fredrik wraca do Toma i pozostałych dzieci. Z wysiłku drapie go w gardle, pot leje mu się z czoła i po kręgosłupie. Felicia, posługując
się wiaderkiem, buduje wieżę z piasku. Jak gdyby nigdy nic. Jakby świat
nie rozpadał się właśnie na kawałki.
- Felicia - zwraca się do niej, starając się nie okazywać szalejących w środku emocji. - Mówiłaś, że widziałaś przedtem Ossiana. Kiedy to było?
- Jak rozmawiał z tą głupią panią - odpowiada dziewczynka, nie podnosząc
wzroku znad swojej budowli.
- Głupią... - zaczyna Fredrik i chrypnie. - Czy ta pani była stara?
Felicia kręci zdecydowanie głową, jednocześnie wyrównując wieżę łopatką.
- Nie stara - mówi. - Ona była jak moja mama. Mama miała niedawno
urodziny i ma trzydzieści pięć lat.
Fredrik przełyka ślinę. Nieznajoma osoba. Przyszła i rozmawiała z jego
dzieckiem. Nie nauczycielka i nie mama. Jakaś nieznajoma. Fredrik kuca
obok Felicii, powstrzymując chęć, żeby potrząsnąć dziewczynką.
- Wiesz, kto to był? - spytał, starając się nie krzyczeć. - I dlaczego
mówisz o niej głupia?
Felicia podnosi na niego wzrok, w oczach ma łzy. Fredrik musi zrobić
krok w tył, żeby nie stracić równowagi. Czyta to w jej spojrzeniu; wie
aż za dobrze, co się stało. Co nie powinno się nigdy stać. Co nie może
się nigdy stać.
- Te jej samochodziki wcale mnie nie ciekawiły - mówi Felicia. - Chociaż
Ossianowi się podobały. Ale chciałam pogłaskać szczeniaczki. Mówiła, że
ma pieski w samochodzie. Jednak nie pozwoliła mi pójść z nimi. Tylko
Ossian miał je zobaczyć. A potem poszli.
Fredrik czuje, jak otwiera się przed nim czarna dziura, do której
bezwładnie wpada.
- CZY ABY NA PEWNO my się do tego
nadajemy najlepiej? - odezwał się Peder.
Mina zdała sobie sprawę, że nie miał na myśli "my", tylko "ja". Jak w stwierdzeniu "jako osoba mająca dzieci".
- Jeśli wydaje ci się, że nie dasz rady, to zostań - powiedziała miękko.
- W takim razie wezmę to na siebie. Nie mam nic przeciwko temu.
Peder pokręcił głową.
- Nie, nie, to taka praca. Przecież wiem. Ale miejmy to już za sobą.
Zeszli do policyjnego garażu i Mina pozwoliła mu usiąść na miejscu
kierowcy. Jazda pozwoli mu się skupić na czymś innym niż czekające
zadanie. Na wszelki wypadek nakierowała również rozmowę na temat jego
dzieci. Ten sposób odwrócenia uwagi zawsze się sprawdzał. Patrzyła w okno, pozwalając sobie na bujanie w obłokach, tymczasem Peder nie
przestawał perorować.
- ...no i dziś rano nagle powiedziała "kaszka owsianka" - ciągnął swoją
opowieść. - Wyobrażasz sobie, jaka ona musi być inteligentna? Trzy lata,
większość trzylatków powie tylko "kaśka", ale ona mówi "kasz-ka
o-wsian-ka". Naprawdę sądzę, że trzeba będzie ją posłać do szkoły dla
szczególnie uzdolnionych dzieci. Słyszałem oczywiście, że posiadanie
takiego dziecka jest równie dużym wyzwaniem, jak posiadanie trudnego
dziecka, ale oboje z Anniką jesteśmy zgodni, że zmierzymy się z tym w swoim czasie. Jest też Majken, która według nas może mieć przyszłość w sporcie, powinnaś ją widzieć, jak się wdrapuje po różnych drabinkach w przedszkolu, jakie ma wyczucie równowagi i jaka jest silna, skończy się
to jakimś sportem wyczynowym, więc już jesteśmy przygotowani na to, że
trzeba będzie ją wozić na rozmaite treningi i zajęcia. No i Molly. Ma
zupełnie niezwykłe podejście do zwierząt. Któregoś dnia przyniosła do
domu ptaka z uszkodzonym skrzydłem, trzeba było umieścić go w pudle po
butach wyłożonym watą, a potem czuwała nad nim jak jakaś ptasia mama.
Cóż, ptaszek niestety padł, ale to uczucie, kiedy ona ma do czynienia ze
zwierzątkami... zupełnie jakby z nimi rozmawiała, naprawdę, mówię ci, że
będzie z niej weterynarka, może w Kolm?rden, w Parken Zoo2 czy
jakimś podobnym miejscu, i przypuszczam, że...
Mina patrzyła w okno, wpuszczając entuzjastyczny słowotok Pedera jednym
uchem, a wypuszczając drugim. Przejechali przez Stureplan z wylewającym
się stamtąd tłumem idealnie opalonych ludzi w drogich okularach
przeciwsłonecznych i szykownych ciuchach. Ogródek restauracyjny Sturehof
był wypełniony do ostatniego miejsca, kieliszki z różowym winem mieniły
się w słońcu. Mina pozazdrościła im chwil beztroski na słońcu, tego, że
mają tyle czasu, gdy ona z bólem w sercu jedzie porozmawiać ze
zrozpaczonymi rodzicami, którzy nie wiedzą, gdzie jest teraz ich
pięciolatek. A czas być może się kończy. Tak jak w przypadku Lilly.
NA TWARZY NAUCZYCIELA PRZEDSZKOLNEGO
Toma malowała się taka rozpacz, jakiej Ruben by się nie spodziewał u dorosłego mężczyzny. W ciasnym pokoju nauczycielskim przedszkola Backens
znajdowała się oprócz nich również Jenya, koleżanka Toma, i kierowniczka
Mathilda. Razem z Rubenem i Adamem zrobił się z nich niemal tłum.
Wszystkie okna były szeroko otwarte, choć - jak odnotował Ruben -
niewiele to pomagało, Tomowi pot spływał już z czoła na nos i policzki.
Ruben spróbował się skupić. Kiedy Julia otwierała zebranie, on był już
myślami u Ellinor. Zastanawiał się, co jej powie. Myślał, że zebranie
będzie krótkie, bo chodzi tylko o to, żeby Julia przywitała się po
powrocie z macierzyńskiego, a on potem wsiądzie do samochodu i pojedzie.
Tymczem spadła na nich sprawa Ossiana. Musi się skoncentrować na pracy,
zamiast myśleć o spotkaniu z osobą, która mu się snuje po głowie od
przeszło dziesięciu lat. Na to będzie czas potem. Ossiana trzeba
odnaleźć natychmiast. To dziecko wymaga, żeby Ruben wykonał, co do niego
należy.
Wyparł z myśli Ellinor i spojrzał na osoby tłoczące się w pokoju. Zanim
zdążył coś powiedzieć, odezwał się Adam.
- A więc - rzekł jego nowy kolega - co do wczorajszych wydarzeń. Jak to
się stało, że nikt nie zauważył, że nie ma Ossiana?
O Boże. To się nazywa walnąć prosto z mostu. I Adam ma być ekspertem od
negocjacji? Nawet Ruben rozumiał, że nie można zaczynać przesłuchania od
oskarżenia. Ci ludzie i tak wyglądają, jakby myśleli, że zaraz trafią do
więzienia. Nic się z nich nie wydobędzie, jeśli będą się czuli
naciskani. Tom gapił się na ścianę pełną rysunków, na których dzieciaki
z większym i mniejszym powodzeniem sportretowały swoich nauczycieli.
- Próbujemy tylko ustalić, gdzie się kto znajdował, kiedy Ossian został
uprowadzony - powiedział Ruben możliwie przyjaźnie.
Tom miał minę, jakby chciał się zapaść pod ziemię. Z pudełka na stole
wyciągnął papierową chustkę i wytarł oczy.
- Kiedy jesteśmy w Skinnarviksparken, robi się z tego duża grupa dzieci
- odparł. - Nie widzi się wszystkich przez cały czas. Starsze dzieci nie
potrzebują aż tyle uwagi co młodsze. Wiedzą jednak, że nie wolno im
wyjść z parku bez naszej zgody i regularnie je liczymy. W tym, że na
kilka minut straciłem z oczu Ossiana, nie było nic wyjątkowego.
Urwał i znów spojrzał na rysunki. Jeden przedstawiał zdumiewająco
szczegółową postać mężczyzny na tle wielkiego serca. Na koszulce miał
zielone T., a w rogu napisano nierówno ale starannie opp opp, obok
podpisu. Ossiana. Rubena ścisnęło w gardle, musiał odchrząknąć.
- Ich świat... - ciągnął Tom zdławionym głosem - nasz świat jest zazwyczaj
bezpieczny.
- Rozumiemy to - powiedział Adam. - Ale faktem jest, że w tym przypadku
zawiodły i uwaga, i środki bezpieczeństwa.
No super, kurde. Ruben zaczynał rozumieć, dlaczego Adam opuścił zespół
negocjacyjny. Z oczu Toma polały się łzy.
- Co jest absolutnie ludzkie - ciągnął Adam. - W moim stwierdzeniu nie
ma nic ocennego. Powinniście jednak zrozumieć, że zderzycie się z takimi
właśnie postawami. Choćby ze strony innych rodziców. Im lepiej będziemy
wiedzieć, co się właściwie stało, tym bardziej wam pomożemy uzyskać u nich postawę empatyczną.
Adam odwrócił się i spojrzał w oczy Mathildzie, kierowniczce
przedszkola.
- Co, jak się domyślam, byłoby pożądane, zważywszy na to, jak mało
dzieci przyszło dziś do przedszkola.
Okej. A więc Adam może nie jest jeszcze do końca beznadziejny. No i nie
są to negocjacje, tylko rozmowa, a Adam najwyraźniej nie ma tu zbyt
dużego doświadczenia. Ruben poczuł zadowolenie. Adam może sobie mieć
sześciopak na brzuchu i metr dziewięćdziesiąt wzrostu, ale ostatecznie
problem rozwiąże Ruben.
- Zastanawia nas - odezwał się - czy widzieliście albo czy wiecie coś,
co by nam pomogło w poszukiwaniach. Na przykład kim była kobieta, która
go zabrała?
Jenya pokręciła głową. W przeciwieństwie do Toma nie wyglądała na bardzo
spoconą, chociaż była w hidżabie. Ruben powstrzymał odruchowe pytanie,
czy jej nie gorąco w tej chuście na głowie. Domyślał się, że pytano ją o to więcej razy, niż mogłaby zliczyć.
- Rozmawialiśmy ze wszystkimi dziećmi - odparła. - Zaskakująco dobrze
się orientują, kto ma jakich rodziców czy starsze rodzeństwo. Jednak
żadne jej przedtem nie widziało.
Adam wstał i podszedł do okna wychodzącego na pagórek, gdzie zniknął
Ossian. Miał minę, jakby się nad czymś zastanawiał. A potem wrócił na
swoje miejsce.
- Czyli jesteśmy znów w punkcie wyjścia - powiedział. - Dlaczego nie
widział jej nikt z was? Skoro dzieci widziały? Czy to nie dziwne?
- Sugeruje pan, że mieli z tym coś wspólnego moi pracownicy? - Mathilda
otworzyła szeroko oczy. - Że świadomie coś ukrywają? Mogę zaświadczyć,
że zarówno Tom, jak i Jenya należą do najlepszych pedagogów, z jakimi
kiedykolwiek pracowałam. Mają moje pełne zaufanie. I nie sądzę, żeby był
sens ciągnąć tę rozmowę bez przedstawiciela prawnego, jeśli zamierza nas
pan oskarżać.
Ruben rozłożył ręce, żeby ją rozbroić.
- Wydaje nam się po prostu, że ta kobieta postarała się, żebyście jej
nie widzieli - powiedział miękko. - Więc poczekała na odpowiedni moment.
To nie był przypadek. Nikt was o nic nie oskarża.
Mathilda jakby się trochę uspokoiła.
- Ostatnie pytanie - odezwał się Adam. - Coś mi się nie zgadza do końca,
chodzi o to, że poszedł z nią z własnej woli. Czy Ossian lgnie do
obcych?
- Nie, ale do samochodów wyścigowych tak - powiedział cicho Tom. -
Lamborghini, Koenigsegg, Porsche. Zna się na wszystkich markach i modelach. Nieważne, prawdziwe czy z tektury. Najważniejsze, żeby
wyglądały na szybkie. I najlepiej, gdyby były czerwone.
- A ta kobieta, jak rozumiem, miała samochodziki - powiedział Adam,
kiwając głową.
- Przynajmniej tak powiedziała Felicii. Samochodziki i szczeniaczki. Nie
ma powodu sądzić, że Felicia to zmyśliła. Pozostaje pytanie, czy
rzeczywiście były szczeniaczki, bo Felicia ich nie widziała.
- I nikt przedtem nie widział tej kobiety - dodał Ruben, patrząc w swoje
notatki. - Co nie musi znaczyć, że ona nie znała Ossiana. Czy chłopiec
zachowywał się ostatnio jakoś inaczej? Albo jego rodzice?
Tom pokręcił głową.
- Wszystko było zupełnie jak zwykle. Zwyczajny letni tydzień, taki jak
wszystkie. Aż... aż do wczoraj.
- No cóż - powiedział Adam, wstając. - Dziękujemy państwu za pomoc. To
chyba wszystko.
Mathilda również wstała, żeby odprowadzić ich do wyjścia. Ruben był pod
jej dużym wrażeniem. Gdy zjawia się policja, ludzie stają się na ogół aż
nazbyt ustępliwi i nie mają odwagi podejmować własnej inicjatywy. Lecz
nie Mathilda. W potrzebie potrafiła jak lwica bronić swego stada. Z wyglądu też niezła. Ciekawe, czy w łóżku również jest dominująca. Kiedyś
postarałby się dowiedzieć, czy tak jest, dziś musiał poprzestać na
zastanawianiu się. Cholerna psycholożka Amanda.
- Oczywiście przeprowadzimy wewnętrzne dochodzenie w tej sprawie -
powiedziała Mathilda, podając mu rękę. - Ale na razie to wszystko, co
wiemy. Informujcie nas o sytuacji. Zdajemy sobie sprawę z naszej
odpowiedzialności, proszę w to nie wątpić.
Ruben i Adam pożegnali się z całą trójką. Ręka Toma wydawała się
bezwładna, on sam wyglądał, jakby umierał. Zapewne minie sporo czasu,
zanim wróci do pracy.
- Sprytny jesteś - odezwał się cicho Adam, wychodząc. - Chodzi mi o zagranie w złego i dobrego glinę. Dzięki temu szybko ustaliliśmy, co
wiedzą. A szybkość jest tu istotna.
Ruben zapatrzył się na niego. Czy wszyscy negocjatorzy myślą, że grają w filmie? O ile mu było wiadomo, zespół negocjacyjny składa się z ekspertów od budowania osobistych relacji, co ma skłonić przestępców, by
im zawierzyli. Adam zachował się zupełnie odwrotnie. Choć Ruben nie mógł
zaprzeczyć, że rzeczywiście dowiedzieli się wszystkiego, co było wiadomo
na tę chwilę.
- Jednak następnym razem - ciągnął Adam - to ja chcę być tym dobrym
gliną.
No ładnie. Trzeba będzie pamiętać o zabraniu ze sobą łopatki.
VINCENT SPOJRZAŁ przez okno w SlowLife
Productions przy Strandvägen. Popołudniowe słońce stało wysoko na
niebie, odbijając się pięknie w wodach zatoki. Jednak Vincent nie
widział igrania promieni słonecznych na falach, bo jego myśli zajmowało
co innego: wyobrażał sobie, że jest wyrzucany z katapulty albo też
pełznie przez pomieszczenie pełne insektów. Ubrany w obcisły dres.
Wzdrygnął się. Nie było to zbyt pociągające.
- No nie bądź taki oporny - odezwał się zza jego pleców Umberto. - To
będzie z korzyścią dla twojej marki. Powinniśmy cię zaprezentować od
takiej bardziej... ludzkiej strony. Na ile to możliwe.
Vincent odszedł od okna i znów usiadł. Tym razem na stoliku agenta nie
było domowych ciasteczek. Mogło to sugerować, że ich wzajemna relacja
nabrała bliższego, bardziej nieformalnego charakteru. Albo że Umberto
zaczyna mieć go dość. Jednak znajdujące się na stole sklepowe roladki
ponczowe3 były sygnałem, że jednak nie trafił do strefy
zupełnego zimna.
- No tak, ale Fort Boyard? - powiedział z powątpiewaniem Vincent i sięgnął po roladkę, gdy zobaczył, że robi to Umberto.
Na talerzu zostały teraz dwie. Trzeba dbać o jakiś porządek.
- Na pewno jest jakiś inny program telewizyjny, który byłby bardziej... w moim stylu - powiedział. - Jeśli już muszę być w telewizji.
Umberto westchnął i pochylił się z ręką przy podbródku.
- Vincent, amico mio, posłuchaj. Moim zadaniem jest dopilnować, żeby
jak najwięcej ludzi kupiło bilety na twoje przedstawienia i wykłady. Bo
co będzie, jeśli nie kupią?
- Nie będziesz miał zarobku - odparł Vincent.
- Właśnie. Ale przede wszystkim ty nie będziesz miał zarobku. To dość
prosta podstawowa zasada ekonomii. Po to, żebyś mógł żyć z tego, co
robisz, musimy w miarę wzrostu naszych kosztów sprzedawać więcej
biletów. Wiem, przez pewien czas szło nam jak po maśle dzięki temu, co
się działo w związku z Jane. Jednak to zainteresowanie nie będzie się
utrzymywać po wsze czasy. Co oznacza, że należy ludziom przypominać o tobie, żeby się tobą interesowali. Co z kolei znaczy, że powinieneś być
od czasu do czasu wystrzeliwany z armaty w telewizji.
Vincent udawał, że go to wszystko nie stresuje. A więc Fort Boyard, po
szwedzku F?ngarna p? fortet. F P F. W szwedzkim alfabecie to litery nr
6, 16 i 6. 6166. Kiedy Benjamin był mały, Vincent kupił mu zestaw
mieszanych klocków Lego. Rozmawiając na poważnie o zestawach Lego, a Vincent właśnie w ten sposób rozmawiał najpierw z Benjaminem i ostatnio
z Astonem, wymieniało się zawsze numer zestawu, bo mogło być więcej
części przedstawiających to samo. Otóż Vincent był prawie pewien, że
pudło Benjamina z mieszanymi klockami miało numer 6166. Co, rzecz jasna,
miało zupełnie przypadkowy związek z F?ngarna p? fortet. Choć litery
LEGO zajmują w alfabecie szwedzkim pozycje 12, 5, 7 i 15. A 125715 to
kod odcienia zieleni. Mniej więcej takiej zieleni, jaką mają wody wokół
Fortu Boyard, gdzie był nagrywany program. Przynajmniej podczas odpływu.
Wszystko się ze sobą łączy, jeśli naprawdę tego chcemy.
- Vincent - odezwał się ostro Umberto. - Dokąd teraz odpłynąłeś?
Umberto, sądząc po tonie, powiedział coś do niego, chociaż Vincent w ogóle tego nie słyszał.
- Do lego - odparł.
Umberto pokręcił głową.
- Musisz to zrobić - powiedział.
Vincent powoli przytaknął, chociaż właściwie nie mieściło mu się w głowie, jak w ogóle może rozważać taką propozycję. A jednak Umberto
pewnie ma rację. Powinien zacząć ćwiczyć, i to na serio. Do tego
programu trzeba zdecydowanie lepszej kondycji od jego obecnej. Zresztą
treningi będą też niezłym sposobem zajęcia czymś myśli, żeby nie
pomknęły w niewłaściwą stronę.
Jak choćby w zastanawianie się, co tam u Miny.
Umberto wziął jedną z dwóch pozostałych roladek ponczowych. Vincent
westchnął. Nie miał ochoty nawet na tę poprzednią, tym bardziej na
jeszcze jedną. Jednak nie było wyboru. Jedna roladka wyglądała na
talerzu niemalże obscenicznie, tak nie można. Sięgnął po nią i w tym
momencie zobaczył uśmiech czający się w kąciku ust swego agenta. A niech
go. Specjalnie tak zrobił.
- Okej, powiedz, że się zgadzam - powiedział. - Na ten Fort. Kiedy
miałbym nagranie?
- Za miesiąc z kawałkiem.
Vincent zakrztusił się okruchami o smaku araku. To tylko trochę ponad
miesiąc. Powinien jeszcze dziś umówić się z trenerem personalnym.
MIESZKANIE NA BELLMANSGATAN było
nieduże, ale przytulne. Wszystko tu zdradzało obecność dziecka. Tuż koło
drzwi między butami leżała plastikowa torba z nieotwartym pudłem klocków
Lego. Do zbudowania wyścigówki. W przedpokoju tu i tam leżały zabawki.
Widać było, że dużo się działo w tej rodzinie. Rysunki przyczepione do
lodówki razem ze zdjęciami z wakacji. Na stole resztki dziecięcego
śniadania: zaschnięte płatki w plastikowej miseczce.
- Przepraszam za ten bałagan, my...
Josefin, mama Ossiana, nie dokończyła zdania. Miała nieobecny wzrok.
Pewnie jest na silnych środkach uspokajających, domyśliła się Mina.
Natomiast Fredrik, tata Ossiana, miał spojrzenie jasne i zdecydowane.
Zaprosił ich gestem, żeby usiedli na białym zestawie wypoczynkowym z Ikei i tylko lekkie drżenie ręki zdradzało, co się z nim dzieje w środku.
- Chodź, kochanie. No chodź.
Delikatnie dotknął ramienia Josefin i pociągnął lekko za sobą. Żona
poszła za nim i bardziej opadła, niż usiadła na kanapie. Przesunęła
dłonią po obiciu z dużą plamą.
- Powinniśmy być mądrzejsi i nie kupować białej kanapy, kiedy właśnie
urodziło nam się dziecko. Jednak myśleliśmy... Myśleliśmy, że będzie tak
jak w gazetkach dla mam i w telewizji. Słodki, gaworzący dzidziuś, który
ciągle śpi. I... że bez trudu sobie poradzimy. Kiedy oboje byliśmy
nastolatkami, dużo jeździliśmy konno i sądziliśmy, że jeśli człowiek
potrafi radzić sobie z narowistym koniem, to dziecko nie będzie stanowić
najmniejszego problemu. Ale potem... on był...
- Josefin, nie trzeba...
Fredrik położył jej rękę na ramieniu, ale strąciła ją i zaszlochała.
- Ciągle tylko płakał i krzyczał. Stale. Dzień i noc. Złościł się... Nie
mogłam zrozumieć, skąd u niego tyle złości. Jakby nienawidził całego
świata i nas. A ja chciałam... pragnęłam... Czasem chciałam, żeby go nie
było, żebyśmy wrócili do tego, co było przed jego pojawieniem się,
żebyśmy mieli tylko siebie. Ja wiem, że tak nie można mówić, nie można
żałować, że się ma dziecko. Ale tak nam było dobrze, Fredriku,
pamiętasz, jak nam było dobrze?
Zwróciła się do męża, który przytaknął.
- Josefin, jesteś w szoku, masz poczucie winy i szukasz jakiegoś
wytłumaczenia - powiedział. - Nie rób tego. Ale oczywiście, że pamiętam,
jak było.
Znów położył rękę na jej ramieniu i tym razem mogła tam zostać.
- Pamiętam, że na początku było ciężko - mówił dalej. - To prawda. Ale
przebrnęliśmy przez to, prawda? Daliśmy radę. Razem. Przestał się tak
złościć. Jest pogodnym, radosnym dzieckiem. Oppa Gangnam Style,
prawda? Owszem, czasem się złości, ale przeważnie jest radosny. A jaki
skupiony, kiedy buduje z klocków Lego. Prawda, kochanie?
Milcząc, przytaknęła, ale nie patrzyła mu w oczy.
- Tak, jest pogodny. Ale przypomnij sobie, ile razy chciałam, żeby go
nie było. A jeśli to skumulowana karma, ktoś mnie słyszał i uznał, że
naprawdę tak myślę, a teraz nas to dopadło?
Twarz mu się wykrzywiła. Puścił jej ramię i wpatrzył się w biały deseń
na dywanie.
- Wiesz, że to nieprawda. On wróci. Wiem to na pewno. Wróci. Tylko...
teraz nie ma go... przez chwilę.
Spojrzał na zegarek, podniósł wzrok i spotkał się ze wzrokiem Miny.
- Prawda, że tak? Prawda, że prawie zawsze wracają? Przecież minęła
dopiero doba. Dokładnie doba. Czyli powinien niedługo wrócić?
Mina przełknęła ślinę. Ona akurat wiedziała, że ludzie znikają. I nie
wracają. Tyle że ona zniknęła z własnej woli. Co innego Ossian.
- Większość wraca już po kilku godzinach - odparła. - Ossiana nie ma
dobę, czyli nieco więcej niż zazwyczaj, jednak na razie nie ma powodu
sądzić inaczej, niż że wkrótce zostanie odnaleziony. Dla nas to
absolutny priorytet.
Nie wspomniała, że te dzieci, które wracają do domu po kilku godzinach,
po prostu wcześniej zabłądziły albo nic nie mówiąc nikomu, poszły do
jakiegoś kolegi czy koleżanki. Nie zostały uprowadzone przez kobietę w samochodzie pełnym zabawek.
Każdą komórką ciała odczuwała stres, że Ossian się jeszcze nie odnalazł.
- Proszę opowiedzieć o poranku sprzed zaginięcia - odezwał się Peder,
zwracając się do obojga rodziców. - Czy cokolwiek odbyło się inaczej niż
zwykle? Czy odprowadzając go do przedszkola, nie zauważyliście niczego
odbiegajacego od normy? Jakiejś osoby, której dotąd nie widywaliście w pobliżu?
- To ja go odprowadziłam - powiedziała Josefin, wciąż gładząc plamę. -
Wiecie, że reklama nie mówi prawdy? O tych proszkach, które wszystko
usuwają? Wypróbowałam wszystkie produkty znajdujące się na rynku...
próbowałam odplamiacza, potem prałam w dziewięćdziesięciu stopniach z wybielaczem. A ona i tak nie schodzi. Wydaje mi się, że ta plama jest od
czekolady. Pozwoliliśmy mu na kanapie jeść kinder niespodziankę, ale
chciał się dostać do zabawki w środku i czekoladowe połówki położył obok
siebie. Pamiętasz, Fredriku? Tam był chyba maleńki robot składający się
z pięciu części i Ossian się nie poddał, dopóki...
Jej głos zawisł w próżni.
- Kochanie - powiedział Fredrik. Widać było, jak bardzo stara się
trzymać. - Kochanie. Skup się. Policja pyta, czy coś zwróciło twoją
uwagę, kiedy go przyprowadziłaś do przedszkola. Cokolwiek? Co mogłoby im
pomóc znaleźć osobę, która zabrała Ossiana?
- Nie, nic. Nic nie zauważyłam. Wszystko było jak zwykle. Rodzice.
Dzieci. Jestem taką mamą, która nigdy nie potrafi się nauczyć nazwisk
innych rodziców, nawet tego, czyimi są rodzicami.
- Josefin...
Fredrik pogłaskał ją po ramieniu. Wzdrygnęła się. Jak mokry pies.
- I taką mamą, która nigdy nie pamięta o zebraniach, o zajęciach na
powietrzu ani zajęciach tematycznych, ani... jak wczoraj rano. Powinien
mieć ze sobą drugie śniadanie. Ale zapomniałam zabrać. Jak zwykle. Lubił
naleśniki na zimno. Zwinięte w wałeczki. Gdybym tylko pamiętała, czy to
by coś zmieniło? Czy on...
Umilkła.
- Przykro mi, że nie możemy bardziej pomóc - odezwał się Fredrik.
- Moglibyście zrobić jeszcze jedno - powiedziała Mina. - Za waszą zgodą
chcemy ogłosić, że poszukujemy Ossiana. Miałoby to nastąpić podczas
konferencji prasowej, która odbędzie się za kilka godzin. Społeczeństwo
bywa czasem bardzo pomocne.
Fredrik spojrzał na żonę, która wpatrywała się znów w kanapę.
Przytaknęła w milczeniu.
- Zgodzimy się na cokolwiek - odparł.
Wstał i poszedł do kuchni, odczepił z lodówki kilka zdjęć,
przytrzymywanych kolorowymi magnesami.
- To kilka zdjęć Ossiana, pewnie wam się przydadzą - powiedział.
Jak zauważyła Mina, trzymał zdjęcia w taki sposób, żeby żona nie musiała
ich widzieć. Josefin zdusiła szloch, w którym było aż za wiele rozpaczy
jak dla jednej osoby.
- Dziękujemy - odezwał się Peder. - Proszę pamiętać, że te zdjęcia
pojawią się w mediach, służąc dobrej sprawie. Ale w najbliższych dniach
może powinniście unikać gazet i telewizji.
- Ostatnie pytanie - powiedziała Mina. - Czy w waszym otoczeniu nie ma
nikogo, kogo moglibyście podejrzewać o chęć skrzywdzenia was albo
Ossiana? Kto mógłby uważać, że ma powód, żeby go uprowadzić?
Fredrik gwałtownie pokręcił głową.
- Powiedzielibyśmy, gdyby nam przyszło do głowy cokolwiek, co
uznalibyśmy za istotne dla was. Ale my jesteśmy... jesteśmy zupełnie
zwyczajni. Ja jestem dyrektorem kreatywnym w firmie reklamowej, Josefin
redaktorką w wydawnictwie. Mieliśmy zwyczajne dzieciństwo, zwyczajne
rodziny i zwyczajnych przyjaciół. Mamy... zwyczajne życie... Czy raczej
mieliśmy.
Mina widziała po nim, że jest bliski utraty panowania nad sobą.
Spojrzeli na siebie z Pederem i wstali.
- Rozumiemy was - powiedziała. - Peder ma trzy trzylatki, a ja mam...
Urwała w samą porę i odetchnęła. Mało brakowało. Poczuła na sobie
zdziwiony wzrok Pedera, ale wolała nie patrzeć mu w oczy.
- Zrobimy wszystko, co tylko możliwe, aby odnaleźć Ossiana - zakończyła.
Siedząca na kanapie Josefin podniosła wzrok i spojrzała na Minę.
- Nie kupujcie nigdy białej kanapy - powiedziała.
Mina skinęła głową. Wychodząc, świadomie nie spojrzała na stojące w przedpokoju dziecięce buciki.
JUŻ PODCHODZĄC DO DRZWI mieszkania,
Julia poczuła ucisk w piersi. Śmieszna rzecz te odruchy bezwarunkowe.
Nabrała głęboko powietrza i nacisnęła klamkę. Z głębi mieszkania
dochodził krzyk Harry'ego.
- Halo! - zawołała, przybierając beztroski, pogodny ton. Zawołała
jeszcze raz, ale bez odpowiedzi. Poza głośnym krzykiem bardzo
niezadowolonego dziecka.
Idąc do sypialni, minęła kuchnię, która wyglądała jak po wybuchu bomby.
Puste słoiczki po jedzeniu dla dzieci, brudne talerze, skórki bananów,
zwitki papierowych ręczników i mnóstwo filiżanek niedopitej kawy.
Ciekawe. Kiedy to ona była w domu z dzieckiem i też tak wyglądało,
Torkel po powrocie z pracy robił jej przycinki. Nigdy nie przepuścił
okazji, żeby spytać, co ona właściwie robi całymi dniami.
Delikatnie otworzyła drzwi do sypialni.
Harry leżał w łóżeczku cały czerwony ze złości. Wrzeszczał ile sił, a miał ich niemało. Torkel spał na stojącym obok małżeńskim łóżku. Chrapał
głośno, leżąc w ubraniu na kołdrze.
Julia spojrzała na zegarek i zaklęła. Właściwie nie miała czasu, żeby
jechać do domu, ale przepociła ubranie, więc musiała się przebrać przed
konferencją prasową. I chciała ucałować Harry'ego w pucołowate policzki.
Zalew esemesów od Torkela w końcu przebił się przez jej skórę i poczuła
wyrzuty sumienia. Chociaż wiedziała, że nie powinna.
Wzięła na ręce synka, który natychmiast ucichł, a Julia zorientowała
się, co było przyczyną jego wrzasków. Poczuła intensywny zapach kupy.
Zaniosła go do łazienki i przewinęła. Mały zagulgotał, kiedy już był
czysty, i sięgnął rączką do figurek wiszących nad przewijakiem.
Babblarna. Kolorowe figurki stały się niezwykle popularne, dla dzieci
miały prawie narkotyczną siłę przyciągania.
- Chodź, kochanie, pobędziesz z mamą podczas przebierania się, ale potem
trzeba będzie obudzić tatę, bo mama musi wracać do pracy. Widzisz,
malutki, gdzieś jest inny chłopczyk, na pewno wystraszony i smutny,
który niecierpliwie czeka, żeby znalazła go jego mama.
Harry w odpowiedzi zagaworzył i spróbował pociągnąć ją za włosy. Jego
małe pulchne rączki miały niebywałą umiejętność złapania za kosmyk
włosów koło uszu, gdzie najbardziej bolało, a potem pociągał
zdumiewająco mocno.
- Aua, aua, boli mamę - powiedziała, krzywiąc się i delikatnie odgięła
zaciśnięte piąstki.
Posadziła synka na leżaczku i zaczęła się przebierać. Najpierw
dezodorant, bez mycia się, potem czysta koszula i nowe czyste spodnie.
Teraz mogła wracać do pracy na tak długo, ile będzie trzeba.
Skończyła i wzięła synka na ręce, przytulając twarz do jego
tłuściutkiego karku i wciągając zapach niemowlęcej skóry. Harry śmiał
się głośno, machając rączkami w powietrzu. Julia poczuła, jakby coś w niej pękło, i zrobiło jej się gorąco.
Do tej pory udawało jej się rozdzielać te dwie rzeczy. Zaginięcie
dziecka i własne rodzicielstwo. Oddzielać Ossiana od Harry'ego. Teraz
nagle te obrazy jej się połączyły.
Ossian.
Harry.
Ossian.
Harry.
Jeden większy, drugi mniejszy. Czyjeś dziecko. Ich dziecko. Jej dziecko.
Zaginione dziecko. Dziecko w jej objęciach.
Powinna szybko wracać do pracy właśnie ze względu na Harry'ego. Dzień
nie dobiegł jeszcze końca. Przytuliła synka mocniej. Poczuła jego miękką
rączkę na szyi. Odetchnęła głęboko i weszła do sypialni. Położyła go
obok Torkela i delikatnie trąciła męża. Torkel drgnął i rozejrzał się
rozespanym wzrokiem.
- Co? Co jest? Co się dzieje?
- Przyszłam się tylko przebrać. Muszę wracać. Harry został przewinięty,
ale chyba zgłodniał.
- Wracać? Znowu wychodzisz? A ja? Zajmuję się nim cały dzień, myślałem,
że chociaż wieczorem będziesz. Nawet ci się nie chciało odpowiadać na
moje esemesy. Wiesz co, Julia, tak się nie da. Dzwonili do mnie z pracy,
mam tysiące maili i...
Julia wyszła z sypialni, słowa męża odbijały się od jej pleców, a ona
miała przed oczami twarz Ossiana.
A nad nią twarz Harry'ego.
Chwyciła torebkę i poszła do drzwi wejściowych, słysząc za sobą
nieustający grad słów.
BATERIA W LAPTOPIE była prawie pełna.
Vincent pamiętał, żeby ją podładować, bo nie chciał, żeby coś mu
umknęło, gdyby nagle padła. Zegar na ekranie pokazywał, ile minut i sekund zostało do siedemnastej i transmisji na żywo na stronie policji.
Informacja dla mediów wymieniała jedynie nazwisko Julii, ponieważ to ona
miała poprowadzić konferencję prasową. Vincent nie wiedział nawet, czy
Mina jest jeszcze w jej zespole. Zawsze można mieć nadzieję.
Jeśli mu się poszczęści, zobaczy ją.
Jeśli mu się poszczęści.
W tym momencie poczuł poruszenie się cienia w środku. Tkwił w nim od
dzieciństwa po wydarzeniach związanych z mamą. Wtedy w nim zamieszkał.
Vincent dość szybko nauczył się trzymać go w szachu w ten sposób, że na
przykład liczył różne rzeczy, albo dostrzegał związki między nimi, które
układały się w pewne wzorce. Czasem było mu trudno dostrzec różnicę
między faktycznymi wzorcami a wyobrażonymi, zresztą nie zawsze było to
istotne. Jak teraz, gdy czekając na konferencję prasową, zobaczył na
parapecie pułapkę na osy, którą żona zrobiła z butelki pet. A "bi i marinad"4 to anagram dla "Mina Dabiri". Najważniejsze, żeby
podtrzymywać logiczne myślenie analityczne, bo wtedy nie zostaje wiele
miejsca dla mrocznych emocji.
Tak mu dobrze wychodziło ignorowanie tego cienia, że prawie o nim nie
myślał. Wielką pomocą była rodzina. Kiedy musiał pamiętać, aby
przyszykować Astonowi drugie śniadanie, albo się martwił, czy Rebecka
nie ma przypadkiem fałszywych przyjaciół, to na mrok w duszy nie
zostawało wiele miejsca. A kiedy poznał Minę, ten mrok zniknął zupełnie.
Przy niej czuł się normalny.
Ale potem to się skończyło.
Nie spotykał się już z Miną.
Wtedy cień powrócił, jeszcze mocniejszy niż przedtem. Pobudziły go
działania jego siostry i tym razem rodzina nie wystarczyła, żeby
zniknął. Vincent nie bał się, że ogarnie go bez reszty, bo i tak był od
dawna jego częścią. Niczym pasażer na gapę. Albo fałszywy przyjaciel. W dodatku nadający coraz głośniej.
Sama myśl, że Mina mogłaby zjawić się na konferencji prasowej, odsunęła
na chwilę mrok. Zegar na ekranie zniknął, pojawił się obraz jakiegoś
pomieszczenia z mównicą na środku, ale nikt tam jeszcze nie stał.
Słychać było za to gwar rozmów i odgłosy poruszających się osób.
Najprawdopodobniej dziennikarzy siedzących tuż za kamerą. Z mównicy
sterczało pięć uchwytów na mikrofony. Vincent westchnął. Nawet w policji
nie dbają o porządek. Wziął długopis i oparł o ekran laptopa, żeby
wyglądał na szósty mikrofon.
Od razu lepiej.
Po kolejnej minucie w kadr wkroczyła Julia i stanęła na mównicy.
Strzeliły flesze aparatów fotograficznych, rozmowy ucichły.
- Dziękuję państwu za przybycie na naszą konferencję - powiedziała. -
Przejdę od razu do rzeczy. Wczoraj po południu między piętnastą
trzydzieści a szesnastą z przedszkola Backens przy Zinkensdam na
sztokholmskim Södermalmie zniknął pięcioletni Ossian Walthersson.
Vincent nie widział nikogo z pozostałych członków policyjnego zespołu.
Liczył, że zobaczy Minę, i poczuł w piersi ukłucie, że jej nie ma. Może
się jeszcze pojawi. Powinien się uspokoić.
Ossian.
Zaczyna się na O.
W greckim alfabecie to omega. Jednocześnie ostatnia z dwudziestu
czterech greckich liter, co nadało jej znaczenie symboliczne. Dla
dawnych chrześcijan omega oznaczała koniec wszystkiego. Sądny dzień. Czy
istnieje lepszy sposób, by go zapoczątkować, niż porywając dziecko?
Vincent zorientował się, że wcale nie oddycha spokojniej.
- Wiele wskazuje na to, że Ossian został uprowadzony - ciągnęła Julia. -
Oprócz Ossiana szukamy zatem kobiety w wieku około czterdziestu lat,
miała znajdować się na miejscu w samochodzie. Niestety, nie mamy
bliższych danych na jej temat poza tym, że odjechała sportowym autem.
Być może miała w nim szczenięta, ale nie wiemy, jakiej rasy.
Tu przerwała i wyjęła zdjęcie Ossiana, zrobione przypuszczalnie w Gröna
Lund5. Chłopiec miał na nim jasne, nieobcięte latem loki i uśmiechał się do obiektywu, połowę twarzy zasłaniała mu wata cukrowa.
Vincent podniósł wzrok znad ekranu i spojrzał na drzwi pokoju Astona,
gdzie bawił się jego najmłodszy syn. Nakłonienie go, żeby sam się sobą
zajął, musiała poprzedzić półgodzinna kłótnia. Wprawdzie Aston zawsze
wolał mamę od taty, ale akurat tego dnia konflikt był szczególnie ostry.
Mimo tych kłótni Vincent kochał syna nad życie i na samą myśl, że Aston
mógłby nagle zniknąć, robiło mu się słabo. Nie potrafił sobie wyobrazić,
co w tym momencie muszą czuć rodzice Ossiana.
- To zdjęcie wysłałam wszystkim państwu mailem - ciągnęła Julia. -
Wszelkie informacje na temat miejsca pobytu Ossiana, a także wspomnianej
kobiety traktujemy absolutnie priorytetowo. Nie muszę dodawać, że sprawa
jest pilna.
Znów rozbłysły flesze aparatów fotograficznych.
- A co mówią rodzice? - zawołał ktoś spoza kadru.
- Rodzice Ossiana zwracają się do państwa o pomoc - odpowiedziała Julia.
- W tym momencie nie są jednak w stanie spotkać się z mediami i proszą o zrozumienie. Przesłali nam tekst swego apelu.
Na ekranie pojawiło się teraz zdjęcie Ossiana wraz z apelem jego
rodziców.
Oto Ossian, który lubi tańczyć i śpiewać. Synek jest naszym całym
światem. Pomóżcie nam odzyskać jego śpiew i nasz świat.
Pod spodem numer telefonu i adresy mediów społecznościowych.
- Policja zwraca się z prośbą o wszelkie informacje. Można je kierować
na nasze konta na Faceooku i na Instagramie. Oczywiście również dzwonić
i mailować. Bylibyśmy także wdzięczni, gdyby pisząc o sprawie w gazetach, podawali państwo swoje dane kontaktowe, bo ludziom przychodzi
czasem łatwiej zadzwonić do redakcji "Expressen" niż na policję.
- Czy policja ma już jakąś teorię w tej sprawie? - spytał ktoś.
Julia patrzyła długo w stronę, z której padło pytanie. Miała napięte
mięśnie twarzy. Vincent zdał sobie sprawę, że mógłby zrobić jej szybki
kurs panowania nad mową ciała. Nawet niezły pomysł, żeby zaoferować
policji coś takiego. Może Mina by też przyszła. Nie dlatego, że było jej
to potrzebne, jej mowa ciała była zawsze wyraźna, wręcz przykładna.
Stanęła mu przed oczami i Vincent poczuł trzepotanie w środku. Musiał
się dobrze postarać, żeby odsunąć od siebie to wspomnienie. Właściwie
wbrew sobie, ale głupio byłoby, gdyby coś mu umknęło z konferencji
prasowej. Julia chyba się trochę odprężyła, rozluźniła barki.
- Szczerze mówiąc, nie - odpowiedziała na zadane przed chwilą pytanie.
Jej ton sygnalizował, że to koniec konferencji. Tym razem dziennikarze
muszą sami odwalić sporą część roboty. Mina najwyraźniej się nie pojawi.
Może i dobrze, bo nie wiedział, jak by zareagował na jej widok.
Otworzyły się drzwi wejściowe, przyszła Maria. Odwiesiła kurtkę,
westchnęła i opadła na kanapę obok Vincenta.
- Żebyś mnie źle nie zrozumiał, jestem mu nieskończenie wdzięczna za to,
że chce się mną zająć - powiedziała, rozciągając się. - Ale jestem
zupełnie wypompowana.
Po ukończeniu przez Marię kursu z małego biznesu Kevin zaproponował, że
będzie pomagać jej prywatnie. Vincent wprawdzie nie rozumiał, co by to
mogło dać. Albo przynieść. W końcu chodziło o internetowy sklep
sprzedający ceramiczne aniołki i mydła. Dla Amazona raczej nie będzie to
żadna konkurencja. Zerknął ukradkiem na zegarek. Nie było jej trzy
godziny.
- Naprawdę potrzebujesz tylu godzin konsultacji? - zdziwił się. -
Spotykacie się właściwie co wieczór. Aston ciągle się o ciebie dopytuje.
Od razu pożałował tych słów. Przecież chciał być wobec niej wspierający
i życzliwy. Maria powinna mieć coś własnego, żeby móc błysnąć i rozwijać
się na swój sposób. A teraz to znalazła. On mógł liczyć na docenienie w swojej pracy. Zdobył rozgłos, miał swoją publiczność, pozbawiony twarzy
tłum, który go oklaskiwał i wychwalał. Maria nie miała nic takiego. A gdyby miał zajrzeć w głąb swego sumienia, to chyba nie poświęcał jej
tyle uwagi, na ile zasługiwała. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale
zmilczał. Nie radził sobie bez instrukcji obsługi.
MINA WŁOŻYŁA KLUCZ do zamka i otworzyła
drzwi. Niewielki opór przy przekręcaniu klucza nagle i niespodziewanie
przypomniał jej inne mieszkanie. Przez moment miała przed oczami tamten
przedpokój, zamiast obecnego w ?rsta. Próbowała odsunąć od siebie ten
obraz. Od lat starannie unikała wspomnień. A zamek w drzwiach
wejściowych zawsze był oporny. Dlaczego zatem właśnie dziś wróciła
myślami do innego czasu, innego życia? Chciała strząsnąć z siebie to
wrażenie, ale zdążyło się wgryźć i nie puszczało.
Tamto mieszkanie, w Vasastan, było mniejsze od obecnego. A jednak się
mieścili. Ona i jej mąż.
I Nathalie.
Nathalie była jeszcze mała, spali we trójkę w jednym łóżku. Tak ją nagle
zabolało to wspomnienie, że nie mogła złapać tchu. Niebieska ulubiona
kołdra. Nathalie była niepocieszona, gdy trzeba było ją uprać i przykryć
się inną. W końcu kupili trzy identyczne.
Przestań, nie dopuszczaj do siebie tych myśli.
Nie myśleć o tym, co zmarnowała. Co sama zniszczyła i roztrwoniła przez
swoje uzależnienie. A przecież w AA pracowała ciężko nad tym, żeby sobie
wybaczyć. Nigdy by nie przypuszczała, że tabletki przeciwbólowe, które
dostała w związku z operacją po porodzie, wywołają efekt lawiny. Lawiny,
która pogrzebała ją na wiele lat. Małe białe tabletki wyglądały na dłoni
tak niewinnie, a odebrały jej wszystko, co było dla niej ważne.
Poświęciła aż nadto dużo czasu na zastanawianie się, dlaczego się od
nich uzależniła, jaki to wadliwy gen sprawił, że stało się to tak
szybko. A przecież nie powinna się dziwić, zważywszy na swoją matkę.
Każda z nich wybrała inny środek uzależniający, ale obie upadły równie
łatwo. I przetrwoniły równie wiele.
Mina zdjęła buty na wycieraczce i zauważyła, że na podłogę upadł mały
kamyk. A tak dbała o to, żeby starannie wycierać buty przed wejściem do
klatki schodowej. Wzięła kamyk między palec wskazujący a kciuk i szybko
wyrzuciła za drzwi. Zamknęła je, poszła do łazienki i natychmiast umyła
ręce, którymi trzymała zarówno brudny klucz, jak i kamyk. To wymaga
podwójnego mycia. Następnie rozebrała się, bieliznę wyrzuciła do śmieci
i wzięła lodowaty prysznic. Miała za sobą długi dzień i normalnie
wzięłaby gorący prysznic, żeby pozbyć się całego brudu z ciała. W mieszkaniu było jednak tak gorąco, że spociłaby się zaraz po wyjściu z łazienki, dlatego próbowała to odwlec, schładzając się jak najmocniej.
I przez cały czas starała się nie dopuszczać do siebie wspomnień. Było
to trudne. Jak choćby z tą grecką restauracją znajdującą się dwa piętra
pod mieszkaniem w Vasastan. Nie była tam od piętnastu lat, ale wciąż
potrafiła przywołać dochodzący stamtąd zapach oliwek, czosnku i mięsa z rusztu.
Po prysznicu otworzyła nowy dziesięciopak majtek i paczkę koszulek,
włożyła i w samych majtkach i koszulce poszła usiąść na kanapie w salonie.
W niektóre dni udawało jej się utrzymywać dystans do przeszłości, ale
bynajmniej nie we wszystkie, i właśnie dlatego nikogo nie dopuszczała do
siebie. Ani do mieszkania, ani do emocji. I tak było tam ciasno.
Najgorsze, że sama tak wybrała. To ona odeszła. Uważała, że okazuje w ten sposób wielkoduszność, że tak będzie lepiej dla nich. Jak mogła
zachować się tak naiwnie? Tak egoistycznie?
Przycisnęła palcami powieki, żeby powstrzymać łzy, bo przenoszą brud, a wolałaby nie przemywać policzków alkożelem. Ostatnim razem wyjątkowo ją
potem piekło.
Była wtedy bardzo młoda i nie chciała być jak swoja mama. A potem przez
wiele lat nienawidziła byłego męża za to, że kazał jej wybrać.
Nieprawda, bo on tylko dopilnował, żeby dotrzymała swojej własnej
obietnicy.
I dotrzymała. Prawie.
Trzymała się z dala od córki poza tym jednym razem dwa lata temu, gdy
była z Nathalie w Kungsträdg?rden, ale nie powiedziała jej, kim jest.
Nie kontaktowała się z nią, tylko obserwowała z daleka. Spędziła za to
wiele wieczorów, śledząc kropeczkę na aplikacji podłączonej do nadajnika
GPS w plecaku Nathalie.
Podeszła teraz do biurka i spojrzała na zdjęcie córki. Wysunęła szufladę
i odczytała kartkę z wiadomością, którą Vincent napisał do niej tamtego
lata.
Nie będę o nic pytał, ale wysłucham cię, gdybyś chciała porozmawiać.
PS Przepraszam za kostkę.
Wsunęła z powrotem szufladę. "Gdybyś chciała porozmawiać". To się nigdy
nie zdarzy.
Wróciła do drzwi wejściowych, upewniając się, że są porządnie zamknięte.
Nikt nie może tu wchodzić.
VINCENT CZUŁ SIĘ jak połamany. Wieczorem
czekał go kolejny występ. Latem teatry grały zazwyczaj same farsy, ale
zainteresowanie jego przedstawieniem było tak duże, że przedłużyli trasę
na miesiące letnie. Umberto był zachwycony dodatkowymi zyskami z biletów, natomiast Vincent zaczął żałować tego przedsięwzięcia. Jeszcze
dwa tygodnie, potem będzie mógł trochę odpocząć i zabrać swoją rodzinę
na urlop. Pod warunkiem że uda się utrzymać ją w komplecie na tyle
długo, żeby pojechać gdzieś razem.
Wszedł do kuchni, gdzie zastał Benjamina; był w połowie swego śniadania,
zawsze takiego samego: dwa pszenno-żytnie tosty, na których masło
musiało się roztopić przed ich złożeniem w kanapkę z plastrem szynki w środku. Pewną nowością było to, że Benjamin pił również kawę. Odkąd
Vincent zainwestował w kapsułkowy ekspres, spożycie kawy w ich domu
wzrosło lawinowo.
Vincent wyjął dwie kapsułki i jedną załadował do ekspresu, jednocześnie
zerknął na starą maszynkę, która dawniej zawsze bulgotała o tej porze.
Stała wciąż na blacie, ale pokryta cienką warstewką kurzu. W tym
momencie pojawiło się u niego poczucie pewnej straty. Włączył ekspres,
mruknął "dzień dobry" do starszego syna i poszedł do pokoju Astona.
- Śniadanie! - zawołał, otwierając drzwi i wsadzając głowę do środka.
Jego dziewięciolatek stęknął i naciągnął kołdrę na głowę.
- Nie chcę iść do świetlicy.
- Pewnie, kto by chciał? Ale dziś jest piątek, jutro weekend i będziesz
mógł się wyspać do woli. Chodź zjeść.
Aston wysunął nogę spod kołdry, jakby sprawdzał nią, co tam słychać na
świecie. A potem znów schował.
- Masz trzy minuty - powiedział Vincent.
Wrócił do kuchni, załadował ekspres drugą kapsułką. Poranki wymagały
podwójnej dawki kawy. W dodatku tylko szaleniec zużywałby nieparzystą
liczbę kapsułek.
Maria wystawiła na stół miseczki.
- Mogłeś przyszykować śniadanie dla wszystkich - mruknęła do Benjamina.
- Przykro mi, nie zdążyłem, muszę być pierwszy przy otwarciu.
- Przecież giełda startuje dopiero o dziewiątej? - powiedział Vincent,
rzucając synowi znaczące spojrzenie. - Mów prawdę, masz po prostu za
mało empatii dla swoich bliskich.
Maria postawiła z trzaskiem filiżankę na stole.
- Nie podoba mi się, że się zajmujesz daytradingiem - zwróciła się do
Benjamina. - Zarabianie na spekulacji wydaje mi się głęboko niemoralne.
Od kiedy zrobiłeś się takim kapitalistą?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
MINA STANĘŁA w wejściu do lokalu i rozejrzała się. Tego popołudnia nie było tak wielu ćwiczących. Bardzo
dobrze. I raczej starsi ludzie. Licealiści, kobiety trenujące crossfit i mięśniacy już sobie poszli. W powszedni dzień o piętnastej przynajmniej
przez godzinę rządzili tu seniorzy. Dla niej to lepiej, bo znacznie
staranniej wycierali urządzenia zarówno po sobie, jak i po tych
potworach, które się tu wcześniej pociły. Mina i tak nie miała zamiaru
ryzykować. W kieszeni bluzy miała jak zawsze cienkie jednorazowe
rękawiczki, dwie buteleczki dezynfekującego spreju, ściereczki z mikrofibry i torebkę strunową na te zużyte.
Jej plan treningowy przewidywał dziś ćwiczenia na tułów i nogi. Włożyła
rękawiczki, podeszła do jednego z przyrządów do ćwiczenia nóg i zabrała
się do starannego spryskiwania wszystkich części. Zauważyła, że
niektórzy spryskują tylko uchwyty. Albo jeszcze gorzej, bo samo
siedzisko. Przecież brud i bakterie mogą przenosić się na innych. Nie
mogła zrozumieć, że ludzie potrafią być tak nierozważni.
Włożyła do torebki strunowej złożoną zużytą ściereczkę i wzięła
następną. Każde wejście do siłowni było wejściem do potencjalnego
ogniska zarazy. Właśnie dlatego nie była w stanie ćwiczyć na siłowni w komendzie, bo wiedziała aż za dobrze, co z nich za brudasy. Tu
przynajmniej brud nie miał znajomych twarzy.
Zważywszy na to, co przypuszczalnie unosi się w powietrzu, wolałaby
właściwie ćwiczyć w maseczce. Słyszała, że ciężarowcy często puszczają
bąki, i aż ją zatykało na myśl o bakteriach fekalnych rozchodzących się
w systemie wentylacyjnym. Jednak maseczka na twarzy wzbudziłaby
niepotrzebną sensację. Mogłaby jednak kupić sobie specjalną maskę do
ćwiczeń mięśni oddechowych.
- Będziesz ćwiczyć czy sprzątać? Jeśli skończyłaś, to chciałbym przejąć
to urządzenie.
Drgnęła i podniosła wzrok znad czyszczonego oparcia. Stał przed nią
mężczyzna około siedemdziesiątki, całkiem siwy, w małych okrągłych
okularkach i w czerwonej koszulce, ale nie takiej z tkaniny
oddychającej, tylko w zwyczajnym bawełnianym T-shircie. Z wielką plamą
potu na piersi. Wzdrygnęła się.
- A wiesz, jaka niehigieniczna jest ta bawełniana koszulka? - odezwała
się. - Pot przechodzi z niej na urządzenia. Powinni zabronić ćwiczenia w takich ciuchach.
Mężczyzna rzucił jej mordercze spojrzenie, pokręcił głową i odszedł.
Najwyraźniej uznał, że nie jest warta, żeby tracił na nią czas. Mina
wcale się nie przejęła, jeszcze kilka razy przejechała ściereczką, potem
włożyła ją do torebki strunowej wraz z rękawiczkami, następnie usiadła
na urządzeniu i ustawiła ciężar. Człowiek w czerwonej koszulce siedział
przy wyciągu, odwrócony do niej plecami, gdzie rzecz jasna miał równie
wielką plamę potu. Skrzywiła się. Gdyby musiała wybierać: ma być lubiana
czy zdrowa, odpowiedź była dla niej oczywista. Ludzie mogą zatrzymać dla
siebie zarówno swoje bakterie, jak i sympatie.
Mina zdążyła się przyzwyczaić, że uważają ją za kosmitkę. Inni ludzie
nie byli jej do niczego potrzebni. Poczucie więzi z drugim człowiekiem
to pewnie taki sam mit jak "pokrewieństwo duchowe", "prawdziwa miłość" i inne wydumane koncepty lansowane przez Hollywood. Skutek jest taki, że
normalny człowiek dostaje zaburzeń lękowych. Są nawet badania, które
tego dowodzą. Czytała, że po obejrzeniu komedii romantycznej ludzie
oceniają gorzej zarówno własną relację, jak i swego partnera. Bo żadna
prawdziwa relacja nie jest w stanie zmierzyć się z wymyśloną ideą
"miłości aż po grób".
Mina obecnie nie miała poczucia więzi z nikim. W przeszłości zresztą też
nie, z wyjątkiem krótkiego czasu spędzonego ze swoją córką. Jednak
mężczyzna, z którym kiedyś żyła, nie budził w niej raczej ciepłych
uczuć. A na pewno nie czuła z nim "więzi". Zresztą z nikim innym też
nie.
Poza...
Nim.
Mentalistą.
Ale to było jakiś czas temu.
Na Facebooku widziała reklamę nowego przedstawienia Vincenta. Miała
nawet kupić bilet, ale tego nie zrobiła. Nie była pewna własnej reakcji,
gdyby zobaczyła go na scenie. A co, gdyby nie rozpoznał jej wśród
publiczności?
A gdyby rozpoznał?
Skrzywiła się. Lepiej trzymać się z daleka. Na wszelki wypadek. Przecież
nawet się do niej potem nie odezwał. Oczywiście wiedziała dlaczego. Po
pierwsze, miał rodzinę. Nie miałaby za złe jego żonie, gdyby się
zastanawiała, co oni wtedy robili ze sobą. Vincent mówił, że Maria była
okropnie zazdrosna, a wydarzenia na wyspie raczej nie zmieniły tego na
lepsze. Mina z Vincentem omal wtedy nie zginęli. Nie byłoby w tym nic
dziwnego, gdyby jego żona ją znienawidziła po tym wszystkim. Wprawdzie
Mina nie ponosiła za to żadnej winy, jednak była policjantką.
W dodatku połączyło ich coś trudnego do wytłumaczenia, a wydarzenia na
Lidö związały ich ze sobą jeszcze mocniej.
Choć właśnie ta więź utrudniła im podtrzymywanie kontaktu. Bardzo się do
siebie zbliżyli. Tak bardzo, że Mina nie mogła sobie z tym poradzić.
Dlatego lepiej było tak, jak jest. Będąc sama, znajdowała się za wałem
obronnym, gdzie czuła się bezpieczna. On pewnie też.
A jednak.
- PROSZĘ PAMIĘTAĆ - powiedział Vincent -
że to, co państwo zaraz obejrzą, nie jest rzeczywistością, tylko
przykładem na to, że można prezentować nadprzyrodzone umiejętności, choć
się ich nie posiada. Bo wierzcie mi, ja naprawdę ich nie posiadam.
I uniósł jedną brew, jakby mówił a może? Mniej więcej połowa widowni
zaśmiała się, ale trochę sztucznie, niepewnie. Czyli właśnie tak, jak
chciał Vincent.
Sala Crusell została wypełniona do ostatniego miejsca, choć był dopiero
środek tygodnia. Tysiąc dwustu mieszkańców Linköpingu i okolic przybyło
w środowy wieczór, żeby obejrzeć Mistrza Mentalistę. Jak dla Vincenta aż
za wielu; jego udział w policyjnym dochodzeniu przed dwoma laty wzbudził
wielkie zainteresowanie. Gdyby nie był znaną osobą już wcześniej,
zostałby nią wtedy. Oczywiście nie on sam, bo nikt nie wiedział, kim
jest tak naprawdę Vincent. Natomiast Mistrz Mentalista był prawdziwym
celebrytą uwielbianym przez media i publiczność, a po informacji, że o mało nie zginął, topiąc się w zbiorniku z wodą, sprzedaż biletów na jego
przedstawienia się podwoiła.
Umbertowi udało się ukryć przed mediami szczegóły dotyczące udziału
Vincenta w sprawie, zwłaszcza te prywatne. Dzięki temu mógł nadal
uprawiać swój zawód. Gdyby się wydało, że pośrednio stał się przyczyną
zamordowania trzech osób, prawdopodobnie spoglądano by na niego inaczej.
Vincent był oczywiście niewinny. W każdym razie jeśli chodzi o te
morderstwa. Jednak dla mediów kwestia winy czy jej braku była sprawą
względną. I dlatego Vincent i jego agent zrobili wszystko, co tylko
możliwe, by nie ujawnić motywów Jane ani tego, kim była. Ułatwił to fakt
zniknięcia Jane i Kennetha.
Reporterzy "Expressen" próbowali szperać w historii o matce Vincenta.
Dowiedziawszy się o tym, Umberto spadł na nich jak jastrząb i zagroził,
że jeśli o tym napiszą, nigdy nie dostaną od jego agencji żadnych
materiałów o jego artystach ani zgody na wywiady z nimi. Czy publikując
dość makabryczną historyjkę, chcą sobie zamknąć drogę do połowy
szwedzkich estradowców? Okazało się, że jednak nie. Vincent domyślał
się, że włoski temperament Umberta też zrobił swoje.
Jednak jeden szczegół, ten mianowicie, że daty morderstw stanowiły
szyfr, w którym morderczyni zapisała nazwisko Vincenta, był tak
smakowitym kąskiem, że musiał trafić do mediów, gdzie potem żył własnym
życiem.
Ludzie zaczęli wysyłać Vincentowi różne zagadki, rebusy i łamigłówki,
bez jakiejkolwiek refleksji, że może być to niedelikatne. Gdyby - swoją
drogą - ludzie byli tak łatwi do rozgryzienia, nie musiałby zostać
mentalistą.
- To, co teraz zaprezentuję, może wyglądać na sytuację z poprzedniego
przełomu wieków - ciągnął. - Jednak te same metody są nadal stosowane
przy zakładaniu ruchów religijnych. Czy choćby sekt.
Scena została urządzona jak salon z końca XIX wieku, a Vincent był
ubrany w strój z epoki. Na środku znajdowały się dwa skórzane fotele
ustawione do siebie pod kątem. Na jednym siedział mężczyzna, który
wyraźnie się denerwował.
Vincent spytał wcześniej, czy na widowni jest lekarz albo przynajmniej
ktoś, kto umie zmierzyć tętno. Człowiek ten był jedną z osób, które się
zgłosiły. Kiedy Vincent zaprosił go na scenę, był zupełnie spokojny.
Nawet się śmiał. Jednak po tym, jak Vincent poprosił go o podpisanie się
pod dokumentem stwierdzającym, że nie poniesie ani medycznej, ani
prawnej odpowiedzialności za to, co się wydarzy, bo Vincent bierze ją w pełni na siebie, mężczyzna wyraźnie się zaniepokoił. Nie tylko on,
publiczność też. Vincent uwielbiał to. Podpisanie umowy było prostym
sposobem na stworzenie dramatycznej atmosfery. Jednak prosząc o taki
podpis, Vincent za każdym razem uzmysławiał sobie, że jego numer może
rzeczywiście zakończyć się w sposób dla niego fatalny.
- A więc, Adrianie - powiedział, siadając na drugim fotelu, skośnie do
mężczyzny. - Spróbujemy nawiązać kontakt z tymi po tamtej stronie. Ze
zmarłymi. Czy masz jakiegoś zmarłego krewnego, z którym chciałbyś się
skontaktować? Mam wrażenie, jakbym wyczuwał u ciebie żałobę, ale nie po
babci... czuję, że ona wciąż żyje... może... po dziadku? Brak ci go?
Mężczyzna zaśmiał się nerwowo i poruszył się niespokojnie.
- O tak, Elsa żyje - odparł. - Ale Arvid umarł dziesięć lat temu. Znaczy
dziadek.
Prosty trik, wykonać go mogłoby byle medium, bo opierał się na prostym
wnioskowaniu. Adrian wyglądał na niespełna trzydzieści lat. Czyli jego
rodzice powinni być w wieku między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką. Z kolei ich rodzice między osiemdziesiątką a dziewięćdziesiątką. Ponieważ
kobiety żyją zazwyczaj dłużej od mężczyzn, statystycznie było bardziej
prawdopodobne, że żyje jego babcia niż dziadek. W innej sytuacji Vincent
pewnie by się zawstydził swego blefu, zwłaszcza widząc, jak bardzo
poruszyło to siedzącego przed nim mężczyznę. Jednak ten numer miał
pokazać dobitnie, w jaki sposób usidla się innych ludzi, by pozyskać ich
zaufanie, a w konsekwencji ich pieniądze. A wtedy dozwolone są wszelkie
środki.
- Spróbujmy zatem odnaleźć dziadka Arvida - powiedział Vincent.
Spojrzał na publiczność.
- Powtarzam, to nie będzie na serio.
Po czym, robiąc poważną minę, zwrócił się do Adriana.
- Nawiążę teraz kontakt z tamtą stroną - powiedział. - Ale w tym celu
muszę najpierw... tam przejść.
Sięgnął po pasek i podniósł go wysoko, żeby wszyscy mogli zobaczyć.
Następnie założył go na szyję i przeciągnął przez klamerkę, tworząc
pętlę. Lewą rękę wyciągnął do Adriana, który bladł coraz bardziej.
- Poszukaj mojego tętna - powiedział - i tup nogą w jego takt, żeby
wszyscy słyszeli.
Mężczyzna chwycił jego przegub, przez chwilę macał palcem wskazującym i środkowym, szukając tętna, wreszcie znalazł i zaczął tupać o podłogę w rytm pulsu Vincenta, który patrzył mu w oczy.
- Do zobaczenia po powrocie - powiedział. - W każdym razie miejmy taką
nadzieję. Pamiętaj o tupaniu w rytm mojego pulsu.
Następnie zaciągnął pasek na szyi i skrzywił się. Nie musiał udawać,
naprawdę bolało. Wciąż trzymał napięty pasek, podczas gdy tupanie
Adriana podążało za jego pulsem. Kilka sekund później tupanie zwolniło.
Vincent zamknął oczy i zwiesił głowę, ale nie puścił paska. Adrian
jeszcze kilka razy tupnął niepewnie i przestał. Na widowni rozległ się
szmer zaskoczenia i zdenerwowania. Adrian wciąż trzymał go za przegub,
ale jego stopa niczego nie sygnalizowała. Sprawa była oczywista. Vincent
nie miał pulsu. Sam się zadusił.
Vincent odczekał, aż z widowni dobiegną do niego odgłosy świadczące, że
ludzie wiercą się na swoich fotelach. Był to znak, że naprawdę zaczęli
się bać. Wtedy powoli podniósł głowę i puścił pasek. Odwrócił się do
Adriana i spojrzał na niego mętnym wzrokiem.
- Adrianie - wymamrotał.
Adrian drgnął.
- W pomieszczeniu znajduje się duch, który mówi, że ma na imię Arvid -
ciągnął Vincent niewyraźnym głosem. - Upewnijmy się, że to rzeczywiście
twój dziadek. Spytaj go o coś, co wiecie tylko wy dwaj. Może o coś z twojego dzieciństwa. Arvid mówi... mówi, że nauczył cię jeździć na
rowerze? Może coś z tych rzeczy?
Adrian przytaknął, wyraźnie skonfundowany.
- Spytaj go, gdzie się uderzyłem - powiedział.
Vincent milczał chwilę, jakby słuchał czyjegoś głosu, ale słyszalnego
tylko dla niego.
- Rozbiłeś sobie kolano - powiedział. - I umówiliście się, żeby nie
mówić nic mamie. Została ci po tym blizna.
Adrian puścił rękę Vincenta, był wręcz wstrząśnięty. Prawda jest taka,
że większość ludzi w dzieciństwie rozbiła sobie kolano. Resztę Vincent
dopowiedział na rybkę. A jednak wspomnienia to szczególna rzecz, bo
jeśli nawet nie było dokładnie tak, to w głowie Adriana tak się stało
teraz.
- Arvid ma dla ciebie wiadomość - ciągnął Vincent. - Mówi... mówi, że
musisz przetrzymać i wierzyć w siebie. Że będzie dobrze, chociaż potrwa
to trochę dłużej, niż myślałeś. Jednak nie wolno ci tracić nadziei.
Rozumiesz, co to znaczy?
Adrian przytaknął.
- Chodzi o moje przedsiębiorstwo. Ostatnia rzecz, o której rozmawialiśmy
przed jego śmiercią. Wciąż nie udaje mi się postawić go na nogi.
- On mówi, że mu przykro z powodu tego, co się stało. O co chodzi?
- W ostatnich latach nie rozmawialiśmy zbyt wiele - powiedział cicho
Adrian. - Pokłóciliśmy się.
- On tego żałuje. Mówi też, że kochał i wciąż cię kocha.
Po policzkach Adriana popłynęły łzy. Przesłanie Vincenta w tej części
spektaklu było istotne, jednocześnie było mu przykro patrzeć, jak mocno
to dotyka ludzi. Wprawdzie nie zrobił nic więcej ponad uzyskanie tak
zwanego efektu horoskopowego1. Wypowiedział zdania, które
mogły się wydawać specyficzne, a w rzeczywistości mogły być rozumiane
różnie i mogły się odnosić do większości osób. Klasyczny trik stosowany
przez medium polega na tym, że klient sam interpretuje to, co mu
powiedziały "duchy", bo w ten sposób medium się nigdy nie myli. A gdyby
coś się nie zgadzało, można zawsze zwalić na to, że klient nie
zastanowił się porządnie.
- Kontakt słabnie - powiedział z wysiłkiem Vincent. - Chciałbyś mu coś
przekazać, zanim będzie za późno?
- Tylko... że dziękuję - wyszeptał Adrian. - Dziękuję.
Vincent wyciągnął rękę i znów zwiesił głowę, z pozoru nieprzytomny.
Adrian z wahaniem chwycił jego przegub i pomacał palcami. Po chwili
zaczął tupać nogą. Z początku powoli i nierytmicznie, potem coraz
regularniej i głośniej do momentu, gdy puls Vincenta wrócił do normy.
Vincent otworzył oczy. Chwycił dłoń Adriana i uśmiechnął się ostrożnie.
Po tym numerze nigdy nie było burzy oklasków, ludzie byli zbyt
oszołomieni, nie rozumiejąc, czego właściwie byli świadkami. Wiedział
jednak, że będzie to coś, o czym będą rozmawiać całymi miesiącami.
- Pamiętajcie - powiedział, zwracając się do widzów tymi samymi słowami,
od których zaczął, ale dużo łagodniej.
Teraz widzowie byli przeczuleni i powinien to respektować.
- Nie nawiązuję kontaktu z duchami. Nie sądzę, żeby ktokolwiek mógł to
robić, bo po prostu nie wierzę w duchy. Natomiast, podobnie jak każde
przekonujące medium, potrafię sprawić wrażenie, jakbym się z nimi
kontaktował. Techniki psychologiczne i słowne stosowane sto pięćdziesiąt
lat temu wykorzystuje się nadal, aby stworzyć pozór, że ktoś - za wysoką
opłatą - skontaktuje was ze zmarłym bliskim. Jak zawsze: jeśli coś
wydaje się zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe, to najczęściej tak
jest. Dziękuję państwu za dzisiejszy wieczór.
Zszedł ze sceny przed oklaskami. Tym razem chciał zostawić ich z tą
refleksją.
Miał obolałą szyję. Cholerny pasek. Na przyszłość powinien być
ostrożniejszy. W dodatku za długo wstrzymywał dziś puls. Kontakt z duchem może i był fejkiem, ale zatrzymanie pulsu było prawdziwe. Chociaż
osiągał je inną metodą niż paskiem i dotyczyło tętna w ręce, a nie w całym ciele. Sposoby na zatrzymanie pulsu w poszczególnych częściach
ciała należały do najpilniej strzeżonych tajemnic mentalizmu i Vincent
nikomu nie zdradzał swojej metody. Zresztą fakt, że dotyczyło to tylko
ręki, był nieistotny, bo po trzydziestu sekundach i tak robiło się
bardzo niebezpiecznie. Zazwyczaj ludzie puszczali jego rękę po ustaniu
tętna, ale Adrian ją zatrzymał, więc Vincent nie miał wyboru. Pomyślał,
że ucieszy się, kiedy jego tournée się skończy. To blokowanie przepływu
krwi jest bardzo niedobre.
Zszedł do poczekalni dla artystów i spojrzał na stojące na stole butelki
wody Loka. Trzy. Zacisnął szczęki. Widok trzech butelek podziałał na
niego jak dysonans. Otworzył szybko lodówkę i wystawił jeszcze jedną,
żeby były cztery. Dopiero wtedy mógł rozluźnić zaciśnięte szczęki.
Następnie nalał sobie do szklanki wody z kranu, usiadł na kanapie i odetchnął z ulgą.
Publiczność wciąż klaskała, ale Vincent nie reagował. Mógłby wyjść na
scenę, uśmiechać się i zamienić ich doświadczenie w coś niewiele
znaczącego, wolał jednak, żeby się jeszcze pozastanawiali.
Kilka minut odpoczynku, potem się przebierze. Wprawiał się w tym, żeby
nie kłaść się na podłodze po przedstawieniu. Czasem się udawało, ale
najczęściej nie. Sięgnął po telefon. Sains Bergander, jego przyjaciel i twórca iluzji, który pomógł mu przy dochodzeniu w sprawie Tuvy i pozostałych morderstw, siedział dziś na widowni i Vincent był ciekaw
jego opinii o nowym przedstawieniu. Sains rzeczywiście wysłał mu
esemesa, i to w tym samym momencie, gdy Vincent schodził ze sceny.
Jednak wiadomość od Sainsa musi poczekać. Ktoś inny też mógłby wysłać mu
wiadomość.
Inny, a właściwie inna osoba.
Otworzył listę esemesów. Rzeczywiście było jeszcze kilka
nieprzeczytanych. Jednak nie od osoby, która zmieniła jego życie, gdy do
niego wkroczyła. Od tej, z którą odważył się podzielić tym, co
najskrytsze. A potem zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.
Kiedy widział ją ostatnim razem, był październik. Potem przyszła zima,
wiosna, lato, jesień i kolejne lato. Nie rozmawiał z nią przeszło
półtora roku. Niedługo miną dwa lata. Wprawdzie sam się też do niej nie
odezwał, chociaż bardzo chciał. Jednak poszli z Marią na terapię dla par
i wolał nie dawać żonie pretekstu do zazdrości.
Potem i tak zarzucili tę terapię, bo nie pomogła tak, jak na to liczyli.
A czas mijał i po tylu miesiącach milczenia Vincent nie chciał się
narzucać. Bardzo broniła swojej prywatności, powinien to szanować.
Chociaż brakowało mu poczucia, że jest jakoś obecny w jej życiu.
Ona oczywiście nie miała powodu, żeby się do niego odzywać. Wyraźnie
podkreślała, że sobie radzi sama. Nie miał pojęcia, jak wygląda teraz
jej życie. Może wyszła za mąż. Ma rodzinę. Albo mieszka za granicą.
Co zrobić. Ich pierwsze spotkanie odbyło się po jego przedstawieniu i od
tamtej pory, schodząc ze sceny, zawsze jej wypatrywał. Jednak lista
esemesów w telefonie nie pozostawiała miejsca na wątpliwości.
Mina się nadal nie odzywała.
ZDJĘŁA OKULARY i uśmiechnęła się do
niego. Potem założyła nogę na nogę i wychyliła się do przodu. Siedzieli
naprzeciw siebie bez żadnego stolika, który by ich rozdzielał. Z początku Rubenowi było z tym nieprzyjemnie. Czuł się nagi. W końcu się
przyzwyczaił i nawet nie zaglądał jej w dekolt, kiedy się pochylała. Już
nie. A przecież Amanda nie była kobietą nieatrakcyjną.
- To mówisz, że jestem gotów? - odezwał się, patrząc na zegarek.
Minęło dopiero pół godziny, jednak Amanda najwyraźniej chciała zakończyć
spotkanie.
- Nigdy nie jest tak, że człowiek jest gotów - odparła. - Jednak nie
widzę szczególnego powodu, żebyś nadal przychodził, chyba że pojawiłoby
się coś nowego. Ale nie ja o tym zdecyduję. A jak ty się z tym czujesz?
Ruben spojrzał na Amandę, psycholożkę, z którą od przeszło roku spotykał
się w co drugi czwartek. Co czuje? Idiotyczne pytanie, chociaż nie
złościło go już tak jak na początku.
- To akurat możemy pozostawić Freudowi - powiedział. - Jeśli czegoś się
nauczyłem, to tego, że moje emocje nie muszą być takie, jak mi się
wydaje. To, czym postanawiam się kierować, to już nie emocje, tylko
racjonalne myślenie. Tak jak od pół roku powstrzymuję się od seksu.
Choćbym nie wiem jak miał ochotę się pieprzyć.
Amanda uniosła pytająco brwi.
- Nie, w ogóle nie chodziłem na łowy - dopowiedział. - Tak jak się
umówiliśmy. I właśnie to mam na myśli. Nie skończę z tym na zawsze, w końcu jestem mężczyzną w najlepszych latach. Jednak nie jest to już
takie ważne, odkąd zrozumiałem, skąd się u mnie brała ta potrzeba.
- A skąd się brała?
Ruben westchnął. I znów wracamy do emocji. Tych cholernych emocji.
- Świadomość, że mogę mieć te kobiety, dawała mi poczucie władzy. Ale
odpowiadało to również na głębszą potrzebę...
Znów westchnął.
- Bliskości - dokończył z zakłopotaniem. - Zadowolona?
Bliskości. Nigdy by nie przypuszczał, że wypowie głośno to słowo. Według
niego brzmiało strasznie pedalsko. Chociaż nawet ta refleksja wynikała z reakcji obronnej, już się tego nauczył. Kurde. Gunnar i chłopaki z oddziału prewencji umarliby ze śmiechu na wiadomość, że Ruben chodzi do
psychologa. Gunnar mawiał o sobie, że jest z norrlandzkiego surowca i dla niego rozwiązanie wszelkich problemów polegało na tym, żeby pójść w las z bańką bimbru. Gdyby tamci wiedzieli, co Ruben mówi Amandzie,
pomalowaliby mu hełm na różowo. Znów zerknął na zegar na ścianie. Parę
minut po wpół do dziewiątej. Powinien już być w komendzie, żeby nie
zaczęli się zastanawiać, co on robi w niektóre poranki. Tłumaczenie, że
musiał pozbyć się poderwanej na noc panienki, miało jednak ograniczoną
przydatność.
Taa, podryw na jedną noc... Prawie nie pamiętał, jak to się robi. Podczas
pierwszej sesji u Amandy oczywiście podjął taką próbę. Poszło mu tak
sobie.
- Została mi jeszcze jedna rzecz do zrobienia - dodał. - Chcę się
spotkać z Ellinor.
- Ruben - odezwała się ostrzegawczym tonem Amanda. - Pamiętaj o tym, co
mówiliśmy o pójściu dalej. Przez całe lata Ellinor jawiła ci się jak
jakieś widmo i stąd wynikało twoje zachowanie. Powinieneś odpuścić. Nie
poradzisz sobie, dopóki nie pozbędziesz się tego widma.
- Wiem. I właśnie dlatego chcę się z nią spotkać. Żeby to domknąć raz na
zawsze. Słowo, pojadę do niej tylko po to, żeby powiedzieć "cześć".
Rozwalić piedestał, na którym ją postawiłem. Żeby dawnemu Rubenowi nie
zostało już żadnego paliwa.
- Wydaje się to... niezwykle rozsądne - odparła, mrużąc oczy. - Pewien
jesteś?
- W najgorszym razie dostaniesz honorarium za kilka dodatkowych godzin
terapii - powiedział, śmiejąc się.
Jednak naprawdę był pewien swego. Stał się lepszym Rubenem niż jeszcze
rok temu. A Gunnar niech się zamknie.
Wstali oboje i podali sobie ręce. Po raz chyba pięćdziesiąty oparł się
pokusie zaproszenia jej na drinka. Sama myśl była w porządku, dopóki nie
przechodził do działania. W końcu był wciąż tym samym Rubenem. Jednak
miał co innego do roboty. Sprawdził już, gdzie mieszka Ellinor. Krótkie
"cześć" i już. Sprawdzi, jak się ma. I jeszcze przeprosi. A potem
koniec.
VINCENT ODETCHNĄŁ GŁĘBOKO, zanim wszedł
do kuchni, żeby przygotować śniadanie. Maria działała tam już od
godziny. Wiedział, że będzie stamtąd bił zapach równie przemożny, co
nieznośny. I rzeczywiście. Wszelkie odmiany świec zapachowych, mieszanek
ziół w szmacianych torebkach, mydeł i perfum do wnętrz tworzyły woń,
która nieprzyjemnie go otuliła.
- Kochanie, jak długo będziemy trzymać to wszystko w domu? - spytał,
sięgając do szafki po kubek.
Trafił na jeden z napisem: To nie ja jestem niedojrzała, tylko ty
jesteś gówniarzem. Nalał sobie kawy z ekspresu i usiadł przy stole.
- Nie pamiętasz, co mówił terapeuta? - odpowiedziała mu znad podłogi. -
Że powinieneś mnie wspierać w mojej działalności biznesowej.
Nawet się nie odwróciła, układając starannie ceramiczne aniołki w wielkim pudle.
- Owszem, pamiętam. Doskonale wiesz, że wspieram wszystkie twoje
działania. Ten założony przez ciebie sklep to... eee... ciekawy pomysł.
Chodzi tylko o to, że może byłoby lepiej, gdybyś sobie zrobiła magazyn...
w jakimś składzie?
Maria westchnęła, wciąż odwrócona do niego tyłem.
- Jak mówi Kevin, wynajęcie składu jest drogie - odparła. - A zważywszy
na to, że koszty produkcji twojego nowego przedstawienia jeszcze się nie
zwróciły, to ja muszę wziąć na siebie nasze wydatki i odpowiedzialność
za rodzinę.
Vincent wpatrzył się w swoją żonę. Był to z jej strony najrozsądniejszy
argument od wielu lat. Może jej chodzenie na kursy dla przedsiębiorców
wcale nie było taką stratą czasu. Choć, prawdę mówiąc, miał dość
słuchania o Kevinie, bo wspominała o nim w co drugim zdaniu. Zdawał
sobie sprawę, że Maria jest osobą poszukującą. W jej naturze leżała
ciągła pogoń za jakimś celem. Jednak nie spodziewał się, że jej
najnowszym guru stanie się doradca od start-upów.
- Odpowiedzialność? - odezwała się Rebecka, która właśnie weszła wolnym
krokiem. - Przecież to będzie tylko kosztowało, kto by kupował takie
gówno?
Ponura mina wydawała się ostatnio przyklejona na stałe do jej twarzy. Z obrzydzeniem podniosła dużą białą tabliczkę z drewna i głośno odczytała
napis.
- Żyj Śmiej się Kochaj. No naprawdę. Raczej Umieraj Płacz Nienawidź.
- Bądź przyjemniejsza - poprosił Vincent.
Chociaż w duchu zgadzał się z córką.
- Kevin mówi, że mam fantastyczne wyczucie tego, co cieszy się
powodzeniem handlowym - odezwała się kwaśno Maria, patrząc ze złością na
swoją patchworkową córkę.
Rebecka zignorowała ją, podeszła do lodówki i otworzyła.
- Kurde, co to jest? Aston! - krzyknęła w stronę salonu, skąd w odpowiedzi rozległ się wrzask.
- CO JEST?!
- Zużyłeś całe mleko do swoich płatków? I wstawiłeś pusty karton do
lodówki?
- WCALE NIE PUSTY, TROCHĘ ZOSTAŁO!
Głos Astona odbijał się od ścian. Patrząc ostentacyjnie na Vincenta,
Rebecka powoli odwróciła karton, z którego skapnęły trzy krople.
- Co ty wyprawiasz? - Maria zerwała się na nogi. - Wytrzyj to.
Podnosząc się, niechcący zrzuciła z kolan aniołka. Figurka rozpadła się
na drobne kawałeczki. Tworzywo, z którego ją zrobiono, było cienkie jak
papier.
- Ojej! Rebecka, widzisz, co narobiłaś!
- Ja? - parsknęła nastolatka. - Kurde, przecież to nie ja; jak zwykle
jesteś niezdarna i jeszcze zwalasz na mnie. Cała ty. Zawsze tylko moja
wina. A ty, tato, nie powiesz nawet słowa w mojej obronie, tylko
pozwalasz jej, żeby tak mnie traktowała. Kurde. Tu się nie da żyć. Idę
do Denisa.
Vincent otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale za późno. Rebecka już
ruszyła do drzwi.
- Masz wrócić najpóźniej o ósmej wieczorem! - zawołała za nią Maria. -
Dziś dopiero czwartek!
- Mam wakacje! - odkrzyknęła Rebecka, złapała letnią cienką kurteczkę i trzasnęła drzwiami.
- No tak. Dzięki za pomoc - powiedziała Maria, patrząc na niego ze
złością i krzyżując ręce na piersi. - Dopilnuj teraz, żeby Aston trafił
do świetlicy, bo już późno.
Vincent zamknął usta. Lepiej nic nie mówić. Wciąż nie miał pojęcia, jak
sobie radzić z tymi huraganami emocji, każdym słowem ryzykował, że powie
coś nie tak. A więc jego nowa strategia polegała na tym, żeby w miarę
możliwości siedzieć cicho.
Szukał w pamięci, próbując przypomnieć sobie jakieś przydatne w tej
sytuacji słowa terapeuty. Nie było to zbyt łatwe, bo przyjmował pomoc od
kogoś z dziedziny, na której sam się lepiej znał. Niemniej starał się
być bardzo pokorny.
Z początku była również mowa o tym, żeby chodził na terapię
indywidualną. Miałby przepracować to, co się stało w dzieciństwie z jego
mamą, a co przez czterdzieści lat wypierał ze swojej świadomości. Jednak
zdecydowanie odmówił. Nie miał odwagi dopuścić, żeby ktoś się w tym
grzebał. Tkwił w nim jakiś cień, który starannie tego pilnował, a Vincent nikomu nie ufał na tyle mocno, żeby go tam wpuścić.
Vincent pragnął, żeby terapia dla par okazała się cudowną kuracją, która
sprawi, że znów odnajdą z Marią drogę do siebie i znów, jak na początku,
będzie rozumiał jej sposób myślenia. Że każdy jego wyjazd przestanie być
dla Marii okazją do zazdrości, niesłychanie wyczerpującej dla nich
obojga, bo jego praca polegała właśnie na wyjazdach. Naprawdę się
starali, zwłaszcza ona.
Terapeuta uznał za oczywiste, że jej zazdrość bierze się z niskiej
samooceny. Może również z okoliczności, w których się ze sobą zeszli;
Vincent odszedł wtedy od swojej ówczesnej żony dla jej młodszej siostry
Marii.
Vincent wiedział jednak, że nie jest to aż tak proste. Maria miała w sobie coś takiego, czego ani on, ani terapeuta nie potrafili uchwycić, a co sprawiało, że przechodziła do ataku, gdy tylko skupił się na kimś lub
na czymś poza domem i rodziną. Zdawał sobie sprawę, że to nawet nie jej
wina, tylko instynkt. Ten sam, który teraz kazał jej patrzeć na niego
jak na ufo. I, jak wiele razy przedtem, Vincent zapragnął zrozumieć,
czego Maria od niego oczekuje.
Na początku było to łatwe. Kiedy się zakochali i rzucili wszystko, nie
zważając na nikogo i na nic, co się nie wiązało z ich miłością. Wciąż
pamiętał to uczucie. Gdzieś w środku jeszcze w nim tkwiło. Wspomnienie,
jak jedno kończy zdanie drugiego, jak jedno spojrzenie wystarczy do
porozumienia. Potem jakby to tracili z każdym rokiem i coraz mniej się
nawzajem rozumieli, chociaż powinno być odwrotnie. Nie chciał, żeby tak
było, jednak nie wiedział, co zrobić, żeby znów do niej dotrzeć i odnaleźć dawne razem.
Widział, jak Maria czeka, żeby coś powiedział. Może nawet udałoby się
odnaleźć jakąś złotą myśl z sesji terapii. Terapeuta proponował, żeby w chwili wzburzenia Marii Vincent zawsze okazywał jej troskę, choćby
uważał, że żona jest niesprawiedliwa. Chodziło o to, żeby miała poczucie
bezpieczeństwa, które z kolei pozwoli jej wyrażać emocje w sposób
bardziej konstruktywny, jeszcze zanim przejdą w złość. Nie bardzo mu to
wychodziło, ale co szkodzi spróbować.
- Kochanie, widzę, że jesteś zła - powiedział, świadomie łagodnym i spokojnym głosem. - Ale ta złość ci szkodzi. Na pewno zauważyłaś, że
napinają ci się wtedy mięśnie i stawy, przy okazji spowalnia się
krążenie, zostaje zakłócona równowaga zarówno w układzie nerwowym, jak i w sercowo-naczyniowym i hormonalnym. Poza tym rośnie ci ciśnienie, a wraz z nim tętno i poziom testosteronu, następuje nadmierne wydzielanie
żółci, która trafia do takich miejsc w organizmie, gdzie jest
niepożądana.
Maria patrzyła na niego spod uniesionych brwi. Jakby rada terapeuty
rzeczywiście podziałała.
- W dodatku kiedy się złościsz, następuje zmiana aktywności w mózgu -
ciągnął. - Zwłaszcza w płacie skroniowym i czołowym. Czyli jak mówiłem,
szkodzi ci, kiedy jesteś zła. Może mogłabyś rozmawiać z Rebecką w sposób
bardziej konstruktywny?
Tu umilkł i spróbował ostrożnie się uśmiechnąć. Maria nie przestawała
wpatrywać się w niego, wreszcie ściągnęła usta, jakby ugryzła kawałek
cytryny, odwróciła się na pięcie i wyszła.
RADOŚĆ, ŻE WRÓCIŁA, była tak wielka, że
Julia poczuła łzy pod powiekami. Nigdy by nie przypuszczała, że może tak
zatęsknić za przebywaniem w murach, prawdę mówiąc, raczej brzydkiego
gmachu Komendy Policji na Kungsholmen. Gdzie akurat było gorąco jak w saunie. Najwyraźniej wysiadł system wentylacyjny i to w najgorętsze lato
za pamięci ludzkiej. Wachlując się kartką papieru, otworzyła drzwi sali
konferencyjnej. Dla jej kolegów mógł być normalny czwartek, ale dla niej
była to chwila absolutnej szczęśliwości.
Przynajmniej do momentu, gdy będzie musiała wyjaśnić, po co się tu
spotkali.
- Julia! - odezwał się jakiś brodaty mężczyzna i rozpromienił się na jej
widok.
Ze zdumieniem zorientowała się, że to Peder.
- To nie hipsterska broda, tylko tatusiowa - wyjaśnił zadowolony, widząc
jej spojrzenie.
- Tak czy inaczej, hipsterska - mruknął Ruben, który wszedł tuż za nią.
- Całe szczęście, że już jest za gorąco na tę czapeczkę, którą nosiłeś
całą wiosnę.
Najwyraźniej wszystko było jak zwykle. Jeśli się nie myliła, to również
Mina i Christer wyglądali na całkiem uradowanych jej widokiem.
- Spóźnione gratulacje - wymamrotał Christer.
Golden retriever Bosse sapał, leżąc na podłodze dokładnie w tym samym
miejscu, gdzie widziała go pół roku temu. Jednak na prawdziwe powitanie
było mu za gorąco, więc tylko spojrzał i szczeknął radośnie.
- Właśnie, gratulacje! - powiedziała Mina, patrząc ze zgrozą na żakiet
Julii.
Julia spojrzała na swój lewy bark, od którego Mina nie mogła oderwać
oczu, i głośno zaklęła.
- Cholera jasna, że też nie można mieć choćby jednego ciucha bez plam od
ulania się!
Ściągnęła żakiet i miała przerzucić go przez oparcie krzesła, ale
zerknęła na Minę i powiesiła na wieszaku przy drzwiach.
- Na razie to tylko kaszka - skomentował Peder, uśmiechając się ze
zrozumieniem. - Łatwo schodzi. Zobaczysz, jak się zaczną plamy z banana
albo od strogonowa ze słoiczka. Wtedy pomaga tylko namoczenie z vanishem, najlepszy jest proszek z tych różowych pudełek. A potem należy
prać w dziewięćdziesięciu stopniach z wybielaczem, więc właściwie
powinno się chodzić wyłącznie na biało...
- Wezmę to pod uwagę - powiedziała Julia, powstrzymując go uniesieniem
dłoni. - I dzień dobry wszystkim.
Miała po dziurki w nosie syzyfowych zajęć, które łączą się z posiadaniem
półrocznego dzidziusia, i nie chciała martwić się na zapas tym, co ją
jeszcze czeka w kolejnych fazach jego rozwoju.
- A więc. Fajnie jest wrócić i cudownie jest widzieć was wszystkich
razem. Oczywiście śledziłam wasze poczynania i jestem z was dumna. Mina,
wyrazy uznania za sposób, w jaki mnie zastępowałaś. A teraz cieszę się,
że znów tutaj jestem, pełna gotowości i zapału. Raczej nie wypoczęta,
ale nie można mieć wszystkiego.
Zaśmiała się bez przekonania. Chciałaby właściwie opowiedzieć o szarpiących nerwy kłótniach, które poprzedziły jej dzisiejsze wejście w progi komendy. O tym, jak jej uświadomiły, że przekonanie, że żyje w równoprawnym związku, było czystą iluzją. Mogła w niej tkwić tak długo,
bo wcześniej nie byli narażeni na stres związany z opieką nad małym
dzieckiem. Argumenty, jakimi nagle została zarzucona, brzmiały dokładnie
tak jak te, których słuchała z westchnieniem, gdy były przytaczane przez
jej koleżanki. Że ona jest biologicznie przystosowana do opieki nad
dzieckiem. Że Torkel absolutnie nie może odpuścić swojej pracy, bo wtedy
wszystko się tam zawali. Firma padnie, obniży się szwedzki PKB, kurs
euro runie, katastrofa ogarnie cały świat i doprowadzi do jego upadku.
Jednak najbardziej wzburzyło ją to, że przecież mieli umowę. Umowę, że
ona weźmie urlop wychowawczy na pierwsze sześć miesięcy, a on na kolejne
pół roku. Oboje złożyli podania w pracy i oboje ten urlop dostali. Nie
przewidziała tylko, że ze strony Torkela była to jedynie zagrywka, bo
ani przez chwilę nie przypuszczał, że ona naprawdę chce się podzielić
opieką nad dzieckiem. Wciąż miała przed oczami jego zszokowaną minę,
kiedy tydzień temu mu przypomniała, że w ten czwartek wraca do pracy.
Torkel ponoć sądził, że - tu cytat - "sama dojdzie do wniosku, że
chciałaby zostać w domu z Harrym, że po prostu nie zechce wrócić do
pracy".
Przez kilka dni się potem do siebie nie odzywali.
Gdy zaledwie godzinę temu przygotowywała się do wyjścia, miała wrażenie,
jakby stanął przed nią zupełnie obcy człowiek. Z paniką i jednocześnie
furią w oczach, cały najeżony i bredzący o "więzi biologicznej" i "biologicznym dziedzictwie", mówiący, że musi "porozmawiać ze swoim
szefem". W końcu przekazała mu synka i wyszła szybko z mieszkania.
Jeszcze nie miała odwagi zerknąć na swój telefon.
- Witamy po powrocie - odezwał się Ruben, uśmiechając się drapieżnie.
Starała się nie widzieć, że Ruben nie mógł oderwać wzroku od jej piersi.
Tydzień temu przestała karmić, ale do piersi jakby ta informacja nie
dotarła. Marzyła o powrocie do miseczek w rozmiarze B, bo z rozmiarem E
jakoś nie potrafiła się zaprzyjaźnić.
- Skoro jesteś taka wyczerpana, to zanim zaczniemy, pokażę ci coś, co
cię postawi na nogi - oznajmił radośnie Peder, wyjmując telefon.
- Tylko nie to - jęknęli unisono Mina, Christer i Ruben.
Peder wydawał się nie zwracać uwagi. Włożył jej do ręki telefon i uruchomił odtwarzanie filmu.
- To moje trojaczki! - wrzasnął. - Śpiewają do wtóru z Anisem Don Demina
podczas festiwalu piosenki! Śliczne, nie?!
Julia patrzyła na trójkę zapieluszkowanych dzieciaków, bujających się
entuzjastycznie, choć nie rytmicznie, przed wielkim telewizorem.
Przyznała, że są prześliczne, chociaż przyszło jej to z pewnym trudem,
bo oglądanie dzieci było w tym momencie ostatnią rzeczą, na którą miała
ochotę.
- Poczekaj, aż pogłośnię - powiedział Peder. - Bo również śpiewały.
Jęki pozostałych osób stały się jeszcze głośniejsze.
- Dzięki, chyba rozumiem - odparła Julia, oddając mu telefon. - Bardzo
urocze. Tak czy inaczej, proponuję, żebyśmy od razu przeszli do rzeczy.
Wczoraj po południu przyszło zgłoszenie o uprowadzeniu dziecka,
niejakiego Ossiana Waltherssona. Pięciolatka. Na skutek pomyłki nie
nadano mu statusu Child Alert, co zostało zauważone dopiero dziś rano.
- Boże - odezwał się Peder. - Tak nie może być!
- Nie może być, ale było. W każdym razie kierownictwo przekazało sprawę
nam i chce, żebyśmy nadali jej najwyższy priorytet.
Mina skinęła głową i wypiła duży łyk wody z butelki. Postawiła ją na
stole, starając się wyraźnie, żeby butelka znalazła się jak najdalej od
brody Pedera. Butelkę zauważył też Bosse, który podniósł się z podłogi i dotelepał z wywieszonym ozorem do Miny.
- Christer! - odezwała się Mina. - Skoro już go przyprowadziłeś, to
musisz go poić. Jeśli podejdzie jeszcze bliżej, będziesz musiał kupić mi
nową butelkę.
- Nie gorączkuj się tak - odparł z westchnieniem Christer. - Psie ozory
są naprawdę bardzo czyste. Ale rzeczywiście postawię mu miskę z wodą, bo
pewnie spędzimy tu więcej czasu. Wiecie, że dla niego to też żadna
przyjemność.
Przywołał skinieniem psa, który spojrzał z wyrzutem na Minę, nim opadł
na podłogę u nóg swego pana. Julia zastanawiała się, czy powinna
wyjaśnić Christerowi, że psie języki wcale nie są czyste, występujące na
nich bakterie różnią się od tych u ludzi, a część jest wręcz groźna.
Jednak widząc pełne miłości spojrzenie Christera na Bossego, dała
spokój.
- Zapomniałam, że jesteście jak przedszkolaki - powiedziała. - Skupcie
się i zabierzmy się jak najszybciej do pracy. Pomoże nam, dołączając do
naszego zespołu, osoba, która już ma doświadczenie z podobnego
przypadku. Przychodzi od negocjatorów... grupy negocjacyjnej... trochę to
niełatwe, że nie mają nazwy. I tak wiecie, o którą chodzi.
Urwała, widząc ich zdziwione miny.
- A właściwie dlaczego nie mają nazwy? - spytał Peder.
- Powód jest czysto psychologiczny - odpowiedziała. - Skoro nie mają
nazwy, to nie istnieją jako zespół. Bandyterce będzie trudniej ustalić,
kim są.
- Wow. - Peder uniósł brwi.
- Jak powiedziałam, on już nie jest u nich, a dla naszego zespołu będzie
bardzo pożądanym uzupełnieniem. W dodatku już ma trochę przemyśleń na
temat sprawy Ossiana i zaraz tu będzie.
- Naprawdę potrzeba nas tutaj więcej? - spytała Mina, marszcząc czoło.
- Chcesz powiedzieć, że masz nas po dziurki w nosie? - zachichotał
Christer, robiąc gest, jakby chciał trącić Minę łokciem.
Znał ją na tyle dobrze, by unikać dotykania jej. Jednak Julia
przewidziała, że Mina zareaguje w ten sposób. Mina Dabiri nie lubiła
zmian, zwłaszcza takich, które obejmowały nowe relacje międzyludzkie. A przecież to właśnie ona mogła na czymś takim skorzystać. Od czasu, gdy
jesienią dwa lata temu zakończyło się zlecenie dla Vincenta, Julia nie
widziała, żeby Mina rozmawiała z kimkolwiek poza swymi kolegami.
Domyślała się, że Mina raczej nie rozkwitła towarzysko podczas
kilkumiesięcznego urlopu macierzyńskiego Julii. A więc nie zaszkodzi,
jak się poszerzy jej krąg koleżeński.
- To pewnie jakiś polityczny wymysł szefostwa - wyraził pogląd Christer.
Podrapał po karku Bossego, który w nagrodę spojrzał na niego z oddaniem.
- Równouprawnienie i zróżnicowanie są teraz bardzo modne. Ale mamy już
dwie kobity, więc albo będzie pedał, albo ktoś z importu!
- Christer! - syknął Peder, patrząc surowo na starszego kolegę. - I właśnie takie wypowiedzi sprawiły, że cię przenieśli tutaj. Nic ci nie
dały te wszystkie kosztowne kursy, na które policja się szarpnęła? Nie
wyciągnęły cię z epoki kamiennej?
Christer westchnął i tym razem podrapał Bossego za uchem.
- Ojejej, przecież ja tylko żartowałem - powiedział speszony. - Ludzie
są dziś tacy drażliwi. Zresztą w mojej wypowiedzi nie było nic ocennego,
zorientowałbyś się, gdybyś chodził na ten sam kurs co ja.
- Chociaż dobór słów już świadczy o...
Pederowi przerwało dyskretne pukanie, odwrócili się do drzwi.
- W samą porę - powiedziała Julia. - Pozwólcie, że przedstawię wam
nowego członka naszego zespołu: Adam Balondemu Blom.
- Wymowa godna podziwu - zauważył z uśmiechem wchodzący mężczyzna. - Ale
wystarczy Adam Blom.
MINA PRZYJRZAŁA się z zaciekawieniem
nowemu członkowi zespołu, ale starała się robić to dyskretnie. Nie
wszyscy byli równie taktowni, choćby Ruben, który gapił się otwarcie i bez zahamowań, nawet z pewną wrogością. Jego reakcja jej nie zdziwiła.
Adam Blom był wręcz przykładowym okazem męskiej tężyzny ze wspaniale
ukształtowanymi bicepsami i wyraźnym sześciopakiem zarysowanym pod
obcisłą białą koszulką. Zauważyła z pewnym rozbawieniem, że Ruben
podświadomie wyprostował się, wciągając brzuch.
Na nią akurat taka rzeźbiona muskularna sylwetka nie działała. Wolała,
żeby mężczyzna był szczupły, elegancki, o dumnej postawie, budowy raczej
żylastej niż krągłej. Mógłby chodzić w ładnym garniturze i... Drgnęła, zła
na siebie, że się czasem rozpędza w myślach. Zmusiła się do skupienia i słuchania Julii, która stała przed tablicą z poważnym wyrazem twarzy,
sugerującym, że ma do powiedzenia coś ważnego.
- Jak mówiłam, powierzono nam dochodzenie w sprawie zaginięcia Ossiana
Waltherssona.
- Lat pięć - dopowiedział Peder udręczonym głosem.
Mina rozumiała go. Zaginięcie dziecka to koszmar każdego rodzica, nie
sposób od tego uciec nawet doświadczonemu policjantowi. A Peder sam miał
małe dzieci. Wprawdzie upłynęło sporo lat, odkąd Mina miała małe
dziecko, ale potrafiła sobie wyobrazić siebie w tej sytuacji.
- Właśnie. Podejrzewa się, że Ossian został uprowadzony wczoraj ze
swojego przedszkola na Södermalmie. Musimy jak najszybciej porozmawiać
ze wszystkimi osobami, które miały jakiś związek ze sprawą. Jednak
między uprowadzeniem Ossiana i wcześniejszym przypadkiem istnieją pewne
podobieństwa. Kierownictwo chce, żebyśmy się temu przyjrzeli.
Julia zwróciła się do nowego członka zespołu.
- Adamie, wyjaśnisz to bliżej?
Adam chrząknął, a Julia usiadła, zachęcając go wzrokiem do zajęcia jej
miejsca przy tablicy, co też zrobił. Mina pozazdrościła mu pewności
siebie, kiedy stanął przed grupą zupełnie obcych osób, w dodatku chyba
nastawionych do niego sceptycznie. Sama zawsze czuła się niezręcznie w takich sytuacjach, i to nawet wtedy, gdy powinna być pewna swego.
- Najpierw może powiem parę słów o sobie i skąd się wziąłem.
Christer rzucił Pederowi znaczące spojrzenie. Jeśli spyta, czy Adam ma
na myśli Kenię, czy Gambię, Mina była zdecydowana osobiście go wyrzucić.
Razem z psem.
- Byłem w grupie negocjacyjnej - zaczął Adam. - Dość szybko włączyli nas
do dochodzenia w tej sprawie sprzed roku dotyczącej Lilly Meyer.
Mieliśmy powody przypuszczać, że zaginięcie dziewczynki było skutkiem
skrajnie zaognionego sporu o opiekę między jej rodzicami. Zakładano, że
została uprowadzona przez kogoś z rodziny, więc włączono mnie na
wypadek, gdyby trzeba było negocjować z porywaczem.
- Znaleźli ją potem martwą, prawda? - odezwał się zduszonym głosem
Peder.
Mina dobrze pamiętała tę sprawę, choć upłynął już rok od tragicznego
wydarzenia, które podziałało jak wybuch bomby. Ciało dziewczynki
znaleziono pod brezentem na pomoście w Hammarby sjöstad, kilka metrów od
popularnej budki z lodami. Media rzuciły się do gardeł dochodzeniowcom,
którzy nie potrafili wskazać żadnego podejrzanego sprawcy, chociaż
dziecko zostało od razu zidentyfikowane. Rodzice wydali oświadczenia dla
prasy. Dla sztokholmskiej policji sprawa była wciąż zapalna, a przede
wszystkim nierozwiązana.
Bosse jakby wyczuł nastrój Pedera. Pies przeszedł do niego pod stołem i położył mu łeb na kolanach. Mina zobaczyła z obrzydzeniem, że powstała
tam wilgotna plama.
- Zgadza się. Lilly zaginęła i została zamordowana na początku lata.
Ciało znaleziono na Lugnets terrass, czyli wielkim pomoście piknikowym w Hammarby sjöstad, dokładnie naprzeciwko północnego portu Hammarby.
- Ale wniosek był chyba taki, że miało to coś wspólnego ze sporem
rodziców o opiekę nad dziewczynką, prawda? - odezwał się dość
nieprzyjaznym tonem Ruben. - Tak jak mówiłeś? To jaki tu związek z naszą
sprawą? I po co nam ktoś z grupy negocjacyjnej?
Mina widziała, że Ruben nadal wciąga brzuch. Musi mu być okropnie
niewygodnie.
- I tak, i nie. Wciąż nie mamy sprawcy, jedynie rysopisy znajdującej się
w pobliżu pary starszych ludzi. Zauważył ich zestresowany nauczyciel
przedszkolny, ale nie przyjrzał im się dokładnie. I owszem, podejrzenia
wobec rodziny wciąż się utrzymują, nie skreśliliśmy ich z listy. A jednak. Nie wydaje mi się, że sprawcą był ktoś z rodziny. Zwłaszcza że
metoda postępowania w przypadku Ossiana była niemal identyczna.
- W jakim sensie? - spytała Mina, marszcząc czoło.
- Uprowadzony z przedszkola przez obcą osobę, której nikt nie zauważył -
wyjaśnił Adam. - Zdarza się to znacznie rzadziej, niżby wynikało z telewizyjnych seriali o prawdziwych zbrodniach. W rzeczywistości
najczęściej chodzi o tak zwane uprowadzenia rodzicielskie. Czasem plan
jest taki, że dziecko zostaje wywiezione z powrotem do ojczyzny. Innym
razem w wyniku sporu o opiekę jedno z rodziców chce odebrać dziecko
drugiemu. Jednak w tym przypadku mamy do czynienia ze sprawcami, którzy
są nieznani zarówno policji, jak i personelowi w przedszkolu. I to się
właściwie nie zdarza. A jednak zdarzyło się, i to dwukrotnie.
Kierownictwo jest w związku z tym zdania, że moja wiedza wynikająca ze
sprawy Lilly może być dla was przydatna. Nie mamy dużo czasu. Mogę
szybko podzielić się wszystkim, co zebrałem, zarówno tym, co można
przeczytać, jak i tym, co znajduje się tylko między wierszami.
- Zgadzam się z kierownictwem, że Adam będzie przydatnym dopełnieniem
naszego zespołu - odezwała się Julia, wbijając wzrok w Rubena. - To może
przejdziemy dalej? Ruben?
Mężczyzna mruknął coś niezrozumiale, ale skinął głową.
- Ciało Lilly zostało znalezione po trzech dniach, prawda? - powiedział
Christer, ścierając rękawem koszuli pot z czoła.
W sali konferencyjnej było duszno i gorąco. Mina starała się powściągnąć
swoje poczucie dyskomfortu.
- Więc jeśli Ossian zniknął wczoraj, to nie zostało nam zbyt wiele czasu
- ciągnął Christer.
- Czekaj, czekaj - odezwał się Peder. - Czyli uznajemy, że to atak tego
samego sprawcy?
- W tym momencie tego nie zakładamy - powiedziała, chrząknąwszy, Julia.
- Jednak metoda postępowania sprawcy jest podobna. Dlatego powinniśmy
zgodzić się, że mamy mało czasu. Faktem jest, że dostałam polecenie,
żebym jeszcze dziś wieczorem wystąpiła na konferencji prasowej. Przedtem
chciałabym, żeby Adam i Ruben przepytali personel przedszkola Ossiana, a Mina i Peder porozmawiali z jego rodzicami.
- Czy Adam nie mógłby wziąć na siebie tego przedszkola z Christerem? -
spytał Ruben, patrząc na zegarek. - Powinienem niedługo być w pewnym
miejscu.
- Christer jest mi potrzebny do sprawdzenia rejestru przestępców
seksualnych - powiedziała Julia. - Poproszę o listę wszystkich tych,
którzy wyszli na wolność w ciągu ostatniego roku. Tak na wszelki
wypadek. Zresztą wiesz co, Ruben, wydaje mi się, że nadal pracujesz w policji. I to jest w tej chwili twój priorytet.
- Twoje znajome z Tindera muszą chyba poczekać - wtrąciła się Mina.
- Czyli rejestr - westchnął Christer. - Znowu.
- Jaki Tinder, kurde - parsknął Ruben. - Niepotrzebne mi coś takiego. Co
innego komuś takiemu jak ty, starej pannie, która by pewnie wolała iść
do klasztoru.
Mina sięgnęła po telefon i podsunęła mu pod oczy. Następnie poszperała
wśród aplikacji i załadowała Tindera tak, żeby Ruben to zobaczył.
- Lepiej ci teraz? - spytała. - Czy przestałeś się już martwić o mnie na
tyle, że możesz się zabrać do roboty?
Zamierzała odinstalować apkę zaraz po zebraniu.
- Klasa, spokój! - zarządziła głośno Julia. - Bierzemy się do pracy.
Poważnie.
Adam stał obok niej z taką miną, jakby nie był pewien, co ze sobą
zrobić.
- Jak widzisz - powiedziała z westchnieniem - nie jesteśmy pewnie
najbardziej... zdyscyplinowanym zespołem, w jakim pracowałeś. Ale jesteśmy
dobrzy. Zazwyczaj.
- To całe szczęście - zauważył Adam i spoważniał. - Bo, jak zauważyłaś,
minął już jeden dzień i możemy mieć bardzo mało czasu.
CHRISTER NIE był w stanie pracować w swoim nagrzanym pokoju i poszedł z laptopem do otwartej przestrzeni
biurowej. Wyjął telefon i zapatrzył się na sześćdziesiąt cztery czarne i białe pola na ekranie. Partia skończyła się właściwie już dawno temu,
ale trudno było mu się z tym pogodzić.
Zawsze myślał, że jest dobry w szachy. Wprawdzie nie rozegrał w życiu
zbyt wielu partii, ale wydawało mu się, że powinien być dobry.
Zgadzałoby się to z innymi wyróżnikami w jego życiu. Whisky. Samotność.
Jazz. Wprawdzie nie był już sam, odkąd w jego życiu pojawił się Bosse,
ale pies również pasował do tego obrazu.
Wyobrażenie o własnych umiejętnościach szachowych zmieniło się jednak w dniu, gdy trafił na darmowy program do gry. Od tamtej pory grał prawie
codziennie zarówno na telefonie, jak i na laptopie. Wkrótce minie pół
roku, odkąd się to zaczęło, a on wciąż znajdował się na poziomie dla
początkujących. I nie wygrał jeszcze ani jednej partii. Westchnął,
zaznaczył w apce przegraną i odłożył telefon. Nie ma sensu odwlekać
tego, co ma do zrobienia.
Przyszła Mina i usiadła obok ze swoim laptopem.
- Mogę ci trochę pomóc. Zaczynamy? - spytała. - Nie wolno nam tracić
czasu.
- No to zaczynamy - westchnął. - Rejestr przestępców seksualnych. Hurra!
Spojrzał apatycznie na swoją kawę. Zimna. A przedtem chyba się za długo
parzyła. Znów westchnął głośno, na co Bosse przekrzywił łeb.
- Połóż się, piesku. Pan musi popracować przy komputerze. Tam jest twoja
woda. I posłanie.
Podrapał psa za uszami. Bosse, wdzięczny za uwagę, położył się,
zakręciwszy się trzy razy na posłaniu.
- No i już. - Christer otworzył program. - Zobaczmy, jakich my tu
znajdziemy delikwentów.
Miał mieszane uczucia w związku z tą pracą, przypominającą szukanie igły
w stogu siana. Godzina po godzinie, strona za stroną. Beznadziejne,
niewdzięczne zajęcie, które za każdym razem zrzucają na niego. No
dobrze, tym razem pomaga Mina, ładnie z jej strony. Jednak przeważnie
musiał to robić sam.
Już go nie brali do ścigania łobuzów na mieście. Nie żeby chciał, ale
mogliby go czasem spytać. Z czystej koleżeńskiej grzeczności i jako
wyraz uznania dla jego doświadczenia po latach spędzonych w radiowozie.
Owszem, fajnie, że już nie musi, ale jednak.
- Sprawdzę, czy któryś z nich był poszukiwany w związku ze sprawą Lilly
- powiedziała Mina. - W razie gdybyśmy rzeczywiście mieli do czynienia z tym samym przestępcą. A ty mógłbyś sprawdzić, który z tych gości
przebywa teraz na wolności.
- Dobry pomysł - odparł Christer i zabrał się do scrollowania.
Szpalta za szpaltą, drań za draniem. Gdyby ludzie wiedzieli, ilu mętów
chodzi po ulicach, nie chcieliby wychodzić z domu. A partia Przyszłość
Szwecji wmówiła im, że zagrożeniem dla nich jest tylko ktoś, kto nosi
imię Ahmed albo Mohammed. Tymczasem on ma przed sobą rejestr z samymi
białymi jak śnieg, którzy nazywają się na przykład Sven Westin,
Karl-Erik Johansson czy Peter Lundberg. I lubią małe dzieci. A wyglądają
tak, że ludzie mówią potem, że "taki był z niego przyjemny człowiek. Kto
by przypuszczał...". Albo "to musi być jakaś pomyłka, zawsze był taki miły
dla moich dzieci".
Bosse zaskomlał przez sen i poruszył łapami, jakby biegł. Ciekawe, kogo
goni, pomyślał Christer. Zapewne nie pedofilów, chociaż właśnie tych
powinien. Fuj. Oby Julia nie miała racji, a mężczyźni i kobiety, których
nazwiska widział na ekranie komputera, nie mieli nic wspólnego z zaginięciem Ossiana. Świat nie powinien być jeszcze gorszy, niż jest.
Christer rozejrzał się. W przestrzeni biurowej było mniej ludzi niż
zazwyczaj. Pora urlopów. Wielu spośród jego kolegów popija teraz piwo na
jakiejś żaglówce w Sandhamn, fotografuje skałki na Gotlandii albo uwija
się z młotkiem przy swoim letnim domku.
Mina wstała.
- Muszę się napić kawy - powiedziała. - Mimo że tu jest tak gorąco.
Tobie też przynieść? Mogę ci pomagać jeszcze tylko przez chwilę, potem
jadę z Pederem, żeby porozmawiać z rodzicami Ossiana.
Christer kiwnął głową ponuro. Zegar tykał, odliczając czas do
odnalezienia porywacza chłopca. Prawie słyszał to odliczanie. Miał przed
sobą kilka godzin przeszukiwania spisu najpaskudniejszych drani ze
wszystkich rejestrów policyjnych. Wymagało to dodatkowego zastrzyku
kofeiny.