Rozdział 1.
Cooper
Mów - rzucił Walter, gdy tylko odebrał.
Właśnie wsiadłem na tylne siedzenia SUV-a i strzepywałem śnieg z włosów.
- Teren jest niesamowity. Właśnie tego szukaliśmy. Musimy od razu złożyć ofertę.
Choć w środku dmuchało gorące powietrze, a moje policzki i dłonie powoli odmarzały, nadal drżałem.
Nie radziłem sobie z zimowymi temperaturami.
- Byłeś tam sam? Czy inni też oglądali teren? - wypytywał.
Nagromadzony śnieg trzeszczał pod kołami samochodu, kiedy kierowca wyjeżdżał ze żwirowego podjazdu. Obejrzałem się za siebie i, tak jak się spodziewałem, auto pośredniczki nadal było jedynym tam stojącym.
- Byłem sam, a teraz pogoda całkiem się zjebała. Ciągle śnieży i ponoć nie ma przestać. Nawet mój lot został opóźniony o trzy godziny. Pilot ma nadzieję, że do tego czasu pas startowy zostanie odśnieżony - wyjaśniłem. Wjechaliśmy już na ulicę, więc wyjrzałem przez przednią szybę. Widoczność z każdą chwilą się pogarszała, a my nie minęliśmy nawet jednego samochodu. - Nikt inny nie przyjedzie na oglądanie, dopóki nie przestanie padać śnieg. A nie wiadomo, czy to się stanie dzisiaj, czy dopiero jutro.
- Skontaktuj się z Jennerem. Idziemy w to. Teraz.
- Jasna sprawa.
Walter się rozłączył, a ja kliknąłem rozmowę z najlepszym przyjacielem. Ostatnią wiadomością, jaką przesłałem mu tego ranka jeszcze przed wylotem, był tiktok, który przypomniał mi o Maconie i dziele sztuki, jakie Everly stworzyła na jego twarzy.
Ja: Złóż ofertę. Ta ziemia musi być nasza.
Jenner: I będzie. Już się za to biorę.
Nadrobiłem zaległe maile, podczas gdy kierowca ostrożnie pokonywał zlodowaciałe drogi, powoli zbliżając się do najwyżej ocenianego hotelu w Lake Louise. Planowałem zabić tam trochę czasu przed odlotem. Czekanie na prywatnym lotnisku byłoby bez sensu. Wolałem wykorzystać tę okazję, aby przyjrzeć się konkurencji i napić czegoś w barze.
Okazało się, że wspomniana konkurencja znajdowała się jakiś kilometr dalej, wejście do niej w ogóle nie zachęcało, drzewa prosiły się o przycięcie, podjazd już dawno powinien być odśnieżony, a do tego boye hotelowi mieli niepasujące do siebie stroje. Ocena hotelu, zależnie od odwiedzonej strony internetowej, wahała się między czteroma a pięcioma gwiazdkami.
Już po samym wyglądzie zewnętrznym mogłem jednak stwierdzić, że zdecydowanie nie był to pięciogwiazdkowy resort.
Kiedy budowa naszego hotelu dobiegnie końca, pokażemy odwiedzającym to miasto gościom, co tak naprawdę znaczą luksus, atmosfera i klasa.
SUV zatrzymał się przed drzwiami frontowymi, pod zadaszeniem na tyle długim, by pokryć całą długość samochodu (ale dla Spade'ów zdecydowanie zbyt krótkim), a ja odezwałem się do kierowcy:
- Wchodzi pan ze mną?
- Nie, proszę pana. - Spojrzał na mnie w lusterku wstecznym. - Poczekam w samochodzie.
- Na pewno? - Zgodnie z planem powinniśmy teraz być w drodze na lotnisko, gdzie miał mnie odstawić i najpewniej zająć się kolejnym zleceniem. Nie spodziewał się tych trzech nadprogramowych godzin, więc chciałem mu to jakoś wynagrodzić. - Stawiam lancz.
- To bardzo uprzejmie z pana strony, ale zabrałem ze sobą lodówkę turystyczną pełną jedzenia, poza tym wnuczka spędza właśnie u nas przerwę świąteczną. Chcę odbyć z nią rozmowę wideo - wyjaśnił.
- Jakby zmienił pan zdanie, to będę w barze.
Boy hotelowy otworzył tylne drzwi SUV-a, toteż wysiadłem i wszedłem do lobby.
Każdy hotel - zwłaszcza jeśli był częścią większej sieci - posiadał charakterystyczny zapach, a że ja miałem bardzo wyczulony nos, to właśnie na ten aspekt zwracałem uwagę w pierwszej kolejności.
Witające mnie tuż po przekroczeniu progu nuty były dla mnie równie istotne, co samo wnętrze. Jeśli okazywały się pozbawione wyrazu i niezachęcające, natychmiastowo odechciewało mi się pobytu w takim miejscu.
Tutejszy zapach mnie zawiódł. Składał się na niego aromat kawy oraz skóry, jakby z nagromadzenia skórzanych aktówek. Nie był rozprowadzany rurami i wypuszczany przez przewody wentylacyjne, co stanowiło standardową praktykę we wszystkich naszych hotelach. Przypominał raczej swąd mężczyzny, który wrócił do domu po długim dniu w pracy, której nienawidził.
W drodze do baru rozejrzałem się pobieżnie po wystroju, znudzony brązowo-złotymi akcentami oraz zupełnie nie pod wrażeniem faktu, że postanowiono ukryć widok na jezioro za małymi oknami oraz ciężkimi zasłonami. Usiadłem na jednym z barowych stołków. Mój tyłek nie zdążył nawet porządnie wejść w kontakt z twardą powierzchnią, a owionął mnie pewien zapach.
I nie był to zapach hotelu.
Nie, to były kobiece perfumy.
Przywodziły na myśl późne letnie zachody słońca i oczekiwanie na chłodne jesienne noce. Stanowiły perfekcyjne połączenie bardzo konkretnej odmiany jabłek oraz drewna cedrowego z pokaźną domieszką czystej żądzy.
Spojrzałem w prawo, lustrując twarze siedzących nieopodal osób. Żadna nie pasowała mi do tego zapachu. Następnie przeniosłem wzrok w lewo i w tym samym momencie miejsce obok mnie zajęła nieznajoma. Towarzyszył temu podmuch tej samej woni.
Jak się okazało, nadzwyczaj dobrze do niej pasowała.
Długie włosy w kolorze głębokiej czekolady spływały falami po jej ramionach. Profil - składający się z miękkich linii, zadartego noska i pełnych, stworzonych do całowania warg - wyglądał zachwycająco. Zjechałem wzrokiem niżej i zauważyłem, że jej sweter zakrywał całe uda; między jego końcem a początkiem sięgających kolan kozaków dostrzegłem jedynie odrobinę kremowej skóry.
Co nie usatysfakcjonowało moich oczu.
Chciałem więcej.
Nie.
Potrzebowałem więcej, kurwa.
Powoli uniosłem wzrok i wtedy nasze spojrzenia się spotkały. Tęczówki miała w odcieniu jasnego, pięknego szmaragdu.
Szlag by to.
Już widok z boku na tę kobietę zaparł mi dech w piersiach.
Ale gdy patrzyła wprost na mnie... praktycznie oniemiałem.
Zwłaszcza gdy się uśmiechnęła. Proste, białe zęby przygryzły na chwilę dolną wargę, zanim wyrwał się spomiędzy nich cichy, łagodny śmiech.
- Cześć.
Od razu zawładnęła mną jedna myśl. Domagała się pełni mojej uwagi.
Kłębiła się w ciele, kumulując między nogami.
Potrzebuję jej, kurwa.
- Cześć - odpowiedziałem.
- Co dla pana? - usłyszałem obok.
Niechętnie odwróciłem głowę do barmana.
- Burbon. Najstarszy, jaki macie.
- Z lodem?
- W życiu.
- A dla pani? - spytał nieznajomą.
- Hmm... - mruknęła. Czułem na sobie jej spojrzenie. - Brzmi dobrze. Poproszę to samo.
Nawet jej głos był ponętny. Ani piskliwy, ani zbyt szorstki. Aksamitny i urzekający.
- Chcecie państwo otworzyć nowy rachunek czy dopisać do tego za pokój?
- Nowy.
- Pokój.
Odpowiedzieliśmy mu jednocześnie.
Barman musiał uznać, że byliśmy tu razem.
Zaśmiałem się na tę myśl, sięgnąłem po portfel i podałem mu kartę.
- Rachunek - powtórzyłem, po czym wskazałem głową siedzącą obok przepiękną kobietę. - Pierwsza kolejka na mój koszt.
Barman zbliżył kartę do terminala i mi ją oddał.
- Dziękuję - powiedziała, gdy zostaliśmy sami. - Nie musiałeś tego robić. - Założyła włosy za ucho, tym samym odsłaniając całkiem pokaźny diamentowy kolczyk. - Ale w takiej sytuacji chyba wypada mi się przedstawić. - Wyciągnęła przed siebie tę samą rękę. - Rowan.
Rowan, powtórzyłem w myślach.
Imię równie wyjątkowe co ona sama.
- Cooper Spade - zrewanżowałem się, złączając nasze dłonie. Jej skóra miała przyjemnie ciepłą temperaturę. - Miło mi cię poznać.
- A mi ciebie.
Nie przywykłem do prędkości, z jaką pytania przelatywały mi teraz przez głowę.
Zazwyczaj gdy krzyżowałem drogi z kobietą, której nie potrafiłem się oprzeć, pytałem o niewiele i równie niewiele przyswajałem z jej odpowiedzi. Nie obchodziły mnie. Chciałem tylko już jej dotknąć. Mieć nozdrza pełne zapachu lateksu i potu. Słyszeć jej jęki.
Nie rozumiałem, dlaczego odpowiedzi Rowan wydawały mi się ważne.
Może po prostu chciałem posłuchać jeszcze jej głosu.
Tak. To o to musiało chodzić.
- Co cię sprowadza do Lake Louise? - zapytała, nim zdołałem cokolwiek powiedzieć.
- Dlaczego myślisz, że nie jestem stąd?
Zwilżyłem wargi, a jej oczy pomknęły za ruchem mojego języka. Usiadła prościej, po czym ponownie założyła nogę na nogę, zmieniając tę, która znalazła się u góry.
Była czujna.
Jej myśli wędrowały dokładnie tam, gdzie chciałem.
Moje już tam były. Śniłem na jawie o smaku jej cipki. Kurwa mać. Żałowałem, że do odlotu zostało mi tak niewiele czasu.
- Cóż, tak założyłam, że gdybyś tu mieszkał, byłbyś teraz w domu lub w pracy. Z pewnością nie w drodze, podczas gdy na zewnątrz z każdą godziną dochodzi dodatkowe 30 centymetrów śniegu - zaobserwowała, na co się roześmiałem.
- Słuszne założenie - przyznałem i rozpostarłem rękę wzdłuż lady, uważając na to, żeby nie zahaczyć o miejsce, w którym opierała się o bar. - Jestem tu w interesach. Lecę z powrotem za parę godzin.
Uniosła brwi.
- Jesteś tego pewien?
Podobało mi się to, jak kwestionowała moje słowa. Nie była przy tym zarozumiała. Zwyczajnie lubiła się droczyć.
- Właściwie to już powinienem ruszać na lotnisko. Mój lot został opóźniony tylko o trzy godziny - odpowiedziałem.
- Wydaje mi się, że twoja linia lotnicza podchodzi do sprawy odrobinę zbyt optymistycznie - skomentowała, wyciągając telefon i pokazując mi aplikację z pogodą. - Przewidują, że spadnie ponad metr śniegu. Zostaniemy tu zasypani. - Uśmiechnęła się niepewnie. - I to na parę dni.
- Odśnieżą pas startowy.
- Może i tak, ale wyłącznie ze względu na protokół. Odwołali już wszystkie dzisiejsze loty.
Podejrzewałem, że mówiła o tych pasażerskich; prywatne rządziły się własnymi prawami. Nie musiała jednak wiedzieć, w jaki sposób podróżowałem.
- Same złe wieści przynosisz, co? - zagadnąłem żartobliwie. Mimo to uznałem, że rozsądnie byłoby skontrolować sytuację z pilotem, dlatego wyciągnąłem komórkę. Czekała już w niej na mnie wiadomość od niego. - Kurwa.
- Zgaduję, że twoja linia lotnicza się skontaktowała. I teraz wreszcie mi wierzysz. - Najpierw obdarowała mnie uśmiechem, a potem chichotem.
I obie te rzeczy mi się podobały.
W równym stopniu.
I zdecydowanie za bardzo.
A to samo w sobie było dla mnie źródłem srogiego szoku.
- Tak. - Włożyłem telefon z powrotem do kieszeni. - Miałaś rację.
- No wiem, ale spójrz na to z innej strony - zaczęła. Przerwała, żeby odebrać burbon, który właśnie wręczał jej barman. - Może potrzebowałeś takiego niespodziewanego urlopu. Dlaczego by go nie odbyć w miejscu równie pięknym jak Lake Louise?
Chwyciłem za szkło, które postawiono przede mną na ladzie.
- Pomijając fakt, że jutro są święta i chciałem spędzić je gdzie indziej... to chyba masz rację. - Stuknąłem się z nią szklanką. - Zdrowie.
- Za nowe świąteczne tradycje! - wzniosła z uśmiechem toast. - Zdrowie.
Patrzyłem, jak bierze łyk, jak jej grdyka podskakuje, i wyobrażałem sobie, jak by się poruszała, gdybym karmił ją teraz swoim kutasem. Już po pierwszym kontakcie z alkoholem policzki Rowan nabiegły gorącem. Było jej w tym kolorze nadspodziewanie do twarzy.
I to aż tak, że musiałem się zmusić do odwrócenia wzroku.
Zaczekałem, aż barman podejdzie bliżej, po czym zwróciłem się do niego:
- Mógłby pan tu podesłać kogoś z recepcji?
Bez szans, żebym podniósł się z tego stołka i zaryzykował tym, że Rowan sobie pójdzie albo ktoś inny zajmie moje miejsce.
- Żaden problem - odparł.
Trzymała szklankę przy ustach. Burbon kołysał się na boki, kiedy obracała ją w dłoni.
- Czyli miałeś coś ciekawego zaplanowanego na święta? - wróciła do naszej rozmowy i od razu się skrzywiła. - Proszę, tylko mi nie mów, że przegapisz wycieczkę na Curacao albo Tahiti, albo w jakieś inne egzotyczne miejsce. Myśl o tropikalnych wyspach brzmi w tym momencie jak magia. - Zerknęła w stronę okien. Niewielkich rozmiarów szyby już teraz całkowicie zakrywał śnieg. Następnie wróciła wzrokiem do mnie. - Nie przepadam za zimą, ani ona za mną.
- Mógłbym powiedzieć to samo. No chyba że jestem akurat na snowboardzie na szczycie jakiejś góry.
- Pełna zgoda. - Uśmiechnęła się.
- Nie, nie zaplanowałem wypadu w żadne tropiki - odpowiedziałem na zadane pierwotnie pytanie. - Mieliśmy spędzić święta w dużym rodzinnym gronie. Bardzo na to czekałem.
Wodziłem palcami wokół krawędzi szklanki, co natychmiast przykuło uwagę Rowan.
Najpierw zrobiły to moje usta.
Teraz dłoń.
I wyglądało na to, że obie te rzeczy bardzo się jej spodobały.
- A co z tobą? - zapytałem.
- To samo - westchnęła. - Rodzeństwo. Dalsza rodzina. No i te ich wszyyystkie dzieci.
Spojrzałem na jej lewą dłoń.
- Zakładam, że nie masz męża... ani chłopaka?
Rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu.
- A skąd takie założenie?
Może stąd, że odkąd pierwszy raz na siebie spojrzeliśmy, czułem jej zainteresowanie. Wiedziałem, że mój wygląd ją kręci. Byłem pewien, że fantazjowała o tym, do czego były zdolne moje usta, język i dłonie. Co mogłyby zrobić z jej ciałem.
A gdy się to połączy z wyrazem jej twarzy... Wniosek był prosty: singielka.
Ale nie mogłem jej tego jeszcze powiedzieć. To byłoby zbyt śmiałe.
Przejechałem kciukiem po jednodniowym zaroście, zatrzymując się przy kąciku ust.
- Powiedzmy, że to takie przeczucie.
- Słuszne przeczucie.
Zanim mógłbym odpowiedzieć, obok pojawił się pracownik hotelu.
- W czym mogę pomóc?
Ach, z recepcji. Tak mnie pochłonęła ta rozmowa, że prawie zapomniałem, że w ogóle poprosiłem kogoś z obsługi o przyjście. Teraz cały się do niego odwróciłem.
- Poproszę jakiś apartament na jedną noc - poleciłem, ponownie sięgając po portfel. Próbowałem wręczyć mężczyźnie kartę, ale nie chciał jej przyjąć.
- Bardzo mi przykro, proszę pana, ale nie mamy wolnych apartamentów.
Czułem, jak przyspiesza mi serce.
- Żadnych?
- Niestety - potwierdził, skinąwszy. - Nawet jednego zwykłego pokoju aż do nowego roku.
- Na zewnątrz trwa śnieżyca - przypomniałem, dodatkowo wskazując brodą okno. - Utknąłem tu przynajmniej do jutra. A pan mówi mi, że w całym tym hotelu nie ma choć jednego cholernego pokoju, w którym mógłbym się zatrzymać?
Znowu skinął.
- Naprawdę mi przykro, proszę pana. Ale trochę ponad trzy kilometry stąd jest inny hotel. Może będą mieć coś wolnego. Chociaż, szczerze mówiąc, wątpię. Lake Louise cieszy się sporą popularnością w okresie świątecznym. - Zawahał się. - Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?
Standardowe pytanie. Personel był szkolony, aby je zadawać, nawet jeśli nie zdołali spełnić wcześniejszej prośby.
Mimo to miałem ochotę mu odpowiedzieć, żeby spierdalał. Dobrze wiedziałem, że znajdowały się tu zapasowe pokoje przeznaczone na nagłe wypadki, typu pracownicy, którzy nie mogą wrócić na noc do domu i potrzebują się gdzieś zatrzymać, albo kierownicy przyjeżdżający na ostatnią chwilę. Praktycznie rzecz biorąc, nigdy nie mogło dojść do takiej sytuacji, żeby hotel rzeczywiście nie miał absolutnie żadnych wolnych pokoi. Po prostu nie chcieli mi żadnego przydzielić.
Gdybym powiedział mu, kim jestem, nic by to nie zmieniło. Właściwie to jedynie pogorszyłoby sytuację.
Odpłacę im się w inny sposób.
Zbuduję hotel trochę ponad kilometr stąd, który stanie się ich końcem, kurwa.
- Nie, dzięki - mruknąłem pod nosem. Następnie odwróciłem się przodem do baru, opróżniłem resztę zawartości swojej szklanki i kiwnąłem na barmana, odstawiając ją na blat. - Proszę o więcej. - Zaśmiałem się, mimo że nie było nic zabawnego w tym, co powiedziałem. - Muszę upić się na tyle, żeby mnie odcięło na kanapie w lobby.
Rowan również poprosiła o drugą kolejkę.
- Na pewno masz asystentkę, której się oberwie za niezarezerwowanie ci pokoju hotelowego. - Skrzywiła się jakby we współczuciu.
- Kolejne założenie. - Zmrużyłem oczy.
- Cóż, teraz moja kolej. Ty to zrobiłeś jako ostatni... czyż nie?
Ach, tamten komentarz o mężu. Miała rację.
- Tak - przyznałem. - Ale to nie wina mojej asystentki. Wiedziałem, jakie są prognozy, gdy planowałem tę podróż, a mimo to uparłem się, że wrócę dzisiaj do domu. Jakoś nawet nie pomyślałem o planie zapasowym. W mojej głowie wracałem dzisiaj do LA i koniec, kropka. Bez względu na wszystko.
Wypuściłem ze świstem powietrze. Żałowałem, że nie rozegrałem tego inaczej. Ponownie wyciągnąłem komórkę i napisałem do asystentki, żeby spróbowała mi znaleźć jakiś pokój w okolicy. Po tym, jak wiadomość została wysłana, napisałem też do kierowcy, żeby wracał do domu. Nie mogłem go zmuszać do czekania, aż Kathleen znajdzie mi miejsce do zatrzymania się. Wolałem, żeby był już w domu, z daleka od niebezpiecznych dróg. Warunki pogodowe z minuty na minutę stawały się coraz gorsze. Jeśli jakimś cudem uda jej się zarezerwować mi pokój, jakoś tam dojadę.
- Zobaczymy, czy uda jej się znaleźć coś wolnego w okolicy - powiedziałem na głos i położyłem urządzenie na blacie ekranem do góry, tak żeby widzieć, gdy tylko przyjdzie nowa wiadomość.
- To może wymagać cudu.
- Jeśli komuś może się to udać, to właśnie jej. Jest dobra.
Barman postawił przed nami kolejne szklanki. Rowan podała mi moją.
- Istnieje jeden plus całej tej sytuacji - stwierdziła, stukając się ze mną szkłem.
- A to jaki?
- Ja.
Śledziłem ruchy jej warg, gdy wypowiedziała to jedno słowo. Nie potrzebowałem więcej, żeby wylądować z najtwardszą erekcją świata. Tak mocno ścisnąłem trzymaną szklankę, że byłem pewien, że zaraz pęknie.
- Ty... hm?
- No wiesz, nie poznalibyśmy się, gdyby nie opóźniono ci lotu - zaobserwowała i pociągnęła łyk alkoholu. - Jak to mówią: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Zacisnąłem usta i niespiesznie otaksowałem jej ciało.
- Powiedz mi więc, do czego dobrego dla mnie to doprowadzi? Albo jeszcze lepiej... do czego dobrego dla nas to doprowadzi? - podjąłem.
Nie mogłem nasycić się widokiem przepływu krwi pod jej skórą. Nabrała ciemnoczerwonej barwy, która pasowała do koloru szminki.
- "Dla nas"? - powtórzyła. Lubiłem dźwięk jej śmiechu. - Nie o to mi chodziło.
- To o co?
Coś w jej spojrzeniu się zmieniło. Prawie jakby zrobiła krok do tyłu, żeby móc obiektywniej przyjrzeć się sytuacji.
- Jesteś dość bezpośredni, Cooperze Spade.
- Kiedy czegoś chcę, idę po to. Nie jestem zwolennikiem czekania. Czas tworzy tylko niepotrzebną przestrzeń na zakłócenia.
- Typu...?
- Inny mężczyzna zajmujący moje miejsce. Spotkanie, na które musisz nagle wyjść. Telefon, przez który odejdziesz i już nie wrócisz - wymieniałem.
- Wszystko jest możliwe. - Odwróciła się ciałem trochę bardziej do mnie. - Czego konkretnie chcesz? Co jest twoim celem?
- Nie "co", tylko "kto".
Nachyliłem się do niej, pokonując dzielącą nas niewielką odległość, a następnie zacząłem się zaciągać zapachem jej perfum, który unosił się przy jej szyi. To z kolei napełniło moją głowę nowymi pytaniami. Jak pachniała skóra wokół jej pępka? Czy aromat jej cipki okaże się równie słodki, jak sobie wyobrażam?
- A tym kimś jesteś ty - wyszeptałem tuż nad jej uchem.