Julia
Sierpień 2019
Zrywana z kartonowego pudła taśma trzeszczała jej w palcach. Julia ostrożnie uchyliła wieko, jakby w środku znajdowały się nie przedmioty, ale coś, co mogłoby się na nią rzucić. Co tym razem zobaczy? Jakie wspomnienia przywoła? Przygryzła wargę, próbując przegonić niepokój. Jak mogła być tak naiwna, by wierzyć, że zdoła zacząć życie od nowa? Nie da się przecież wymazać przeszłości. Przybyła tu razem z nią. Julia czuła, jak powoli wypełniała każdy skrawek tego domu. Wystawiała łeb z kolejnych kartonów niczym hydra. Można było z nią walczyć, odcinać jej głowy, ale na miejscu jednej zaraz odrastały dwie nowe.
Dlatego nabrała tchu i zanurzyła dłoń we wnętrzu pudła. Na podłogę spadły zgniecione strony gazet, a pod nimi ukazały się stosy ramek ze zdjęciami. Zza otwartego okna dobiegał metaliczny zgrzyt. Julia zerknęła przez szybę i gdy dostrzegła wyraz twarzy swojego sześcioletniego synka, aż zapiekło ją w piersi. Benio siedział na huśtawce, wbijając wzrok w ziemię. Przesiąknięty smutkiem i ponury. Jego lewa ręka kurczowo ściskała łańcuch. Prawa trzymała długi kij, którym dźgał trawnik i odpychał się od niechcenia. Był tak podobny do Adama, że Julia poczuła duszące dławienie w gardle.
- Pani Haner - usłyszała za plecami.
Zaskoczona czyjąś nagłą obecnością podskoczyła.
- Przepraszam, nie chciałem pani wystraszyć. - Starszy mężczyzna o posiwiałych włosach skrytych pod wysłużoną czapeczką z daszkiem i gęstych, nieco staromodnych wąsach z zakłopotaniem potarł policzek.
Był hydraulikiem. Julia znalazła go w internecie. Ubrany w roboczy kombinezon, trzymał w ręku skrzynkę z narzędziami.
- To nie pana wina - uspokoiła go. - Po prostu się zamyśliłam. Nie słyszałam nawet, kiedy zszedł pan z góry.
Usiłowała wykrzesać z siebie pojednawczy uśmiech, ale od śmierci Adama ten radosny grymas był luksusem, na który nie potrafiła sobie pozwolić w stosunku do nikogo poza Beniaminem.
- Chciałem tylko dać znać, że pralka i zmywarka są już podłączone, a stare baterie w łazienkach i kuchni powymieniałem na nowe, tak jak ustaliliśmy.
Julia rozliczyła się z mężczyzną, a kiedy wyszedł, dopadło ją przejmujące poczucie pustki. A więc tak będzie teraz wyglądać nasze życie, pomyślała.
Przysiadła na brzegu szarego fotela, przesuwając wzrokiem po podłodze usianej pakunkami i nagich półkach czekających na zapełnienie. Dom, do którego się wprowadzili, należał niegdyś do rodziców jej męża. Od lat, ze względu na wyjazd państwa Hanerów do Kanady, stał pusty. Po śmierci Adama teściowie zaproponowali, by Julia z Beniem przenieśli się tu, zmienili otoczenie i z dala od stolicy zaczęli układać sobie życie od nowa.
I oto rozgaszczali się w murach, w których jej mąż dorastał, przeżywał pierwsze miłości i pierwsze kłótnie z rodzicami. A teraz ona miała wlać w to wnętrze życie swoje i Beniamina, wypakowując je ze szczelnie zaklejonych kartonów.
To by było na tyle, jeśli chodzi o uciekanie przed przeszłością, skwitowała w myślach, przywiozłam ją ze sobą w czterdziestu sześciu pudłach.
Podeszła do otwartego kartonu i wyjęła z niego ramkę ze zdjęciem. Natrafiła na jedną z ostatnich fotografii, na których zostali uchwyceni wszyscy troje. Uśmiechnięci, obejmujący się ramionami. Benio w środku, ona i Adam po bokach. Ich ciała lepiły się od błota, usmarowane policzki płonęły czerwienią, a oczy lśniły jak w gorączce. Tamtego dnia wzięli udział w Runmageddonie, biegu survivalowym dla rodziców i dzieci. To dlatego na ich szyjach połyskiwały medale. Wspomnienie było tak silne, że Julia wręcz usłyszała zaraźliwy śmiech Benia. Rozbrzmiewał w jej uszach coraz donośniej, jakby nie pochodził z odległej przeszłości, tylko docierał z bliska.
Zmrużyła oczy i uniosła głowę, nasłuchując. Radosny chichot dobiegał z podwórka. Julia odetchnęła z ulgą na myśl, że odgłosy nie są wytworem jej wyobraźni, ale po chwili zmarszczyła brwi w niedowierzaniu. To Beniamin zanosił się śmiechem.
Zamrugała zaskoczona, ponieważ po śmierci ojca sześciolatek pogrążył się w apatii. Stał się milczący i wycofany. Zaczął unikać ludzi, a kiedy nie radził sobie z emocjami, wybuchał agresją.
Wyjrzała przez okno, dostrzegając radośnie wierzgające w powietrzu stopy w czerwonych adidasach. Sylwetka Benia to pojawiała się, to znikała za szybą, a za nią podążały kaskady dziecięcego śmiechu. Julia obserwowała dołeczki w policzkach syna i jego zarumienioną buzię, nie mogąc otrząsnąć się z szoku.
- Wyżej, wyżej! - krzyczał chłopiec, patrząc na wprost, jakby nie bawił się sam, tylko z kimś, kto wprawia huśtawkę w ruch.
Odstawiła ramkę na półkę przy kominku i zaciekawiona ruszyła do frontowych drzwi. Zamierzała iść od razu do Benia, ale gdy wyszła na zewnątrz, przy furtce dostrzegła sąsiada z domu po drugiej stronie ulicy. Robert Wagner pomachał do niej przyjaźnie ze swojego wózka inwalidzkiego. Dawniej, zanim Adam wyjechał na studia, byli bliskimi przyjaciółmi, podobnie jak wcześniej ich rodzice. Może ze względu na tamtą zażyłość Robert jako jedyny z licealnej paczki przyjaciół stawił się na pogrzebie jej męża. To wtedy go poznała i natychmiast polubiła. Był serdeczny i zabawny, a odkąd pojawiła się w Grodzisku, razem z żoną dbali o to, by dobrze się czuła w nowym miejscu.
- Hej, przyszedłem zaprosić cię na sąsiedzkiego grilla. Chcemy pożegnać wakacje i zainaugurować nowy rok szkolny. Jutro o piątej. Emilia kazała mi przekazać, że nie przyjmuje odmowy.
Twarz Julii rozjaśniła się na moment, lecz po chwili spochmurniała.
- Sama nie wiem, Robert. Naprawdę chciałabym przyjść, ale obawiam się, że wszyscy będą nas wypytywać o Adama, a ja chyba jeszcze nie mam siły o tym rozmawiać.
- Wpadnij, proszę, choć na chwilę. - Złożył dłonie jak do modlitwy. - Obronię cię przed natrętami, obiecuję. Będą kiełbaski, dobra muzyka, a dla dzieciaków zorganizowaliśmy opiekunkę i kupiliśmy tony słodyczy.
- Brzmi kusząco.
Wagner uśmiechnął się przebiegle.
- Zaserwuję moje popisowe żeberka w coli, a do tego piwo i wino za free. Jeśli to do ciebie nie przemawia, to się poddaję. - Uniósł ręce w geście kapitulacji, gdy nagle powietrze rozdarł ostry krzyk dziecka:
- Już wystarczy! Dość!
Julia z lękiem zerknęła na dom, zza którego dochodziły te niepokojące odgłosy.
- Będziemy - rzuciła pospiesznie. - A teraz cię przepraszam, muszę sprawdzić, co się stało.
Założyła, że najszybciej dotrze do chłopca, przedzierając się przez zarośla po prawej stronie budynku.
- Beniu! - zawołała, pokonując dawno nieregulowane, zdziczałe pnącza. - Wszystko w porządku?
On jednak nie odpowiedział. Przez rozrośnięte bzy prześwitywała dziecięca sylwetka na huśtawce. Julia przecięła zasieki z wybujałych krzewów, pozwalając, by ich gałęzie podrapały odsłoniętą skórę jej ramion.
To, co zobaczyła, gdy dotarła do syna, przyprawiło ją o bezdech. Beniamin, rozbujany zdecydowanie zbyt wysoko, na jej oczach spadł z huśtawki, a potem z krzykiem wylądował na trawniku. Podbiegła do niego, by sprawdzić, czy jest cały.
- Kochanie, nic ci nie jest? - spytała, przytulając chłopca.
- Nie - odburknął poirytowany i wyswobodził się z objęć matki.
Wiedziała, że nie powinna czuć się dotknięta. Był tylko sześciolatkiem, który nie potrafił pomieścić w sobie złości po śmierci ojca. Obwiniał o nią każdego, a zwłaszcza ją. Gniew sprawiał, że Benio zaciskał szczęki. Chwytał piąstkami kępy trawy, wbijał paznokcie w ziemię i wyrywał źdźbła. Jego klatka piersiowa unosiła się miarowo, a skóra na policzkach była napięta. Odsunął się, gdy próbowała go pogłaskać.
To tylko zagubione dziecko, powtórzyła w myślach, choć jego zachowanie raniło, a słowa potrafiły ciąć jak żyletki.
- Powiesz mi, co się stało? - drążyła.
- Zepsułaś nam zabawę.
Zaskoczona uniosła brwi.
- Wam? Kogo masz na myśli?
Sześciolatek wstał i ruszył w kierunku huśtawki.
- Mojego nowego przyjaciela - rzucił, podnosząc z ziemi kij. Ciągnął go za sobą, maszerując w stronę domu.
Julia rozglądała się w poszukiwaniu dziecka, z którym mógł się bawić Benio, jednak nikogo więcej poza nimi tam nie było. Dopiero po chwili w oddali na wzniesieniu dostrzegła sylwetkę chłopca na rowerze. W świetle zachodzącego słońca nie mogła zobaczyć go wyraźnie, była jednak pewna, że spoglądał w ich kierunku, zanim zniknął za linią horyzontu.
- Powiedział, że będziesz na niego zła - oznajmił sześciolatek, wspinając się po stopniach na ganek.
Dogoniła syna i kucnęła obok niego, chwytając malca za rękę.
- No coś ty, cieszę się, że znalazłeś sobie kolegę - odparła. - Dlaczego miałabym się złościć? Z powodu tego upadku?
Beniamin spuścił wzrok i zaprzeczył ruchem głowy.
- To nie jego wina, to ja chciałem, żeby rozhuśtał mnie tak wysoko.
- W takim razie dlaczego?
- Bo uważa, że niedługo znów ktoś umrze.
Julia zdumiona otworzyła usta. Gęsia skórka zaczęła pokrywać jej przedramiona, choć był to jeden z tych pogodnych jesiennych dni. Zamierzała jeszcze o coś zapytać, ale Benio odwrócił się tyłem, cisnął patykiem w krzaki i zaczął wchodzić do domu. Wymykał się jej tak, jak sens jego słów.
Instynktownie zerknęła w stronę wzniesienia, na którym niedawno widziała chłopca, ale teraz nie było po nim żadnego śladu. Droga tonęła w złocie zachodzącego słońca, a ją przeszył lodowaty chłód.