Wampir. Detektyw Dawid Wolski. Tom 1 - Wojciech Chmielarz

Kup ebooka

37.50 zł
30.38 zł (30,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

4

Wpa­try­wała się w kartkę z pod­ręcz­nika do kry­mi­no­lo­gii, po raz dzie­siąty pró­bu­jąc zro­zu­mieć to, co przed chwilą prze­czy­tała. Ostat­nio miała duże trud­no­ści ze sku­pie­niem uwagi. Obok na stole stał ku­bek z zimną her­batą.

Od śmierci Ma­te­usza nie­wiele wy­cho­dziła z kuchni. Bo po co? Wszystko tu­taj miała. Lo­dówkę z je­dze­niem, stół do pracy i ra­dio, które ci­cho grało w ką­cie. Reszta miesz­ka­nia mo­gła się ku­rzyć. Mu­siała tylko pa­mię­tać, żeby wie­czo­rem choć tro­chę się umyć i po­ło­żyć do łóżka, któ­rego ni­gdy nie ście­liła. A po­tem śnić mę­czące sny. Nie pa­mię­tała ich po prze­bu­dze­niu, ale nad ra­nem oczy miała za­puch­nięte od łez.

Za dnia nie pła­kała. Ni­gdy. Na­wet na po­grze­bie. Lu­dzie dziw­nie na nią pa­trzyli tam­tego dnia. Szep­tem dzie­lili się bred­niami o tym, jaka jest nie­czuła, że wcale nie ko­chała syna, że stoi te­raz jak słup, pu­sta w środku, mar­twa. Zła matka. A ona chciała się roz­pła­kać. Nie dla nich i nie z po­wodu ich słów, ale dla sie­bie. Za­lać łzami, wyć i wrzesz­czeć, aż opad­nie z sił. Aż bę­dzie nie­zdolna do żad­nej my­śli, za­to­piona w ża­ło­ści, po­zba­wiona pa­mięci. Ale nie po­tra­fiła. Czuła tylko pie­kącą su­chość w gar­dle i coś, co przy­po­mi­nało zgagę.

Zo­rien­to­wała się, że od kilku se­kund ktoś ener­gicz­nie puka do drzwi. Ode­rwała wzrok od gę­stych li­ni­jek tek­stu i pod­nio­sła się z krze­sła. Po­włó­cząc no­gami, prze­szła do przed­po­koju. W lu­strze na ścia­nie uj­rzała ko­bietę, w któ­rej le­dwo roz­po­znała sie­bie. Bladą, zmę­czoną, z wło­sami w nie­ła­dzie.

Pu­ka­nie sta­wało się co­raz na­tar­czyw­sze.

- Za­raz - szep­nęła, ale uzmy­sło­wiła so­bie, że kto­kol­wiek tam był, nie sły­szał jej. Zmu­siła się do krzyku. - Za­raz!

Chwy­ciła za szczotkę do wło­sów. Prze­cze­sała się kil­koma ru­chami, wy­ry­wa­jąc przy oka­zji skoł­tu­nione kępki, a resztę splo­tła w koń­ski ogon. Pod oczy i na po­liczki wkle­pała odro­binę kremu Ni­vea. Wło­żyła wyj­ściowe oku­lary w gru­bej opra­wie. Ode­tchnęła i do­piero wtedy po­de­szła do drzwi.

Po dru­giej stro­nie cze­kał na nią gru­bawy ad­wo­kat. Za nim stał męż­czy­zna, dość młody, tro­chę po­ni­żej trzy­dziestki, ale ubrany tak, że chciało się o nim po­wie­dzieć "chło­pak". Miał na so­bie czarną kurtkę, spod któ­rej wy­sta­wała bluza z kap­tu­rem, sprane dżinsy i brudne spor­towe buty. Kil­ku­dniowy za­rost do­ma­gał się go­le­nia, a za­pusz­czone dłu­gie włosy - wi­zyty u fry­zjera albo cho­ciaż po­rząd­nego grze­bie­nia. Ręce trzy­mał w kie­sze­niach spodni, ale na jej wi­dok wy­cią­gnął je i wy­ko­nał le­d­wie wi­doczny ruch tu­ło­wiem, który praw­do­po­dob­nie miał ozna­czać ukłon.

- Pan Ro­sol­ski.

- Dzień do­bry pani - przy­wi­tał się ad­wo­kat. - Mam na­dzieję, że nie prze­szka­dzamy?

- Nie. Ra­czej nie.

- Tak. - Ad­wo­kat chrząk­nął, a po­tem zro­bił krok w bok, żeby od­sło­nić sto­ją­cego za nim Da­wida. - To pan Wol­ski. De­tek­tyw, o któ­rym kie­dyś pani wspo­mi­na­łem.

Zmru­żyła oczy i raz jesz­cze ob­rzu­ciła męż­czy­znę ba­daw­czym spoj­rze­niem. Za dru­gim ra­zem ro­bił jesz­cze gor­sze wra­że­nie niż za pierw­szym. Po­my­ślała, że gdyby mi­jała go na ulicy, przy­ci­snę­łaby moc­niej to­rebkę do ciała. Tak na wszelki wy­pa­dek.

- Mo­żemy wejść? - za­py­tał ad­wo­kat.

Za­wa­hała się, ale Ro­sol­ski już zro­bił krok do przodu i prze­py­cha­jąc się, wma­sze­ro­wał do przed­po­koju.

- Gdzie mo­żemy?

- Do kuchni - po­wie­działa, ka­pi­tu­lu­jąc. - Zna pan drogę.

Ad­wo­kat kiw­nął dło­nią na Da­wida, który ru­szył za nim. Ma­ria Po­lak za­mknęła drzwi.

Kiedy we­szła do kuchni, obaj sie­dzieli już na ta­bo­re­tach przy ku­chen­nym stole. Ad­wo­kat za­mknął pod­ręcz­nik do kry­mi­na­li­styki, nie kło­po­cząc się za­zna­cze­niem strony, na któ­rej skoń­czyła, i odło­żył książkę na pa­ra­pet. Po­wstałe w ten spo­sób miej­sce wy­ko­rzy­stał, żeby roz­ło­żyć swoje do­ku­menty. Da­wid z ko­lei wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­szeni kurtki kilka zmię­tych kar­tek. Roz­pro­sto­wał je i po­ło­żył przed sobą. Przez chwilę szu­kał cze­goś, ale zre­zy­gno­wał, kiedy Ro­sol­ski po­dał mu je­den ze swo­ich dłu­go­pi­sów.

- Na­piją się cze­goś pa­no­wie? - za­py­tała.

- Her­batki, je­śli można - po­pro­sił ad­wo­kat.

- A pan? - zwró­ciła się do Da­wida.

- Ni­czego.

Wy­cią­gnęła z szafki ku­bek i wrzu­ciła do niego to­rebkę her­baty Saga. Do elek­trycz­nego czaj­nika do­lała świe­żej wody. Włą­czyła go. Cze­kała, aż woda się za­go­tuje. Czuła, że męż­czyźni ją ob­ser­wują. Ża­ło­wała, że ma na so­bie starą, po­pla­mioną spód­nicę i jedną z ko­szu­lek Ma­te­usza. Nie za­rzu­ciła na sie­bie na­wet żad­nej bluzy czy swe­terka. Wo­la­łaby, żeby nikt jej nie oglą­dał w ta­kim stroju. Do­brze, że przy­naj­mniej miała sta­nik. Bez­sku­tecz­nie pró­bo­wała so­bie przy­po­mnieć, czy była na dzi­siaj umó­wiona z ad­wo­ka­tem czy nie.

Wresz­cie czaj­nik wy­łą­czył się z ci­chym pstryk­nię­ciem. Za­lała her­batę wrząt­kiem i po­dała ku­bek Ro­sol­skiemu.

- Dzię­kuję pani ser­decz­nie.

- Pro­szę.

Usia­dła na­prze­ciwko niego. Ro­sol­ski chrząk­nął, prze­wra­ca­jąc le­żące przed nim kartki. Wie­działa, że pró­buje w ten spo­sób do­dać so­bie po­wagi, bo nie było na nich ni­czego waż­nego. Ad­wo­kat jed­nak lu­bił ta­kie pu­ste ge­sty, które Ma­rię z ko­lei tylko mę­czyły.

- Zgod­nie z usta­le­niami z na­szego po­przed­niego spo­tka­nia po­zwo­li­łem so­bie przy­pro­wa­dzić pry­wat­nego de­tek­tywa, który od tej pory, o ile oczy­wi­ście pani się zgo­dzi, głę­biej wej­dzie w na­szą sprawę.

- Nie jest pan za młody na pry­wat­nego de­tek­tywa?

Za­my­ślony Da­wid po­cząt­kowo nie zo­rien­to­wał się, że te słowa były skie­ro­wane do niego. Wy­rwany do od­po­wie­dzi, spoj­rzał na ad­wo­kata, szu­ka­jąc u niego po­mocy. Ro­sol­ski już otwie­rał usta, kiedy roz­legł się dzwo­nek te­le­fonu. Da­wid wy­cią­gnął z kie­szeni ko­mórkę, spoj­rzał na wy­świe­tlacz i uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco.

- Mu­szę ode­brać - po­wie­dział i wy­szedł.

3

Na dwo­rze Da­wid sta­nął tuż pod ścianą bloku i spoj­rzał w górę. Wy­obra­ził so­bie le­cące w dół ciało, krzy­czą­cego w noc chło­paka młod­szego od niego za­le­d­wie o kilka lat. A może nie było tak. Może chło­pak nie krzy­czał. Miał za­mknięte usta i wpa­try­wał się z dziką sta­now­czo­ścią w zbli­ża­jącą się zie­mię. Albo jesz­cze ina­czej. W ogóle nie pa­trzył. Nie krzy­czał. Tylko się śmiał, roz­kła­da­jąc sze­roko ra­miona i wy­obra­ża­jąc so­bie, że jest anio­łem.

- Co znowu? - spy­tał ad­wo­kat, który nie­cier­pli­wił się przy sa­mo­cho­dzie. Pa­trzył na ze­ga­rek, a w dru­giej dłoni trzy­mał paczkę pa­pie­ro­sów. Ob­ra­cał ją, nie­zde­cy­do­wany, czy za­pa­lić czy nie.

- Farta miał chło­pak.

- Farta?

- Bo zle­ciał tylko na traw­nik, prawda?

- Tak.

- Po­le­ciałby tro­chę w prawo albo zwia­łoby go i roz­trza­skałby so­bie łeb o wej­ście do klatki scho­do­wej. Tro­chę w lewo i wpadłby na drzewo. - Da­wid wska­zał na ro­snącą na traw­niku brzozę. - A on ide­al­nie śro­decz­kiem. Na­wet jakby ce­lo­wał, to nie tra­fiłby le­piej.

Ad­wo­kat spoj­rzał w górę.

- I co z tego wy­nika?

- Pew­nie nic. Ale cie­kawe, nie?

- E tam - mruk­nął ad­wo­kat, cho­wa­jąc paczkę pa­pie­ro­sów do kie­szeni - cuda się zda­rzają, młody. Wsia­daj do wozu.

Da­wid za­jął miej­sce pa­sa­żera w mer­ce­de­sie. Wnę­trze pach­niało cy­try­no­wym od­świe­ża­czem po­wie­trza dyn­da­ją­cym pod lu­ster­kiem. Wy­cią­gnął nogi i uło­żył się wy­god­nie. Przy­mknął po­wieki. Na­wet nie po­czuł, kiedy sa­mo­chód ru­szył. Zo­rien­to­wał się, że jadą, do­piero wtedy, kiedy wóz pod­sko­czył lekko na usta­wio­nym na par­kingu progu zwal­nia­ją­cym.

- Po co tu w ogóle przy­je­cha­li­śmy? - za­py­tał ad­wo­kat.

- Chcia­łem zo­ba­czyć na wła­sne oczy, jak to wszystko wy­gląda. Żeby mieć o czym z babką roz­ma­wiać.

- I coś zo­ba­czy­łeś?

Da­wid przez chwilę za­sta­na­wiał się nad od­po­wie­dzią.

- No rze­czy­wi­ście, tro­chę dziwna sprawa. Fa­cet tu­taj nie miesz­kał. Ale przy­szedł w środku nocy, do­stał się ja­koś do klatki... Bo za­uwa­ży­łeś, że mają do­mo­fon?

- Za­uwa­ży­łem.

- No wła­śnie. Ktoś mu mu­siał otwo­rzyć. Pi­ja­nemu. Mó­wi­łeś, że ile miał?

- Pół­tora.

- Jak go ba­dali. Cho­lera wie, ile to było, kiedy ska­kał.

- Albo go ze­pchnęli. Pi­ja­nego ła­two ze­pchnąć.

- Ano - zgo­dził się Da­wid. - No i ten jego ide­alny lot. Pro­sto na trawę. Niby moż­liwe, ale dziwne.

Ad­wo­kat nie od­po­wie­dział. Wy­je­chał na To­szecką i przy­spie­szył, ła­miąc prze­pisy dro­gowe.

- Jaka ona jest? - za­py­tał Da­wid.

- Kto?

- Matka skoczka.

Ad­wo­kat po­ru­szył war­gami, szu­ka­jąc od­po­wied­niego słowa.

- Trudna - po­wie­dział wresz­cie.

Da­wid skrzy­wił się. Nie po­do­bało mu się to okre­śle­nie. Zwia­sto­wało kło­po­tli­wego klienta, a od ta­kich wo­lał się trzy­mać z da­leka.

Dal­sza jazda za­jęła im kil­ka­dzie­siąt mi­nut. Cho­ciaż za­miast "jazda" le­piej było użyć słowa "prze­bi­ja­nie się". Gli­wice były spa­ra­li­żo­wane z po­wodu bu­dowy DTŚ-ki, czyli Dro­go­wej Trasy Śred­ni­co­wej, która prze­cho­dziła przez cen­tra ślą­skich miast i miała uspraw­niać trans­port. Ale na ra­zie ge­ne­ro­wała tylko gi­gan­tyczne korki. Je­dyny po­ży­tek z niej do tej pory po­le­gał na tym, że na placu bu­dowy zna­le­ziono ja­kieś sta­ro­żytne szkie­lety z ob­cię­tymi gło­wami i przez chwilę o Gli­wi­cach zro­biło się gło­śno. We­dług ar­che­olo­gów ce­lem tego nie­ty­po­wego po­chówku było to, żeby zmarli nie zmie­nili się w wam­piry.

Wresz­cie udało im się prze­je­chać przez cen­trum i do­tarli do Wój­to­wej Wsi. Cho­ciaż ta na­zwa wpro­wa­dzała w błąd. Dziel­nicę na po­łowę prze­ci­nała mała rzeczka - Ostropka. Jej po­łu­dniowa część fak­tycz­nie miała cha­rak­ter wiej­ski. Z kro­wami, ku­rami i po­lami. Cho­ciaż i te mu­siały ustę­po­wać no­wej za­bu­do­wie jed­no­ro­dzin­nej. Pół­nocna to było już nor­malne mia­sto ze szkołą i Bie­dronką na miej­scu daw­nej pę­tli tram­wa­jo­wej.

Ad­wo­kat wje­chał wą­skimi ulicz­kami na ulicę Dam­rota. Prze­je­chał ją całą, szu­ka­jąc miej­sca do za­par­ko­wa­nia. Niby była dwu­kie­run­kowa, ale je­den pas w ca­ło­ści za­jęły sa­mo­chody. Do­je­chali do ulicy Sło­wac­kiego. Za­wró­cili. Za dru­gim po­dej­ściem ad­wo­kat wy­pa­trzył ka­wa­łek wol­nego placu. Za­par­ko­wał sko­sem na chod­niku i wska­zał pal­cem na ni­ski, dwu­pię­trowy blok po­ma­lo­wany na pa­ste­lowy zie­lony.

- To tu­taj - po­wie­dział.

Da­wid wyj­rzał przez okno.

- Cho­dzi­łem nie­da­leko do pod­sta­wówki. Do dzie­siątki - oznaj­mił.

- Tak? To może zna­łeś tego Ma­te­usza?

Da­wid za­sta­no­wił się. Po­li­czył coś na pal­cach.

- Nie. Za duża róż­nica wieku. Kiedy ja koń­czy­łem, on chyba jesz­cze nie za­czął na­wet pierw­szej. Może ma star­szego brata, sio­strę?

- Je­dy­nak - wy­ja­śnił ad­wo­kat i klep­nął Da­wida w ra­mię. - Wy­sia­daj. Nie­chaj cię przed­sta­wię na­szej chle­bo­daw­czyni. Tylko bła­gam. Żad­nych głu­pich nu­me­rów, głu­pich tek­stów albo od­zy­wek, ja­sne? Wy­star­czy, że się ubra­łeś w te szmaty. - Wska­zał na skó­rzaną kurtkę i bluzę z kap­tu­rem.

- Sorry, ale gar­ni­tur mam w pra­niu.

Ad­wo­kat wy­ce­lo­wał w niego pal­cem. Był tak bli­sko, że jesz­cze kilka cen­ty­me­trów i wy­dłu­bałby mu oko.

- Wła­śnie o tym mó­wi­łem, mały. Wła­śnie o tym.

PRO­LOG

U Świę­tego An­to­niego za­bili w dzwony. Ma­ria za­sty­gła z no­żem nad szy­ko­waną wła­śnie ka­napką.

- Na którą to? - za­py­tała ciotka z są­sied­niego po­koju.

- Na dzie­wiątą.

- To mamy czas - stwier­dziła ciotka, ale w jej gło­sie brzmiały nie­po­kój i pre­ten­sja.

Ma­ria wes­tchnęła i wró­ciła do przy­go­to­wy­wa­nia śnia­da­nia. Pierw­sze ko­mu­nie za­wsze bu­dziły w niej złe wspo­mnie­nia. Ze swo­jej pa­mię­tała głów­nie przy­ję­cie już po. Czer­wony na twa­rzy oj­ciec pod­rzu­cał ją pod sam su­fit. W gło­wie krę­ciło się jej od in­ten­syw­nego za­pa­chu wódki i przy­wie­zio­nych ze wsi na­le­wek, a oczy łza­wiły od wi­szą­cego siwą chmurą dymu pa­pie­ro­sów marki Sport. Zwy­mio­to­wała i na oj­cow­ską twarz, ko­szulę oraz ulu­biony kra­wat w prążki po­le­ciał wie­lo­barwny paw zło­żony ze zdo­by­tych z tru­dem ja­jek, wę­dlin, ciast i cze­ko­lady.

Póź­niej była ko­mu­nia jej młod­szego brata. Wspi­nali się na ro­snącą na po­dwórku wierzbę i ska­kali z co­raz wy­żej po­ło­żo­nych ko­na­rów na miękką, mo­krą i pach­nącą zmur­sza­łymi li­śćmi zie­mię. Pod­czas jed­nego z tych sko­ków za­ha­czyła ple­cami o wy­sta­jącą ga­łąź, po­rwała wyj­ściową su­kienkę z fal­ban­kami i ze­rwała wi­sio­rek. Łań­cu­szek od­na­la­zła wśród ko­rzeni, ale złoty krzy­żyk za­gi­nął na za­wsze. Oj­ciec znowu był wtedy pi­jany, więc matka sama wy­jęła mu pa­sek ze spodni (wśród chi­cho­tów i za­chę­ca­ją­cych okrzy­ków ze­bra­nych go­ści) i za­mknęła się z Ma­rią w jej po­koju, bi­jąc ją za karę zbyt długo i zbyt mocno.

Wresz­cie, naj­gor­sza z tych wszyst­kich, ko­mu­nia Ma­te­usza. Czy­tał wtedy prze­jęty frag­ment Sta­rego Te­sta­mentu. Ubrany jak pan młody, w śliczny ma­lutki gar­ni­tur z białą muszką i ka­mi­zelką. Z wło­sami lśnią­cymi od żelu, za­cze­sa­nymi ele­gancko na bok. Jej mały skarb. Jak się przy­go­to­wy­wał do tej chwili. Ile razy czy­tał ten krótki frag­ment w domu! Za­wsze wra­cał ze szkoły, rzu­cał ple­cak w kąt i ścią­gał z półki za­ku­rzoną Bi­blię Ty­siąc­le­cia, a po­tem pro­sił, żeby po­ka­zać mu "jego tekst". Po­wta­rzał go so­bie tyle razy, że na­wet Ma­ria znała go już na pa­mięć.

Stra­ciła tę jego wielką chwilę. Nie po­tra­fiła się sku­pić, bo trzy rzędy za nią, tro­chę po pra­wej, sie­działa ONA. Ma­ria czuła na swoim karku JEJ pa­lący wzrok. Pe­łen wzgardy i lek­ce­wa­że­nia. Czemu wtedy przy­szła? Ma­ria za­uwa­żyła JĄ jesz­cze przed mszą. Pro­siła, żeby so­bie po­szła, żeby nie psuła jej tego pięk­nego dnia. A ONA od­po­wie­działa ob­łud­nie, że nie ma po­ję­cia, o co jej cho­dzi, i po­parła te słowa te­atral­nym ge­stem. Ma­ria, zde­spe­ro­wana, ze łzami w oczach, bła­gała męża, żeby coś zro­bił. Wzru­szył ra­mio­nami, mó­wiąc, że prze­cież nie bę­dzie ni­kogo z ko­ścioła wy­rzu­cał, a ONA ma prawo tam być. Naj­gor­sze było jed­nak to, że ko­le­żanki z pracy, z ulicy, ze szkoły od Ma­te­usza, wszyst­kie matki, żony, ciotki, babki, wszyst­kie one wie­działy i szep­tały mię­dzy sobą, po­mię­dzy mo­dli­twami, o Ma­rii, o NIEJ i o nie­wier­nym mężu. Ma­ria nie mo­gła się sku­pić na li­tur­gii, na Ma­te­uszu, na jej ma­łym, pięk­nym męż­czyź­nie, kiedy przy­stę­po­wał do tego naj­waż­niej­szego z sa­kra­men­tów.

Ni­gdy w ży­ciu nie czuła się tak upo­ko­rzona.

Mie­siąc póź­niej mąż od niej od­szedł. Zo­sta­wił ją i zo­sta­wił Ma­te­usza. Po na­stęp­nych czte­rech mie­sią­cach ONA przy­szła do Ma­rii za­pła­kana, prze­ra­żona i drżąca. Bła­gała, żeby ją wy­słu­chała, żeby dała jej nu­mer do męża. Ma­ria tylko ła­god­nie za­trza­snęła jej drzwi przed no­sem.

- No, gdzie jest Ma­te­usz? - za­py­tała ner­wowo ciotka, wcho­dząc do kuchni.

Czuła się u Ma­rii wy­jąt­kowo swo­bod­nie, czego do­wo­dem było to, że nie wło­żyła ko­szuli. Ob­wi­słe, po­marsz­czone piersi, nie­udol­nie za­mknięte w po­sza­rza­łym od czę­stego pra­nia biu­sto­no­szu, ko­ły­sały się w rytm jej kro­ków.

- Przyj­dzie - od­po­wie­działa Ma­ria.

- Ko­cha­nie, ale gru­biej po­krój tę wę­dlinkę - rzu­ciła ciotka, spo­glą­da­jąc na ta­lerz.

- To nie ja po­kro­iłam, tylko w skle­pie.

- Oczy­wi­ście, ko­cha­nie. Ale jakby nie zdą­żył?

- Zdąży.

- Ale jakby.

- To pój­dziemy pie­chotą.

Ciotka skrzy­wiła się, się­ga­jąc po ka­napkę.

- Z mo­imi no­gami?

- To nie­da­leko.

- Nie mó­wi­ła­byś tak, ko­cha­nie, gdy­byś była w moim wieku.

- To za­mó­wimy tak­sówkę.

- A zdą­żymy? I daj drugi ta­le­rzyk, ko­cha­nie. Dla Zdzi­sia zro­bię śnia­danko. I ja­kieś wa­rzywko byś do­kro­iła. Do­brze, skar­bie? A w ogóle to sama po­win­naś zro­bić prawo jazdy. Ja to już je­stem za stara, ale ko­biety w twoim wieku to mają prawa jazdy i same pro­wa­dzą sa­mo­chody. Nie ro­zu­miem, dla­czego ty byś nie mo­gła.

Ma­ria wy­cią­gnęła ze zmy­warki ta­lerz, sta­ra­jąc się igno­ro­wać prze­mowę ciotki. W lo­dówce zna­la­zła po­mi­dora. Skro­iła go szybko i na­ło­żyła. Ciotka wzięła por­cję dla sie­bie i wuja. Wy­cho­dząc z kuchni, rzu­ciła jesz­cze:

- I kawki byś zro­biła, do­brze, skar­bie? I żeby Ma­te­uszek zdą­żył. Za­dzwoń do niego może, co?

Ma­ria nie chciała mó­wić, że już dzwo­niła. Trzy razy. Chło­pak nie od­bie­rał. Pew­nie spał albo miał wy­łą­czoną ko­mórkę. W naj­gor­szym ra­zie zgu­bił, bo prze­cież nie wia­domo, gdzie się szla­jał z kum­plami. Ostat­niej nocy miał spać u Szy­mona Majki, na Gwar­dii Lu­do­wej. Nie­da­leko, zdąży wró­cić. Tłu­ma­czył, że chciał zro­bić miej­sce dla wujka i ciotki, żeby mo­gli u nich po­miesz­kać w kom­for­cie i spo­koju. Ma­ria wie­działa, że ta na­gła tro­ska o wu­jo­stwo była tylko pre­tek­stem, żeby spę­dzić noc na włó­cze­niu się po klu­bach, pi­ciu albo gra­niu na kom­pu­te­rze. Dla­tego się nie zgo­dziła. Od­po­wie­dział jej, że skoń­czył osiem­na­ście lat i nie może mu już roz­ka­zy­wać. A ona au­to­ma­tycz­nie pod­nio­sła głos, że do­póki żyje pod jej da­chem, to... W efek­cie skoń­czyło się na tym, że wrzesz­czała na niego, kiedy się ubie­rał, a on, wy­cho­dząc, trza­snął drzwiami tak mocno, że za­drżały szyby w oknach. Ma­te­usz był kie­dyś roz­sąd­nym chło­pa­kiem. Po roz­wo­dzie, kiedy był jesz­cze mały prze­cież, pięk­nie się nią opie­ko­wał. Po­mógł jej sta­nąć na nogi. Nie ro­zu­miała, co się z nim stało przez ostat­nie lata. Jakby ktoś pod­mie­nił jej śliczne, grzeczne dziecko na wred­nego i zło­śli­wego gnoma. Po­dej­rze­wała, że to wina jego dziew­czyny. Miała na niego zły wpływ.

Ma­ria zer­k­nęła na ze­ga­rek. Było już pięt­na­ście po dzie­wią­tej. Mamy czas, uspo­ka­jała się. Na pewno za­spał. Ko­mórka mu wy­sia­dła, na­wet nie za­uwa­żył kiedy, i bu­dzik nie za­dzwo­nił. Za­raz sam się obu­dzi i za dwa­dzie­ścia mi­nut, góra pół go­dziny wpad­nie tu­taj zdy­szany, z prze­pro­si­nami. Oczy­wi­ście ich nie przyj­mie. Spoj­rzy na niego lo­do­wato i przez całą uro­czy­stość i przy­ję­cie bę­dzie da­wała mu do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo jest na niego ob­ra­żona i jak bar­dzo ją za­wiódł. On bę­dzie uda­wał, że ni­czego nie wi­dzi, więc bę­dzie mu­siała na­ro­bić mu wstydu. Opo­wie o wszyst­kim ca­łej ro­dzi­nie. Albo po­zwoli, żeby ciotka to zro­biła. Już ją prze­cież świerz­bił ję­zyk.

Za­pa­rzyła kawę. Z szafki wy­cią­gnęła kubki i roz­lała ją do nich.

- Kawa go­towa! - krzyk­nęła w głąb miesz­ka­nia. Nikt jej nie od­po­wie­dział. Je­śli ciotka z wuj­kiem są­dzą, że przy­nie­sie im do po­koju, to grubo się mylą. Wyj­rzała przez ku­chenne okno na po­dwórko. Ni­g­dzie nie do­strze­gła syna. Za­częła sprzą­tać.

Ma­te­usz nie prze­pa­dał za ro­dzin­nymi zjaz­dami. Tak samo jak ona, a ko­mu­nia ku­zynki była ta­kim zjaz­dem, i to naj­gor­szego ro­dzaju. Ale Ma­te­usz bar­dzo lu­bił "Po­twora", jak na­zy­wał dziew­czynkę, i wprost uwiel­biał wujka. Nie od­pu­ściłby. Szcze­gól­nie że wu­jek był dość bo­ga­tym czło­wie­kiem i im­preza też miała być na bo­gato. Wu­jek pla­no­wał ja­kieś atrak­cje, szwedzki stół i obiad we wło­skiej re­stau­ra­cji urzą­dzo­nej w sta­rym spi­chle­rzu. No i Ma­te­usz chciał prze­cież zo­ba­czyć, ja­kie pre­zenty do­sta­nie "Po­twór". Wcze­śniej go­ście otrzy­mali li­stę ży­czeń. Czego na niej nie było! Lalki, kon­sole, ta­blety, ko­mórki, apa­raty, ka­mery i inne cuda. Ma­ria czy­tała to z ro­sną­cym nie­do­wie­rza­niem. Za jej cza­sów wy­star­czał złoty łań­cu­szek i ze­ga­rek albo ro­wer, je­śli ktoś miał szczę­ście.

- Masz że­lazko? Bluzka mi się po­mięła - ode­zwała się ciotka, wcho­dząc do kuchni z pu­stymi ta­le­rzami. Wrzu­ciła je do zlewu, cho­ciaż Ma­ria pro­siła po­przed­niego wie­czoru, żeby od­kła­dała je od razu do zmy­warki, i z dez­apro­batą spoj­rzała na kubki. - Kawa? Ale już zimna! Czemu nie wo­ła­łaś?

- Wo­ła­łam!

- Nic nie sły­sza­łam. To masz to że­lazko, ko­cha­nie?

Ma­ria my­ślała, że się prze­sły­szała. Za kogo ciotka ją uwa­żała? Oczy­wi­ście, że miała że­lazko w domu. Pralkę i od­ku­rzacz rów­nież.

- Przy­nieś bluzkę.

Już kilka mi­nut póź­niej stała nad de­ską, pra­su­jąc nie tylko bluzkę ciotki, ale też płó­cienne spodnie wuja i jego ko­szulę. Kiedy skoń­czyła, do­cho­dziło wpół do dzie­sią­tej. Od­nio­sła rze­czy wu­jo­stwu. Sama wró­ciła do sy­pialni. Wy­jęła z szafy wcze­śniej przy­go­to­wany kom­plet i prze­brała się w czarną spód­nicę, białą ko­szulę i ja­sny ża­kiet. Do­ło­żyła do tego cie­li­ste raj­stopy i srebrną bi­żu­te­rię.

Było za pięt­na­ście dzie­siąta, kiedy do jej po­koju zaj­rzała ciotka.

- To może za­dzwoń jed­nak po tę tak­sówkę.

- Mamy czas.

- No ale tak­sówka musi do­je­chać.

- Ma­te­usz za­raz wróci - stwier­dziła Ma­ria, si­ląc się na spo­kój. Gdyby te­raz za­mó­wiła tak­sówkę, zdą­ży­liby pew­nie na uro­czy­stość. Kiedy po­ja­wiłby się wresz­cie Ma­te­usz, na jej pre­ten­sje wzru­szyłby tylko ra­mio­nami i po­wie­dział, że prze­cież świet­nie po­ra­dzili so­bie bez niego i że nie ma żad­nego pro­blemu. Nie za­mie­rzała po­zwo­lić mu na od­po­wiedź, że prze­cież nic się nie stało. Je­śli mieli się spóź­nić i stać w ko­ściele, to trudno. Spóź­nią się i będą stać. Do tego Ma­te­usz pew­nie przez całą noc pił. I pa­lił z ko­le­gami. Nie zdąży się po­rząd­nie wy­ką­pać. Po­je­dzie śmier­dzący wy­żło­pa­nym pi­wem i pa­pie­ro­sami. I do­brze. Niech się wsty­dzi. Niech świeci oczyma przed wu­jo­stwem. Niech tłu­ma­czy "Po­two­rowi", dla­czego wali od niego ta­nią wódką. Była wście­kła. Nie miał prawa jej tak za­wieść. Dzie­sięć razy pro­siła, żeby wró­cił na dzie­wiątą.

- To może cho­ciaż za­dzwoń do niego? - po­pro­siła ciotka.

Ma­ria wie­działa, że to bez­ce­lowe, ale się­gnęła po ko­mórkę. Zro­biła to tylko po to, żeby ciotka się wresz­cie od­cze­piła. Wy­brała nu­mer. Słu­chała sy­gnału nie­odbie­ra­nego po­łą­cze­nia, kiedy roz­legł się dzwo­nek do drzwi. Od­rzu­ciła te­le­fon na łóżko.

- Wi­dzisz, już jest - po­wie­działa, mi­ja­jąc ciotkę.

Do­piero na ko­ry­ta­rzu do­tarło do niej, że Ma­te­usz prze­cież miał swoje klu­cze. Nie mu­siał dzwo­nić. Na­ci­snęła klamkę.

Zo­ba­czyła dwóch męż­czyzn. Je­den z nich był umun­du­ro­wa­nym po­li­cjan­tem. Drugi no­sił dżinsy i wpusz­czoną w nie żółtą ko­szulę z krót­kimi rę­kaw­kami. Z kie­szonki na piersi wy­sta­wały mu oku­lary prze­ciw­sło­neczne o lu­strza­nych szkłach.

W pierw­szej chwili Ma­ria po­my­ślała, że Ma­te­usz wpadł w ja­kieś kło­poty. Wdał się w bójkę czy coś i te­raz sie­dzi w aresz­cie. Ale po­ważny wzrok tego nie­umun­du­ro­wa­nego spra­wił, że nogi się pod nią ugięły.

- Bar­dzo mi przy­kro - po­wie­dział męż­czy­zna. - Bar­dzo mi przy­kro.

2

Pod­szedł tak bli­sko kra­wę­dzi da­chu, że pod sto­pami miał kil­ku­na­sto­me­trową prze­paść. W gło­wie Da­wida po­ja­wiła się nie­przy­jem­nie po­cią­ga­jąca myśl, żeby zro­bić krok na­przód.

Na dole, w miej­scu, gdzie kilka mie­sięcy wcze­śniej od­na­le­ziono ciało Ma­te­usza Po­laka, do­strze­gał ma­leńką syl­wetkę psa. Zwie­rzak z no­sem przy ziemi szu­kał naj­lep­szego miej­sca, żeby się za­ła­twić. Jego wła­ści­ciel, męż­czy­zna w żół­tej kurtce, stał kilka me­trów da­lej. Da­wid po­zwo­lił, żeby z ust wy­pły­nęła mu kro­pla śliny i spa­dła na zie­mię. Wy­chy­lił się nie­znacz­nie, żeby spraw­dzić, czy tra­fił w czwo­ro­noga. Ślina znik­nęła mu z oczu gdzieś po­mię­dzy szó­stym a siód­mym pię­trem.

- My­śli­cie, że zdą­żył zmie­nić zda­nie? - za­py­tał.

Ad­wo­kat z do­zorcą spoj­rzeli po so­bie, nie ro­zu­mie­jąc.

- No wie­cie - cią­gnął - jak już sko­czył. Tu­taj jest dość wy­soko. Tro­chę mu to za­jęło, za­nim się­gnął gleby. Może w trak­cie po­my­ślał so­bie: "O kurwa, co ja ro­bię! Nie chcę! Jak to za­trzy­mać?!". A wtedy...

Kla­snął z ca­łych sił w otwarte dło­nie. Ad­wo­kat sap­nął i otarł wierz­chem dłoni czoło. Miał czter­dzie­ści pięć lat, ale wy­glą­dał co naj­mniej na pięć­dzie­siąt pięć. Jego mię­si­ste usta nie­przy­jem­nie ko­ja­rzyły się ze śli­ma­kami, a nie­równe, krza­cza­ste brwi upo­dab­niały go do pu­cha­cza. Miał na so­bie szary gar­ni­tur. Poły ma­ry­narki ło­po­tały na wie­trze, od­sła­nia­jąc ciemne plamy potu pod pa­chami.

- Tylko nie mów ta­kich rze­czy matce.

Da­wid uśmiech­nął się sze­roko i od­szedł od kra­wę­dzi. Wsa­dził dło­nie w kie­sze­nie spodni, bo mimo że świe­ciło wrze­śniowe słońce, tu­taj, wy­soko na szczy­cie bloku, było dość chłodno.

Prze­szedł kil­ka­na­ście kro­ków w prawo. Spor­towe buty lekko od­bi­jały się od nie­równo uło­żo­nej papy. Roz­glą­da­jąc się do­okoła, wi­dział da­chy oko­licz­nych blo­ków, po­tem smętną zie­leń Lasu Ła­będz­kiego, a w od­dali osie­dle Wa­ryń­skiego i bryłę fa­bryki Opla. Po dru­giej stro­nie do­strzegł drew­nianą wieżę ra­dio­sta­cji gli­wic­kiej, a da­lej na ho­ry­zon­cie do­mi­no­wała już nie­równa sza­rość reszty aglo­me­ra­cji ślą­skiej. Po­my­ślał, że to na­wet ładny wi­dok. Ale pew­nie wszystko jest ładne, je­śli się pa­trzy na to z od­po­wied­niego dy­stansu.

Pod po­de­szwami po­czuł coś śli­skiego. Na­chy­lił się i dwoma pal­cami pod­niósł ka­wa­łek gumy. Kiedy się zo­rien­to­wał, czym jest zna­le­zi­sko, pod­kradł się do ad­wo­kata i znie­nacka po­trzą­snął mu tym przed no­sem. Męż­czy­zna stęk­nął za­sko­czony i usko­czył do tyłu.

- Bierz to ode mnie! - krzy­czał, rów­no­cze­śnie ma­cha­jąc ener­gicz­nie rę­koma.

Da­wid za­chi­cho­tał i po­ka­zał zu­żytą pre­zer­wa­tywę do­zorcy. Ten wzru­szył ra­mio­nami. Był ni­skim, drob­nym męż­czy­zną, który cały to­nął w ro­bo­czym kom­bi­ne­zo­nie.

- Mło­dzi tu­taj ro­bili im­prezy. Jak po­li­cja przy­szła wtedy, to było tu pełno pu­szek po pi­wie, bu­te­lek. Kon­do­mów też. Po­zbie­ra­li­śmy wszystko, ale to mu­sie­li­śmy prze­ga­pić.

- Ale co, nikt ze spół­dzielni nie wie­dział, że ma­cie na da­chu im­pre­zow­nię?

- Do­wie­dzia­łem się do­piero, jak przy­szła po­li­cja. Otwie­ram im kłódkę, otwie­ram właz, pa­trzę, a tu­taj pełno śmieci. W pierw­szej chwili my­śla­łem, że to ci ro­bot­nicy, co kła­dli papę, ale re­mont mie­li­śmy dwa lata wcze­śniej. Od tego czasu tylko okre­sowe kon­trole.

Męż­czy­zna prze­rwał na chwilę, żeby po­cią­gnąć no­sem, i chciał mó­wić da­lej, ale Da­wid dał mu ge­stem znak, że wy­star­czy.

- Wy­rzuć to wresz­cie - po­pro­sił ad­wo­kat.

- No co ty! - ob­ru­szył się Da­wid. - To może być prze­ło­mowy do­wód w spra­wie. Ślad, który po­li­cja prze­oczyła, a dzielny pry­watny de­tek­tyw...

- Wy­wal to!

Da­wid wy­pu­ścił pre­zer­wa­tywę spo­mię­dzy pal­ców, a po­tem wy­tarł je w chu­s­teczkę. Która zresztą za­raz po­tem wy­lą­do­wała obok zu­ży­tego kon­doma.

- Ro­bimy tu­taj coś jesz­cze? - za­py­tał ad­wo­kat.

Da­wid po­krę­cił prze­cząco głową. Ru­szyli do wyj­ścia. Pierw­szy scho­dził ad­wo­kat. Dy­szał, pró­bu­jąc sto­pami wy­ma­cać dra­binkę. Przez chwilę wy­da­wało się, że za­kli­nuje się po­mię­dzy szcze­bel­kami, ale wresz­cie udało mu się uwol­nić nogę. Przy oka­zji szarp­nął zde­cy­do­wa­nie za mocno, tra­cąc rów­no­wagę, i na wpół zle­ciał, na wpół zsu­nął się na dół. Za nim po­szedł Da­wid. Ostatni był do­zorca. Za­mknął pro­wa­dzącą na dach klapę i do­łą­czył do męż­czyzn.

- Coś jesz­cze pa­no­wie chcą po­oglą­dać?

- Nie.

Do­zorca spoj­rzał na nich zna­cząco, prze­su­wa­jąc wzrok od jed­nej twa­rzy do dru­giej. Da­wid trą­cił ra­mie­niem ad­wo­kata i sam po­szedł do windy. Ką­tem oka doj­rzał jesz­cze, jak me­ce­nas wrę­cza do­zorcy stu­zło­towy bank­not.

5

- Gdzie jest moja żona?

- W domu.

- Na pewno? Ko­lega wi­dział ją w cen­trum han­dlo­wym, w Fo­rum.

Da­wid za­klął bez­gło­śnie.

- No bo była w Fo­rum. Wró­ciła ja­kieś pół go­dziny temu. Te­raz sie­dzi znowu w domu i ni­g­dzie nie wy­cho­dzi.

Za­częło mu się ro­bić go­rąco. Co ten Ba­liczka kom­bi­no­wał? Spraw­dzał go? I jaki ko­lega? Fa­cet nie miał ko­le­gów. Był smut­nym pa­ta­fia­nem, któ­rego nikt nie lu­bił i któ­rego każdy omi­jał sze­ro­kim łu­kiem. Ale ten pa­ta­fian od kil­ku­na­stu ty­go­dni za­pew­niał Da­wi­dowi bli­sko po­łowę do­cho­dów i głu­pio by­łoby go stra­cić.

- A pan jest...?

- Przed pań­skim do­mem. Na ob­ser­wa­cji, tak jak było to umó­wione.

Da­wid z mocno bi­ją­cym ser­cem cze­kał na re­ak­cję. Miał na­dzieję, że nic ani nikt go te­raz nie zdra­dzi.

Kiedy ode­brał te­le­fon, wszedł do pierw­szego po­koju z brzegu. Przy­pad­kiem tra­fił na sy­pial­nię Ma­te­usza. Ściany po­ma­lo­wane były na chłodny nie­bie­ski ko­lor. Pod jedną stała me­blo­ścianka z biur­kiem i kom­pu­te­rem. Na dru­giej, nad łóż­kiem, wi­siał sza­lik Pia­sta Gli­wice i pla­kat z pił­ka­rzami pierw­szej dru­żyny, ku­piony w klu­bo­wym skle­piku. Na krze­śle cią­gle le­żały ubra­nia, które chło­pak pew­nie przy­go­to­wał so­bie na ko­mu­nię ku­zynki - biała ko­szula i nowe nie­bie­skie dżinsy. Do tego bok­serki w pa­ski i czarne skar­petki. Da­wid szu­kał wzro­kiem rze­czy oso­bi­stych. Zna­lazł dwa zdję­cia. Oba w ram­kach, oba bli­sko sie­bie. Na jed­nym z nich na oko dzie­się­cio­letni Ma­te­usz w ob­ję­ciach matki. Ko­bieta, na­wet młod­sza o kil­ka­na­ście lat, spra­wiała nie­przy­jemne wra­że­nie. Jej uścisk też był dziwny. Nie­na­tu­ralny i agre­sywny. Jakby pró­bo­wała zmie­nić swoje ra­miona w łań­cu­chy. Na dru­giej fo­to­gra­fii był do­ro­sły Ma­te­usz. Te­raz to on obej­mo­wał cał­kiem ładną blon­dynkę. Co dziwne, po­wta­rzał za­bor­czą pozę matki. Uśmie­chał się krzywo.

- A to do­brze - ode­zwał się wresz­cie prze­pra­sza­ją­cym to­nem Ba­liczka. - My­śla­łem, że może się panu wy­mknęła.

Da­wid za­śmiał się nie­szcze­rze.

- Nie, to nie­moż­liwe. Nikt mi się nie wy­mknie. Nikt. Mam pana żonę na oku. Je­śli tylko bę­dzie pró­bo­wała się spo­tkać z ja­kimś męż­czy­zną, to na­tych­miast wszystko udo­ku­men­tuję. Bę­dzie pan miał piękne fotki dla sądu.

- Dzię­kuję i prze­pra­szam, że zaj­muję czas. Skoro pan wszyst­kiego pil­nuje.

- Pro­szę się o nic nie mar­twić - uspo­koił Ba­liczkę Da­wid i roz­łą­czył się.

Scho­wał te­le­fon do kie­szeni. I wtedy zo­rien­to­wał się, że w drzwiach stoi matka Ma­te­usza. Za­sta­na­wiał się, ile sły­szała.

- Pro­szę tu­taj nie wcho­dzić - po­wie­działa ostro. - Nie wolno!

- Mu­sia­łem... Mu­sia­łem ode­brać. Ważna sprawa. Oso­bi­sta. Już wy­cho­dzę.

Mi­nął ją i wró­cił do kuchni. Usiadł obok Ro­sol­skiego, który spio­ru­no­wał go wzro­kiem. Da­wid zmu­sił się do zro­bie­nia prze­pra­sza­ją­cej miny.

- To o czym roz­ma­wia­li­śmy? - za­gaił, kiedy do­łą­czyła do nich ko­bieta.

- Że wy­daje się pan za młody na de­tek­tywa - po­wie­działa po cią­gną­cej się w nie­skoń­czo­ność chwili mil­cze­nia.

- Uzna­li­śmy, że w tych oko­licz­no­ściach wiek pana Da­wida jest za­letą. Bę­dzie mu ła­twiej na­wią­zać kon­takt z ko­le­gami i ko­le­żan­kami pani syna. Być może dzięki temu do­trze do no­wych tro­pów, które nam umknęły - wtrą­cił się Ro­sol­ski.

Ko­bieta nie wy­da­wała się prze­ko­nana. Za­ło­żyła ręce na pier­siach, a jej usta zmie­niły się w cienką czarną kre­skę.

- I mimo wieku pan Da­wid ma już duże do­świad­cze­nie - do­dał ad­wo­kat.

- Wła­śnie sły­sza­łam - mruk­nęła w od­po­wie­dzi. - Dla­czego wy­brał pan ten za­wód?

- Pan Da­wid... - za­czął Ro­sol­ski.

- Pana Da­wida wła­śnie py­ta­łam - prze­rwała mu ostro.

Da­wid za­sta­na­wiał się przez mo­ment, co po­wi­nien od­po­wie­dzieć. Po­sta­no­wił skła­mać.

- Nar­ko­tyki - za­czął i po­czuł, jak ad­wo­kat ko­pie go pod sto­łem. - Stu­dio­wa­łem prawo w Kra­ko­wie. Wpa­dłem w złe to­wa­rzy­stwo. Za­czą­łem ćpać. Na­wet nie wiem, jak wy­le­cia­łem ze stu­diów. Ale od dwóch lat je­stem czy­sty. Żad­nych dra­gów. Żad­nego al­ko­holu. Cza­sami pa­pie­ros, ale też sta­ram się rzu­cić. Przez na­łóg nie ukoń­czy­łem stu­diów. Na pracę w po­li­cji z moją prze­szło­ścią nie mia­łem co li­czyć. Wie­dzy praw­ni­czej star­czyło aku­rat na li­cen­cję de­tek­ty­wi­styczną. Te­raz sta­ram się za­ro­bić tro­chę pie­nię­dzy i wró­cić. Zro­bić ma­gi­sterkę. Po­tem, je­śli się uda, apli­ka­cję.

Ad­wo­kat wstrzy­mał od­dech, cze­ka­jąc na re­ak­cję klientki. Ko­bieta, po­cząt­kowo na­pięta jak struna, nie­po­strze­że­nie roz­luź­niła się, a ką­ciki jej ust wy­gięły się w gry­mas, który można by uznać za za­po­wiedź uśmie­chu.

- Przy­naj­mniej jest pan szczery - przy­znała. - I kto wie. Może pan, z pań­ską prze­szło­ścią...

Nie do­koń­czyła. Da­wid po­wstrzy­mał się, żeby nie po­słać Ro­sol­skiemu trium­fu­ją­cego spoj­rze­nia.

- Wpro­wa­dził pan pana Da­wida w tę sprawę? - za­py­tała.

- Oczy­wi­ście, pani Ma­rio - przy­tak­nął ad­wo­kat.

- Skoro tak, to ro­zu­mie pan, dla­czego uwa­żam, że mój syn nie po­peł­nił sa­mo­bój­stwa? - Tym ra­zem kie­ro­wała swoje słowa do Da­wida.

- Prze­glą­da­łem akta, które do­star­czył mi pan Ro­sol­ski. Rze­czy­wi­ście, ist­nieje w tej spra­wie wiele bar­dzo dziw­nych oko­licz­no­ści, które nie zo­stały wy­ja­śnione ani przez pro­ku­ra­turę, ani po­li­cję.

- Przy­kła­dowo?

Zro­zu­miał, że go spraw­dzała. Przy­mknął po­wieki, przy­po­mi­na­jąc so­bie wszyst­kie fakty do­ty­czące śmierci Ma­te­usza Po­laka.

- Nie znamy do­kład­nego prze­biegu ostat­niej nocy jego ży­cia. Wiemy, o któ­rej wy­szedł z domu. Wiemy, gdzie miał spać tam­tej nocy. Wiemy, że spo­tkał się ze zna­jo­mym, ale szybko opu­ścił jego to­wa­rzy­stwo. Nie wia­domo za to, co się z nim działo przez co naj­mniej dwie go­dziny przed śmier­cią. Ko­lejna sprawa to stan zwłok. Były w za do­brym sta­nie jak na upa­dek z tej wy­so­ko­ści. Miały za to ob­ra­że­nia, które su­ge­rują po­bi­cie. Nie jest wy­klu­czone, że pani syn zgi­nął gdzie in­dziej, a jego ciało tylko pod­rzu­cono pod bu­dy­nek, żeby za­su­ge­ro­wać po­li­cji sa­mo­bój­stwo.

Udało mu się zdać test. Ma­ria Po­lak zu­peł­nie za­po­mniała o tym, że bez po­zwo­le­nia wpa­ko­wał się do po­koju jej zmar­łego syna. Kilka razy przy­tak­nęła ener­gicz­nie, nie­malże wbi­ja­jąc so­bie brodę w pierś.

- Tak, tak, tak - po­wta­rzała - tego wszyst­kiego nie spraw­dzono. Nie spraw­dzono. Prawda, me­ce­na­sie?

- Prawda - po­twier­dził ad­wo­kat.

- Ale pan to zbada? - zwró­ciła się do Da­wida.

- Naj­le­piej, jak tylko po­tra­fię.

- Do­brze. Pro­szę to w ta­kim ra­zie zro­bić. Niech pan znaj­dzie za­bój­ców mo­jego syna.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

1

Wy­pis z grupy na Fa­ce­bo­oku "Znajdźmy Ali­cję!"

Zwróć­cie uwagę na mniej wię­cej 4:36. Po­stój tak­só­wek, fa­cet w sza­rym płasz­czu. Idzie w stronę Zwy­cię­stwa. Mija się z Alą. Co się dzieje póź­niej. Wi­dzi­cie to? 4:40. Przy­staje. Za­sta­na­wia się nad czymś. Za­wraca. On idzie za ALĄ! Co się z nim da­lej dzieje? Dla­czego nie ma go na in­nych fil­mach? Czyżby wie­dział, gdzie na dworcu są ka­mery, jaki jest ich kąt wi­dze­nia? Po­tra­fił się przed nimi cho­wać? Kim jest czło­wiek w SZA­RYM PŁASZ­CZU?!

Też zwró­ci­łam na niego uwagę. W ogóle się nie po­ja­wia ni­g­dzie. Nikt o nim nie pi­sze, czyżby ktoś go chro­nił?!

Chro­nił :D Ja­sne, od razu spi­sek. Po­wiem ci dla­czego. Bo to nasz PRE­ZY­DENT był. PRE­ZY­DENT był czło­wie­kiem w sza­rym płasz­czu!

To nie jest śmieszne. Cie­bie to nie dziwi? Jest czło­wiek, czło­wiek, który wi­dział Alę, który za nią po­szedł na sto pro­cent, a który na­gle znik­nął. Nikt się nim nie in­te­re­suje, nikt nie wie, kto to był, skąd się tam wziął.

Do­kład­nie! A mu­simy pa­mię­tać, że dworce ko­le­jowe to czę­sto miej­sca, w któ­rych różni pe­do­file i zbo­czeńcy wy­pa­trują swo­ich ofiar! Ame­ry­ka­nie na­zy­wają ich pre­da­tors - łowcy. Szu­kają dzieci, które ucie­kły z domu, za­gu­bio­nych na­sto­lat­ków, bied­nych dzie­cia­ków. Mo­gło się zda­rzyć, że to był wła­śnie taki pre­da­tor. I Ala wpa­dła mu w oko. Dla­tego za nią po­szedł. Co wię­cej, tacy pre­da­to­rzy zwy­kle dzia­łają w gru­pach. Czę­sto się zda­rza, że są czę­ścią lo­kal­nego układu. Tak jak było w spra­wie Klubu Pe­do­fi­lów z Dworca Cen­tral­nego. Kogo tam nie było. U nas może być po­dobny klub. Dla­tego nikt się nie in­te­re­suje czło­wie­kiem w sza­rym płasz­czu. Za­dzwo­nił po pro­stu do swo­ich ko­le­gów z po­li­cji, pro­ku­ra­tury i za­ła­twił sprawę. Oni się wła­śnie tak chro­nią na­wza­jem.

Uwaga! Uwaga! Pre­da­to­rzy w Gli­wi­cach! Dzwo­nić po Schwa­rze­neg­gera!

No prze­cież mó­wi­łem, że to sam PRE­ZY­DENT!

Spie­przaj­cie, trolle!

Tacy lu­dzie zwy­kle mają swoje "te­reny ło­wiec­kie". Po­dej­rze­wam, że ci, któ­rzy pra­cują na dworcu, już ich tam do­sko­nale znają. Ka­sje­rzy, ochro­nia­rze i przede wszyst­kim - tak­sów­ka­rze. Czy ktoś ma kon­takty w tym śro­do­wi­sku? Mógłby się roz­py­tać o czło­wieka w sza­rym płasz­czu?

Przy­po­mi­nam, że ona prze­cież ku­piła bi­let do Wro­cła­wia! Wsia­dła do po­ciągu, a po­tem z niego wy­sia­dła. Mamy od­czyty z bil­lin­gów! Nie szu­kaj­cie sen­sa­cji tam, gdzie jej nie ma. Praw­dziwe py­ta­nie - do kogo ona je­chała do Wro­cła­wia?! A może przed kim ucie­kała?

Prze­cież już po­wie­dziane - przed PRE­DA­TO­REM!