Jak Putin idzie do władzy
Witold Jurasz: Gdy mówi się o Putinie, zawsze podkreśla się jego
wszechwładzę i zdecydowanie. Wiemy, że nie był zawsze wszechwładny, bo
na początku był jedynie pierwszym pośród równych sobie. Potem stał się
sędzią, rozjemcą między frakcjami i dopiero później sięgnął po pełnię
władzy. O ile na początku był oświeconym carem -?reformatorem, to z czasem stał się już tylko carem bez tego elementu reformatorskiego, a jeszcze później władcą absolutnym, który mało kogo chyba już słucha. Z kolei owo zdecydowanie, umiejętność podejmowania decyzji, też
ewoluowało. Zastanawiam się, czy żeby zrozumieć, kim on naprawdę jest,
trzeba obserwować go w tym obecnym, finalnym zapewne wcieleniu, czy też
przyjrzeć się jego początkom. Jak idzie do władzy nowy car?
Hieronim Grala: Początki były skromne. Mam gdzieś w archiwum zdjęcia
Putina z początku lat dziewięćdziesiątych, które mój kolega ze studiów,
wtedy wicekonsul, zrobił w Konsulacie Generalnym RP w Petersburgu. Putin
tam wygląda jak nadliczbowe, wyrzucone z gniazda, wronie pisklę -?tu
jakieś pióro sterczy, tam jakaś opadająca powieka, skrzywiony dziób.
Słowem -?nie żul i nie kloszard, tylko taki zabiedzony sowiecki urzędnik
drugiego sortu. Ten Lipsk, z jego enerdowską, czyli też biedną, ale
jednak jakąś tam klasą, spłynął z niego kompletnie.
WJ: A petersburskiej klasy nie miał?
HG: Nie, bo on się nie wywodził z elity północnej stolicy, czy chociażby
inteligencji. To był do szpiku kości sowiecki człowiek. Nie miał żadnej
charyzmy. Był w pruski sposób zorganizowany, zasadniczy, mógł być nawet
w czekistowski sposób dowcipny i cięty, ale nie był trybunem ludowym,
nie był duszą towarzystwa, mówił językiem oszczędnym. I nie był pięknym
mężczyzną. Później strasznie napinał te mięśnie, ta goła klata, to
zdjęcie wierzchem na niedźwiedziu, ten żuraw przewodnik latający w kluczu, to wszystko było jakby funkcją jego kompleksów.
WJ: Czyli radziecka estetyka, radziecki styl i radziecki "mindset"?
HG: Dokładnie tak, przy czym ze strojem na początku były dosyć duże
problemy, które nawet rodziły pewien rezonans międzynarodowy, jak to
miało miejsce z jego słynnym zdjęciem z Blairem, na którym on ma bardzo
dziwny garnitur na sobie. Nie dość, że marynarka na nim wisi, to jeszcze
coś dziwnego się dzieje ze spodniami. Spodnie są workowe, krok,
przepraszam, na kolanach, co przypomina mi złotą maksymę pewnego
przedwojennego adwokata, który mówił, że podlaski chłop ma taki
specjalny sposób noszenia spodni, że "jak nie czuje klamry od paska na
jajach, to myśli, że mu portki spadły". To były jakieś takie dziwne
workowate spodnie, składające się w harmonijkę na butach i na kolanach.
I to wzbudziło wtedy takie zdumienie, że po powrocie od Blaira zadano
pytanie na konferencji prasowej, co to się stało i czemu prezydent tak
wyglądał. Rzecznik Kremla udzielił wówczas zupełnie bezprecedensowej i po prostu niemądrej odpowiedzi, mówiąc, że Putin nosi tego typu spodnie,
ponieważ ma egzemę na nogach.
Ale od pewnego momentu on się coraz więcej uczył, coraz lepiej go
ubierano. Bardzo dobrze zrobiła mu też w pewnym momencie separacja z żoną Ludmiłą, bo ona z dobrego gustu też nie słynęła. Słowem -?Putin
długo miał problemy z garderobą, zwłaszcza oficjalną: a to zsuwał mu się
atłasowy pas do smokingu, a to we fraku wyglądał jak okulbaczony... Z jaskółkami, smokingami były takie problemy, że teraz już występuje
wyłącznie w garniturach. No nie da się inaczej! Jeden z jego kolegów z KGB mówił mi: "Panie, gdyby pan go jeszcze zobaczył w mundurze
galowym!". I to nie był komplement.
WJ: Teraz się ubiera bardzo oszczędnie, ale też gustownie, w takim
biznesowym stylu. Mnie uderza w jego stroju tylko to, że on ma zawsze
idealnie wyprasowaną koszulę i idealnie zawiązany krawat, który po
prostu nigdy nawet na milimetr nie odstaje w którąś stronę. Tak jakby
strój jak w zwierciadle odbijał tego pułkownika KGB.
HG: Zaczęliśmy od stroju, bo w nim, jak w soczewce, widać ewolucję
Władimira Władimirowicza. W polityce było podobnie, początki miał bardzo
skromne. Żadnej wielkości. Trafił do Petersburga, bo nie miał dokąd
pójść. Był sierotą po zbankrutowanej służbie. Duża część ludzi
zdymisjonowanych, bez pracy -?nie z powodu lustracji, po prostu nie było
dla nich miejsc -?poszła do instytucji państwowych. Administracja wtedy
się rozwijała, bo następowała dekompozycja władzy, struktury partyjne
trzeba było zamienić strukturami administracyjnymi. Kiedyś panowała
logika, wedle której partia kierowała, a rząd rządził, a tu nagle teraz
struktury KPZR przestały istnieć. Trzeba było czymś tę lukę wypełnić.
Rozbudowywano więc administrację, potrzeba było coraz więcej urzędników.
No i tacy właśnie, z takim przetarciem, doświadczeniem, sprawnością,
takie Putiny pasowały. Pasowali oczywiście do północnego zachodu Rosji,
który przylegał do świata zachodniego, bo tuż obok przebiega granica
fińska i ta część kontynentalnej Rosji to było okno do kontaktów z Europą.
WJ: Putin miał jakieś szczególne talenty?
HG: Miał przeszłość w KGB, czyli niejako z automatu zakładano, że będzie
solidny, wierny i dobrze zorganizowany.
WJ: Ale nim to się stało, jest też czas, gdy Putin, po wycofaniu z Lipska, jest praktycznie bezrobotny.
HG: Tak. Zostaje wówczas pracownikiem wydziału zagranicznego
Uniwersytetu Petersburskiego, czyli krótko mówiąc, jest od inwigilacji
pracowników i studentów. I tam poznaje mera Petersburga Anatolija
Sobczaka -?wówczas potęgi politycznej nie tylko zresztą w samej
północnej stolicy, ale w ogóle w całym kraju. I Sobczak go ze sobą
bierze do Smolnego, czyli wówczas siedziby merii. W Smolnym narodziło
się wówczas sporo wielkich karier.
WJ: To niejako tradycja, bo w tymże Smolnym ginie w 1934 Siergiej Kirow,
czyli lider bolszewików w Leningradzie, co oznacza usunięcie ostatniej
przeszkody stojącej na drodze Stalina do pełni władzy.
HG: Pytałeś, czy Putin miał jakieś talenty. Nie sądzę, żeby ktoś ich w ogóle szukał. To w gruncie rzeczy jest bezpieczniak przeniesiony do
merii. On wówczas jest graczem drugiej, jeśli wręcz nie trzeciej ligi w skali miejskiej. On nie został wyniesiony do góry, że tak to ujmę, windą
KGB. On w KGB pełnił funkcje służebne i tam kariery wielkiej ani nie
zrobił, ani też nic jej nie zapowiadało. Podpiął się do Sobczaka,
Sobczak go za sobą pociągnął, wciągnął go do polityki. W momencie kiedy
Sobczak traci wpływy, upada, przegrywa wybory, ale jest ciągle w łasce u Jelcyna, to doradza Jelcynowi. I wówczas bierze Putina ze sobą do
Moskwy. Bo Putin w Petersburgu też jest człowiekiem przegranym.
WJ: Mamy jeszcze jeden dowód tego, że Putin został wywindowany nie windą
KGB-owską. Otóż jest taka regularność, jeżeli obserwuje się kariery,
również w naszym kraju. To jest charakterystyczny rys, po którym można
poznać kogoś, kto ma związki z bezpieką. Mianowicie, ludzkie kariery to
jest sinusoida. Raz do góry, raz do dołu. Niektóre są takie, że są
zawsze na wznoszącej. Ale w ramach nich są tąpnięcia. Otóż jeżeli ktoś
nie ma tąpnięć w karierze, tylko przez trzydzieści lat cały czas idzie
do góry, to znaczy, że jest jakaś siła, jakaś tajemna organizacja, która
go popycha. Że nawet jak przez moment coś się dzieje źle, to zawsze jest
ktoś, kto pomoże. Putin ma moment, w którym, jak sam potem powiedział,
jeździł wręcz jako taksówkarz, co dla oficera KGB jest upadkiem. I to
oznacza w mojej ocenie dwie rzeczy. Po pierwsze, że struktura machnęła
na niego ręką. I po drugie, że on będzie miał związaną z tym traumę i że
będzie chciał się odegrać. Bo w takiej sytuacji można się albo załamać,
albo zacisnąć zęby, ale to będzie zawsze takie mniej lub bardziej mściwe
zaciśnięcie zębów.
HG: Potem mamy tego bardzo symboliczny dowód. Jak zostaje mianowany
przez Jelcyna szefem Federalnej Służby Bezpieczeństwa, to jemu się
należy z rozdzielnika stopień generalski. Teraz się mówi o jego
skromności, że on odmówił przyjęcia tego stopnia. Tymczasem on się nie
odważył, bo tam siedzieli naprawdę trzygwiazdkowi generałowie, którzy
wtedy jeszcze mieli potężne wpływy, a on dopiero zaczynał pływać na
szerokich wodach.
WJ: Zawsze było widać chyba jakiś taki resentyment u niego, nieprawdaż?
Jak jeszcze był mały, to koledzy mu dokuczali, co świetnie opisuje w swojej książce Krystyna Kurczab-Redlich. Po to zaczyna ćwiczyć judo,
żeby już go koledzy więcej nie bili. Idzie do służb, żeby się zemścić na
swoim środowisku. Otóż jak się patrzy na niego i na to, jak on traktuje
te służby, to ja widzę w tym dokładnie powtórkę. To jest znów
resentyment.
HG: On nie budził w ludziach szacunku. Jest relacja Putina o tym, jak
dzień po wygranych wyborach wchodzi do Smolnego Jakowlew, a Putin jako
wierny sobczakowiec pisze zwolnienie z pracy i odchodzi, jak się
wydawało wtedy, w niebyt, bo składa dymisję. Ale jest też druga wersja,
którą opowiadał uczestnik tej sceny, jak Jakowlew wchodzi do Smolnego i przy wejściu czeka na niego jak petent wystraszony, zgarbiony Putin z jakimiś papierami. To była teczka, więc raczej nie był to wniosek o dymisję, wykonuje dwa kroki w kierunku Jakowlewa. Jakowlew był wysokim,
potężnym mężczyzną, metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Patrzy z góry na
Putina i mówi do swojego współpracownika: "Uberi ot mienja etowo
pederasta".
WJ: Czyli "weź stąd tego pedała".
HG: Tak. Przypominam wszakże, że w języku rosyjskim słowo "pederast" nie
jest jednoznaczne. Nie oznacza wyłącznie mniejszości seksualnej.
WJ: Tylko jest pogardliwym określeniem.
HG: Jak uniwersalna semantyka słowa "faszysta". Faszystą jest chociażby
ten, kto cię oszuka na rynku, sprzedając ci gruszki dwa razy drożej.
WJ: Pederastą może być dziwkarz, mający kolejne kochanki, który nigdy w życiu nawet się za rękę nie trzymał z innym mężczyzną, ale go nie
lubisz, więc nazwiesz go pederastą.
HG: Kiedy Putin dochodzi do władzy, w zasadzie jest zależny od łaski
Jelcyna i wsparcia jego klanu rodzinnego, poszerzonego, powiedzmy, o Czubajsów, o Wołoszynów i tak dalej. Natomiast ma przed sobą konkretną
rzeczywistość. Ma elitę władzy, którą wtedy obliczano mniej więcej tak,
że prawie osiemdziesiąt procent to są dawni, na ogół już powyżej
średniego wieku, funkcjonariusze partii komunistycznej i dwadzieścia
procent to są siłowiki. A on ma zająć stanowisko, ma się umocnić.
Wiadomo, że nie był jedynym kandydatem. Wiadomo, że poważnych
kontrkandydatów miał ze środowiska prawdziwych siłowików.
WJ: Oficerów wyższego szczebla niż on, bo on doszedł ledwie do
podpułkownika, przy czym awans dostał za wysługę lat, czyli na tle tych
prawdziwych pułkowników i generałów jest mało znaczący.
HG: Dokładnie tak i dlatego wie, że ci starzy i silni mogą jego awans na
szefa FSB kwestionować, więc on musi stworzyć własny legion, swoją
kohortę pretorianów, która będzie tylko jemu oddana. I tutaj następuje
szybka kadrowa karuzela, wymiana na ludzi absolutnie lojalnych,
sprawdzonych i takich, którym od lat dowierza, wśród których są, co jest
dosyć ciekawe, również tacy, którzy byli niegdyś wyżej od niego. To
potem się zmieni, bo tak naprawdę z tej pierwszej grupy osób, z którymi
on od zawsze niejako współpracuje, zostały już nieliczne osoby. Bo
jednak Patruszew i Naryszkin to było co innego. On miał z nimi robocze
kontakty, ale to nie byli bliscy mu ludzie, z którymi on pracował w Petersburgu. Tam zostali Sieczin, Miedwiediew, który tak nawiasem
mówiąc, był na początku takim najmimordą tylko, wynajmowanym do pisania
ekspertyz prawnych, jak były zarzuty korupcyjne wobec Putina w Smolnym.
Ale był też, o czym się zapomina, Siergiej Czemiezow (obecnie szef
potężnego koncernu Rostech -?potentata w zakresie uzbrojenia i wysokich
technologii), który przecież był szefem Putina w Lipsku. Nad nimi był
jeszcze Nikołaj Tokariew, generał FSB, który został prezydentem
Transniefti.
WJ: Był w tym towarzystwie też Władimir Jakunin, czyli wieloletni szef
kolei -?ale on chyba wypadł z bliskiego kręgu.
HG: Jakunin był z lepszej kategorii, bo Jakunin to był jednak wywiad
zagraniczny. To była inna kasta. Pułkownik wywiadu zagranicznego to był
ktoś, bo jednak co innego śledzić, kto przemyca wódkę albo na murze coś
bazgrze przeciw władzy radzieckiej, a coś zupełnie innego pracować jako
oficer wywiadu. To była zawsze inna grupa i dlatego na przykład Siergiej
Naryszkin, czyli szef Służby Wywiadu Zagranicznego, na tle tych
zwykłych, jak to się w Rosji mawia, "kagiebeszników", to jednak
imponował i poziomem, i też klasą.
WJ: I tutaj ważna uwaga. W służbach są dwa rodzaje ludzi. Są ludzie od
prymitywnej roboty. No takie po prostu bezpieczniaki. I są ludzie,
którzy są książętami służb. Obydwaj spotkaliśmy i jednych, i drugich.
Problem polega na tym, że zawsze jest tak, że im większa jest rola służb
w państwie, tym kmioty w służbach zaczynają wypierać tych naprawdę
mądrych. Ten podział był chyba bardzo wyraźny w Rosji. Pytanie, z której
grupy wywodzi się Putin.
HG: Z tej gorszej gildii.
WJ: Jemu domalowano, dorysowano, dodano obraz wywiadowcy. Tymczasem
nigdy nie był żadnym wywiadowcą, bo przecież służąc w NRD, żadną realną
szpiegowską pracą się nie zajmował.
HG: Został wybrany jako ten, którego słabość jest gwarancją przetrwania
środowiska jelcynowskiego, oni w niego zainwestowali, przerzucili na
niego swoje aktywa, by zagrodził drogę komunistom i wszelkim innym. I miał pozostać wdzięczny. Skądinąd trzeba przyznać, że on wobec klanu
Jelcyna akurat zachował się lojalnie. Nie pozbawił ich majątku, żadnych
rozliczeń nie było. Natomiast bardzo umiejętnie ograniczył wpływy ludzi
z jelcynowskiego dworu, tak naprawdę, z tego środowiska w jego otoczeniu
już praktycznie nikogo nie ma.
Putin u władzy
WJ: No i zostaje Putin prezydentem i praktycznie od razu zachwyca
Rosjan. Co jest w nim takiego, że szybko zdobywa popularność?
HG: Prezydentem zostaje popularnym, bo jest teflonowy, ale ludzie tego
teflonu nie zauważają. Wyróżnia go fizyczność, bo on jest realnie
fizycznie sprawny. Po czterech pokoleniach władców Kremla, gerontokracji
i po starzejącym się w ekspresowym tempie alkoholiku przychodzi facet,
który zrobił ze swojej fizyczności wizytówkę. Mamy migawki z sal
treningowych, ćwiczy, rzuca przeciwników na matę i tak dalej. To potem
dojdzie do tego absurdalnego poziomu autokreacji: prezydent z gołym
torsem wierzchem na niedźwiedziu.
WJ: Umysłowo też jest sprawny, bo inteligencji odmówić mu się nie da,
choć nie jest to żaden intelektualista. Nie ma formatu męża stanu, ale
może to wcale nie jest słabość w oczach elektoratu? Do tego dochodzi
taki specyficzny kagiebowski styl, takie jakby cwaniactwo, ale chyba
trzeba zarazem dodać, że wydawał się mieć nowoczesną wizję państwa.
Głosił wolę reform, nie wiem, czy pamiętasz to jego słynne pierwsze
przemówienie, w którym opowiadał o tym, jak bardzo Rosja odstaje od
świata. Czy on naprawdę chciał coś zmienić na lepsze, czy tylko udawał
technokratę? A może w którymś momencie zrozumiał, że i tak niczego nie
zmieni, za to zachłysnął się pieniędzmi i władzą?
HG: Nieważne. Na tle jelcynowskiego burdelu to każdy sprawny oficer KGB
jawił się technokratą.
WJ: I to jest w zasadzie istota rzeczy. Rzeczywiście, i być może to jest
element, którego my na Zachodzie i my w Polsce nie zauważyliśmy, system
jelcynowski to był niebywały bajzel. Są takie rosyjskie filmy Brat,
Brat 2 i Żmurki, czyli trupki. To są tarantinowskie w klimacie
filmy. Rosja jelcynowska to jest rzeczywiście, szukam właściwego słowa,
rozp... całkowity.
HG: Stąd wspomnienie, że on to uporządkował, bo w końcu zaczęto po
półrocznej przerwie wypłacać emerytury. Nauczyciele dostali pensje po
dwóch latach. Ludzie to pamiętają. Podobny mechanizm obserwujemy na
sąsiedzkiej Białorusi, gdzie autorytet po wsiach ma Łukaszenka, bo
uporządkował system świadczeń socjalnych i wzmocnił rolę państwa jako
pracodawcy. Oczywiście, kto tego nie przeżył, kto nie widział z bliska
Rosji schyłkowego okresu jelcynowskiego, ten nie jest sobie w stanie
wyobrazić, jaką zmianą jakościową były rządy pierwszej ekipy
putinowskiej, gdzie nagle się okazało, że można wygenerować środki na
opędzenie pierwszych potrzeb. On skądinąd ma świadomość, że na tym
zasadza się część jego legendy. Dlatego tak mocno inwestował w to, żeby
na przykład nie było inflacji, respektował to, co my traktujemy jak
umowę społeczną. Dla niego to nie jest umowa społeczna, dla niego to po
prostu jest pewna część propagandy władzy. Tak naprawdę na tle różnych
wydatków państwowych koszty te są znikome, ale za Jelcyna to wszystko,
pamiętajmy, przestało działać. Rosyjskie społeczeństwo to są nadal
sieroty po Związku Sowieckim. I dzięki temu Putinowi się udało. I to się
udaje do dzisiaj.
WJ: Markiz de Custine przytacza w swoich Listach z Rosji słynny
dialog, gdy car pyta: "Co się dzieje w moim państwie?" i w odpowiedzi
słyszy: "Kradną". Poziom zdemoralizowania ludzi, traktowania państwa
jako łupu, pieniędzy jako czegoś, co należy ukraść, jest tak niebywały,
że bez dozy odgórnego zamordyzmu to państwo się zawsze będzie
rozlatywać. Czy ten putinowski sukces nie jest pochodną tego, że Putin
rozumiejąc to, ściągnął lejce?
HG: Owszem. Ale kraść nie przestali, tylko teraz trzeba było mieć zgodę
na kradzież.
WJ: Przejdźmy do współczesności. Powiedziałeś kiedyś w odpowiedzi na
moje pytanie, czy Putin to współczesny Stalin, że tak, ale on jest
Stalinem z roku 1952, a nie 1937. Stalin z roku 1937 jest w stanie zabić
każdego, Stalin z roku 1952 nie może zabić Żukowa, bo przychodzi Koniew
i mówi mu, że marszałkowie zwycięstwa tego nie zaakceptują. Dziś
marszałkami zwycięstwa są ci, którzy doszli do władzy albo się
wzbogacili po 1989 roku, ergo Putin może niby wszystko, ale nie do
końca, bo nadal ma wokół siebie te wszystkie klany, które są ze sobą
powiązane rodzinnie, towarzysko, majątkowo, więzami przyjaźni,
przeszłością uniwersytecką, KGB-owską, wszelaką inną. To jest tak gęsta,
niezatomizowana sieć, że Putin nie jest w stanie na przykład zamordować
kogoś rzeczywiście ważnego w tym systemie. Dlatego że ten ktoś jest
rodzinnie powiązany z kimś innym i nie wiadomo, jakie to spowoduje
zmiany. Gdy słyszymy, że zginął kolejny ważny menedżer Gazpromu, albo -
czytałem takie tytuły -?oligarcha, to jest to w istocie nieprawda, bo w ostatnim czasie nie zginął żaden, nie został zamordowany żaden
prawdziwie ważny oligarcha. Owszem, framugi okien okazują się wyjątkowo
nietrwałe i ludzie są w stanie z okna wypaść, jak są średniego albo
nawet wyższego rzędu menedżerami, ale nie właścicielami Rosji.
HG: Jakkolwiek strasznie to brzmi, gdy pomyślimy o Buczy, ale znacznie
przesadzamy z opisem rosyjskiej despotii. Nie jest zasadne mówienie o rosyjskim totalitaryzmie, Rosja jest totalitarna punktowo.
WJ: Z jednej strony mówimy, że panuje tam absolutna cenzura, ale YouTube
nadal działa, każdy może na YouTubie oglądać sobie opozycyjne kanały
internetowe. Facebook niby nie działa, tyle że to też nieprawda, bo
przez VPN działa. Natomiast YouTube działa zupełnie swobodnie, hula. Czy
Rosja nie jest aby patchworkową dyktaturą? To znaczy ona zawsze była
taka, zawsze było inaczej w Czeczenii, a inaczej w Moskwie, a jeszcze
inaczej w Saratowie. W Saratowie będzie źle, w Czeczenii będzie bardzo
źle, a w Moskwie będzie umiarkowanie źle. Bo do 1937 roku nadal jest
daleko.
HG: I to jest istota sprawy, bo dla Rosjan punktem odniesienia nie jest
umiarkowana dyktatura, ale właśnie ta stalinowska.
WJ: Oni tego, jak by to powiedział jakiś psycholog, nie przepracowali?
HG: Nijak nie.
WJ: Wróćmy do Putina. Jeżeli spojrzeć na Rosję dzisiaj i przypomnieć
sobie rok 2000, czyli dwadzieścia trzy lata temu, to w 2000 roku Chiny
były już na wzroście, ale jeszcze nie mówiło się, że są, tylko że
dopiero staną się drugim mocarstwem świata. One w istocie taką pozycję
miały, ale jednak to nie było tak oczywiste. I oto mijają dwadzieścia
trzy lata rządów człowieka, który, jak już wspominałem, podczas
inauguracji mówi o tym, że Rosja odstaje, ale dzisiaj ta sama Rosja, jak
widzimy, stacza się. My, myśląc o Rosji, widzimy straszliwe zagrożenie.
Amerykanie określają Rosję -?usłyszałem kiedyś takie wyrażenie od
attaché obrony USA -?jako "fading power". I w mojej opinii to jest
absolutnie świetne, niestety nieprzetłumaczalne na polski wyrażenie.
Fading, czyli zachodzące, schodzące, blaknące. Zanikające mocarstwo. I w gruncie rzeczy ta diagnoza jest absolutnie prawdziwa. Bo Rosja w każdym
wymiarze, w każdej statystyce schodzi i blaknie. W perspektywie
dwudziestu lat ona się jedynie lewarowała, myśmy ją przez działania
służb widzieli jako znacznie potężniejszą, niż ona była. Jak to się
stało, że Putin tej Rosji nie zreformował?
HG: Myślę, że składa się na to kilka elementów. Po pierwsze,
zachłyśnięcie się władzą. Po drugie, pieniędzmi. Po trzecie, w którymś
momencie chyba również jakaś taka rezygnacja z prób reform. Nie wiem,
czy to nie jest też tak, że ich się z tą elitą i tym społeczeństwem nie
dało przeprowadzić?
WJ: No ale ustalmy jedno. Czy na początku choć przez chwilę on chciał
być takim współczesnym Stołypinem (jeden z ostatnich premierów carskiej
Rosji)?
HG: Jeśli tak, to przez bardzo krótko. Porównanie ze Stołypinem jest o tyle swoją drogą celne, że Stołypin zginął w zamachu w 1911 w Kijowie. I po tym zabójstwie w Kijowie system był już skazany na klęskę. Mija sto
lat i system znów zaczyna umierać właśnie w Kijowie, czy też pod Kijowem
w tym przypadku, bo jak wiemy, Rosjanie do Kijowa nie weszli.
Majestat władzy
WJ: Jak zmieniał się Putin u władzy?
HG: Kiedyś to był primus inter pares, potem rozjemca, następnie car. Nie
mniej ważne jednak było i to, że po kadencji Miedwiediewa on chyba
zaczął naruszać ten wcześniejszy model, gdzie wielu polityków miało do
niego bezpośredni dostęp. Ludzi, którzy nawet nie zawsze piastowali
pierwszoplanowe funkcje państwowe, ale mieli zawsze możliwość wejścia do
niego i powiedzenia prawdy w oczy. On po kolei ich się pozbył. Z tego
środowiska, z tych ludzi mu najbliższych już mało kto został. Został
chyba Bastrykin, czyli szef komitetu śledczego, który jest jego kolegą
ze studiów, ze szkolnej ławy. Takim człowiekiem był mający do niego
przez długie lata zawsze dostęp, kiedyś wyżej od niego usytuowany w strukturze wywiadowczej, par excellence prawdziwy, porządny szpieg,
czyli późniejszy szef kolei żelaznych, Jakunin. Jakunin nagle mniej
więcej w 2015 roku zaczyna wyparowywać z politycznej rzeczywistości i w zasadzie nie do końca wiadomo, co się stało. Przypuszczalnie za często
mówił prawdę. Wcześniej wyleciał po różnych bojach o wyrwanie dla siebie
jak największych uprawnień w służbach leningradzki przełożony i przyjaciel Putina, czyli szef służby antynarkotykowej, Wiktor
Czerkiesow. A jednocześnie było parę osób, które powinny były wylecieć
na pysk, a cały czas zachowywały wpływ i dostęp, i zachowują je do
dzisiaj.
WJ: Charakterystyczne, jak Putin dobiera sobie ludzi. Pierwszą zasadą
była lojalność, drugą umiejętności, w tej właśnie kolejności. Problem
polega na tym, że do któregoś momentu przepustką do tego zasobu
kadrowego była lojalność, ale też wiedza. I to był ten moment
szczytowego putinizmu, który opisałem w Demonach Rosji. To był
putinizm w jakiś sposób imponujący w sensie technokratycznym. Oni
rzeczywiście byli fachowcami.
HG: Pierwsze dwie kadencje.
WJ: Pierwsze dwie kadencje to naprawdę są technokraci. A potem coś się
takiego stało, że zaczęła się liczyć już tylko lojalność. I nic już
więcej, i zaczynają się coraz większe błędy. Nie masz wrażenia, że to
się i tak stosunkowo późno stało? Chodzi mi o to, że prezydent Rosji ma
tak niebywałą władzę, że w zasadzie jeśli Putinowi nie odbiło od razu,
to i tak dobrze o nim świadczy. I nie chodzi mi nawet o władzę
wynikającą z konstytucji, która jest taka, że choćby ultrapacynkę
obsadzić na stanowisku prezydenta, to i ultrapacynka będzie mieć realną
władzę. Bardziej chodzi mi, to, że -?tu w zasadzie powinien być dodatek
audio do tej książki, że jak Putin wchodzi do tej głównej sali na
Kremlu, to nagle słychać taki dostojny...
HG: ...majestatyczny...
WJ: ...dokładnie, taki zupełnie nieznany nigdzie indziej na świecie głos,
który ogłasza "PREZIDIENT ROSSIJSKOJ FIEDERACII WŁADIMIR WŁADIMIROWICZ -
tu pauza -?PUTIN". To jest wypowiadane tym samym głosem jak wówczas, gdy
na plac Czerwony wjeżdżają czołgi, gdy się zaczyna parada zwycięstwa. To
jest mówione tak, że ciarki przechodzą. Czy to nie jest tak, że władza
tam jest, może nie boska, ale sakralna w swym charakterze, że jakby
konia zrobili, nie senatorem jak w Rzymie, ale prezydentem, to i ten koń
mógłby rządzić?
HG: W zasadzie, odwracając to rozumowanie, coś podobnego zaprezentował w sporze z Nadieżdą Krupską po śmierci Lenina Józef Wissarionowicz Stalin.
Powiedział: "Zamknij się, głupia, bo w przeciwnym razie przegłosujemy
tutaj, w kierownictwie, że Włodzimierz Iljicz nigdy nie miał żony". Po
prostu, koniec kropka. Władza ma moc stanowienia rzeczywistości, czy jak
się obecnie mówi realu. Poza tym ten majestat, o którym mówisz -
niesłychanie interesującą lekcją byłoby porównanie XIX-wiecznych marszów
wojskowych i hymnów wojskowych różnych kultur europejskich. Rosyjskie
mają niewiarygodny zawsze patos. Wystarczy dzisiejsze hymny porównać.
Dwa najważniejsze utwory patriotyczne rosyjskie, czyli hymn Związku
Radzieckiego i dzisiejszej Rosyjskiej Federacji, oraz Święta wojna
(Swiaszczennaja wojna) są takie, że po prostu przechodzą przez
człowieka ciarki.
WJ: Co do hymnu -?obydwie, a w zasadzie nawet wszystkie trzy jego wersje
-?stworzone są przez ojca słynnego reżysera Nikity Michałkowa.
HG: A wiesz, że Nikita Michałkow poważnie rozważał zaproponowanie
Jelcynowi swojej kandydatury na następnego prezydenta Federacji
Rosyjskiej? Wiesz, co miało spełnić przedwyborczą funkcję propagandową?
Film Cyrulik syberyjski. Michałkow najpierw wmawiał wszystkim, że
wzorcem dla modernizującej się Rosji ma być Aleksander III, a potem sam
się sportretował w jego roli, dostojnie, na mocarnej kobyle i w bogatym
uniformie. I ponoć on naprawdę wierzył, że ma szanse, a tu nici z tego
wyszły. Jeszcze na dokładkę Borys się zdenerwował.
WJ: Wróćmy do Putina i jego ekipy. Mówiliśmy już, że oni też kradli. To
jakim cudem udało im się zbudować legendę ludzi uczciwych, którą w zasadzie dopiero Nawalny podważył?
HG: Jedno trzeba przyznać ekipie putinowskiej, zwłaszcza tego wczesnego
i środkowego okresu, że w tym uwłaszczaniu się, w tej grabieży, nie było
takiej bezczelnej ostentacji, która to bezczelna ostentacja w późnym
okresie jelcynowskim była widoczna. Tylko jakie tego efekty? Putin
zgromadził nieporównanie większą fortunę niż cała elita jelcynowska
razem wzięta. Ale społeczeństwo dzięki temu, że nie było w tym
ostentacji, w zasadzie tego nie widziało. To jest ta różnica. To, że
kradną, to rzecz zupełnie naturalna. Korupcja jest wpisana w istotę
funkcjonowania struktur państwowych. Jest takie rosyjskie powiedzenie -
jeżeli bierzesz za dużo, niż ci wypada z twojego statusu społecznego,
"nie po rangu bieriosz". Putin i jego otoczenie biorą "po rangu", ale
też nie dopuszczają, żeby z zakłóceniem rangi brali inni.
WJ: Czy Putin ma charyzmę?
HG: Jako mówca długo był sprawny, potrafił dobrze użyć tego, co mu
przygotowywano, ale potrafił również wrzucić jakiś dowcip, potrafił coś
dopowiedzieć, miał specyficzną mimikę, ponieważ demonstrował takie
powściągliwe, ironiczne poczucie humoru, taki specyficzny typ uśmiechu,
z lekkim poczuciem wyższości, takie właśnie dyskretne poczucie humoru.
Jak powiedział coś dowcipnego, sam się nie śmiał, bo nie wypada. To na
ogół było przygotowane, ale nie można mu odmówić pewnego, powiedziałbym
scenicznego, talentu. Bo jednak różne zdarzały mu się dyskusje z salą,
dużym audytorium i on sobie naprawdę dobrze radził. Najlepiej jednak
jako mówca czuł się w takich momentach, kiedy mógł zademonstrować
twardość i taką, powiedziałbym, brutalność narracji. Ale to było kiedyś.
Od kilku lat widać wyraźny fizjologiczny i intelektualny zjazd. Jego
spotkania z młodzieżą szkolną, spotkania ze studentami, spotkania z forum młodych historyków w większości dowodzą, że jednak ten umysł ulega
degradacji.
WJ: Wspomniałeś, że dobrze się czuł, mogąc pokazać siłę, ale tu trzeba
zaznaczyć, że Putin raczej nie klnie. Jest brutalny, ale nie klnie.
Podobno, gdy jest wściekły, ma zwyczaj ściszania głosu, mówi wówczas
przyciszonym głosem, przeciągając głoski. A że ten jego legendarny stół,
za którym siedzi, ma bodaj piętnaście metrów długości, to ledwie go
słychać.
HG: Jest jeszcze jeden trik, który Putin stosuje. Istnieje otóż gradacja
form towarzyskich, bardziej i mniej demokratycznych. W wąskim kręgu on
prawie ze wszystkimi był na ty. Przez pierwsze dwie kadencje, jeżeli się
spotykało sześciu czy ośmiu współpracowników na naradach, on był z nimi
na ty. Tych, z którymi był na ty, w jego otoczeniu praktycznie już nie
ma.
WJ: Patrząc na kody kulturowo-polityczne znane na Zachodzie, gdyby
szukać kogoś z Zachodu podobnego do Putina, to chyba najbliżej mu było
do Gerharda Schrödera i Silvia Berlusconiego. To są dwaj politycy
zachodni, którzy się z nim najbardziej zbliżyli. Obydwaj skądinąd w moich oczach symbolizują, chwilowy na szczęście, upadek demokracji
zachodniej. Zwróć uwagę, że ich łączy jedno. Wszyscy -?i Putin, i Schröder, i Berlusconi to typowi arywiści. Czy to nie jest
nieprzypadkowe, że najlepiej się dogadywał z tymi właśnie facetami?
HG: Oczywiście, że nieprzypadkowe. Chirac czy chociażby Blair byli dla
niego zbyt sztywni...
WJ: Jest jeszcze jedna rzecz, którą warto opowiedzieć, a która doskonale
charakteryzuje Putina. Otóż, jest taka piękna historia, jak przyjeżdża
Sarkozy, zresztą ten sam numer Rosjanie zrobili wcześniej Javierowi
Solanie, a była to skądinąd też metoda przedwojennych prostytutek
warszawskich, to znaczy, jeżeli do wódki doda się wody utlenionej -
teraz są środki chemiczne, które jeszcze lepiej działają -?to po dwóch
kieliszkach jest się wstawionym. I jest taka słynna konferencja prasowa
Sarkozy'ego, na której to Sarkozy sprawia wrażenie człowieka praktycznie
pijanego. No i wszyscy to interpretowali jako wielki triumf Rosjan. Nie
wiem, jak to zmieniło stosunek Sarkozy'ego do Putina, ale wiem, jak to
zmieniło stosunek Javiera Solany do Putina. Javier Solana, któremu to
samo zrobili Rosjanie, uznał Putina po prostu za prostaka. Problem
polega na tym, że Javier Solana wówczas się wyróżniał na tle tej
europejskiej elity. I to jest może istota problemu...
HG: Dokładnie. Nie był wcale Władimir taki znów genialny, tylko trafił
na wyjątkowo słabych przeciwników.
WJ: No i jeszcze jeden element. Putin, możemy chyba spokojnie założyć,
pięćdziesiąt procent czasu poświęcał na politykę zagraniczną.
HG: Jak nie więcej. Jego siłą było to, że nie bał się wybitnych
indywidualności wokół siebie i w pewnych dziedzinach, w których się
gorzej orientował, potrafił delegować władzę. Również dlatego
oczywiście, że on jest w gruncie rzeczy dosyć leniwy, więc były segmenty
władzy, które go mało interesowały. W pewnym momencie całą gospodarkę
delegował na Aleksieja Kudrina, który jako wicepremier odpowiadał za
sprawy ekonomiczne. Stąd też wybitna obecnie pozycja szefowej banku
centralnego Elwiry Nabiullinej.
Putin prywatnie
WJ: Nawet w tym czasie, kiedy jeszcze zakres wolności w Rosji był
stosunkowo duży, nigdy nie dotyczył opisywania skandali wokół samego
Władimira Władimirowicza. Ale wiemy o tym, że jego relacje z żoną,
przynajmniej z tych plotek, które do nas dochodziły, że był, jeśli nie
przemocowcem, to w każdym razie człowiekiem, który żonę traktował...
HG: ...bił ją, bił, to wiadomo jeszcze z czasów lipskich. Z jej różnych
wypowiedzi o nim powstawało wrażenie człowieka co najmniej szorstkiego.
W Lipsku interweniowali przełożeni. W istocie bywał agresywny, tyle że
ona całkowicie mu się podporządkowała. Była taka pyszna scena z wyborem
imienia dziecka, kiedy ona ma inną wizję, on ma inną wizję. Ludmiła
powiedziała kiedyś, że gdy on wybrał w końcu imię, to ona po prostu
wiedziała, że nie ma już na to wpływu, i popłakała się.
WJ: Z Ludmiłą się rozwiódł. Potem przypisywano mu związek z urodziwą i utytułowaną gimnastyczką Aliną Kabajewą. Mówiono, że Putin jest ojcem
jej dziecka.
HG: Jak jest naprawdę, tego nikt nie wie, a tych dzieci też swoją drogą
nie widujemy. Wątek Kabajewej jest o tyle zabawny, że pojawił się
ostatnio termin na określenie Putina, który -?odnosząc się do pokaźnej
różnicy wieku między domniemanymi kochankami -?jest cudny w swej
urodzie. Nie Wowa, nie Władimir Władimirowicz, ale "staruszek Kabajew"
(starik Kabajew). Jak to pierwszy raz usłyszałem, to zawyłem z zachwytu. To jest tak rosyjskie. To jest bardziej morderczy cios, niż
gdyby w tym momencie rakieta ukraińska spadła na "pierwszego" w środku
Moskwy. Bo to go ośmiesza.
WJ: Kabajewa nie była jedyną, z którą wiązano Putina. Była jeszcze
kickbokserka, jak dobrze pamiętam.
HG: No tak, mistrzyni świata w boksie i kick-boxingu -?Natalia Ragozina.
Putinowi przypisuje się też dziecko ze związku z niejaką Swietłaną
Kriwonogich. To jest taka pani, która dość niezauważalnie przeszła drogę
od studentki i urzędniczki banku Rossija do jego poważnej
akcjonariuszki, posiadaczki solidnych nieruchomości, jachtu i córki,
ponoć niezwykle podobnej do Putina. Ale jej też jakby nie widać. W ogólności na tle poprzedników Putin wygląda jak asceta. Strasznym
babiarzem, i to od zawsze, był Breżniew. Breżniew, jak już niby nic nie
mógł, to jeszcze mógł. Na przykład poderwał jakąś stewardesę na
pokładzie samolotu, gdy leciał do Paryża. Stewardesa była, dodajmy,
takich solidnych kształtów. Włosi pierwsi opublikowali tę historię, bo
się bardzo Włochom podobała. Taka "bella bionda". Tutaj Francuzi robią
analizy w Pałacu Elizejskim, podłączywszy się pod rurę kanalizacyjną do
apartamentu genseka, dowodząc na podstawie uzyskanych odchodów, iż
Leonid Iljicz od lat jest już "żywym trupem", a tu się nagle okazuje, że
nie tylko żyje, ale jeszcze z uroków życia korzysta. Sekretarki,
tłumaczki, tam było tego dużo, ale i w czasach wojennych też się o nim
opowiadało, że on na linii frontu miewał polowe żony. Zresztą był
wówczas bardzo przystojnym mężczyzną.
W czasach popierestrojkowych z kolei legendarny był wieloletni romans
premiera i legendy rosyjskich służb Jewgienija Primakowa z szefową
komisji badającej katastrofę smoleńską, czyli Tatianą Anodiną. Nawiasem
mówiąc, Anodina nie była żadną osobą przypadkową, bo była wdową po
ministrze, czyli wszystko zostawało w swoim doborowym kręgu. Ale dzięki
temu potem, już nawet po ich rozstaniu i po śmierci Primakowa, parasol
tak szczelnie był nad nią i jej dziećmi rozpięty, że kiedy parę lat temu
nastąpiły jakieś historie z bankructwem linii lotniczych Transaero,
które prowadzili jej syn i synowa, to można było wytransferować
pieniądze na Zachód i prysnąć do Paryża. I władza nie ścigała.
WJ: Putin to w pewnym momencie wręcz symbol seksu.
HG: Och, jak najbardziej. Była nawet cała akcja propagandowa i plakaty z wyznaniami młodych kobiet: "Chcę takiego jak Putin". Nawiedzona
deputowana Mizulina proponowała nawet rozdawnictwo jego nasienia. Ale to
było robione też dlatego, że kobiet dookoła niego było tak mało, że aż
chodziły plotki, że może on kobiet nie lubi. My nie wiemy, ile tych
legend o kochankach, dzieciach jest napędzanych właśnie chęcią
wyrównania balansu w propagandzie, że jednak to jest "prawilnyj" facet,
co to i poklepać, i uszczypnąć umie. No więc też pewnie dlatego mamy
Kabajewą, mamy Kriwonogich z tym nieślubnym dzieckiem, przypisywanym
Putinowi, mamy eksploatowany w zachodniej prasie wątek domniemanego
romansu z agentką wywiadu Anną Chapman, mamy przypadek studentki
wydziału dziennikarstwa, co to sobie nawet takie wydekoltowane zdjęcia
zrobiła w otoczeniu Putina. Skądś się biorą, niezależnie od tego, czy to
jest prawda, czy nie, przesłanki do plotkowania. Jakby chciano, żeby na
ten temat była cisza, toby była cisza.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki