Podróż 2022. Warszawa - Andiżan - Taszkent
1
To jest relacja z podróży, którą odbyłem latem 2022 roku. Na Ukrainie trwała już wojna, a Kazachstan dochodził do siebie po styczniowych zamieszkach, największych od uzyskania niepodległości, i odsunięciu byłego prezydenta Nazarbajewa i jego rodziny od wpływów na państwo (opiszę to wszystko po kolei). Pojechałem do Ałmatów i Astany, bo w obu stolicach, starej i nowej, można się wywiedzieć, jakie wiatry wieją w polityce. Potem wybrałem się nad Morze Kaspijskie i dalej na północ. Stamtąd interiorem, zakosami, wróciłem do Astany. W moją relację wplotłem historie z wielu poprzednich wyjazdów.
Kazachstan chciałem opisać już w książce Buran. Kirgiz wraca na koń, która wyszła w roku 2018 - ale rozsadziłoby to całą konstrukcję. W mojej wizji - zagęszczonych, na ile się da, portretach państw regionu - zmieściły się Turkmenistan, Tadżykistan, Kirgistan i Uzbekistan, nie dało się jednak upchać kazachskich przestrzeni. Musiałbym zrezygnować z wielu opisów i bardzo wielu wątków. A trochę się ich zebrało. To był mój pierwszy kraj w poradzieckiej Azji, odwiedziłem go w 1996 roku, a potem często tam wracałem i z każdym pobytem wydawał mi się coraz ciekawszy. Ostatecznie dałem do Buranu krótki rozdział Kazachstan. Państwo archipelag z listą kilkunastu kazachskich tematów, które zamierzałem podjąć. Musiały jeszcze poczekać.
Buran nawiązywał do książki Ryszarda Kapuścińskiego Kirgiz schodzi z konia; ukazał się równo pół wieku po niej. Tam także Kazachstanu nie było: były pozostałe "stany" Azji Centralnej oraz Gruzja, Armenia i Azerbejdżan. Zastanawiałem się dlaczego. Pierwszy trop podsunął sam reporter. W Imperium, poświęconym rozpadającemu się ZSRR, wspominał: "I oto pojechałem do nie-rosyjskich republik ówczesnego Imperium. Co rzuciło mi się w oczy? Otóż mimo sztywnego, koszarowego gorsetu sowieckiej władzy, udało się tutejszym małym, ale prastarym narodom zachować coś ze swojej tradycji, ze swojej historii, swojej z konieczności ukrywanej dumy i godności własnej. Odkryłem tam rozłożony w słońcu dywan wschodni, który w wielu miejscach zachował jeszcze dawne barwy i przyciągał uwagę różnorodnością swoich oryginalnych wzorów". Myśl rozwinął w wywiadzie: "Zawsze interesowałem się Trzecim Światem i Kirgiz schodzi z konia miał być książką o tej części ówczesnego Związku Radzieckiego, która była najmniej rozwinięta gospodarczo, najbardziej nierosyjska i najbardziej tubylcza". Zrusyfikowany, zsowietyzowany i uprzemysłowiony Kazachstan nie pasował do tych opisów. Myślę jednak, że był też inny powód. W uczciwym reportażu nie sposób było nie wspomnieć o łagrach, deportacjach, poligonie jądrowym - a każdą wzmiankę na ten temat zatrzymałby komunistyczny cenzor. Lepiej było już nic nie pisać.
2
Aby usiąść do książki o Kazachstanie, musiałem tam jeszcze raz pojechać. Kilku ważnych miejsc wcześniej nie widziałem, nie byłem choćby nad kazachską częścią dawnego Morza Aralskiego (zajechałem tam kiedyś od strony uzbeckiej). Inne chciałem sobie odświeżyć. Czas robił swoje, a historia przyspieszyła. Bez nowej wyprawy trudno byłoby opowiedzieć o współczesnym kraju.
Podróż planowałem zacząć w rosyjskim Astrachaniu, który leży w delcie Wołgi, kilkadziesiąt kilometrów od kazachstańskiej granicy. W latach dziewięćdziesiątych, w czasach Jelcyna i anarchicznej rosyjskiej demokracji, miasto cieszyło się złą sławą. "Lecąc do Astrachania, nie mogłem oprzeć się wyobrażeniu, że jest to podróż do Chicago lat trzydziestych, w którym rządzą gangi, trup ściele się gęsto, a w każdej knajpie siedzi mafioso - wspominał Marek Z., przedsiębiorca i współautor książki Przejażdżka po Rosji, którą czyta się momentami jak dobry kryminał. - Leciałem przecież do centrum kawiorowego, co dla wielu ludzi brzmiało dokładnie tak samo jak centrum narkotykowe". Na szczęście wszystko się dobrze skończyło: "Wyprawa była jak najbardziej udana, bo obyło się bez strzelaniny".
Astrachań był mi potrzebny jako baza wypadowa do pozostałości Saraju - stolicy Złotej Ordy, potężnego mongolsko-turkijskiego państwa, które w późnym średniowieczu panowało nad Wielkim Stepem. Założył je Batu, wnuk Czyngis-chana. Saraj zamieszkiwali głównie przedstawiciele narodów podbitych, w tym Słowianie - zdobywcy woleli namioty i otwartą przestrzeń. Niegdyś był jednym z największych miast na świecie, przyciągał podróżników, ściągali tam kupcy, przybywali posłowie z Europy i Bliskiego Wschodu. Dziś to dziura, którą trudno wypatrzeć na mapie, obcy wtręt między dwiema niezbyt dużymi wsiami o pospolitych rosyjskich nazwach. Dopiero niedawno, przy okazji kręcenia filmu, założono tam muzeum: najbardziej efektowne ruiny to filmowe dekoracje. Na stronie placówki widziałem zdjęcia pracowników, którzy w strojach dawnych panów tych ziem obsługują gości, na pewno w większości Rosjan. W takich miejscach fizycznie czuć miażdżącą siłę i przewrotność historii. Dlatego ciągnęło mnie do Saraju.
Potem chciałem przeciąć zachodni Kazachstan i znowu wjechać do Rosji, żeby zajrzeć do Buzułuku i Orenburga. W 1941 roku w pierwszym z tych miast ulokowało się dowództwo formowanej wówczas Armii Andersa (po kilku miesiącach przeniesiono je do Uzbekistanu). Orenburg powstał trzysta lat temu jako kresowa twierdza na pograniczu z koczowiskami Kazachów. Stamtąd Rosjanie podbijali Azję Centralną. Po zwycięstwie bolszewików miasto zostało stolicą sowieckiego Kazachstanu, ale kilka lat później Moskwa oddała je sowieckiej Rosji.
W pierwszej połowie XIX wieku w orenburskim garnizonie służyło wielu zesłanych Polaków, w tym filareci Adam Suzin i Tomasz Zan. Inny konspirator z tego kręgu, Adolf Januszkiewicz, trafił dalej w głąb stepów i został wybitnym badaczem kazachskiego folkloru. Cała trójka występuje pod własnymi imionami w pierwszej scenie III części Mickiewiczowskich Dziadów. Tam też znajduje się dialog:
KILKU Z WIĘŹNIÓW
No, Janie! Nowiny?
JAN SOBOLEWSKI
(ponuro)
Niedobre - dziś - na Sybir - kibitek dwadzieście
Wywieźli.
ŻEGOTA
Kogo? - Naszych?
JAN
Studentów ze Żmudzi.
WSZYSCY
Na Sybir?
JAN
I paradnie! - Było mnóstwo ludzi.
Chodziło o członków organizacji Czarni Bracia z miasteczka Kroże na Żmudzi. Wśród nich był Jan Prosper Witkiewicz, w momencie zesłania niespełna szesnastoletni. On także trafi do Orenburga - z wyrokiem dożywotniej służby wojskowej bez prawa awansu oraz odebranym szlachectwem (początkowo zasądzono mu, jeszcze dziecku, karę śmierci). Na miejscu zacznie się uczyć lokalnych narzeczy - w sumie znał ponoć dziewiętnaście języków obcych - i wkrótce szczęśliwym, choć makiawelicznym zrządzeniem losu zostanie tajnym agentem w carskiej służbie dyplomatycznej. W takim charakterze podróżował do emiratu Buchary i do Afganistanu, wielokrotnie przemierzając Kazachstan. Ale to inna historia.
Miałem już rosyjską wizę i bilety, gdy zaczęła się pandemia i zamknięto granice. Po dwóch latach zniesiono obostrzenia, ale wtedy Rosja napadła na Ukrainę i pomysł z Orenburgiem i Astrachaniem stracił sens. Filmowcy mawiają, że w filmie fabularnym reżyser jest bogiem, a w dokumentalnym Bóg - reżyserem. Podobnie jest z beletrystyką i reportażem.
3
Do Azji Centralnej najprościej lecieć przez Stambuł. Tureckie linie lotnicze wyparły Aerofłot, który do połowy lat dwutysięcznych był prawie monopolistą. Utrzymują połączenia ze wszystkimi stolicami oraz wieloma mniejszymi miastami. Doszło do tego, że z turkmeńskiego Aszchabadu do Duszanbe w Tadżykistanie również lata się - jeśli trzeba - przez Stambuł: najpierw dwa i pół tysiąca kilometrów na zachód, a potem trzy i pół tysiąca na wschód.
Na lotnisku w Stambule nie trzeba czytać informacji przy bramkach. Należy tylko znaleźć właściwy sektor, co trochę trwa, bo strefa tranzytowa ciągnie się setkami metrów. Potem jednak, jeśli wypatrzymy na głowach oczekujących mężczyzn choć kilka kołpaków - białych stożkowatych czapek, czasem obitych aksamitem - a wśród kobiet przynajmniej jeden biały turban, możemy być pewni, że odlatuje Kirgistan. Długie sukienki w podłużne, geometryzowane wzory zwiastują Tadżykistan, a podążając za kwadratowymi tiubietiejkami, noszonymi z fantazją na czubku głowy (że też się nie zsuną), trafimy bez pudła na rejs do Uzbekistanu. Stroje narodowe przeżywają w Azji Centralnej renesans.
Cztery i pół godziny lotu. Plus dwie - różnicy czasu. Poranek w Taszkencie. Lubię zagłębiać się w region powoli, na raty, stąd ten Taszkent, skoro nie udało się z Astrachaniem. Trudno mi się z marszu przestawić na tryb podróżny. Przystanek po drodze to rodzaj śluzy, komory dekompresyjnej. No i nie byłem w Azji Centralnej od pandemii. Cholernie ciekawiło mnie, co się zmieniło w regionie i co się mówi w jednym i drugim kraju o rosyjskiej agresji. Z kim trzymają Uzbecy, a z kim - Kazachowie. Nie, nie uśmiechał mi się bezpośredni rejs do Ałmatów czy Astany (tam lata nawet nasz LOT).
Taksówka przed terminalem złapała się sama.
- Dokąd?
- Do Andiżanu.
Miasto leży w Kotlinie Fergańskiej, trzysta pięćdziesiąt kilometrów od stolicy. Pięć-sześć godzin jazdy. Wiedziałem, że taryfiarz mnie tam nie zawiezie, a on wiedział, że wcale na to nie liczę. Ruszyliśmy na nieformalny postój taksówek długodystansowych. W Taszkencie jest ich kilka. Z jednego pojedziemy do Samarkandy, z innego do miast Kotliny. Płaci się za swoje miejsce, dlatego trzeba poczekać, aż samochód się zapełni. Ale jeśli zależy nam na czasie, możemy zapłacić za wszystkie miejsca - i w drogę.
Kierowcy pochodzą z regionów, w które jeżdżą. Aut na taszkenckich blachach prawie tam nie ma. Kurs liczy się od postoju w Taszkencie do postoju w miejscu docelowym, za dojazd pod adres zwykle się dopłaca. Stawki są sztywne i trudno coś utargować. Podobny system przyjął się w Kirgistanie, Tadżykistanie, a nawet hiperautorytarnym Turkmenistanie. Ale także w Gruzji i Armenii. W Kazachstanie - tylko na niektórych trasach. Odległości są tam za duże.
Klientów nie brakuje, bo to wygoda i oszczędność. Samolot jest drogi, pociąg nie wszędzie dociera i też swoje kosztuje. A busiki kursują po miastach. Znacznie tańsze od taksówek są autobusy, ale te chodzą rzadko i wolno. Korzystają z nich podróżni, którzy mają dużo bagaży albo muszą się liczyć z każdym groszem.
Na postoju rządziły biel i chevrolety. Po taszkenckich ulicach krąży sporo ład, wołg, nawet moskwiczów (na prowincji jeszcze więcej), a ich właściciele nieraz dorabiają sobie okazjonalnymi podwózkami. Ale na dłuższy dystans taki old school się nie godzi. Nie te standardy. Skąd się wzięły chevrolety? Wkrótce po rozpadzie ZSRR w mieście Asaka pod Andiżanem (w uzbeckiej pisowni - Andijon) na wielką skalę ruszyła produkcja samochodów Daewoo, a auta z importu obłożono zaporowym cłem - mało kogo było na nie stać. Wystarczyło parę lat, by marka zdominowała rynek. Po bankructwie Daewoo Group motoryzacyjną gałąź koncernu kupił General Motors. Chociaż w uzbeckich zakładach produkcja szła jeszcze długo pod dotychczasową nazwą, w końcu jednak z taśm zaczęły zjeżdżać chevrolety. A czemu prawie wyłącznie białe? Krążą plotki, że tak zażyczyły sobie władze - w sąsiednim Turkmenistanie nie rejestruje się samochodów w innych kolorach - ale chodziło o klimat: w upały biel wolniej się nagrzewa.
Dogadałem się z kierowcą o imieniu Tursimbaj i śnieżnobiałym chevroletem cobaltem wyjechaliśmy z miasta.
Pierwsze, co rzucało się w oczy na trasie, to posterunki policji. Stały na swoich miejscach co kilkanaście-kilkadziesiąt kilometrów, poprzedzone kolejnymi ograniczeniami prędkości i nieuchronnym znakiem stop. Solidne i budzące respekt. Najważniejszy na posterunku był gmach komisariatu, w dolnej części przeszklony. Przylegał on do drogi, nad nią zaś wznosiło się coś w rodzaju wiaty, z gatunku takich, jakie spotyka się na przejściach granicznych. Za dnia zadaszenie dawało pożądany cień, ułatwiający kontrolę dokumentów i bagażników. Po zmroku włączano reflektory. Dawniej można tam było stracić parę godzin, zwłaszcza na drodze do Kotliny, najpierw czekając w kolejce do kontroli, a następnie tłumacząc, po co się właściwie jedzie. W ten sposób władze zwalczały terroryzm i spekulację, zapewniając w kraju ład i porządek.
Teraz jednak na posterunkach tylko zwalniano, pewnie z przyzwyczajenia, bo na większości nie widziałem żywego funkcjonariusza i nikt nie sprawdził nas do samego Andiżanu. Trudno o lepszy dowód na liberalizację systemu, łączoną z prezydentem Szawkatem Mirzijojewem, który rządzi od 2016 roku, ale jeszcze nazywają go nowym, bo poprzednik, Isłam Karimow, pozostawał u władzy całe dwadzieścia siedem lat i zmarł na urzędzie. Można też było normalnie wymienić pieniądze, a do obiegu weszły duże nominały - wcześniej były dwa kursy, oficjalny i czarnorynkowy, drugi o niebo korzystniejszy, ale tak czy tak za sto dolarów dostawało się spory worek wymiędlonych uzbeckich sumów. Karty SIM sprzedawano teraz na lotnisku i można było mieć ze sobą internet, choć jeden czy drugi komunikator nie działał, a na niektóre strony w ogóle nie dawało się wejść.
Tak, władza do końca nie odpuściła, o czym przekonałem się, pytając po drodze o andiżańską masakrę z 2005 roku, kiedy bezpieka i wojsko stłumiły zamieszki po aresztowaniu lokalnych biznesmenów i filantropów oskarżonych o ekstremizm i islamski fundamentalizm. Według rządowych komunikatów zginęło niespełna dwieście osób, ale ofiar mogło być dziesięć razy tyle. Taszkent długo nie ufał Andiżanowi i całej Kotlinie, i właśnie dlatego ściśle kontrolowano, kto tam wjeżdża. Kierowca, człowiek dojrzały, czterdziestoośmiolatek, musiał mieć zdanie na ten temat, ale zniżając głos, rzucił tylko, że była to wielka, wielka tragedia, nie daj, nie daj Bóg, żeby się powtórzyła, a potem, już w Andiżanie, pokazał mi plac, gdzie rozegrał się dramat. Bał się mówić albo nie chciał do tego wracać, a najpewniej - jedno i drugie.
Chętniej rozmawiał o finansach. Nie wiodło mu się źle, dorobił się mieszkania w Andiżanie i trzech w stolicy, szykował je dla swoich synów, z których najstarszy już studiował. Za dwa taszkenckie mieszkania spłacał jeszcze kredyt, dają go, mówił, przy wkładzie własnym w wysokości pięćdziesięciu procent. Wszystko dzięki poluzowaniu przepisów. Za Karimowa Taszkent był zamknięty, nie można się było ot tak zameldować czy nabyć nieruchomość, kredytu też człowiek z ulicy nie dostał. Rok temu Tursimbaj kupił chevroleta, którym teraz jechaliśmy, dał trzynaście tysięcy dolarów za wersję z rozbudowanym systemem audio, aby pasażerowie się nie nudzili. Za kurs życzył sobie dwieście tysięcy sumów od osoby, osiemset tysięcy za wszystkie miejsca, z grubsza osiemdziesiąt dolarów. W obie strony - sto sześćdziesiąt. Żeby odłożyć na samochód, musiał obrócić osiemdziesiąt razy, a w praktyce jeszcze drugie tyle, bo za coś trzeba tankować, do tego dochodzą olej, części zamienne, przeglądy. Pół roku pracy w świątek, piątek. Bez podatków, ale też bez przyszłej emerytury. Inwestował w synów.
Umówiliśmy się na następny dzień na powrót, więc Tursimbaj bez dopłaty obwiózł mnie po mieście. W końcu zajechaliśmy do jednego hotelu - przypominał romski pałac, palmy przed wejściem, barokowa kolumnada, jakieś wieżyczki, kopułki i ceny z kosmosu, wylądowałem więc w hostelu Farko po pięć i pół dolara za łóżko. Pokoje były na piętrze, łazienka na końcu korytarza, a dziewczyna z recepcji nie znała języków, podobnie jak francuscy rowerzyści, z którymi minąłem się przy wejściu. Zrywając się co chwila do brzdąca, który zamiast bawić się przy mamie, ciągle uciekał, dziewczyna zdołała mnie zakwaterować i wytłumaczyć, że po sąsiedzku jest jadłodajnia, którą otwierają o świcie i w której dostanę najlepszy w Andiżanie lagman (ręcznie wyrabiany makaron z mięsem). Była to święta prawda.
Po śniadaniu - lagman z lepioszką i zieloną herbatą - Tursimbaj zawiózł mnie na miejscowy uniwersytet. Kampus tonął w wymuskanej zieleni: trawniki, rabatki, klomby, do tego trochę starych drzew. Wszędzie chodniki i ławeczki. Znaki wskazujące drogę do rektoratu, biblioteki, kompleksu sportowego i siedzib poszczególnych wydziałów były po uzbecku, rosyjsku i angielsku, a urzędowe tablice - tylko po uzbecku i angielsku. Kilkupiętrowe gmachy dydaktyczne przeszły gruntowny lifting i pachniały nowością.
Dziekan historii Rawszanbiek Szamsitdinow, z którym byłem umówiony, wyszedł przed kampus, aby mi wszystko pokazać.
- Mamy dwadzieścia pięć tysięcy studentów - powiedział. - Edukacja daje im szansę na lepsze życie. W Uzbekistanie co roku na rynek pracy wchodzi sześćset tysięcy młodych ludzi. Tylko co trzeci znajduje zatrudnienie.
Wielu z tych, którzy nie znaleźli, próbuje szczęścia za granicą. Najczęściej w Rosji, choć od wybuchu wojny coraz trudniej się tam zaczepić. Sto pięćdziesiąt tysięcy migrantów wróciło. Pozostali, około czterech-pięciu milionów, jakoś sobie radzą. Ma na nich chrapkę rosyjska armia, bo to w większości młodzi mężczyźni, a za podpisanie kontraktu cała rodzina może dostać obywatelstwo. Agitatorzy chodzą nawet po meczetach. Ale są też inne kierunki. Na spacerze poprzedniego wieczoru widziałem reklamę firmy pośredniczącej w wyjazdach do pracy do USA, Wielkiej Brytanii, Japonii, Korei Południowej i Polski.
Dziekan dobiegał sześćdziesiątki, ale oczy błyszczały mu młodzieńczo i cały czas się uśmiechał. Niewysoki, łysiejący, ruchliwy, w koszuli z krótkim rękawem, bez marynarki i krawata, nie wyglądał na postsowieckiego czynownika. Skracał dystans. W dziekanacie nie wyznaczył dyżurów, studentów przyjmował codziennie. Życiorys też miał nietypowy. Po doktoracie w Moskwie zasilił nowo powstającą uzbecką służbę dyplomatyczną, pracował w MSZ w Taszkencie i na placówkach w Belgii i Holandii. Potem na kilkanaście lat przeszedł do biznesu. W 2017 roku wrócił do nauki. Widać jednak, że znacznie bardziej niż wykłady i praca w archiwach interesowała go organizacja uniwersytetu. Zarządzanie. W gabinecie częstował herbatą i słodkościami.
Rozmawialiśmy po rosyjsku, ale dziekan przechodził czasem odruchowo na angielski: uczelnia współpracuje z Indiana University, przyjeżdżają stamtąd visiting professors, studenci uczestniczą w exchanges. Dodał, że w tworzeniu bazy edukacyjnej przy fabryce samochodów w pobliskiej Asace pomagali specjaliści z Warszawy.
- Nasz stosunek do rosyjskiego dziedzictwa jest dwojaki - tłumaczył, czujnie dolewając herbaty. - Z jednej strony zawdzięczamy Rosjanom modernizację, industrializację. Z drugiej stłamsili naszą kulturę. Samarkanda była jednym z centrów starożytnego świata, Buchara ważnym ośrodkiem nauki i religii w średniowieczu. Teraz zostały tam tylko zabytki do zwiedzania.
Wszystko to prawda, choć gdy Rosja tu przychodziła, chwała Buchary i Samarkandy należała już do przeszłości. A to samo na temat modernizacji i stłamszenia kultury można powiedzieć o Kazachstanie i większości państw poradzieckich.
Na koniec dziekan zaprowadził mnie do Muzeum Pamięci Ofiar Represji. Zajmuje pięć sal. Na ścianach - plansze z biogramami osób represjonowanych z wilajetu andiżańskiego (niemal półtora tysiąca nazwisk). Portrety lokalnych i regionalnych bohaterów. Obrazy podboju tych ziem przez imperium. Informacje o antyrosyjskich powstaniach. Reprodukcje starych fotografii. Wypatrzyłem zdjęcie żołnierzy Legionu Turkiestańskiego - nazistowskiej formacji zbrojnej skupiającej ochotników z Azji Centralnej i formowanej przez Niemców w polskim Legionowie. Oraz kącik Szarafa Raszydowa, wieloletniego pierwszego sekretarza uzbeckiej partii komunistycznej, który zmarł nagle - niektórzy sugerowali samobójstwo - gdy sowieccy śledczy odkryli gigantyczne nadużycia przy produkcji bawełny. W dzisiejszym Uzbekistanie Raszydow traktowany jest jak bohater, który postawił się Moskwie.
W jednej z sal odtworzono pokój przesłuchań sowieckiej bezpieki, NKWD. Za biurkiem siedział funkcjonariusz w mundurze, a drugi opierał się o ścianę. Manekiny miały niebieskie oczy i najczystszą słowiańską powierzchowność. W odróżnieniu od nich więzień był bez wątpienia miejscowy, świadczyły o tym lekko skośne rysy, podgolona z lokalnym sznytem broda oraz koszula ze stójką. Przekaz był jasny. Głosił, że to my byliśmy ofiarami, a Ruscy nas gnębili. Podobnie zaaranżowane gabinety zobaczę jeszcze wiele razy w różnych muzeach w Kazachstanie.
Przypomniałem sobie majora Olega Zakirowa, uczciwego kagiebistę, który przekraczając swoje uprawnienia, zebrał w okresie pierestrojki relacje świadków zbrodni katyńskiej. Przekazał je niezależnym rosyjskim dziennikarzom i polskim dyplomatom. Już po upadku ZSRR, pod groźbą utraty życia - starzy towarzysze nie wybaczyli mu zdrady - uciekł z rodziną do Polski. Nie miał łatwo, pracował na budowie, trochę żebrał. Dopiero po kilku latach nowa ojczyzna przyznała mu niewielką rentę. Już jako dorosły człowiek major dowiedział się, że jego dziadek został rozstrzelany za Stalina, ponieważ uznano go za wroga ludu - ojciec do końca życia kłamał, że wychował się w domu dziecka. Sam Oleg urodził się tu, w Andiżanie. Zmarł w Łodzi w 2017 roku. Szkoda, że nie mógł zobaczyć tej ekspozycji.
Muzeum to królestwo ojca dziekana, Rustambieka Szamsutdinowa, nestora andiżańskich historyków (nie dopytałem, dlaczego ich nazwiska różnią się jedną literą, zorientowałem się dopiero w Polsce). Profesor jest od dawna na emeryturze, ale przychodzi tu codziennie, w garniturze i pod krawatem.
- Decyzją prezydenta Mirzijojewa takie muzea powstały przy wszystkich uniwersytetach państwowych w kraju - powiedział mi sędziwy uczony. - Każde skupia się na represjonowanych ze swojego wilajetu.
Dostałem od niego zestaw prac naukowych poświęconych represjom. Przypominały albumy. Państwo nie żałowało na nie środków. Polityka historyczna miała tu ostrze antyrosyjskie i antykolonialne.
4
Po drodze do Taszkentu minęliśmy globus Uzbekistanu. Kontury kraju zajmowały pokaźną część ustawionej na cokole kuli. To wariacja monumentu, który stoi na stołecznym placu Niepodległości i głosi, że Uzbekistan zajął trwałe miejsce na mapie świata. W Duszanbe widziałem podobny globus Tadżykistanu, w Aszchabadzie - Turkmenistanu, a w kazachskim Aktobe - Kazachstanu. Na żadnym nie było miejsca dla nikogo więcej, nawet dla sąsiadów z regionu.
- W pandemii przygotowaliśmy projekt Art Plov CA [Sztuka pilawu (Azja Centralna)]. - Z Aszotem Danielianem, gwiazdą uzbeckiej sceny alternatywnej, spotkałem się wieczorem już w Taszkencie. - Czemu pilaw? Bo to potrawa, która jednoczy, nie tak jak te twoje globusy. Po pierwsze, łączy w sobie wiele składników: mięso, ryż, warzywa, przyprawy, czasami bakalie. Po drugie, jada się ją zwykle w większym gronie. Po trzecie, występuje w różnych wariantach w kuchniach całego regionu, we wszystkich pięciu krajach. Na pomysł wpadłem już wcześniej, ale podczas kwarantanny mieliśmy więcej czasu i byliśmy spragnieni kontaktów.
Aszot przyniósł ze sobą katalog. Na okładce widniał grecki napis "?????" (agape) na tle czarno-białej grafiki z uszeregowanymi rysunkami przedziwnego bytu, który z obrazka na obrazek coraz bardziej się rozdymał. Obcy? Nie, to rentgenowskie zdjęcia płuc artysty w kolejnych fazach ciężkiego covidu i po chorobie. Do tego objaśnienie, że w starożytnej kulturze i filozofii agape była jedną z kilku odmian miłości i oznaczała aktywną, obdarzającą miłość w imię dobra bliźniego. W środku - wiersze, proza poetycka, grafiki, obrazy i fotografie, pogrupowane w kilka rozdziałów: Przestrzeń miejska, Apokalipsa, Ciało i płeć, Wolność, Hybrydyczność kulturowa, Wszechświat. W Art Plov chodziło o spotkanie artystów reprezentujących różne dziedziny sztuki i wszystkie kraje regionu. Działając w parach albo w niewielkich grupach i kontaktując się zdalnie, mieli przygotować na potrzeby projektu nowe prace, wzajemnie się inspirując. Powstające dzieła powinny wchodzić ze sobą w dialog, a zebrane razem - tworzyć nowe jakości.
Danielian, rocznik 1983, z wykształcenia japonista, jest poetą i performerem, ale przede wszystkim rockmanem. Od 2000 roku występuje na scenie ze swoją kapelą Krylja Origami (Skrzydła Origami) jako wokalista i gitarzysta. I czasami pakuje się w kłopoty - dla władz rock to muzyka protestu, potencjalne zagrożenie. Raz siedział, choć nie za muzykę. W czasie Euromajdanu wybrał się z przyjaciółmi pod ambasadę Ukrainy i wręczył dyplomatom petycję z żądaniem odejścia ekipy Janukowycza, która użyła siły wobec narodu. Następnie grupa sfotografowała się tam z ukraińskimi flagami, a potem powtórzyła sesję pod taszkenckim pomnikiem Tarasa Szewczenki. Zdjęcia trafiły do sieci. Wszystkim postawiono zarzut udziału w nielegalnej demonstracji, choć żadnej demonstracji nie było.
- Dostałem piętnaście dni aresztu - wspominał Aszot. - Pod celą było mi bardzo dobrze. Starzy kryminaliści, drobni złodzieje i sutenerzy od razu się mną zajęli, oddali najlepsze miejsce, podkarmiali. Mówili, że mnie szanują, bo walczę o ważne sprawy. Jeśli dojdzie u nas kiedyś do rewolucji, kryminał na pewno ją poprze. Po tygodniu zostałem zwolniony. Może szum w zachodnich mediach zrobił swoje.
Przez lata Danielian grał półlegalnie, w szarej strefie. Nie miał licencji na publiczne występy, kosztowała majątek, a niezależny artysta i tak by jej nie dostał. Kiedy jednak trzeba było stworzyć oprawę na Festiwal Kwiatów - centrum stolicy, tysiące ludzi - miasto samo poprosiło Krylja o koncert i nikt o licencję nie pytał. Ale na klubową imprezę zawsze mogli wpaść smutni panowie i wszystkich zatrzymać. Teraz licencje odchodzą w przeszłość. A ostatnio państwo dofinansowało jego projekt Zawtra [Jutro]. To utwór wykonywany po rosyjsku, uzbecku i karakałpacku, z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej, oraz teledysk nakręcony nad wysychającym Jeziorem Aralskim. W zdjęciach wzięło udział trzystu aktorów i statystów, którzy między innymi inscenizują obrzęd przyzywania wody. Całość promuje nową inicjatywę ratowania akwenu.
- Jest luźniej. Najlepszy dowód, że tutaj spokojnie siedzimy - roześmiał się Aszot. Był środek tygodnia i zrobiła się jedenasta wieczór. Pub, w którym zakotwiczyliśmy, tętnił życiem, a w planach mieliśmy jeszcze klub muzyczny. Otworzył go stary taszkencki rocker, który po latach wychynął z podziemia. Dawniej wszystko zamykało się o dziesiątej, potem można było trafić na dołek za włóczęgostwo. - Aha, i artysta występujący na scenie może nosić brodę. Co prawda krótką, ale zawsze. - Muzyk pogładził się po wypielęgnowanym zaroście. - Dawniej nawet taka by nie przeszła.
Wzięliśmy po ostatnim piwie. W Taszkencie podają do niego suszone rybki anchois. Po rosyjsku to anczousy.
- Ale jak to w życiu: coś za coś. - Aszot wrócił do przerwanego wątku. - Liberalizacja objęła też religię, którą wolno teraz manifestować. Nikt już nie ściga mężczyzn za islamski ubiór ani kobiet za zasłanianie twarzy. Władze budują sobie w ten sposób poparcie wśród konserwatywnych muzułmanów, poszerzają bazę. Oczywiście nie przeszkadza mi, że na mieście pojawiły się dziewczyny w hidżabach, choć wolałbym nie przepłacać za piwo z przemytu, spod lady. Ale kiedy graliśmy koncert w Ferganie i tamtejsi radykałowie zagrozili, że nas pozabijają, bo wieziemy im zepsucie i zgniliznę, zrobiło mi się nieswojo. Ostatecznie zagraliśmy przed kościołem katolickim, a koncert ochraniała policja. Takich czasów dożyłem - podsumował. Strach przed religijnym i narodowym odrodzeniem miejscowych dzielił z rosyjskimi kolonizatorami i ich zstępnymi (oni sami nie uważali się oczywiście za kolonizatorów, żyjąc często biedniej niż pogardzani przez nich w duchu Uzbecy, silni swoimi rodzinami, klanami, wreszcie państwem). Ale, w przeciwieństwie do tamtych, cały czas czuł się w Uzbekistanie u siebie. Miał inną perspektywę.
Zapytałem go wprost o ormiańskie imię i nazwisko.
- Urodziłem się już w Taszkencie, ale rodzina pochodzi z Górskiego Karabachu - odpowiedział. - Nigdzie nie jestem do końca swój. W Rosji, bo brudas z Południa, w Azerbejdżanie, bo Ormianin, w Armenii, bo nie mówię po ormiańsku. Nie mówię też po uzbecku. Żyję na rosyjskojęzycznej wyspie, choć bardzo daleko mi do ruskiego miru. Na szczęście władze jeszcze takie wyspy tolerują.
Do brzegów tej wyspy dobili dwa tygodnie temu państwo X. Przyjechali z jednego z miast w centralnej Rosji i są zachwyceni. Ciepło, miło, tanie lekarstwa (martwili się, że nie wzięli zapasu, ale okazało się, że wszystko można dostać na miejscu, i to po znacznie niższych cenach). Ze swoimi kompetencjami i biegłym angielskim - pani X jest tłumaczką i dizajnerką, pan X pracuje zdalnie w organizacji międzynarodowej - mogliby mieszkać gdziekolwiek, ale dobrze jest móc załatwić wszystko we własnym języku: Taszkent ciągle mówi po rosyjsku. Ich córka (szesnaście lat) uczy się przez internet w szkole w Ameryce.
- Wyjechaliśmy, bo nie chcemy płacić w Rosji podatków. Z nich utrzymywana jest armia, która najechała Ukrainę - oświadczył pan X. Pani X dodała, że przeszkadzała im gęstniejąca atmosfera, narastająca z dnia na dzień groza. - Podziwiam ludzi, którzy w tych warunkach protestują i trafiają do więzienia - to znów pan X. - Mnie brakuje odwagi. Ale teraz mogę przynajmniej powiedzieć, że nie mam z tym g... nic wspólnego.
Nie uważali się za imigrantów ani uciekinierów. Po prostu, podobnie jak tysiące ich rodaków, pod wpływem okoliczności zmienili adres zamieszkania (ci, którzy wyjadą z Rosji z drugą falą emigracji, jesienią 2022 roku, będą uciekać przed mobilizacją - niezależnie od stosunku do wojny i Putina). Mówili o sobie "relokanci". Dokonali relokacji.
Kiedy myślą wracać? Po Putinie?
- Boję się, że wtedy do władzy znowu dojdą komuniści - rzucił pan X. I szybko dodał, bo zabrzmiało to jak żart: - O tym się dużo nie mówi, ale młodzież jest u nas za komunizmem. Połowa szkolnych kolegów naszej córki uważała się za komunistów. Oni naprawdę są gotowi mordować burżujów i grabić zagrabione. I cofnąć Rosję o sto lat.
Dla rodziny X Uzbekistan to oaza wolności, dla ambasadora Ukrainy, Mykoły Doroszenki - kraina zamkniętych drzwi. Jeśli do nich długo kołatać, niektóre się czasem uchylą, chociaż gwarancji nie ma.
- Kiedy wybuchła wojna - powiedział mi dyplomata - poprosiłem o spotkanie z ministrem spraw zagranicznych. Potem z wiceministrem. W końcu przyjął mnie dyrektor departamentu. A chciałem, żeby minister zabrał głos. Nawet nie, żeby nas poparł. Chodziło mi o to, żeby zaapelował o wstrzymanie walk.
W dniu ukraińskiego święta podświetlono na niebiesko-żółto hotel Uzbekistan. Zobaczył to korespondent rosyjskiej RIA Nowosti, poczuł się dotknięty i zrobił się skandal. Sprawa doszła do prokuratury rejonowej, która kazała wyłączyć iluminację, bo miała wzbudzać nienawiść na tle narodowościowym (posługującym w Taszkencie polskim księżom zasugerowano, aby nie odprawiali zamówionej już mszy za Ukrainę; ci pojęli aluzję i tamtego dnia modlono się po prostu za pokój).
Chociaż na akcje prorosyjskie też nie ma w Uzbekistanie zgody.
- Ja ich nawet rozumiem. - Ambasador Doroszenko miał na myśli tutejszy rząd. - Gospodarka uzbecka jest powiązana z rosyjską, a Moskwa może naciskać na Taszkent chociażby groźbą odesłania uzbeckich migrantów ekonomicznych. Uzbecki urzędnik tłumaczył mi: "Jeśli u nas wybuchnie konflikt, nikt nam nie pomoże, dlatego nie czepiajcie się, że was otwarcie nie wspieramy". Ale jak Ukraina wygra, oznajmią, że zawsze byli z Kijowem, i przypomną ten jeden jedyny samolot z pomocą, który nam przysłali. To racjonalna, cyniczna polityka.
Powiedziałem o antyrosyjskiej ekspozycji w muzeum uniwersyteckim w Andiżanie, ale Doroszenko tylko machnął ręką.
- Idź do muzeum represji w Taszkencie, jest jeszcze bardziej antyrosyjskie. Wstęp kosztuje grosze, a napisy są tylko po uzbecku. Bo to na użytek wewnętrzny, dla własnego społeczeństwa. Na zewnątrz jest gra pozorów i uników: nie mówię "tak", nie mówię "nie". Kunktatorstwo i równowaga w relacjach z największymi. Czysty Orient.
W czerwcu 2022 roku miejscowi eksperci oceniali, że czterdzieści procent Uzbeków popiera Ukrainę, a sześćdziesiąt procent - Rosję. Sympatie prorosyjskie mieli wyrażać w większym stopniu mieszkańcy prowincji, osoby gorzej wykształcone i bardziej religijne, posługujące się na co dzień językiem uzbeckim. Rosyjskojęzyczni mieli być paradoksalnie za Ukrainą.
W Kazachstanie było na odwrót.