1
- Kurwa mać... - jęknął prokurator Adam Górnik, kiedy otworzył drzwi i zobaczył Dawida Wolskiego.
- No cześć.
Górnik stał w progu, wciąż trzymając dłoń na klamce. Czarna niechlujna szczecina pokrywała mu policzki, z ust wydobywała się kwaśna woń wypitego poprzedniego wieczoru piwa, a góra od pidżamy z trudem ukrywała niedawno wyhodowany brzuch.
- Mogę wejść? - zapytał Dawid.
Prokurator westchnął pod nosem i niechętnie skinął głową. Puścił klamkę i wycofał się w głąb mieszkania. Wolski wszedł i zamknął za sobą drzwi.
W środku unosił się ten trudny do opisania, ale tak dobrze znany Wolskiemu zapach samotności. Mieszanina spalenizny, gnijących w kuchennym odpływie resztek jedzenia, wszechobecnego kurzu i wylanego niechcący na podłogę lub meble alkoholu.
Górnik rezydował w dużym pokoju. Na kanapie leżały zmięta pościel i kołdra, na stole puste pudełko po pizzy, puszka po piwie i butelka po coli. W kącie cicho grał włączony telewizor. Wolski sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął paczkę papierosów. Wsadził sobie fajkę do ust i zaczął szukać zapalniczki.
- Nie pal u mnie - odezwał się ostro prokurator. - Nie chcę, żeby śmierdziało w całym mieszkaniu.
Wolski uniósł brwi w grymasie zaskoczenia, ale komentarz zachował dla siebie. Posłusznie wyjął papierosa z ust.
- Czego chcesz? - zapytał Górnik.
- Poprosić cię o pomoc.
- Nie.
- Słucham?
- Nie.
- Nawet nie wiesz, o co mi chodzi.
- Nie ma znaczenia. O cokolwiek chcesz mnie poprosić, nie pomogę ci.
Dawid stał przez chwilę w milczeniu. Przymknął powieki, lekko się przygarbił. W palcach obracał fajkę.
- Dobra - stwierdził wreszcie.
- Dobra? - powtórzył podejrzliwie prokurator.
- Nie chcesz mi pomagać, to nie. Trzymaj się, Adam.
Detektyw obrócił się i ruszył w stronę przedpokoju. Górnik poszedł za nim, jakby chciał mieć pewność, że Wolski naprawdę wychodzi.
- To naprawdę wszystko? - zapytał prokurator.
- Nie rozumiem?
- Nie zamierzasz odwalić jakiegoś numeru, żeby mnie przekonać do tego, żebym ci pomógł?
- Niby jakiego?
- Nie wiem, możesz spróbować mnie zastraszyć. Zagrozić, że opowiesz wszystkim, co naprawdę wydarzyło się wtedy w bunkrze.
Wolski skrzywił się i podrapał po policzku.
- Ale wtedy to bym chyba sam sobie zaszkodził, nie? Wyszłoby, że też tam byłem. Ludzie zaczęliby zadawać pytania.
- Możesz też mi wmawiać, że jestem ci coś winien.
- Bo jesteś.
- Nie jestem. A nawet jeśli bym był, to mam dość swoich kłopotów, żeby jeszcze pakować się w twoje!
- Szlag, Górnik. Przecież powiedziałem: nie chcesz mi pomagać, to nie pomagaj. Cześć.
- Czekaj! - krzyknął prokurator.
Oddychał głęboko. Coś było nie tak. Znał Wolskiego, wiedział, jakim człowiekiem jest prywatny detektyw. Nie przyjąłby po prostu odmowy, nie wyszedłby dobrowolnie. Gnojek coś kombinował. Prokurator był tego pewien. Ale nie miał pojęcia, co to mogło być.
- O co chodzi? - zapytał. - Po co tutaj przyszedłeś?
- To dłuższa historia.
Górnik zaśmiał się krótko i nieprzyjemnie.
- Akurat czasu to mam sporo. Gadaj.
Wolski założył ręce na kark, odgiął się do tyłu.
- Z papierosem byłoby łatwiej - rzucił.
- Nie przeginaj.
Detektyw nawet nie próbował ukryć niezadowolenia. Jego wzrok uciekł w bok, w kierunku wiszących na ścianie po drugiej stronie przedpokoju fotografii. I zatrzymał się na jednej z nich. Wolski pobladł lekko i pokazał ją drżącym palcem.
- Czy to...?
- Moja żona z siostrą.
- Z siostrą?
- No. A co?
- A... Przez chwilę... - Detektyw przełknął ślinę. - Przez chwilę myślałem, że to Marta.
Na moment w mieszkaniu zapadła ciężka cisza.
- Jeśli chcesz w ten sposób wymusić na mnie zgodę na zapalenie fajki, to na to nie licz.
- Wal się. Po prostu jest do niej podobna i myślałem, że...
Prokurator uniósł obie ręce.
- Dobra, dobra. Wyduś z siebie wreszcie, po co tu przyszedłeś.
Wolski westchnął ciężko.
- Widziałem ją - powiedział.
- Kogo? Martę?
- Nie. Igę.
- Igę? Tę Igę, z powodu której pokłóciłeś się z ojcem i która nie żyje od... Ilu lat? Ośmiu?
- Jakoś tak.
- Okej.
- Przyszła na pogrzeb ojca. Tam ją widziałem. Stała z tyłu. Patrzyła prosto na mnie.
- Czyli widziałeś ducha.
- Nie! Widziałem Igę! Była tam. Starsza, trochę inaczej wyglądała, ale to była Iga!
Górnik poczuł się nieswojo. Przede wszystkim dlatego, że nie stał przed nim ktoś, kto by wyglądał na szaleńca. Wolski nie miał tych szklistych oczu, nadpobudliwych gestów, nie wyrzucał z siebie słów z szybkością karabinu maszynowego, przy okazji wypluwając chmury śliny. Mówił spokojnie, rzeczowo. Był wyraźnie zmęczony, może nawet wyczerpany, ale nie szalony. A przynajmniej nie szalony w ten oczywisty sposób, z którym Górnik nauczył się sobie radzić. Nie raz, nie dwa musiał przecież wysłuchiwać w pracy ludzi przekonanych, że odkryli wielki spisek Żydów, masonów, Ormian, Rosjan, banksterów, zwolenników jednej lub drugiej partii.
- Okej. W takim razie co chcesz zrobić?
- Wykopać ją.
- Słucham?
- Chcę wejść w nocy na cmentarz i rozkopać grób Igi, żeby sprawdzić, kto tam naprawdę leży.
Oho, pomyślał Górnik, wracamy na znajome tory.
- Chcesz wejść na cmentarz i rozkopać grób... Naprawdę myślałeś, że ci w czymś takim pomogę?
- Chryste... Powiedziałeś, że tego nie zrobisz, i już. Temat zamknięty.
Dawid machnął ręką i chwycił za klamkę. Górnik jednak nie pozwolił mu otworzyć drzwi, przytrzymując je ręką.
- Poczekaj!
- Daj mi spokój!
- Czy ty sobie zdajesz sprawę, jak to brzmi?
- Nie musisz mi pomagać!
- Złapią cię tam! Rozumiesz?! Artykuł 262 Kodeksu karnego. Za zbezczeszczenie grobu i zwłok do dwóch lat, za ograbienie zwłok do ośmiu.
- Po prostu mnie, kurwa, wypuść!
Górnik się nie poruszył, wciąż przytrzymywał drzwi. Wolski puścił klamkę, odetchnął głęboko i cofnął się o dwa kroki. Przeczesał palcami włosy.
- Widziałem ją tam - powiedział szeptem. - Widziałem Igę.
- Martę też widziałeś? - zapytał Górnik.
- Marta nie żyje.
- Iga również.
- Do tej pory też tak myślałem.
- Dawid... Dużo się ostatnio wydarzyło.
- Co ty nie powiesz...
- Daj mi dokończyć, dobrze?
Wolski w odpowiedzi wzruszył ramionami.
- Zginęła Marta, umarł twój ojciec - kontynuował Górnik. - Nie masz nowych zleceń. Żyjesz w ogromnym stresie. Powiedz mi, ile spałeś dzisiaj w nocy. Kiedy po raz ostatni zjadłeś coś porządnego? Bo tak na oko schudłeś jakieś pięć, siedem kilo.
- Co to ma do rzeczy?
- To, że naturalne jest, że w takiej sytuacji twoja głowa nie pracuje tak, jak powinna.
- Czyli miałem zwidy?
W głosie Wolskiego pojawił się przepełniony agresją ton. Górnik wiedział, że teraz musi postępować z wielką delikatnością. Wbijanie detektywowi do głowy, że padł ofiarą halucynacji, nic by nie dało. Raczej trzeba mu było zasugerować rozwiązanie, które byłby w stanie sam zaakceptować.
- Niekoniecznie - powiedział ostrożnie. - Może po prostu alejką przechodziła kobieta podobna do Igi, a ty sobie dopowiedziałeś resztę?
- To nie był ktoś podobny do Igi. To była Iga!
- A czy ktoś inny ją widział?
Prokurator poczuł, że trafił w czuły punkt. Wolski zwiesił głowę i wymamrotał pod nosem jakieś przekleństwo. Jego ręka sama powędrowała do kieszeni i wyjęła stamtąd paczkę papierosów.
- Wszyscy patrzyli na trumnę. Iga była z tyłu... Tylko ja... Tylko ja ją widziałem - wyszeptał.
- To mógł być ktoś do niej podobny. Dawid... - Górnik pozwolił sobie na to, żeby położyć dłoń na ramieniu detektywa - przed chwilą wydawało ci się, że moja szwagierka to Marta, a one nie są nawet do siebie podobne.
- Są!
- Nie są. Przyjrzyj się jej tylko!
Górnik wskazał palcem na fotografię, jednak Wolski odwrócił głowę i robił wszystko, żeby nawet na nią nie spojrzeć. A do prokuratora nagle dotarło, że to wszystko jest bezcelowe. Cokolwiek powie, nie przekona Wolskiego. Detektyw podjął już decyzję i zrealizuje swój plan. Jaki by nie był idiotyczny.
I oczywiście da się złapać.
Wersja wydarzeń w Szkole Podstawowej numer 10, sfabrykowana przez Górnika i Niemojskiego, nie stawiała co prawda prokuratora w dobrym świetle, ale równocześnie nie groziła mu więzieniem. Według ich historii z Górnikiem, który prowadził śledztwo w sprawie zabijanych w Gliwicach dzieci, skontaktował się Eldrich, ojciec jednego z zaginionych chłopców. Posiadane przez niego informacje mogły bowiem pomóc w śledztwie dotyczącym podejrzanej aktywności szkolnego woźnego. Ponieważ Eldrich był starym znajomym Górnika, podobnie zresztą jak ten woźny, prokurator postanowił załatwić sprawę bez pośrednictwa policji. I to był błąd, bo razem z Eldrichem wpadli w pułapkę. Eldrich zginął, Górnika w ostatniej chwili uratował Niemojski. Ta wersja, pomimo pewnych luk, jak dotąd się broniła. Zdaniem prokuratora przede wszystkim dlatego, że każdy podejrzewał, że nie jest prawdziwa. Ale też nikomu nie zależało na kolejnym skandalu z prokuratorem i organami ścigania w rolach głównych. Dlatego Górnikowi się upiecze, chociaż prawdopodobnie nie miał już co liczyć na wielką karierę w prokuraturze, a Niemojski dostanie medal, awans i premię uznaniową. Tyle że jeśli Wolski zostanie aresztowany podczas rozkopywania grobu, to nie wiadomo, o czym zacznie opowiadać na przesłuchaniu. A jeśli pęknie, to całe Gliwice dowiedzą się, co naprawdę wydarzyło się tamtego wieczoru w szkolnej piwnicy.
- I tak to zrobię - odezwał się Wolski, wsadzając sobie papierosa do ust.
Górnik przez chwilę zastanawiał się, czy detektywowi chodzi o zapalenie fajki czy wykopanie zwłok.
- Kurwa... - wymamrotał, bo zrozumiał, że musi mu pomóc. Zadał sobie pytanie, czy Wolski, przychodząc tutaj, już o tym wiedział, a cała ta rozmowa była tylko wielkim przedstawieniem zorganizowanym po to, żeby Adam sam do tego doszedł. Nie podejrzewał detektywa aż o taki spryt, ale ostatnio życie parę razy go zaskoczyło.
- Kiedy chcesz to zrobić? - zapytał.
- Co takiego?
- Wykopać pieprzone zwłoki! - warknął Górnik. - Kiedy chcesz to zrobić?
Wolski przerzucił językiem papierosa z jednego kącika ust w drugi.
- Nie wiem. Dzisiaj w nocy?
Szybko, pomyślał prokurator. Ale też po co przedłużać. Trzeba zrobić to, co chciał Wolski, i mieć go z głowy. I liczyć, że już nigdy więcej ich ścieżki się nie przetną. Chociaż Gliwice czasami były zadziwiająco małym miastem.
- To do zobaczenia dzisiaj w nocy - powiedział Górnik i otworzył drzwi.
Wolski wyjął z kieszeni zapalniczkę i zbliżył płomień do papierosa. Nie zapalił go jednak. Przypatrywał się tylko zdjęciu żony prokuratora z młodszą siostrą. Płomień zgasł, detektyw schował z powrotem zapalniczkę, skinął Górnikowi głową na pożegnanie i wyszedł z mieszkania.
Prokurator poczekał, aż ucichną kroki na klatce, jakby chciał się upewnić, że Wolski już nie wróci. Dopiero wtedy przekręcił zamek. Ściągnął fotografię ze ściany i przyjrzał się szwagierce.
- Cholera - mruknął.
Jednak była podobna do Marty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki