ROZDZIAŁ I DZIECIŃSTWO PEŁNE WRAŻEŃ
URODZONY BRAMKARZ
Na świat przyszedł 14 października 1987 roku w Warszawie, a potem rósł jak na drożdżach. Gdy tylko stanął na nogach, zaczął biegać za piłką. Był zapatrzony w tatę - prawdziwego piłkarza. Rodzice czuli, że może zostać sportowcem, a potem okazało się, że poszedł w ślady taty i został bramkarzem. Specjaliści wróżyli mu wielką karierę. Stało się jednak inaczej. Nie zrobił wielkiej kariery. Wszystko przepadło...
Jak to? Nie zrobił wielkiej kariery? Nie zrobił, bo na przeszkodzie stanęły poważne kontuzje. Pierwszej doznał na boisku, druga była efektem wypadku motocyklowego.
Moment, czy coś tu się nie pomyliło? O kim w ogóle jest ta książka?! Nie, nic nam się nie pomyliło. Wszystko się zgadza, bo pierwszym synem w rodzinie Szczęsnych był Jan. I on też miał być świetnym bramkarzem. Wojtek urodził się trzy lata później.
URODZONY BRAMKARZ NR 2
A więc zaczynamy jeszcze raz.
Urodził się 18 kwietnia 1990 roku w Warszawie, a potem rósł jak na drożdżach. Gdy tylko stanął na nogach, zaczął biegać za piłką. Był zapatrzony w tatę i... Tu następuje zmiana, bowiem mały Wojtek Szczęsny był zapatrzony nie tylko w tatę, ale też starszego brata. Janek rósł szybko, ale Wojtek... jeszcze szybciej! Choć jest między nimi 2,5 roku różnicy, na zdjęciach z dzieciństwa wyglądają jak bliźniacy.
Wiecie, co to znaczy. Mały Wojtek łaził za starszym bratem krok w krok i chciał robić dokładnie to samo. I bardzo wkurzał się, gdy na obiad dostawał mniejszą porcję. Był młodszy, ale absolutnie nie chciał czuć się słabszy czy gorszy. Rywalizował od najmłodszego i robi to do dziś.
"WOJTKA" MOGŁO NIE BYĆ
Gdy Wojtek się urodził, babcia miała dla niego gotowe imię.
- Kajetan, to musi być Kajetan - nie dawała spokoju rodzicom małego chłopca. Uznała zapewne, że Jan i Kajetan to będzie piękna para. Faktycznie, razem to fajnie brzmi. "Oto Jan i Kajetan".
Mama urodzonego właśnie chłopca nie była przekonana do tego imienia. Wolała coś nieco bardziej typowego i ostatecznie stanęło na Wojciechu. Na drugie imię wybrano Tomasza. Wojciech Tomasz Szczęsny.
Ciekawe, czy jako Kajetan Tomasz Szczęsny też zostałby tak dobrym bramkarzem?
Jedno jest pewne. Wojtek cieszy się, że jest Wojtkiem. - Dzięki mamo, że nie uległaś presji babci - mówił w jednym z wywiadów. Ale niech żaden Kajtek nie czuje się urażony. To też super imię! Po prostu każdy lubi to swoje i trudno wyobrazić nam sobie, że moglibyśmy mieć inne. A więc Wojtek chce być Wojtkiem i basta.
SPORTOWE GENY
Janek i Wojtek przyszli na świat w sportowej rodzinie. Cofnijmy się o kilka lat.
Mama, pani Alicja, była piłkarką ręczną. W liceum sportowym poznała Macieja, który był początkującym bramkarzem. Między nastolatkami szybko zaiskrzyło, zaczęli się spotykać i wkrótce zostali parą. A niedługo potem Alicja zaszła w ciążę. Para wzięła ślub i już jako państwo Szczęśni zamieszkali w jednopokojowym mieszkanku.
Niedługo na świat przyszło ich pierwsze dziecko, dziewczynka. Musicie wiedzieć, że zanim urodzili się Janek i Wojtek, w życiu państwa Szczęsnych pojawiła się córeczka, Natalia. Dziewczynka całkowicie zmieniła życie Alicji i Macieja. Stała się oczkiem w głowie młodych rodziców.
Na czas ciąży pani Alicja musiała zawiesić karierę sportową, ale po urodzeniu dziecka wróciła do gry. Choć wkrótce dowiedziała się, że... znów jest w ciąży.
Za to na boisku dobrze wiodło się Maciejowi. Przyszły tata Wojtka został bramkarzem Gwardii Warszawa i szybko robił postępy.
Wtedy jednak w życiu młodego małżeństwa wydarzyło się coś naprawdę strasznego.
ŚMIERĆ NA SPACERZE
Życie bywa okrutne i czasem pisze bardzo smutne scenariusze. Pewnego słonecznego dnia pani Alicja wybrała się z małą Natalką na spacer. W pewnym momencie usłyszała dziwny dźwięk... Gdy się obróciła, zobaczyła swoją córeczkę leżącą pod przewróconym trzepakiem. Dziewczynka była cała we krwi i od razu było widać, że stało się coś poważnego. Wkrótce na miejscu zdarzenia pojawiła się karetka pogotowia. Natalka została zabrana do szpitala, ale na ratunek było za późno. Dziewczynka zmarła przed drugimi urodzinami...
Śmierć dziecka to najgorsze, co może przydarzyć się rodzicom. Nagle wszystko inne przestało się liczyć.
Pani Alicja była już w kolejnej ciąży, z której za parę miesięcy urodzi się Janek. Urodzony bramkarz numer jeden. Gdy na świecie pojawił się ten mały, uśmiechnięty dzieciak, życie państwa Szczęsnych znów nabrało sensu. I ponownie ruszyło do przodu.
BURZLIWE ŻYCIE TATY
Jak już się rzekło, mama Alicja była piłkarką ręczną, a tata Maciej - piłkarzem. Stał na bramce. Spytajcie taty, powinien go kojarzyć. Zatrzymajmy się przy tym panu na chwilę.
Maciej Szczęsny urodził się w Warszawie i tu zaczął grę w piłkę. Najpierw w Gwardii, a w 1987 roku, jako 22-letni chłopak, trafił do Legii. Tam musiał walczyć o miejsce ze Zbigniewem Robakiewiczem i wkrótce zaczął wygrywać tę rywalizację. Zapamiętajcie nazwisko Robakiewicz, bo zaraz padnie raz jeszcze. W 1991 roku pan Maciej zadebiutował w reprezentacji Polski, wkrótce potem z Legią dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku był jednym z najlepszych polskich bramkarzy.
Był też bardzo specyficzną osobą, zawsze chodzącą swoimi ścieżkami. W 1996 roku wprawił kibiców Legii w osłupienie, bo zdecydował się na transfer do Widzewa Łódź - jednego z największych rywali warszawskiej ekipy. Ale to nie wszystko, bo dwa lata później przeniósł się do Polonii Warszawa, a więc lokalnego rywala Legii. A na koniec do Wisły Kraków. Dla kibiców Legii to było za dużo i miłość do urodzonego w Warszawie bramkarza przerodziła się w prawdziwą nienawiść. Fani Legii czuli się zdradzeni. Szybko zakochali się w tym pewnym siebie bramkarzu, ale potem równie szybko musieli się odkochać.
Przy okazji kolejnych transferów Szczęsny dokonał niezwykłego. W każdym z tych klubów sięgał po tytuł mistrzowski. Maciej Szczęsny jest do dziś jedynym piłkarzem, który w Polsce zdobywał mistrzostwo z czterema różnymi klubami - z Legią, Widzewem, Polonią i Wisłą.
Wkrótce przekonacie się, że jego burzliwa kariera miała spory wpływ na dzieciństwo Wojtka. A momentami było naprawdę bardzo groźnie.
MAMA, DWÓCH SYNÓW I... ?
Najpierw urodził się Janek, potem Wojtek. W mieszkaniu państwa Szczęsnych zrobiło się gwarno i wesoło. I gdy wydawało się, że teraz będzie już tylko lepiej, w życiu tej rodziny znów wydarzyło się coś nieoczekiwanego.
Gdy Janek miał trzy lata, a Wojtek raptem trzy miesiące, z domu zniknął tata. Pan Maciej postanowił się wyprowadzić. Spakował walizki, wyszedł i... już nie wrócił. Młode małżeństwo nie radziło sobie z problemami życia codziennego. Wciąż przeżywali śmierć córeczki. W domu często dochodziło do mniejszych lub większych kłótni. W końcu pan Maciej uznał, że lepiej będzie, jeśli opuści rodzinę.
I tak w mieszkaniu przy ulicy Łukowskiej w Warszawie została pani Alicja z dwójką małych brzdąców. Od teraz musiała radzić sobie sama. Choć nie do końca...
DWIE BABCIE
Ojciec zniknął z życia swojej rodziny i wpadał tu tylko od czasu do czasu, za to sprawy w swoje ręce wzięły obie babcie. Babcia Krysia była mamą Alicji. Pracowała jako pielęgniarka w szpitalu w Międzylesiu, a jej daniem popisowym były pierogi i naleśniki. To taka babcia, od której wychodzi się z pełnymi słoikami i pudełkami jedzenia. Janek i Wojtek uwielbiali jej dania i zawsze toczyli walkę o ostatniego pierożka.
Na wysokości zadania stanęła też babcia od strony taty. Pan Maciej wyprowadził się z domu, ale babcia Janina nie zawiodła. Ona również pomagała pani Alicji na tyle, na ile mogła.
Dzięki wsparciu tych osób chłopcy nigdy nie poczuli, że czegoś im brakuje. Zawsze czuli się zaopiekowani, a przede wszystkim... najedzeni!
CZY TO BLIŹNIACY?
To pytanie pani Alicja słyszała bardzo często. Janek rósł szybko, ale Wojtek... jeszcze szybciej. Błyskawicznie doścignął pod względem wzrostu starszego brata. Na zdjęciach rodzinnych wyglądają jak rówieśnicy, więc mama często słyszała pytanie, czy to bliźniacy.
Jeśli macie rodzeństwo to zapewne domyślacie się, że Janek nie musiał być z tego zadowolony. Był starszy, więc wolał patrzeć na brata nieco z góry, a tak nie było.
Byli równego wzrostu, ale nie równi... Jeśli rozumiecie, o co chodzi. Janek był starszy, więc umiał więcej, wiedział więcej i miał też starszych kolegów. Gdy Wojtek wpadał w tarapaty, Janek często stawał w jego obronie. Raz nawet zafundował mu specyficzną eskortę.
- Janek, boję się wrócić do domu po szkole. Powiedzieli, że będą na mnie czekać - pożalił się pewnego dnia Wojtek. Autentycznie bał się wracać do domu, bo znów komuś podpadł. A więc Janek zwołał kolegów i w ten sposób większą grupą poszli razem do domu. Wysyłając od razu sygnał, że z Wojtkiem lepiej nie zadzierać, bo wie kogo poprosić o pomoc.
Ale bywało i tak, że bracia stawali przeciwko sobie. Na początku zawsze wygrywał Janek. Do czasu. Pewnego dnia musiał uznać wyższość młodszego brata. To był przełom w ich dzieciństwie, Janek stracił pierwszeństwo.
TANCERZE
Bracia chodzili tymi samymi ścieżkami i razem też trafili do... szkoły tańca. To nie były przelewki - chłopcy poszli do szkoły tańca towarzyskiego, więc szlifowali kroki walca, tanga, fokstrota, rumby czy samby i mieli przy tym... niezły ubaw. Lepiej szło Jankowi, który często kończył konkursy na podium. Wojtek był... nieco bardziej drętwy.
Po latach bardzo doceniali te lekcje. Czy taniec może pomóc bramkarzowi? Zapytam inaczej. Pamiętacie "Dudek Dance"? W 2005 roku Liverpool spotkał się w finale Ligi Mistrzów z AC Milan. W bramce angielskiej drużyny stał Polak Jerzy Dudek, który został bohaterem serii rzutów karnych. Tańcząc na linii, dekoncentrował kolejnych strzelców. Serginho nie trafił w bramkę, a potem Dudek obronił strzały Andrei Pirlo i Andrija Szewczenki. "Dudek Dance" automatycznie przeszedł do historii futbolu, a Liverpool sięgnął tamtego wieczoru po Puchar Europy.
Kurs tańca poprawił u chłopców koordynację ruchową. A poza tym, do dziś świetnie radzą sobie na parkiecie. No, Janek nieco lepiej. Podczas uroczystości rodzinnych są w stanie zatańczyć z każdą ciocią. I to też jest ważne!
MIŁOŚĆ DO ŚPIEWU
Muzyka towarzyszyła Wojtkowi nie tylko podczas zajęć tanecznych. Jako dzieciak uwielbiał śpiewać. Śpiewał na okrągło, przy każdej możliwej okazji. Idąc, siedząc, jedząc obiad... Jak wiadomo "śpiewać każdy może, jeden lepiej, drugi trochę gorzej", ale... wszystko ma swoje granice.
Mama i brat wielokrotnie prosili Wojtka, by przestał wyśpiewywać kolejne hity, jednak ten uciszał się tylko na chwilę. A zaraz znów zaczynał. Wiecie jak to jest, gdy w głowie utkwi jakaś piosenka i człowiek nie jest w stanie się jej pozbyć.
Ulubioną piosenkarką Wojtka była wtedy Britney Spears. Jej plakat wisiał wśród plakatów przedstawiających najlepszych piłkarzy świata. Mały Wojtek chyba nawet trochę się w niej podkochiwał. A śpiewać lubi do dziś i świetnie czuje się podczas zabaw karaoke.
TRUDNE ŻYCIE W TRUDNEJ OKOLICY
Pani Alicja dzielnie walczyła, by poradzić sobie w roli samotnej matki. A lekko nie było. Rodzina Szczęsnych mieszkała na Pradze. To dzielnica Warszawy leżąca po prawej stronie Wisły, która jeszcze niedawno cieszyła się złą sławą. Pod koniec ubiegłego wieku, gdy mały Wojtek zaczynał poznawać świat poza domem, Praga nie była bezpiecznym miejscem. Trzeba było uważać, gdzie się chodzi, a wszyscy dobrze wiedzieli, które miejsca lepiej omijać. Na Pradze roiło się też od kibiców Legii, którzy... nienawidzili już ojca Wojtka. Bo - jak pamiętacie - zdradził Legię.
Maciej Szczęsny rzadko zaglądał wówczas do Warszawy, więc złość kibiców przenosiła się na jego bliskich. Pani Alicja przekonała się o tym kilkakrotnie. Chuligani za cel obrali choćby jej samochód. Zdarzało się, że wybijali w nim szybę, zdejmowali koła, przebijali opony lub zamalowywali czarnym sprejem boczne lusterka. Po latach pani Alicja wspominała, że synowie czasem bali się wracać ze szkoły do domu, bo nie wiedzieli, co tym razem ich czeka. - Chłopcy obrywali za ojca, a ja za byłego męża - wspominała w jednym z wywiadów.
DOM POD SPECJALNĄ OCHRONĄ
Najgorzej było w czerwcu 1997 roku, gdy ważyły się losy mistrzostwa Polski. W przedostatniej kolejce Legia grała u siebie z Widzewem. Pierwsi w tabeli byli łodzianie, ale różnica wynosiła tylko jeden punkt. Gdyby Legia wygrała to spotkanie, przeskoczyłaby w tabeli Widzew. Więc przed ostatnią kolejką znów wszystko byłoby w jej rękach.
Mecz był największym wydarzeniem sezonu. A obecność Macieja Szczęsnego w bramce Widzewa jeszcze dodatkowo podgrzewała atmosferę.
Do 88. minuty Legia prowadziła 2:0 i w Warszawie już praktycznie świętowano mistrzostwo Polski, ale wtedy Widzew pokazał swój niezłomny charakter. Łodzianie, prowadzeni przez Franciszka Smudę, strzelili w końcówce trzy gole i ostatecznie wygrali na Łazienkowskiej 3:2! Dla Legii to była katastrofa i w zasadzie koniec marzeń o mistrzostwie.