Rozdział 5. Październik
5
Październik
W piątkowy ranek Alex poszła z Mercy na zajęcia ze współczesnych poetów
i na wstęp do elektrotechniki. Robiła, co w jej mocy, żeby uważać.
Semestr się dopiero zaczął, a jej już brakowało snu.
Chciała zostać w akademiku tego wieczoru, odespać trochę, dokończyć
wieszanie plakatów w swoim pokoju. Mercy swoją połowę obwiesiła już
pracowicie reprintami i kolażami z fragmentów poezji wypisanych chińską
kaligrafią i ilustracjami z magazynów mody. Zrobiła sobie prowizoryczny
baldachim nad łóżkiem z niebieskiego tiulu i cała sypialnia wyglądała
wytwornie.
Jednakże Mercy i Lauren chciały gdzieś wyjść, zatem wyszły. Alex włożyła
nawet sukienkę, krótką i czarną, z ażurowymi ramiączkami. Mercy i Lauren
nosiły identyczne, ale w innych kolorach. Alex miała wrażenie, że są
miniaturową armią - trzy lunatyczki w wykwintnych nocnych koszulach.
Mercy i Lauren włożyły sandały z paseczków, niestety Alex takich nie
miała, więc została w swoich obtartych czarnych butach za kostkę.
Łatwiej się w nich biega.
Zatrzymały się przy huśtawce, żeby zrobić sobie zdjęcia. Alex wybrała
jedno, żeby wysłać mamie - to, na którym wyglądała najweselej, gdzie
sprawiała wrażenie, jakby wszystko było u niej w porządku. Lauren stała
na lewo od niej - z gęstą szopą miodowo-złotych włosów i zębami
bielszymi od światła latarki. Mercy zajęła miejsce po lewej - z czarnymi
lśniącymi włosami obciętymi na pazia, z dużymi, staroświeckimi
kolczykami w kształcie stokrotek i nieufnością w oczach.
Czy ludzie Eitana nadal obserwowali Mirę? Czy też Eitan uznał, że może
zostawić jej matkę w spokoju, odkąd Alex robi to, co jej się każe? Miała
wrażenie, że Kalifornia to nie tyle drugie wybrzeże, ile inna epoka,
czas ginący we mgle. Alex chciała, żeby coraz bardziej się rozmywał, bo
szczegóły były zbyt bolesne, żeby widzieć je z całą wyrazistością.
Impreza odbywała się w domu przy Lynwood, niedaleko żałosnej nory z pełnymi nadziei wiatrowskazami obracającymi się wolno na dachu, która
udawała mieszkanie, siedziby stowarzyszenia Świętego Elma. Alex przez
całą noc piła wodę i umierała z nudów, ale nie miała nic przeciwko.
Chętnie stała z czerwonym jednorazowym kubkiem w ręce w otoczeniu
przyjaciółek, udając nabuzowaną. Właściwie nie do końca udawała.
Zaprawiła się basso belladonną. Powiedziała sobie, że nie będzie brała w tym roku, ale rok już okazał się do dupy, więc Alex będzie robić to, co
konieczne.
W sobotę rano wymknęła się, kiedy Mercy jeszcze spała, i zadzwoniła do
Zwoju i Klucza. Tak jak obiecała, była nadzwyczaj uprzejma. Potem
zwinęła się w kłębek na łóżku i zasnęła z powrotem. Spała, dopóki Mercy
jej nie obudziła.
Zjadły późne śniadanie w jadalni i Alex jak zwykle nałożyła sobie
kopiasty talerz. Zamierzały spróbować otworzyć portal do piekła; powinna
za bardzo się denerwować, żeby jeść, a miała wrażenie, że nie jest w stanie napełnić żołądka. Miała ochotę na dokładkę syropu, bekonu,
wszystkiego. Szarzy uwielbiali to miejsce wypełnione zapachem jedzenia i plotkami. Alex mogła je zabezpieczyć, tak samo jak zabezpieczyła swój
pokój w akademiku. Jednakże gdyby coś miało ją zaatakować, wolała mieć
pod ręką Szarego, by się nim posłużyć, byle nie był tak blisko, żeby jej
przeszkadzać. A tu Szarzy znikali w tłumie. Było w tym coś z prawdziwie
pokojowej koegzystencji - gdy umarli łamali się chlebem z żywymi.
Alex wiedziała, że istnieją piękniejsze pomieszczenia na Uniwersytecie
Yale, ale to było jej ulubione - z belkami z ciemnego drewna wysoko w górze i z wielkim kamiennym kominkiem. Uwielbiała tu siedzieć, gdy
zalewał ją brzęk tac i gwar rozmów. Spodziewała się, że Darlington
uśmiechnie się z wyższością, gdy mu powie, jak bardzo uwielbia jadalnię
w JE, ale on tylko pokiwał głową i powiedział: "Jest za duża, żeby
wyglądała jak jadalnie w oberży albo zajeździe, ale robi takie wrażenie.
Jakby można było tam oprzeć wygodnie nogi i przeczekać burzę". Może tak
to właśnie wyglądało dla zmęczonego podróżnego, dla studentki, którą
udawała. Jednakże miejsce prawdziwej Alex znajdowało się pośród burzy;
ściągała na siebie wszelkie kłopoty jak piorunochron gromy. To się
zmieni, gdy Darlington wróci. Nie będą już we dwie z Dawes próbować
barykadować się przed ciemnością.
- Dokąd idziesz? - zapytała Mercy, kiedy Alex wstała i wsunęła kawałek
tostu z masłem do ust. - Mamy czytanie.
- Skończyłam już "Opowieść rycerza".
- A "Damy z Bath"?
- Yhm.
Lauren odchyliła się na krześle.
- Chwileczkę, Alex, przeczytałaś lektury z wyprzedzeniem?
- Teraz jestem bardzo uczoną osobą.
- Musimy nauczyć się na pamięć pierwszych osiemnastu linijek -
powiedziała Mercy. - A to nie jest łatwe.
Alex odstawiła torbę.
- Co? Dlaczego?
- Żebyśmy wiedzieli, jak to brzmi? Napisano je w języku
średnioangielskim.
- Musiałam się ich nauczyć w szkole średniej - powiedziała Lauren.
- Bo chodziłaś do nadzwyczajnego prywatnego liceum na Brooklynie -
odparła Mercy. - My z Alex wylądowałyśmy w państwowych szkołach i ulica
uczyła nas życia.
Lauren prawie zakrztusiła się sokiem ze śmiechu.
- Lepiej uważaj, bo Mercy cię załatwi na szaro - ostrzegła ją Alex z szerokim uśmiechem.
- Nie powiedziałaś, dokąd się wybierasz! - zawołała za nią Lauren, kiedy
Alex wyszła z jadalni.
Alex prawie zapomniała, jakie męczące jest wymyślanie wymówek.
Dawes czekała przed szkołą muzyczną, której biało-różowa fasada
przypominała przeładowany ozdobami tort. Alex nigdy nie była w Wenecji,
ale znała ten styl. Darlington też uwielbiał ten budynek.
- Zgodzili się?
Żadnego "cześć", żadnego "jak się masz". Dawes robiła wrażenie wręcz
niemożliwie skrępowanej w niezgrabnych szortach-bojówkach, w białej
koszulce z dekoltem w szpic i z płócienną torbą przewieszoną przez
pierś. Było w jej wyglądzie coś nienaturalnego i Alex nagle zdała sobie
sprawę, że tak przywykła do widoku Dawes ze słuchawkami na szyi, że bez
nich wydawała jej się dziwnie naga.
- W pewnym sensie - powiedziała Alex. - Powiedziałam im, że
przeprowadzam inspekcję.
- O, świetnie... Czekaj, dlaczego przeprowadzasz inspekcję?
- Dawes. - Alex rzuciła jej spojrzenie. - A co miałabym sprawdzać?
- Powiedziałaś, że z nimi porozmawiasz, a nie, że ich okłamiesz.
- Kłamanie to też forma rozmowy. Bardzo użyteczna forma. Nie musiałam
się nawet wysilać.
Nie po numerze, jaki stowarzyszenie Zwoju i Klucza wykręciło w zeszłym
roku. Nie chodziło, rzecz jasna, o narkotyki, bo to było jak najbardziej
dopuszczalne według zasad Lete, ale o wprowadzenie ludzi z miasta -
obcych! - do swojego grobowca i włączenie do rytuałów. Skończyło się to
morderstwem i skandalem. Oczywiście to nie pociągnęło za sobą żadnych
poważnych reperkusji poza surowym ostrzeżeniem i karą finansową.
Robbie Kendall czekał na schodach grobowca, ubrany w kraciaste szorty i jasnoniebieską koszulkę polo. Blond włosy miał dostatecznie długie, żeby
kojarzyły się z surferem, ale nie prezentowały się niechlujnie.
Popołudniowy skwar nie robił na nim wrażenia. Wyglądał, jakby nigdy w życiu się nie spocił.
- Cześć - powiedział z nerwowym uśmiechem. - Alex? Czy, ehm... mam cię
nazywać Wergiliuszem?
Alex poczuła, że Dawes zesztywniała obok niej. Nie towarzyszyła Alex
podczas dwóch pierwszych rytuałów tego roku. Nie słyszała tego imienia,
odkąd Darlington zaginął.
- Zgadza się - powiedziała Alex, ukradkiem ocierając dłonie, zanim je
sobie podali. - To Oculus. Pamela Dawes.
- Świetnie. Co chcecie zobaczyć?
Alex przyjrzała się Robbie'emu chłodno.
- Daj mi klucze. Możesz poczekać na zewnątrz.
Robbie się zawahał. Był przewodniczącym nowej delegacji, studentem
ostatniego roku i aż się palił, żeby robić wszystko, jak należy.
Naprawdę idealna ofiara.
- Nie wiem, czy...
Alex obejrzała się przez ramię i zniżyła głos.
- W taki sposób chcesz zacząć ten rok?
Robbie otworzył usta.
- Ehm... Nie.
- Kompletny brak szacunku dla zasad twoich towarzyszy Kluczników prawie
doprowadził w zeszłym roku do śmierci mojej i Oculusa. Dwójki delegatów
Lete. Macie szczęście, że nie zostaliście pozbawieni przywilejów.
- Pozbawieni?
Zupełnie jakby nigdy nie przyszło mu to na myśl, jakby coś takiego było
niemożliwe.
- Zgadza się. Na semestr, może na cały rok. Osobiście uważałam, że
należy okazać wam wyrozumiałość, ale... - Wzruszyła ramionami. - Może
popełniłam błąd.
- Nie, nie. Zdecydowanie nie. - Robbie szukał po omacku kluczy. - W żadnym razie.
Alex prawie mu współczuła. Dopiero co po raz pierwszy posmakował magii,
kiedy przeszedł inicjację w zeszłym semestrze, pierwszy raz dostrzegł
przelotnie świat poza Zasłoną. Obiecano mu cały rok dzikich podróży i tajemnic. Zrobi wszystko, byle mu tego nie odebrano.
Ciężkie drzwi otworzyły się, ukazując ozdobne kamienne wejście; chłodny
mrok był miłą odmianą po upale. Szary w spodniach w prążki wesoło
mruczał pod nosem w korytarzu, oglądając szklaną gablotę pełną
czarno-białych zdjęć. Ciężkie wnętrze grobowca Zwoju i Klucza dziwnie
kontrastowało z eleganckim zewnętrzem - nieociosany kamień z ozdobnymi
mauretańskimi łukami. Jakby weszły do jaskini.
Alex zabrała z ręki Robbie'ego klucze, zanim zdążył się zastanowić.
- Poczekaj, proszę, na zewnątrz.
Tym razem nie protestował, powiedział tylko entuzjastycznie:
- Pewnie. Nie śpieszcie się.
Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, Alex spodziewała się połajanki albo
chociaż pełnego dezaprobaty grymasu, ale Dawes miała zamyśloną minę.
- Co się stało? - zapytała Alex, kiedy ruszyły korytarzem do
sanktuarium.
Dawes wzruszyła ramionami i wyglądała, jakby nadal nosiła jedną ze
swoich ciężkich bluz.
- Mówisz zupełnie jak on.
Czy Alex znowu odgrywała Darlingtona? Pewnie tak. Za każdym razem, kiedy
wypowiadała się z całym autorytetem Lete, mówiła tak naprawdę jego
głosem - pewnym siebie, przekonanym o swojej słuszności, wiedzącym. Jej
całkowite przeciwieństwo.
Otworzyła drzwi do Sali rytuałów. To była przestronna komnata na planie
gwiazdy w samym sercu grobowca. W każdym z sześciu ramion gwiazdy stał
posąg rycerza, a pośrodku umieszczono okrągły stół. Tyle że tak naprawdę
to wcale nie był stół; to były drzwi, przejście do każdego miejsca, do
jakiego człowiek może zapragnąć się udać. I do paru, w których nie
chciałby wylądować.
Alex przesunęła ręką po inskrypcji przy krawędzi stołu. "Miejcie moc
opromienić tę mroczną ziemię, miejcie moc ożywić ten martwy świat". Tara
stała przy tym stole, zanim została zamordowana. Była tu intruzem, tak
samo jak Alex.
- Uda nam się? - spytała. - Węzeł jest niestabilny.
Dlatego właśnie Klucznicy korzystali ze środków halucynogennych, dlatego
musieli polegać na dziewczynie z miasta i jej chłopaku, który handlował
prochami. Przygotowywali dla nich koktajl, który pomagał otwierać
portale i ułatwiał przejście do innych krain.
- Nie mamy specjalnego koktajlu od Tary.
- Nie wiem - odpowiedziała Dawes, gryząc paznokieć. - Ale... nie wiem,
czego innego mogłybyśmy spróbować. Możemy poczekać. Powinnyśmy.
Spojrzały sobie w oczy ponad wielkim, okrągłym stołem, który miał być
niby zrobiony z tych samych desek, co stół, przy którym kiedyś
gromadzili się rycerze króla Artura.
- Powinnyśmy - zgodziła się Alex.
- Ale nie poczekamy, prawda?
Alex pokręciła głową. Minęły ponad trzy miesiące od pogrzebu Sandowa,
odkąd Alex przedstawiła swoją teorię, że Darlington nie umarł, ale tkwi
uwięziony gdzieś w piekle, demon-dżentelmen, który tak przeraził
martwych i wszelkie potwory zebrane za Zasłoną. W czasie, który upłynął,
Alex i Dawes nie dowiedziały się niczego, dzięki czemu mogłyby uznać, że
to wszystko było czymś więcej niż pobożnymi życzeniami. To jednak nie
powstrzymało ich przed próbą obmyślenia sposobu dotarcia do Darlingtona.
Galaxias. Galaxy. Wołanie zza Zasłony. Jakie to będzie uczucie znowu
stać się uczennicą? Znowu być Dantem? Miesiące poszukiwań wskazówek
dotyczących położenia Womitorium niczego nie przyniosły i możliwe, że ta
próba też nic im nie da, ale musiały chociaż spróbować. Anselm pełnił
rolę nieobecnego rodzica; odzywał się obowiązkowo z Nowego Jorku, ale
poza tym zostawił je same sobie. Nie mogły liczyć na to, że nowy Pretor
zachowa się tak samo.
- Zacznijmy od zabezpieczeń - powiedziała Alex.
Pracowały we dwie, kreśląc rozsypaną solą Węzeł Salomona, bo zwykły krąg
by nie wystarczył. Teoretycznie otwierały bramę do piekła, a przynajmniej do jednego jego zakątka i jeśli Darlington był teraz
bardziej demonem niż człowiekiem, to nie chciały, żeby zaczął swawolić
ze swoimi kumplami demonami po całym kampusie.
Każda linia węzła stykała się z inną, nie sposób więc było powiedzieć,
gdzie wzór się zaczyna. Alex porównała ich dzieło z rysunkiem, który
skopiowała z książki poświęconej magicznym barierom. Podobno demony
uwielbiały zagadki i gry, a węzeł miał je zająć, dopóki nie zostaną
przegnane albo - jak planowały w przypadku Darlingtona - zakute w łańcuchy z czystego srebra. A przynajmniej Alex miała nadzieję, że to
czyste srebro. Znalazła je w szufladzie zbrojowni i liczyła, że Lete nie
zaoszczędziło na nich. A jeśli piekielna bestia znowu się na nie rzuci?
Umieściły w czterech stronach świata kamienie: ametyst, karneol, opal i turmalin. Małe błyskotki, żeby związać potwora.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Listopad
Listopad
Alex podchodziła do posiadłości Black Elm tak, jakby podkradała się do
dzikiego zwierzęcia. Ostrożnie szła długim zakolem podjazdu, starając
się nie zdradzać strachu. Ile już razy tędy szła? Dzisiaj jednak było
inaczej. Dom wynurzał się spomiędzy nagich gałęzi drzew i wyglądał,
jakby na nią czekał, jakby słyszał jej kroki i spodziewał się jej
nadejścia. Nie kulił się jak ofiara. Stał pewnie jak wilk, który
szczerzy zęby - całe jego dwie kondygnacje z szarego kamienia zwieńczone
spiczastym dachem. Posiadłość Black Elm kiedyś była efektowna i wymuskana, ale zostawiono ją własnemu losowi na zbyt długi czas.
Pozabijane deskami okna na piętrze tylko pogarszały obraz - wyglądały
jak nieopatrzona rana w boku wilka, od której zwierzę może oszaleć.
Alex wsunęła klucz w zamek w starych drzwiach na tyłach domu i weszła
chyłkiem do kuchni. W środku było chłodniej niż na zewnątrz - nie było
ich stać na ogrzewanie domu, a poza tym nie miało to sensu. Jednakże
mimo zimna i misji, którą Alex przyszła tu wypełnić, pomieszczenie nadal
było przytulne. Miedziane patelnie wisiały w schludnych rzędach nad
wielką, starą kuchenką, lśniące i gotowe, czekające tylko, żeby ich
użyć. Kamienna podłoga była nieskazitelnie czysta, blaty zostały
wytarte. Na jednym stała butelka od mleka z gałązkami ostrokrzewu, które
postawiła tam Dawes. Kuchnia była najbardziej funkcjonalnym
pomieszczeniem w całym Black Elm, które dzięki stałym zabiegom pozostało
żywe, schludna świątynia światła. W taki sposób Dawes radziła sobie z tym wszystkim, co zrobili, z tym, co czaiło się w sali balowej.
Alex nabrała już rutyny w Black Elm. Właściwie to Dawes wypracowała tę
rutynę, a Alex próbowała się jej trzymać - miała wrażenie, że to skała,
której chwyciła się kurczowo, podczas gdy strach próbował wciągnąć ją w odmęty. Trzeba otworzyć drzwi, sprawdzić pocztę, odłożyć ją na blat,
napełnić miski Cosmo świeżą wodą i karmą.
Zwykle miski były puste, ale dzisiaj Cosmo przewrócił naczynie z karmą i jakby w geście protestu rozrzucił po podłodze chrupki w kształcie rybek.
Kot Darlingtona wściekał się, bo zostawał sam. A może bał się, bo już
nie był tak naprawdę całkiem sam?
- A może po prostu jesteś wybrednym sierściuchem - mruknęła Alex,
sprzątając karmę z podłogi. - Przekażę pańskie uwagi szefowi kuchni.
Nie podobało jej się brzmienie własnego głosu - wątłego w panującej w domu ciszy, ale zmusiła się, żeby powoli i metodycznie wypełnić resztę
obowiązków. Napełniła miski wodą i karmą, wyrzuciła przesyłki reklamowe
adresowane do Daniela Arlingtona, włożyła rachunek za wodę do swojej
torby, żeby zabrać go do Il Bastone. Kolejne kroki w rytuale, które
wykonywała z pieczołowitością, chociaż nie zapewniały jej żadnej
ochrony. Zastanawiała się, czy nie zaparzyć kawy. Mogłaby usiąść na
zewnątrz w zimowym słońcu i poczekać, aż Cosmo ją znajdzie, kiedy uzna
za stosowne przerwać polowanie na myszy w niechlujnym kłębowisku
labiryntu z żywopłotu. Mogłaby tak zrobić. Odsunąć na bok troski i gniew, spróbować złożyć w całość tę układankę, chociaż nie chciała
zobaczyć obrazka wyłaniającego się z każdym nowym paskudnym elementem,
jaki dokładała.
Zerknęła na sufit, jakby mogła przebić go wzrokiem. Nie, nie mogła po
prostu usiąść na werandzie i udawać, że wszystko jest w najlepszym
porządku, kiedy jej nogi chciały wspiąć się po schodach, chociaż
wiedziała, że powinna uciekać w przeciwnym kierunku, zamknąć za sobą na
klucz kuchenne drzwi i udawać, że nigdy nie słyszała o tym miejscu.
Miała swoje powody, żeby tu się zjawić, ale teraz zastanawiała się nad
swoją głupotą. Nie była gotowa. Powinna porozmawiać z Dawes, może nawet
z Turnerem. Chociaż raz powinna obmyślić plan, zamiast rzucić się na
oślep prosto w ramiona katastrofy.
Umyła ręce w zlewie i dopiero kiedy odwróciła się po ręcznik, zauważyła
otwarte drzwi.
Wytarła ręce, starając się nie zwracać uwagi na gwałtownie przyśpieszone
bicie serca. Nigdy dotąd nie zauważyła drzwi w pokoju kredensowym, tej
przerwy między ładnymi przeszklonymi szafkami i półkami. Nigdy dotąd nie
widziała, żeby były otwarte. I z pewnością nie powinny być otwarte
teraz.
Może to Dawes zostawiła je otwarte? - pomyślała. Tyle że Dawes wciąż
lizała rany po rytuale i ukrywała się za szeregami swoich fiszek. Nie
zaglądała tu od paru dni, odkąd postawiła gałązki ostrokrzewu na blacie,
tworząc obrazek tego, jak powinno wyglądać życie. Schludne i proste.
Antidotum na resztę ich dni i nocy, na sekret na piętrze.
Ona i Dawes nigdy nie zawracały sobie głowy pokojem kredensowym z rzędami zakurzonych naczyń i kieliszków oraz z wazą na zupę wielkości
wanny. To było jedno z licznych szczątkowych odnóży domu, miejsce
nieużywane i zapomniane, zostawione na pastwę atrofii od czasu
zniknięcia Darlingtona. A już z pewnością nie zawracały sobie głowy
piwnicą. Alex nigdy nawet o niej nie myślała. Aż do tej chwili, kiedy
stała przy kuchennym zlewie otoczona przez schludne kafelki pomalowane w niebieskie wiatraki i żaglowce i wpatrywała się w czarną dziurę, idealny
prostokąt, niespodziewaną pustkę. Wyglądało to tak, jakby ktoś usunął
fragment kuchni. Wyglądało to jak otwarty grób.
Zadzwoń do Dawes, pomyślała.
Oparła się o blat.
Wyjdź z kuchni i zadzwoń do Turnera.
Odłożyła ręcznik i wyciągnęła nóż z bloku stojącego obok zlewu.
Żałowała, że nie ma w pobliżu jakiegoś Szarego, ale nie chciała
ryzykować przyzywania.
Przytłaczały ją rozmiary domu i panująca w nim głucha cisza. Zerknęła
znowu, pomyślała o złotym migotaniu kręgu, buchającym z niego żarze.
"Mam pragnienia". Czy te słowa podnieciły ją, kiedy powinny tylko
przerazić?
Alex podeszła cicho do otwartego przejścia, do tej rozwartej pustki. Jak
głęboko kopano, kiedy budowano ten dom? Była w stanie doliczyć się
trzech, czterech, pięciu kamiennych stopni prowadzących do piwnicy,
zanim reszta zginęła w ciemności. Może dalej nie było schodów? Może
zrobiłaby krok, spadła i poleciała w chłód?
Przesunęła ręką po ścianie, szukając włącznika światła, a potem uniosła
wzrok i zobaczyła wystrzępiony sznurek zwieszający się obok gołej
żarówki. Szarpnęła za niego i ciepłe, żółte światło zalało schody.
Żarówka zabrzęczała pocieszająco.
- Cholera - mruknęła Alex.
Zgroza rozpłynęła się, pozostawiając na swoim miejscu jedynie
zażenowanie. Zwykłe schody, drewniana poręcz, regały zastawione puszkami
farby i szmatami, narzędzia wiszące na ścianie. Słaby zapaszek
stęchlizny unosił się z ciemności w dole, smrodek murszu wzbogacony
nutką zgnilizny. Alex usłyszała kapiącą wodę i szuranie, najpewniej
szczura.
Nie widziała zbyt wyraźnie końca schodów, ale na pewno był tam następny
włącznik albo żarówka. Mogła zejść, upewnić się, że nikt tam nie
grzebie, sprawdzić, czy nie powinny z Dawes wystawić pułapek.
Tylko dlaczego drzwi były otwarte?
Cosmo mógł je szturchnąć podczas jednej ze swoich wypraw na szczury. A może rzeczywiście to Dawes je uchyliła i zeszła na dół po coś zupełnie
zwyczajnego - środek chwastobójczy, papierowe ręczniki? I potem
zapomniała porządnie je zamknąć.
Dlatego Alex zamknie je należycie. Na klucz. A jeśli jakimś cudem na
dole czai się coś, co nie powinno się tam znaleźć, to zostanie na swoim
miejscu, dopóki Alex nie wezwie posiłków.
Sięgnęła do sznurka i zamarła z zaciśniętą na nim dłonią, nasłuchując.
Wydawało jej się, że usłyszała... o, znowu, cichy syk.
Dźwięk jej imienia. Galaxy.
- Nie, mowy nie ma. - Wiedziała, jak kończy się ten konkretny film, i za
żadne skarby nie zamierzała schodzić do piwnicy.
Szarpnęła sznurek, usłyszała trzask żarówki i poczuła pchnięcie
wymierzone dokładnie między jej łopatki.
Spadła. Nóż z brzękiem wypadł jej z ręki. Zapanowała nad chęcią
wyciągnięcia ręki, żeby osłabić uderzenie, gdy upadnie, i zamiast tego
zasłoniła głowę, lądując z całym impetem na ramieniu. Po części
ześlizgnęła się, po części przeturlała do podnóża schodów, uderzyła
mocno o podłogę. Całe powietrze uszło z niej jak wiatr wpadający przez
okno. Drzwi na górze się zatrzasnęły. Usłyszała szczęk zamka. Wokół
panowała ciemność.
Serce biło jej teraz jak szalone. Co siedziało tu razem z nią na dole?
Kto ją tu zamknął? Wstawaj, Stern. Do cholery, weź się w garść.
Przygotuj się do walki.
Słyszała własny głos? Czy Darlingtona?
Oczywiście, że swój. Darlington nigdy nie przeklinał.
Podniosła się i oparła plecami o ścianę. Przynajmniej z tej strony nic
nie mogło jej zajść. Z trudem oddychała. Gdy raz połamiesz kości, to
zaczynają wyrabiać sobie złe nawyki. Blake Keely złamał jej dwa żebra
niecały rok temu. Obawiała się, że znowu mogła je połamać. Dłonie miała
lepkie. Podłoga była mokra z powodu starego przecieku w ścianach, w powietrzu unosił się smród. Otarła ręce o dżinsy i poczekała. Z trudem
nabierała powietrza. Gdzieś w ciemności usłyszała coś, co brzmiało jak
kwilenie.
- Kto tam? - wychrypiała, nie mogąc znieść strachu we własnym głosie. -
Tylko spróbuj ze mną zadrzeć, ty tchórzliwa gnido.
Nic.
Poszukała po omacku telefonu, żeby oświetlić nieco piwnicę. Niebieska
poświata była wręcz oślepiająca. Alex skierowała światło na półki ze
starym rozcieńczalnikiem do farb, narzędziami, pudełkami opisanymi
zygzakowatym charakterem pisma Darlingtona, zakurzonymi skrzynkami
ozdobionymi okrągłym logo firmy Arlington & Co. Obuwie gumowe. I nagle światło rozbłysło w parze oczu.
Alex zdusiła krzyk, prawie wypuściła telefon. To nie byli ludzie, tylko
Szarzy, mężczyzna i kobieta, czepiający się siebie, drżący ze strachu.
Lecz to nie Alex się bali.
Pomyliła się. Podłoga nie była mokra z powodu przecieku, deszczówki czy
starej pękniętej rury. Była śliska od krwi. Alex miała w niej uwalane
całe ręce. Rozmazała ją na dżinsach.
Dwa ciała leżały na starej cegle. Wyglądały jak porzucone stare ubrania,
jak stos szmat. Znała te twarze. "Niebo ich nie chce, gdyż niosłyby
zgubę jego piękności"1.
Na podłodze było mnóstwo krwi. Świeżej krwi.
Szarzy nie porzucili swoich ciał. Mimo paniki Alex wiedziała, że to
dziwne.
- Kto to zrobił? - zapytała ich.
Kobieta jęknęła. Mężczyzna przycisnął palec do ust. Strach wypełnił mu
oczy, gdy zerkał nerwowo na boki, rozglądając się po piwnicy. Jego szept
poniósł się w ciemności.
- Nie jesteśmy tu sami.
Rozdział 1. Październik, miesiąc wcześniej
1
Październik,
miesiąc wcześniej
Alex znajdowała się niedaleko od mieszkania Tary. Jeździła tymi ulicami
z Darlingtonem na początku jej pierwszego roku, przemierzała je
piechotą, gdy polowała na zabójcę Tary. Wtedy trwała zima, gałęzie były
nagie, maleńkie podwórka pokrywała skorupa z brudnych śnieżnych zasp. Ta
okolica lepiej prezentowała się podczas wciąż ciepłych październikowych
dni, obłoki zielonych liści łagodziły krawędzie dachów, bluszcz wspinał
się po ogrodzeniach z siatki, a wszystko to wyglądało łagodnie i kojąco
w blasku ulicznych lamp wycinających złote kręgi w pastelowych godzinach
zmierzchu.
Alex stała w studni cienia między dwoma szeregowcami i obserwowała ulicę
biegnącą przed Taurus Cafe, ceglaną bryłą bez okien, na której szyldy
obiecywały keno, lotto i Coronę. Słyszała dobiegające ze środka
dudnienie muzyki. Mała grupka ludzi paliła papierosy i gawędziła pod
lampami mimo tabliczki obok drzwi ostrzegającej przed policją. Alex
cieszyła się z hałasu, ale mniej odpowiadało jej to, że tak wielu
świadków zobaczy ją w tej okolicy. Lepiej byłoby wrócić tu za dnia,
kiedy na ulicy będzie pusto, ale nie miała takiego luksusu.
Wiedziała, że w barze będzie mnóstwo Szarych, których przyciąga pot
stłoczonych ciał, wilgotny brzęk butelek; liczyła jednak na kogoś
bardziej pod ręką.
Tam! Szary w zimowej kurtce i czapce, kręcił się przy kłócącej się
parze; nie przeszkadzał mu dokuczliwy skwar przeciągającego się lata.
Nawiązała z nim kontakt wzrokowy. Jego dziecinna twarz wywołała w niej
nagły niepokój. Umarł bardzo młodo.
- "Chodź, chodź..." - zanuciła pod nosem i zaraz parsknęła zdegustowana.
Cały czas słyszała w głowie tę durną pioseneczkę. Jakaś grupa ćwiczyła a capella na dziedzińcu, kiedy Alex szykowała się do wyjścia z akademika.
- Jakim cudem oni już zaczynają z tym z gównem? - narzekała Lauren,
przeglądając skrzynki z winylami. Jej blond włosy były jeszcze
jaśniejsze po lecie, które spędziła jako ratowniczka.
- To kawałek Irvinga Berlina - zauważyła Mercy.
- Mam to w nosie.
- Który w dodatku jest rasistowski.
- To gówno jest rasistowskie! - wrzasnęła przez okno Lauren, puściła na
adapterze płytę AC/DC i pogłośniła do oporu.
Alex rozkoszowała się każdą minutą. Zaskoczyło ją to, jak bardzo
brakowało jej Lauren i Mercy latem, beztroskich rozmów, ploteczek,
wspólnych niepokojów związanych z zajęciami, kłótni o muzykę i ciuchy -
to wszystko było jak lina, której mogła się chwycić i wrócić do
normalnego świata. Oto moje życie, powiedziała sobie, gdy siedziała
zwinięta w kłębek na kanapie przed hałaśliwym wiatrakiem i patrzyła, jak
Mercy wiesza girlandę z gwiazd nad kominkiem w ich nowym wspólnym
pokoju, który stanowił dużą zmianę po ciasnym mieszkanku na Starym
Kampusie. Kanapa i fotel trafiły do ich nowego lokum, niski stolik,
który razem złożyły na początku pierwszego roku, toster oraz wydawałoby
się nieoskoczony zapas pop-tartów przesyłanych przez mamę Lauren. Alex
poprosiła Lete o rower, drukarkę i nowego korepetytora pod koniec
zeszłego roku. Zarząd z radością się zgodził, a ona żałowała, że nie
poprosiła o nic więcej.
Akademik na Starym Kampusie, gdzie ulokowano je na pierwszym roku, to
było najpiękniejsze miejsce, w jakim Alex mieszkała przez całe swoje
życie, ale internat przy college'u - wreszcie naprawdę należały do JE -
był miejscem prawdziwym, solidnym, eleganckim. Czymś trwałym. Alex
podobały się witrażowe okna, kamienne twarze w każdym kącie dziedzińca,
porysowane drewniane podłogi, niedziałający kominek z bogatymi
rzeźbieniami, ozdobiony świecami i zabytkowym globusem. Podobał jej się
nawet mały Szary w staroświeckim ubranku, dziecko z włosami ułożonymi w sprężyste anglezy, które lubiło przesiadywać w gałęziach nad huśtawką
zamontowaną na drzewie.
Ona i Mercy zajmowały dwuosobową sypialnię, bo Lauren wygrała
pojedynczą, gdy ciągnęły słomki. Alex była przekonana, że Lauren
oszukiwała, ale nie miała jej tego szczególnie za złe. Łatwiej byłoby
jej wychodzić i wracać, gdyby miała własny pokój, ale było coś kojącego
w leżeniu nocą w łóżku i słuchaniu, jak w drugim końcu pokoju Mercy
chrapie. Przynajmniej nie spały już na piętrowym łóżku.
Alex zamierzała posiedzieć z Mercy i Lauren przez kilka godzin, zanim
będzie musiała wyjść, żeby nadzorować rytuał w Księdze i Wężu, posłuchać
płyt i udawać, że nie słyszy denerwującego "mmm" i "oooch" chórku
masakrującego Alexander's Ratime Band.
"Chodź, chodź, podaj mi rękę".
Niestety dostała wiadomość od Eitana.
Zatem teraz obserwowała Taurus Cafe. Już miała wyjść z cienia, kiedy
podjechał czarno-biały samochód, nowiutki radiowóz, elegancki i cichy
jak drapieżnik z morskich głębin. Błysnął kogutem, beknął krótko syreną,
ostrzegając, że policja z New Haven rzeczywiście ma to miejsce na oku.
- Walcie się - warknął ktoś, ale tłum się rozpierzchł.
Ludzie wrócili do klubu albo rozeszli się chodnikiem do swoich
samochodów. Nie zrobiło się jeszcze naprawdę późno. Nadal zostało
mnóstwo czasu, żeby znaleźć inną imprezę, mieć jeszcze jedną szansę na
coś fajnego.
Alex nie chciała myśleć o gliniarzach ani o tym, co by było, gdyby dała
się złapać, co powiedziałby Turner, gdyby wylądowała na komisariacie za
włamanie z zamiarem kradzieży albo - co gorsza - z powodu oskarżenia o napaść. Detektyw nie odzywał się od końca zeszłego roku akademickiego i Alex wątpiła, czy ucieszyłby się na jej widok nawet w miłych
okolicznościach.
Kiedy radiowóz odjechał, upewniła się, że na chodniku nie ma żadnych
potencjalnych świadków, i ruszyła przez ulicę w stronę brzydkiego
białego bliźniaka, kilka budynków dalej od baru. Śmieci wysypywały się z koszy. Zarośnięte chwastami podwórka i zawalone rupieciami werandy.
"Kiedyś się tym zajmę, chyba że jednak nie". Za to na podjeździe przed
interesującym ją domem stał nowy pick-up z tablicą rejestracyjną
zrobioną na zamówienie: MAJSTER. Przynajmniej wiedziała, że trafiła we
właściwe miejsce.
Wyjęła składane lusterko z kieszeni dżinsów. Latem, kiedy nie zaznaczała
na mapie niezliczonych kościołów w New Haven dla Dawes, przekopywała
szuflady zbrojowni w Il Bastone. Powiedziała sobie, że to dobry sposób
na zabicie czasu, zaznajomienie się z Lete i zorientowanie się, co warto
ukraść, gdyby zaszła taka potrzeba. Jednakże prawdę mówiąc, gdy grzebała
w szafkach zbrojowni i czytała małe ręcznie wypisane etykietki - Dywan
Ozymandiasa; Monsunowe Pierścienie do przyzywania deszczu,
zdekompletowane; Palillos del Dios - czuła obecność Darlingtona
zerkającego jej przez ramię. "Te kastaniety przegonią poltergeista,
Stern, o ile zagra się na nich odpowiedni rytm. Ale i tak wyjdziesz z tego z przypalonymi na czarno palcami".
To było pocieszające i niepokojące zarazem. Nieodmiennie w jego
opanowanym głosie naukowca pojawiał się oskarżycielski ton. "Gdzie się
podziewasz, Stern? Dlaczego jeszcze nie przyszłaś?".
Alex rozluźniła ramiona, próbując zrzucić z nich ciężar winy. Musiała
się skupić. Tego ranka przysunęła kieszonkowe lusterko do telewizora,
żeby się przekonać, czy uda jej się przechwycić urok z ekranu. Nie była
pewna, czy to zadziała, ale się udało. Teraz otworzyła je i pozwoliła,
żeby otoczyła ją iluzja. Wbiegła po schodach na werandę i zapukała.
Mężczyzna, który otworzył drzwi, był ogromny, potężnie umięśniony i miał
szyję grubą i różową jak szynka z kreskówki. Nie musiała zerkać na
zdjęcie na telefonie - to był Chris Owens, znany też jako Majster, z kartoteką równie długą jak on sam i dwa razy od niego szerszą.
- Jasny gwint - powiedział na widok Alex, zatrzymując wzrok całą stopę
powyżej jej głowy. Urok dodał jej dwanaście cali wzrostu.
Uniosła rękę i pomachała.
- Ehm... w czym mogę pomóc? - zapytał Majster.
Alex wskazała podbródkiem wnętrze mieszkania.
Majster potrząsnął głową, jakby przeganiał resztki snu.
- Ach, jasne. - Odsunął się na bok, szerokim gestem zapraszając ją do
środka.
W salonie było zaskakująco czysto. Halogenowa lampa ustawiona w kącie,
zestaw wypoczynkowy w postaci wielkiej skórzanej kanapy i fotela z podnóżkiem przed wielgachnym telewizorem z płaskim ekranem, z włączonym
programem sportowym na ESPN.
- Napijesz się czegoś czy... - Majster zawahał się. Alex widziała, jak
kalkuluje. Istniał tylko jeden powód, dla którego znana telewizyjna
postać może zjawić się w drzwiach twojego domu w czwartkowy wieczór.
Tudzież w dowolny inny wieczór. - Szukasz towaru?
Alex nie potrzebowała właściwie potwierdzenia, ale teraz już je miała.
- Wisisz dwanaście kafli.
Majster cofnął się gwałtownie, jakby nagle stracił równowagę. Bo
usłyszał głos Alex. Nawet nie próbowała go zmienić, a dysonans między
jej głosem a iluzją Toma Brady'ego stworzoną przez lusterko, sprawił, że
urok zafalował. To nie miało znaczenia. Alex potrzebowała magii tylko po
to, żeby bez problemu wejść do mieszkania Majstra.
- Co jest, kurwa...?
- Dwanaście kafli - powtórzyła Alex.
Teraz już widział ją naprawdę - drobną dziewczynę z przedziałkiem
pośrodku czarnych włosów, która stała w jego salonie, tak chudą, że
mogłaby prześlizgnąć się przez szpary między podłogowymi deskami.
- Nie wiem, kim, kurwa, jesteś, ale trafiłaś pod niewłaściwy adres! -
ryknął.
Już szedł do niej, aż podłoga trzęsła się pod jego ciężarem.
Alex wyciągnęła przed siebie rękę, sięgając w stronę okna i chodnika
przez Taurus Cafe. Poczuła, że Szary w czapce wpada w nią, w ustach
miała smak landrynek z aromatem zielonego jabłuszka, nozdrza wypełnił
jej smród palonej trawki. Jego duch sprawiał wrażenie niedorobionego i rozgorączkowanego jak ptak, który wali o szybę raz za razem, ale jego
siła była czysta i mordercza. Alex uniosła ręce, uderzając dłońmi prosto
w pierś Majstra.
Wielgachny mężczyzna przeleciał przez pokój. Uderzył w telewizor, tłukąc
ekran i zwalając go na podłogę. Alex nie udawała, że skradzenie siły
Szaremu, bycie przez chwilę niebezpieczną osobą nie było przyjemne.
Przeszła przez pokój i stanęła nad Majstrem, poczekała, aż spojrzy na
nią przytomnie.
- Dwanaście kafli - powtórzyła. - Masz tydzień, żeby je zdobyć, albo
wrócę i połamię ci kości - zagroziła, chociaż było możliwe, że już
złamała mu mostek.
- Nie mam takiej kasy - odpowiedział z jękiem Majster i pomasował pierś.
- Dzieciak mojej siostry...
Alex znała te wymówki. Sama się nimi posługiwała. "Moja mama jest w szpitalu. Mój czek się spóźnia. Muszę wymienić skrzynię biegów w samochodzie, a nie zdołam ci zapłacić, jeśli nie będę mogła jeździć do
pracy". Właściwie nie miało to znaczenia, czy wymówki były prawdziwe,
czy nie.
Przykucnęła.
- Współczuję. Naprawdę. Ale ja mam swoją robotę, a ty swoją. Dwanaście
tysięcy dolarów do przyszłego piątku albo on każe mi wrócić i zrobić z ciebie przykład dla każdego drobnego dilera za dyszkę w okolicy. A ja
nie chcę tego robić.
Naprawdę nie chciała.
Majster najwyraźniej jej uwierzył.
- On... ma coś na ciebie?
- Dość, żeby kazać mi tu przyjść i kazać wrócić. - Alex poczuła nagły
ból w skroniach i przesłodzony smak jabłkowych landrynek wypełnił jej
usta. - Kurna, stary, źle wyglądasz.
Alex potrzebowała sekundy, żeby zdać sobie sprawę, że to ona mówi. Tyle
że cudzym głosem.
Majster wytrzeszczył oczy.
- Derrik?
- Jasne! - To nie był jej głos, to nie był jej śmiech.
Majster chciał dotknąć jej ramienia, ale coś pomiędzy zdumieniem a strachem sprawiło, że dłoń mu zadrżała.
- Byłem... na twoim pogrzebie.
Alex wstała, prawie tracąc równowagę. Dostrzegła swoje odbicie w stłuczonym telewizorze, ale nie zobaczyła chudej dziewczyny w koszulce
na ramiączka i w dżinsach. Widziała chłopaka w czapce i zimowej kurtce.
Wypchnęła Szarego z siebie, najwyraźniej Derrika. Przez chwilę mierzyli
się wzrokiem. Nie wiedziała, co go zabiło, i nie chciała wiedzieć.
Jakimś cudem przepchnął się na pierwsza linię jej świadomości, przejął
jej twarz, jej głos. Nie życzyła sobie czegoś takiego.
- "Bela Lugosi nie żyje" - warknęła. To były jej ulubione słowa śmierci
tego lata.
Derrik zniknął.
Majster przycisnął się do ściany, jakby też mógł zniknąć. Oczy miał
pełne łez.
- Kurwa, co tu się dzieje?
- Nie przejmuj się tym - odpowiedziała Alex. - Po prostu zdobądź kasę i nic takiego więcej się nie powtórzy.
Alex chciała, żeby to naprawdę było równie proste.
Rozdział 2
2
Powrót piechotą na kampus trwał długo. Skwar był jak zwierzę, które
depcze jej po piętach, a jego oddech kładzie się wilgocią na karku. Mimo
to nie zwolniła. Chciała oddalić się od tamtego Szarego. Co tam się
wydarzyło? Jak miała dopilnować, żeby to się więcej nie powtórzyło? Pot
spływał jej po plecach. Żałowała, że nie włożyła szortów, ale wydawało
jej się, że nie wypada wkładać obciętych dżinsów, kiedy idzie się
spuścić komuś manto.
Ruszyła drogą równoległą do szlaku nad kanałem, odliczała długie kroki,
starając się odzyskać panowanie nad sobą, zanim wróci na kampus.
Przeszła część tej ścieżki z Mercy w poprzednim roku, żeby popatrzeć na
jesienne liście, powódź czerwieni i złota, fajerwerki pochwycone w pełni
rozkwitu. Myślała o tym, jak bardzo to miejsce różni się od rzeki L.A. z jej betonowymi brzegami, i przypomniała sobie, jak unosiła się na
tamtych brudnych wodach wzmocniona siłą Hellie, żałując, że nie mogą
obie wypłynąć na otwarte morze i stać się dla siebie własną wyspą.
Zastanawiała się, gdzie Hellie została pochowana, i miała nadzieję, że w jakimś pięknym miejscu, które w niczym nie przypominało tamtej smutnej,
wysychającej rzeki, tej zapadniętej żyły.
Szlak nad kanałem byłby teraz zielony, zarośnięty letnią roślinnością,
ale Szarzy uwielbiali to miejsce, a Alex nie chciała w tej chwili być
nigdzie w ich pobliżu, więc trzymała się nudnych parkingów i nijakich
biurowców Science Park. Minęła pośpiesznie przemysłowe budynki
przerobione na mieszkalne i wyszła na Prospect Street. Tutaj ścigał ją
tylko duch Darlingtona. Jego głos opowiadający historię rodziny
Winchesterów, o tym, jak ich potomkowie mieszali się i wżeniali w elitę
z Yale albo o zwalistej bryle grobowca Sarah Winchester po drugiej
stronie miasta, wysokiej na osiem stóp skalnej bryle, w którą wciśnięto
krzyż, jakby to była szkolna praca jakiegoś dziecka. Alex zastanawiała
się, czy pani Winchester wolała zostać pochowana na cmentarzu Evergreen
zamiast przy Grove Street, bo wiedziała, że nie znajdzie spoczynku w pobliżu fabryki, gdzie jej mąż produkował jedną lufę po drugiej, jedną
broń po drugiej.
Alex nie zwolniła kroku, dopóki nie minęła nowych college'ów i nie
przeszła przez Trumbull Street. Miło było znaleźć się z powrotem na
kampusie, gdzie drzewa wnosiły się nad ulicami, ocieniając je swoimi
koronami. Jak stała się kimś, kto lepiej czuje się w takim miejscu niż
na ulicach w okolicy Taurus Cafe? Komfort był narkotykiem, którego nie
zrozumiała, dopóki nie było już za późno, i teraz już uzależniła się od
filiżanek herbaty i zastawionych książkami regałów, od nocy, których nie
zakłóca wycie policyjnych syren i nieustanny warkot przelatujących w górze helikopterów. Iluzja Toma Brady'ego zupełnie się rozpadła, kiedy
Alex wpuściła w siebie Szarego, więc przynajmniej nie musiała się
martwić, że wywoła zamieszanie na kampusie.
Studenci korzystali z ciepłego wieczoru, dreptali jak kaczki, taszcząc
kanapy, rozdawali ulotki reklamujące imprezy. Ubrana w górę od bikini i szorty dziewczyna na rolkach śmignęła środkiem ulicy. Jej skóra lśniła
na tle błękitnej nocy. To był czas marzeń, magiczne pierwsze dni
jesiennego semestru, wypełnione radosnym otumanieniem ponownych spotkań,
rozpalania starych przyjaźni iskierkami podobnymi do świetlików, nim
zacznie się prawdziwa praca. Alex też miała ochotę nurzać się w tej
atmosferze, przypomnieć sobie, że jest bezpieczna, że nic jej nie
będzie. Jednakże nie miała na to czasu.
Klitka znajdowała się raptem parę przecznic dalej. Alex przystanęła,
próbując wziąć się w garść. Oparła się o niski murek przed Biblioteką
Sterlinga. W jaki sposób Szary ją przejął? Wiedziała, że jej związek z umarłymi pogłębił się z powodu tego, co musiała zrobić podczas walki z Belbalm. Wezwała ich do siebie i ofiarowała im swoje imię. A oni
odpowiedzieli. Uratowali ją. Oczywiście ratunek miał swoją cenę. Przez
całe życie była w stanie widzieć Szarych; teraz ich także słyszała.
Znajdowali się o wiele bliżej, dużo trudniej było ich ignorować.
Może jednak w ogóle nie rozumiała ceny, jaką zapłaci za ratunek. Coś
bardzo złego wydarzyło się w domu Majstra. Coś, czego nie potrafiła
wyjaśnić. To ona miała kontrolować umarłych, posługiwać się nimi, a nie
odwrotnie.
Wyjęła telefon i zobaczyła dwie wiadomości od Dawes, wysłane dokładnie w piętnastominutowych odstępach, obie wypisane wielkimi literami. ODEZWIJ
SIĘ. PILNE.
Alex zignorowała wiadomości, przewinęła ekran i napisała szybko:
Załatwione.
Odpowiedź była natychmiastowa: Gdy dostanę kasę.
Naprawdę miała nadzieję, że Majster zaprowadzi u siebie porządek.
Wykasowała wiadomości od Eitana i zadzwoniła do Dawes.
- Gdzie jesteś? - zapytała nerwowo Dawes.
Musiało wydarzyć się coś poważnego, skoro Dawes zignorowała procedury.
Alex wyobraził ją sobie krążącą po salonie w Black Elm, związane w węzeł
rude włosy przekrzywiły jej się na bok, słuchawki wiszą jej na szyi.
- Koło Sterlinga. Wracam właśnie do Klitki.
- Spóźnisz się na...
- Tak, jeśli będę tu stała i gadała z tobą. Co się stało?
- Wybrali nowego Pretora.
- Do diabła. Tak szybko?
Pretor był pośrednikiem Lete w kontaktach z administracją. Tylko rektor
i dziekan wiedzieli o prawdziwych poczynaniach tajnych stowarzyszeń i zadaniem Lete było dopilnować, by tak pozostało. Pretor był ich niańką.
Dorosłym odpowiedzialnym za bandę dzieciaków. Przynajmniej teoretycznie,
bo dziekan Sandow okazał się mordercą.
Alex wiedziała, że Pretor Lete musi być byłym członkiem Lete i należeć
do kadry Yale albo przynajmniej mieszkać w New Haven. Znalezienie kogoś
takiego nie mogło być łatwe. Alex i Dawes zakładały, że zarząd będzie
potrzebował co najmniej kolejnego semestru, żeby znaleźć kogoś, kto
zastąpi bardzo martwego dziekana Sandowa. Liczyły na to.
- Kim jest ten facet?
- To może być kobieta.
- A jest?
- Nie, ale Anselm nie podał mi nazwiska.
- A zapytałaś? - naciskała Alex.
Zapadło przeciągające się milczenie.
- Nie całkiem.
Nie było sensu dogryzać Dawes. Podobnie jak Alex nie przepadała za
ludźmi, ale w przeciwieństwie do Alex unikała konfrontacji. I tak
naprawdę to nie było jej zadanie. Oculus dbał o to, żeby Lete sprawnie
działało - żeby lodówka i zbrojownia były zaopatrzone, rytuały
rozplanowane, nieruchomości utrzymane w dobrym stanie. Zadaniem Dawes
było zbieranie informacji, a nie dręczenie członków zarządu.
Alex westchnęła.
- Kiedy go wprowadzą?
- W sobotę. Anselm chce zorganizować spotkanie, może przy herbacie.
- Nie. Nie ma mowy. Potrzebuję więcej niż dwóch dni, żeby się
przygotować.
Alex odwróciła się plecami do przechodzących studentów. Spojrzała na
kamiennych skrybów strzegących drzwi do Biblioteki Sterlinga. Darlington
towarzyszył jej tutaj, jak zawsze odzierając uniwersytet Yale z jego
tajemnic. "Egipski, majański, hebrajski, chiński, arabski, kopie
malowideł jaskiniowych w Les Combarelles. Przygotowali się na każdą
ewentualność".
- Co znaczą te napisy? - zapytała wtedy Alex.
- To cytaty z bibliotek, ze świętych pism. Chiński cytat pochodzi z grobowca sędziego. Majański ze Świątyni Krzyża, ale wybrali go w ciemno,
ponieważ dopiero dwadzieścia lat później byli w stanie go przetłumaczyć.
Alex się roześmiała.
- Jak pijany gość, który tatuuje sobie znak kanji.
- Posługując się jednym z twoich powiedzonek, spartolili robotę. Ale z pewnością wygląda to imponująco, nie uważasz, Stern?
Wyglądało. Zarówno wtedy, jak i teraz.
W tej chwili Alex zgarbiła się nad telefonem i szepnęła do Dawes,
wiedząc, że pewnie wygląda jak dziewczyna, która właśnie rozmawia ze
swoim chłopakiem o rozstaniu.
- Potrzebujemy czasu.
- A co na tym zyskamy?
Alex nie umiała na to odpowiedzieć. Szukały Womitorium przez całe lato i niczego nie znalazły.
- Poszłam do kościoła prezbiteriańskiego.
- No i?
- Nic. Przynajmniej tak mi się wydaje. Przyślę ci zdjęcia.
- Wrota do piekieł nie znajdują się, gdzie popadnie, żeby ludzie sobie
przez nie swobodnie przechodzili - ostrzegła je wcześniej Michelle
Alameddine, kiedy usiadły razem na kawie w Blue State po pogrzebie
dziekana Sandowa. - To byłoby zdecydowanie zbyt niebezpieczne. Myślcie o Womitorium jak o tajemnym przejściu, które pojawia się, gdy wypowiecie
magiczne słowa. Tyle że w tym wypadku magiczne słowa to seria kroków,
ścieżka, którą trzeba przejść. Dopiero kiedy zrobicie kilka pierwszych
kroków, zagłębiając się w labiryncie, ukaże się dalsza droga.
- Czyli szukamy czegoś, czego nie możemy nawet zobaczyć? - zapytała
wtedy Alex.
- Będą znaki, symbole. - Michelle wzruszyła ramionami. - A przynajmniej
tak głosi jedna z teorii. Bo tym właśnie są piekło i zaświaty. Teoriami.
Ponieważ ludzie, którzy mają okazję zobaczyć, co jest po drugiej
stronie, nie wracają, żeby nam o tym opowiedzieć.
Michelle miała rację. Alex była tylko na pograniczu, kiedy zawarła umowę
z Panem Młodym i ledwie wyszła z tego żywa. Ludzie nie mieli przechodzić
z tego życia do następnego, żeby potem wracać. Jednakże właśnie to
musiały zrobić, żeby sprowadzić Darlingtona z powrotem do domu.
- Krążą plotki, że Womitorium znajduje się na Station Island na Lough
Derg - mówiła dalej Michelle. - Możliwe, że istniało w Bibliotece
Królewskiej w Konstantynopolu, zanim została zniszczona. A według
Darlingtona grupka chłopaków ze stowarzyszeń wybudowała jedno tutaj.
Dawes prawie zachłysnęła się herbatą.
- Darlington tak powiedział?
Michelle spojrzała na nią w zamyśleniu.
- Darlington w wolnym czasie zajmował się kreśleniem magicznej mapy New
Haven, mapy wszystkich miejsc, przez które moc przepływa i z których
odpływa. Twierdził, że paru członków stowarzyszeń zbudowało Womitorium w ramach wyzwania, i zamierzał je znaleźć.
- No i?
- Powiedziałam mu, że jest idiotą i że powinien bardziej się martwić o swoją przyszłość, a mniej grzebać się w przeszłości Lete.
Alex złapała się na tym, że się uśmiecha.
- I jak to się skończyło?
- A jak myślisz?
- Właściwie to nie wiem - powiedziała wtedy, zbyt zmęczona i obolała,
żeby udawać. - Darlington kochał Lete, ale też chciałby posłuchać
swojego Wergiliusza. Traktował to całkiem poważnie.
Michelle przyjrzała się resztkom swojej babeczki.
- To w nim lubiłam. Traktował mnie poważnie. Nawet kiedy ja sama nie
traktowałam siebie poważnie.
- Tak - odezwała się cicho Dawes.
Michelle jednak wróciła do New Haven tylko raz w ciągu lata. Przez cały
czerwiec i lipiec Dawes prowadziła badania, siedząc u swojej siostry w Westport, wysyłając Alex do biblioteki Lete po różne książki i traktaty.
Próbowały wymyślić odpowiedni ciąg słów, żeby zwrócić się z pytaniem do
Księgi Albemarle'a, ale otrzymywały tylko stare relacje mistyków i męczenników, którzy mieli wizje piekła - Karol Otyły, dwie wieże Dantego
w Bolonii, jaskinie w Gwatemali i Belize, które miały prowadzić do
Xibalby.
Dawes parę razy przyjechała pociągiem z Westport, żeby mogły usiąść
razem i poszukać miejsca, od którego dałoby się zacząć poszukiwania.
Zawsze zapraszały Michelle, ale ona tylko raz przyjęła zaproszenie, w weekend, kiedy załatwiała coś dla swojego działu darów i nabytków w Bibliotece Butlera. Przez cały dzień siedziały nad zapiskami dotyczącymi
stowarzyszeń i książkami na temat mnicha z Evesham, a potem zjadły lunch
w salonie. Dawes przygotowała sałatkę z kurczaka i cytrynowe kwadraciki
zawinięte w kraciaste serwetki, ale Michelle ledwie cokolwiek skubnęła.
Cały czas zerkała na telefon, aż rwała się do wyjścia.
- Ona nie chce nam pomóc - powiedziała Dawes, kiedy Michelle w końcu
wyszła i drzwi do Il Bastone się za nią zamknęły.
- Chce - powiedziała Alex. - Tylko się boi.
Alex nie miała do niej o to pretensji. Zarząd Lete dał jasno do
zrozumienia, że uważa Darlingtona za martwego i nie chce słyszeć niczego
innego. W zeszłym roku zrobił się za duży bałagan, podniosła się za duża
wrzawa. Dom Lete chciał zamknąć za sobą ten rozdział. Jednakże dwa
tygodnie po wizycie Michelle Alex i Dawes wreszcie natrafiły na przełom:
pojedynczy, samotny akapit w Pamiętniku z czasów w Lete z 1938 roku.
Teraz Alex odepchnęła się od murku przed biblioteką i ruszyła
pośpiesznie Elm Street w stronę York Street.
- Powiedz im, że nie mogę spotkać się w sobotę. Powiedz im, że mam... dni
adaptacyjne albo coś takiego.
Dawes jęknęła.
- Wiesz, że nie potrafię kłamać.
- Jak masz się tego nauczyć, jeśli nie będziesz ćwiczyć?
Alex skręciła w zaułek i weszła do Klitki, w przyjazną chłodną ciemność
tylnej klatki schodowej, w słodki, jesienny zapach goździków i koryntek.
Pokoje były nieskazitelnie czyste, ale wymarłe, poobijane kanapy w szkocką kratę i scenki z pasterzami doglądającymi swoich stad wydawały
się uwięzione w półmroku. Alex nie lubiła spędzać w Klitce zbyt dużo
czasu. Nie chciała przypominać sobie utraconych dni, kiedy ukrywała się
w tych tajnych pokojach, ranna i pozbawiona nadziei. Żałosna. Nie
zamierzała pozwolić, żeby coś takiego przydarzyło jej się w tym roku.
Znajdzie sposób, by nie stracić kontroli. Porwała plecak, do którego
spakowała wcześniej potrzebne rzeczy - ziemię cmentarną, kredę ze
zmielonych kości i coś, co według etykietki nazywało się "Widmową
Pętlą", a wyglądało jak wymyślny kij do lacrosse'a, który zwędziła ze
zbrojowni Lete.
Chociaż raz odrobiła pracę domową.
***
Alex uwielbiała grobowiec Księgi i Węża, ponieważ znajdował się
naprzeciwko cmentarza przy Grove Street, a to znaczyło, że nie zobaczy
zbyt wielu Szarych, w szczególności wieczorem. Czasem Szarych
przyciągały pogrzeby, jeśli zmarły był szczególnie kochany lub
znienawidzony, i Alex raz miała okazję zobaczyć wyjątkowo upiorny
obrazek, kiedy Szary próbował polizać policzek płaczącej kobiety.
Jednakże tej nocy na cmentarzu rządziły tylko zimny kamień i rozkład,
ostatnie miejsce, w jakim Szary chciałby się znaleźć, zwłaszcza że po
sąsiedzku znajdował się kampus pełen flirtujących i spoconych studentów,
pijących za dużo kawy lub piwa, z roziskrzonymi nerwami i buzującym ego.
Sam grobowiec wyglądał jak coś pomiędzy grecką świątynią a przydużym
mauzoleum. Nie miał okien ani drzwi, tylko biały marmur i wyniosłe
kolumny.
- Miał przypominać Erechtejon - wyjaśnił jej kiedyś Darlington. - Ten na
Akropolu. A niektórzy mówią, że świątynię Nike.
- Więc co właściwie? - zapytała wtedy Alex.
Czuła, że znajduje się na względnie bezpiecznym terenie. Pamiętała, że
uczyła się kiedyś o Akropolu i Agorze, i że uwielbiała historie o greckich bogach.
- Ani jedno, ani drugie. Wybudowano je jako nekromantejon, dom otwarty
dla zmarłych, gdzie można z nimi obcować.
Alex roześmiała się wtedy, bo już wiedziała, jak bardzo Szarzy nie lubią
wszelkich przypomnień o śmierci.
- I wybudowali wielkie mauzoleum? Powinni byli wybudować kasyno i zamieścić przed wejściem tabliczkę "Darmowe drinki dla pań".
- To wulgarne, Stern, ale się nie mylisz.
Od tamtego czasu minął prawie rok. Tego wieczoru przyszła tu sama.
Weszła po schodach i zapukała do wielkich drzwi z brązu. To był drugi
rytuał, który obserwowała w tym semestrze. Pierwszy - rytuał odnowy w Manuskrypcie - był względnie łatwy. Nowa delegacja rozebrała się do
rosołu i wturlała siwego prezentera telewizyjnego do rowu wyłożonego
rozmarynem i gorącymi węgielkami. Wyszedł stamtąd dwie godziny później z czerwoną twarzą i zlany potem, ale wyglądał jakieś dziesięć lat
młodziej.
Drzwi otworzyły się i stała za nimi dziewczyna w czarnej szacie z twarzą
przesłoniętą woalem haftowanym w czarne węże. Odgarnęła go na głowę.
- Wergiliusz?
Alex skinęła głową. Stowarzyszenia w ogóle już nie pytały o Darlingtona.
Dla nowych delegatów była Wergiliuszem, ekspertem, autorytetem. Nigdy
nie poznali dżentelmena z Lete. Nie wiedzieli, że dostają niedoszkoloną
oszustkę. Dla nich Alex jest z Lete i zawsze była.
- Ty jesteś Calista?
Dziewczyna się rozpromieniła.
- Przewodnicząca delegacji. - Zaczęła ostatni rok studiów, była pewnie
rok starsza od Alex, ale wyglądała jak przedstawicielka innego gatunku:
dziewczyna o gładkiej skórze, błyszczących oczach, włosach układających
się w delikatne halo loków. - Jesteśmy prawie gotowi, żeby zaczynać.
Strasznie się denerwuję!
- Niepotrzebnie - odpowiedziała Alex, bo właśnie to powinna powiedzieć.
Jak przystało na Wergiliusza była spokojna i mądra; wszystko już
widziała.
Przeszły pod kamieniem z wyrytą sentencją Omnia mutantur, nihil
interit. Wszystko w świecie się zmienia, nic się nie zatraci.
Darlington przewrócił oczami, kiedy przetłumaczył dla Alex sentencję
przy ich pierwszej wizycie w grobowcu.
- Nie pytaj mnie, czemu stowarzyszenie, które czerpie z greckiej
tradycji nekromancji uważa za stosowne cytować rzymskiego poetę. Omnia
dicta fortiori si dicts Latina.
- Wiem, że chcesz, żebym zapytała, więc tego nie zrobię.
Uśmiechnął się.
- Wszystko o wiele lepiej brzmi po łacinie.
Dobrze się wtedy dogadywali, Alex czuła coś w rodzaju nadziei; kontakty
między nimi odznaczały się pewną swobodą, która mogła przerodzić się w zaufanie.
Gdyby tylko nie pozwoliła mu umrzeć.
Zimne wnętrze grobowca oświetlały pochodnie, dym uciekał przez małe
odpowietrzniki znajdujące się wysoko w górze. Większość pomieszczeń
wyglądała zwyczajnie, ale centralna świątynia była idealnie okrągła, a jej ściany ozdobiono barwnymi freskami przedstawiającymi nagich mężczyzn
w laurowych wieńcach.
- Czemu wspinają się po drabinach? - zapytała Alex, kiedy pierwszy raz
zobaczyła malowidła.
- A nie "czemu są nadzy?". Symbolizm, Stern. Wspinają się ku wyższej
wiedzy. Po grzbietach umarłych. Spójrz na dolną część.
Drabiny stały na zgarbionych plecach klęczących szkieletów.
Pośrodku sali ustawiono dwa wyniosłe posągi kobiet w welonach z kamiennymi wężami u stóp. Lampa zwieszała się z ich złączonych rąk,
ogień płonął delikatnym błękitem. Pod nią stało dwóch starych mężczyzn i rozmawiało. Jeden miał na sobie czarno-złote szaty, absolwent, który
pełnił rolę najwyższego kapłana. Drugi wyglądał jak bardzo surowy ojciec
- miał siwe włosy bardzo krótko obcięte na jeża, koszulę schludnie
wpuszczoną w wyprasowane spodnie khaki.
Weszły dwie postacie w szatach niosące wielką skrzynkę. Alex wątpiła,
żeby to była kanapa z Ikei. Postawiono ją między dwoma mosiężnymi
symbolami na podłodze - greckimi literami, które wypisano spiralą na
marmurowych płytach.
- Dlaczego tak bardzo naciskaliście, żeby uzyskać pozwolenie na rytuał w tym tygodniu? - zapytała Calistę, przyglądając się skrzyni, podczas gdy
Księgarze otwierali ją łomem.
Stowarzyszenia przeważnie zgadzały się na wieczory przypisane im w kalendarzu albo czasem prosiły o nadzwyczajną dyspensę, co wywracało
cały ustalony harmonogram do góry nogami. Jednakże Księgarze bardzo
jasno dali do zrozumienia, że stowarzyszenie Księgi i Węża potrzebuje
właśnie tego czwartku na rytuał.
- To był jedyny dzień... - Calista zawahała się, rozdarta między dumą a wymogiem zachowania dyskrecji. - Pewien generał z czterema gwiazdkami ma
bardzo napięty plan zajęć.
- Jasne - odpowiedziała Alex, zerkając na mężczyznę o surowej twarzy i krótkich włosach.
Wyjęła kredę i notatki i zaczęła starannie, skrupulatnie rysować krąg
ochrony. Nie zdawała sobie sprawy, jak mocno ściska kredę, dopóki nie
pękła na pół. Alex musiała dokończyć rysowanie odłamkiem. Denerwowała
się, ale to nie była panika, jaka ogarnia człowieka przed egzaminem, do
którego w ogóle się nie uczył. Przejrzała notatki, przećwiczyła
rysowanie symboli w przytulnym półmroku salonu w Il Bastone przy
dźwiękach New Order płynących z maleńkich głośników. Miała wrażenie, że
dom zaaprobował jej nowo odkrytą pracowitość, jego drzwi były porządnie
zamknięte i zabezpieczone, ciężkie zasłony zaciągnięte, żeby chronić
przed słońcem.
- Jesteśmy gotowi? - Najwyższy kapłan podszedł, zacierając ręce. -
Musimy trzymać się harmonogramu.
Alex nie pamiętała jego imienia, to był jakiś absolwent, którego poznała
w zeszłym roku. Nadzorował rytuał z nową delegacją. Widziała za jego
plecami Księgarzy wyjmujących zwłoki ze skrzyni. Położyli je na
podłodze, nagie i białe. Zapach róż wypełnił powietrze, a kapłan musiał
zauważyć zaskoczenie Alex, bo powiedział:
- W taki sposób przygotowujemy ciało.
Alex nie uważała się za przesadnie wrażliwą; przez całe życie miała zbyt
bliską styczność ze śmiercią, żeby wzdragać się na widok odciętych
kończyn albo ran postrzałowych, a przynajmniej, gdy w grę wchodzili
Szarzy. Jednakże rzeczywiste zwłoki, sztywne i milczące, o wiele
bardziej obce z powodu swojego bezruchu niż jakikolwiek duch - to było
co innego. Zupełnie jakby wyczuwała pustkę tam, gdzie powinna być osoba.
- Kto to jest? - zapytała.
- Teraz już nikt, ale kiedyś to był Jacob Yeshevsky, beniaminek
Krzemowej Doliny i przyjaciel rosyjskich hakerów na całym świecie. Zmarł
na jachcie niecałe dwadzieścia cztery godziny temu.
- Dwadzieścia cztery godziny - powtórzyła Alex.
Stowarzyszenie Księgi i Węża poprosiło o pozwolenie na rytuał tej nocy
już w sierpniu.
- Mamy swoje źródła. - Kapłan skinął głową w stronę cmentarza. - Umarli
wiedzieli, że jego czas nadchodzi.
- I przewidzieli jego śmierć z dokładnością co do jednego dnia. To
bardzo życzliwe z ich strony.
Jacob Yeshevsky został zamordowany. Alex była tego pewna. I nawet jeśli
Księgarze tego nie zaplanowali, to wiedzieli, że do tego dojdzie. Ona
jednak nie przyszła tu po to, że sprawiać kłopoty, a Jacobowi
Yeshevsky'emu nic już nie pomoże.
- Krąg jest gotowy - powiedziała.
Rytuał musiał być chroniony przez krąg, jednak Alex umieściła bramy w czterech kierunkach świata i jedna z nich pozostanie otwarta, żeby magia
mogła wpływać. Alex stanie przy niej na straży, na wypadek gdyby Szarzy
spróbowali wprosić się na imprezę, przyciągani przez tęsknotę, chciwość
i wszelkie inne silne emocje. Chociaż, o ile nie zrobi się naprawdę
ekscytująco, Alex wątpiła, żeby Szarzy chcieli znaleźć się tak blisko
świeżego trupa i całej tej pogrzebowej ponurości.
- Jesteś o wiele ładniejsza od tej dziewczyny, z którą kręcił się
Darlington - powiedział kapłan.
Alex nie odwzajemniła jego uśmiechu.
- Michelle Alameddine to zdecydowanie nie pańska liga.
Kapłan uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Absolutnie żadna dziewczyna nie jest dla mnie za dobra.
- Przestań dobierać się do majtek dziewczyny i bierzmy się do roboty -
warknął generał.
Kapłan odszedł, posyłając jej jeszcze jeden uśmiech.
Alex nie była pewna, czy uznać go za gościa z wyjątkowa ikrą, czy za
kogoś wyjątkowo obleśnego, skoro próbował poderwać dziewczynę, stojąc
rzut beretem od zwłok, ale postanowiła wynieść się jak najdalej od
Księgi i Węża, kiedy tylko zrobi swoje. Musiała pozostać grzeczną
dziewczynką. Zrobić swoje. Zrobić to dobrze. Ona i Dawes nie
potrzebowały żadnych kłopotów, nie chciały dać Lete żadnych powodów do
rozdzielenia ich ani przeszkodzenia im w realizacji ich planów. Nowy
Pretor będzie wystarczającym utrudnieniem.
Rozległ się dźwięczny ton gongu. Ubrani na czarno jak żałobnicy
Księgarze stanęli poza kręgiem i spuścili welony na twarze. Tylko
generał, najwyższy kapłan i trup pozostali wewnątrz kręgu.
- "Tam mędrcy pozwalają mi zasiąść i wieść uczone rozmowy z potężnymi
zmarłymi" - zaintonował kapłan, a jego głos poniósł się echem w komnacie.
- Tak się składa, że akurat ten cytat dotyczy bibliotek, a nie
nekromancji - szepnął kiedyś do Alex Darlington. Od tych słów zaczynał
się każdy rytuał Księgi i Węża. - Wyryto te słowa w kamieniu w Bibliotece Sterlinga.
Alex nie chciała się wtedy przyznać, że przez większość czasu, jaki
spędzała w Bibliotece Sterlinga, drzemała w jednej z czytelni, opierając
stopy o kratkę przewodu grzewczego.
Kapłan wrzucił coś do lampy nad nimi i niebieskawy dym buchnął z płomieni, a potem uspokoił się i opadł ku bosym stopom posągów. Jeden z kamiennych węży się poruszył, jego białe łuski opalizowały w świetle
ognia. Popełzł w stronę trupa, wijąc się po marmurowej podłodze, a potem
zatrzymał się, jakby wąchał ciało. Alex zdusiła okrzyk, kiedy wąż
uderzył, rozwierając szeroko szczęki, i wgryzł się w łydkę trupa.
Zwłoki zaczęły drżeć, mięśnie dygotały spazmatycznie, ciało podskakiwało
na posadzce jak ziarna kukurydzy na patelni. Wąż puścił łydkę i ciało
Yeshevsky'ego skoczyło, przykucnęło nisko na szeroko rozstawionych
stopach, z dłońmi na kolanach, i podreptało jak krab, ale z szybkością,
od której Alex przeszły ciarki po plecach. Jego twarz wyciągnęła się w grymasie, oczy były wytrzeszczone i spanikowane, usta rozwarły się jak u maski teatralnej symbolizującej tragedię.
- Potrzebuję haseł - powiedział generał, kiedy trup biegał po świątyni.
- Konkretów, a nie... - machnął ręką, przekreślając tym jednym gestem
grobowiec pod kopułą, studentów w szatach i biednego, martwego Jacoba
Yeshevsky'ego - ...przepowiedni od wróżki.
- Zdobędziemy to, czego potrzebujesz - odparł gładko kapłan. - Ale jeśli
zostaniesz zapytany o źródła tych informacji...
- Myślisz, że chcę, żeby nadzór zaczął węszyć wokół tych bzdur w stylu
Illuminati?
Alex nie widziała twarzy kapłana za welonem, ale jego pogarda była
oczywista.
- My nie jesteśmy Illuminati.
- Pozerzy - mruknął jeden z Księgarzy stojący niedaleko Alex.
- Po prostu każcie mu mówić - rozkazał generał.
To fasada, pomyślała Alex. To opryskliwe powarkiwanie i rzeczowy ton to
maska. Generał nie wiedział, w co się pakuje, kiedy zawarł umowę z Księgą i Wężem poprzez znajomości z jakimś wpływowym absolwentem Yale.
Co sobie wyobrażał? Ktoś wymruczy parę słów i rozlegnie się głos z zaświatów? Myślał, że rytuał będzie pełen godności? Jednakże tak właśnie
wygląda prawdziwa magia: nieprzyzwoita, dekadencka, perwersyjna. Witamy
na Yale, panie generale. Tak jest, panie generale.
Strużka śliny zwisała z ust Jacoba Yeshevsky'ego, kiedy czekał w niskich, nienaturalnych kuckach, kołysząc się powoli na boki, poruszając
leciutko palcami stóp, przewracając oczami jak groteska, jak jakiś
gargulec.
- Czy skryba jest gotowy? - zapytał kapłan.
- Tak - odpowiedział jeden z Księgarzy, siedzący wyżej na małym balkonie
z twarzą ukrytą za welonem.
- Mów zatem! - ryknął kapłan. - Póki możesz. Odpowiedz na nasze pytania
i wróć do spoczynku.
Skinął na generała, który odchrząknął.
- Kto był twoim głównym kontaktem w FSB?
Ciało Jacoba Yeshevsky'ego podreptało jak krab w lewo, w prawo, w lewo,
z tą swoją wyprowadzającą z równowagi szybkością. W zeszłym roku Alex
przestudiowała kwestię golemów i glum, ale nie miała pojęcia, jak
miałaby walczyć z czymś takim, gdyby się na nią rzuciło. Trup
przeskakiwał z jednej mosiężnej litery na drugą, jakby to była wielka
tablica ouija, śmigał po nich, jakby był wskazówką, a skryba zapisywał
każdą literę, na której trup się zatrzymał.
Od czasu do czasu zwłoki zwalniały, a wtedy kapłan dorzucał coś do
ognia, z którego buchał ten sam niebieski dym. Wąż znowu ożywał, pełzł
po posadzce i kąsał Yeshevsky'ego, napełniając go przedziwnym jadem ze
swoich zębów.
To tylko ciało, upominała się w myślach Alex. Tyle że to nie była do
końca prawda. Jakaś cząstka świadomości Yeshevsky'ego została z powrotem
ściągnięta do zwłok, żeby mógł odpowiedzieć na pytania chełpliwego
generała. Czy zniknie za Zasłoną, kiedy już skończy się to makabryczne
przesłuchanie? Czy będzie cały, czy też wróci do zaświatów uszkodzony z powodu zgrozy związanej z wepchnięciem z powrotem do martwych zwłok?
To dlatego Szarzy trzymali się z dala od Księgi i Węża. Nie dlatego, że
ich grobowiec wyglądał jak mauzoleum, ale ponieważ nie powinno się
traktować zmarłych w taki sposób.
Alex przyjrzała się pochylonym i ukrytym za welonami głowom Księgarzy
oraz skryby. Macie rację, że chowacie twarze, pomyślała. Kiedy nadejdzie
wasz czas, ktoś będzie na was czekał po drugiej stronie, żeby odpłacić
się pięknym za nadobne.
Rozdział 3
3
Okazało się, że zapisywanie odpowiedzi litera po literze, wskazywanych
przez ożywionego trupa, zajmuje mnóstwo czasu. Była druga w nocy, kiedy
wreszcie zakończono rytuał.
Alex wytarła kredowy krąg i pilnowała, żeby nie rzucać się w oczy
najwyższemu kapłanowi. Podejrzewała, że kopnięcie jakiegoś szanowanego
absolwenta w klejnoty mogłoby zaszkodzić jej nowej, poprawionej
strategii unikania kłopotów.
- Calista - powiedziała cicho, machając na przewodniczącą delegacji.
- Ogromnie ci dziękuję, Alex! To znaczy, Wergiliuszu. - Dziewczyna
zachichotała. - Wszystko poszło doskonale.
- Jacob Yeshevsky może być innego zdania.
Calista znowu się zaśmiała.
- Fakt.
- Co się teraz z nim stanie?
- Jego rodzina myśli, że jest poddawany kremacji, więc tak czy inaczej,
dostaną jego prochy. I po krzyku.
Alex zerknęła na skrzynię, w której przechowywano ciało Yeshevsky'ego.
Kiedy generał uzyskał swoje odpowiedzi i rytuał zakończył się ostatnim
uderzeniem w gong, ciało nie padło tak po prostu. Musieli poczekać, aż
się zmęczy, łażąc po literach. Cokolwiek mówił, nikt nie zawracał sobie
głowy zapisywaniem tego, a widok trupa tańczącego szaleńczo po posadzce,
składającego słowo po słowie, bredzącego albo wołającego zza grobu, może
przekazującego babciny przepis na ciasto bananowe, był jakimś cudem
jeszcze gorszy od tego, co działo się wcześniej.
- I po krzyku - powtórzyła Alex. - Co on mówił pod koniec?
- Coś o mleku matki albo o Drodze Mlecznej.
- To nic nie znaczy - powiedział najwyższy kapłan. Zdjął welon i szaty i teraz miał na sobie białe lniane spodnie i koszulę, jakby zszedł prosto
z plaży na Santorini. - Drobne zakłócenia. To się zdarza. Gorzej, gdy
trup jest świeży.
Alex zarzuciła plecak na ramię, śpiesząc się do wyjścia.
- Jasne.
- Może nawiązywał do programu kosmicznego - powiedziała Calista,
zerkając na absolwenta, jakby szukała aprobaty.
- Idziemy się napić do... - zaczął kapłan.
Jednakże Alex już wychodziła ze świątyni i szła korytarzem. Nie
zwolniła, dopóki nie wyszła z grobowca Księgi i Węża, nie uwolniła się
od smrodu róż. Powietrze nadal było ciepłe od ostatnich oddechów lata
pod bezgwiezdnym niebem New Haven.
***
Alex zdziwiła się, widząc Dawes czekającą w Klitce. Siedziała ze
skrzyżowanymi nogami na dywaniku, boso, w krótkich spodenkach-bojówkach
i w białym T-shircie. Fiszki leżały przed nią poukładane w schludnych
stosach. Włosy miała upięte w przekrzywionego koka. Sandały starannie
ustawiła przy drzwiach.
- No i? - zapytała. - Jak poszło?
- Ciało uwolniło się i musiałam je złapać Widmową Pętlą.
- O, Boże.
- Właśnie - powiedziała Alex, kierując się do łazienki. - Złapałam trupa
na lasso i zajechałam na nim aż do Stamford.
- Alex... - Dawes się skrzywiła.
- Dobrze poszło. Ale... - Alex zdjęła ubranie, paląc się do tego, żeby
pozbyć się smrodu upiorności. - Sama nie wiem. Trup pod koniec po prostu
biegał. Zaczął gadać coś o Drodze Mlecznej albo o mleku matki czy mleku
do płatków śniadaniowych dla nieumarłych. To było cholernie
przygnębiające. - Odkręciła kurek pod prysznicem. - Powiedziałaś
Anselmowi, że nie możemy spotkać się z nowym Pretorem w sobotę? - Kiedy
Dawes nie odpowiedziała, Alex powtórzyła pytanie. - Nie mogę spotkać się
z nowym Pretorem w sobotę, w porządku?
Po długiej chwili Dawes odpowiedziała:
- Powiedziałam Anselmowi, ale zyskałyśmy w ten sposób tylko tydzień.
Może... Może Pretor wykaże się większą otwartością.
Alex w to wątpiła. W historii Lete nie brakowało odszczepieńców, którzy
działali na własną rękę - Lee De Forest pozbawił cały kampus prądu i w efekcie został zawieszony; do diabła, jeden z założycieli Lete, Hiram
Bingham III nie miał zielonego pojęcia na temat archeologii i mimo to
pomknął do Pery, żeby ukraść kilka artefaktów - ale po tym, co wydarzyło
się w zeszłym roku, Lete za nic w świecie nie wybrałoby nieszablonowego
indywidualisty do roli Pretora. Zwłaszcza kiedy do Lete należała także
Alex. Ona jedna była wystarczającą niewiadomą, eksperymentem, o którym
wciąż nie wiedzieli, jak się sprawdzi.
- Dawes, zaufaj mi, kimkolwiek jest ten gość, nie wyrazi zgody na
wycieczkę do piekła.
Zapaliła kadzielnicę z cedrem i palo santo, a potem weszła pod
prysznic, żeby zmyć werbeną smród upiorności.
W ciągu miesięcy poszukiwań znalazły z Dawes dokładnie jedną wskazówkę
na temat lokalizacji Womitorium, zwięzły urywek w Pamiętniku z czasów w Lete Nelsona Hartwella z 1938 roku.
Bunchy spił się i próbował nas przekonać, że paru kumpli Johnny'ego i Gracza zbudowało Womitorium, żeby otworzyć drzwi do ognistych czeluści,
jeśli mogę tak się wyrazić. Oczywiście zażądałem dowodu. "Nie, nie" -
mówi wtedy Bunch. "To zbyt ryzykowne, żeby zostawić jakiekolwiek zapiski
na ten temat". Wszyscy złożyli przysięgę, że dochowają tajemnicy, i zdradzili tylko, że bramę zbudowano na poświęconej ziemi. Trochę to zbyt
wygodna wymówka, odparłem. Założę się, że wszyscy odpuścili sobie
kaplicę i wylądowali zalani w trupa w jakiejś krypcie.
Poświęcona ziemia. Tylko tyle miały z Dawes, jeden akapit o pijaczynie
imieniem Bunchy. To jednak nie powstrzymało ich przed zajrzeniem na
każdy cmentarz, do każdej synagogi i kościoła zbudowanych przed 1938
rokiem w New Haven, gdzie szukały jakiegokolwiek znaku. Niczego nie
znalazły, a teraz nowy Pretor będzie im zaglądał przez ramię.
- Dawes, po diabła nam Womitorium? Może powinnyśmy spróbować czaru
tropiącego Sandowa? - zawołała Alex, przekrzykując szum wody.
- Średnio nam to wyszło ostatnim razem.
Fakt. W nagrodę za swoje wysiłki prawie zostały pożarte przez piekielną
bestię.
- Ale Sandow nie starał się tak naprawdę, nie? - powiedziała Alex,
zmywając pianę z włosów. - Uważał, że Darlington przepadł raz na zawsze,
że za żadne skarby nie mógł przetrwać wycieczki do piekła. Uważał, że
czar tylko dowiedzie tego, że Darlington nie żyje.
To była potworna noc, ale rytuał rzeczywiście przywołał Darlingtona, a przynajmniej jego głos, który oskarżył Sandowa.
Alex zakręciła wodę i wzięła ręcznik z wieszaka. W mieszkaniu zrobiło
się niemożliwie cicho.
Prawie uznała, że się przesłyszała, gdy rozległo się ciche:
- Dobrze.
Alex zamarła, wyżymając włosy w ręcznik.
- Co?
- Dobrze.
Alex spodziewała się, że Dawes zaprotestuje, zacznie mnożyć różne
przeszkody: że to niewłaściwy czas, że potrzebują planu, że to zbyt
niebezpieczne. Czy rozłożyła przed sobą karty tarota w salonie?
Wyczytała z nich coś innego niż katastrofę?
Alex włożyła czyste szorty i koszulkę na ramiączkach. Dawes wciąż
siedziała na tym samym miejscu na podłodze, ale podciągnęła kolana do
piersi i objęła je rękami.
- Co masz na myśli mówiąc "dobrze"?
- Wiesz, jak Grecy nazwali Drogę Mleczną?
- Wiesz, że nie wiem.
- Galaxias.
Alex przysiadła na brzegu kanapy, próbując nie zważać na zimny okruch
lodu w żołądku.
Galaxias. Galaktyka. Galaxy. Czy właśnie to słowo powtarzał raz za
razem trup?
- Próbował się z tobą skontaktować - powiedziała Dawes. - Z nami.
- Nie możesz mieć pewności.
Jednakże coś podobnego wydarzyło się już wcześniej. Podczas wieszczenia
w noc, kiedy Tara została zamordowana, i potem znowu, w czasie rytuału z księżycem w nowiu, kiedy Darlington próbował ich ostrzec przed Sandowem.
A może wołał do niej zza Zasłony, błagał o pomoc?
- Jest... coś... co mogłybyśmy wypróbować. - Dawes wyjąkała te słowa, prawie
jakby to był kod Morse'a, rozpaczliwe S.O.S. - Mam pomysł.
Alex zastanawiała się, ile katastrof zaczęło się od tych słów.
- Mam nadzieję, że dobry.
- Ale jeśli zarząd Lete dowie się o tym...
- Nie dowie się.
- Nie mogę stracić tej pracy. Żadna z nas nie może.
Alex nie zamierzała myśleć o tym w tej chwili.
- Wracamy do Black Elm?
- Nie. Potrzebujemy stołu w Zwoju i Kluczu. Musimy otworzyć portal.
- Do piekła.
- Nic innego nie przychodzi mi do głowy. - Dawes sprawiała wrażenie
zdesperowanej.
Próbowały przez całe lato i niczego nie zdziałały. Ale czy Alex naprawdę
się starała? A może czuła się bezpiecznie w Il Bastone, gdzie prowadziła
swoje poszukiwania? Przemierzając ulice New Haven w poszukiwaniu
kościołów i świętych miejsc, rozglądając się za znakami sygnalizującymi
Womitorium i niczego nie znajdując? Pozwoliła sobie zapomnieć, że gdzieś
tam Darlington cierpi?
- Dobrze - powiedziała Alex. - W takim razie otworzymy portal.
- Jak dostaniemy się do Zwoju i Klucza?
- Ja to załatwię.
Dawes zagryzła usta.
- Nikogo nie będę bić, Dawes.
Dawes odgarnęła pasemko rudych włosów, które zaczęły jej się skręcać od
upału.
Alex przewróciła oczami.
- Ani nikomu grozić. Będę naprawdę uprzejma.
I taki miała zamiar. Musiała wrócić do gry pozorów, którą prowadziła w zeszłym roku, poczuć pewny grunt pod nogami. Sprowadzą Darlingtona z powrotem. Wszystko naprawią. Z punktu widzenia zarządu Lete Alex była po
prostu studentką, która ma za sobą wyjątkowo kiepski pierwszy rok
studiów. Nie wiedzieli, że Sandow załatwił jej poprawienie ocen, nie
mieli pojęcia, jaką rolę odegrała w jego śmierci ani ilu ludzi miała na
swoim sumieniu po pewnie szczególnie potwornej nocy w Van Nuys.
Darlington za to wiedział. I jeśli zdecyduje się wyciągnąć, to będzie po
niej. Co wtedy zrobi Alex? To, co robiła zawsze. Ustali możliwe wyjścia.
Wyniesie się, zanim pojawią się prawdziwe problemy. A po drodze zwinie
parę cennych drobiazgów. Ta litania stała się pocieszeniem, modlitwą,
która oddalała strach przed przyszłością. Teraz jednak wszystko się
komplikowało. O ile już wcześniej jej możliwości prezentowały się
ponuro, to teraz były zwyczajnie paskudne i Alex nie miała już dokąd
uciekać. Z powodu Eitana. Bo czy to będzie Womitorium, brama czy
autobus, piekło każe sobie słono zapłacić za bilet.
Rozdział 4. Zeszłe lato
4
Zeszłe lato
Spędziłaby całe lato w New Haven. Gdyby nie Eitan.
Alex powiedziała, że dostała pracę na kampusie, i to wystarczyło Mirze.
Matka uważała, że Los Angeles oznacza pokusę dla Alex, że kiedy tylko
wysiądzie z samolotu, wróci do dawnego życia i starych przyjaciół.
Nie było takiej szansy, ale powiedzenie "Mamo, oni wszyscy już nie żyją"
bynajmniej nie uspokoiłoby Miry, a prawdę mówiąc, Alex nie chciała
wracać do domu. Nie chciała spać w swoim starym pokoju, pośród huku
autostrady 101, podobnego do ryku odległego oceanu. Nie chciała słuchać
o najnowszej obsesji jej matki - masażu jubilerskimi kamieniami,
oczyszczaniu aury, olejkach eterycznych, niekończącym się polowaniu na
proste cuda. Opuszczenie Yale wydawało się ryzykowne, za bardzo
przypominało okrutną bajkę, w której, gdy raz opuścisz zaczarowany
zamek, nigdy nie odnajdujesz powrotnej drogi.
Alex myślała, że spędzi lato z Dawes i Michelle Alameddine,
przygotowując plan uratowania Darlingtona. Dawes jednak musiała zająć
się dziećmi siostry w Westport, a z Michelle trudno było się
skontaktować, zatem Alex większość czasu spędziła samotnie w Il Bastone.
Zastanawiała się, czy dom ją odrzuci z powodu rozlewu krwi w minionym
semestrze, z powodu witraża w oknie, który nigdy nie będzie równie
doskonały jak oryginał, z powodu wciąż widocznych plam od krwi Blake'a Keely'ego na podłodze, ukrytych teraz pod dywanem. Co będzie, jeśli
stanie przed drzwiami, a klamka zwyczajnie nie pozwoli jej się
przekręcić?
Jednakże tego wiosennego dnia, kiedy Alex odstawiła meble z ich
wspólnego pokoju do piwnicy w college'u Jonathana Edwardsa i pożegnała
się z Mercy i Lauren, klamka Il Bastone zastukała radośnie pod jej
dłonią, a drzwi otworzyły się jak przyjazne ramiona.
Naprawdę zamierzała znaleźć pracę na lato, ale interesy w okolicy
kampusu słabo przędły w tym okresie. W końcu przestała szukać.
Otrzymywała drobne stypendium od Lete i wydawała je na śmieciowe
jedzenie, mrożone chińskie krokiety i parówki w cieście, które mogła
podgrzać w opiekaczu. Nie zapytała nawet, czy może zatrzymać się w Il
Bastone. Po prostu to zrobiła. Kto inny przelał krew dla tego miejsca?
Alex cały dniami przeglądała katalog kursów i rozmawiała z Mercy.
Poskładały w całość rozkład zajęć Alex w stopniu, w jakim to było
możliwe, żeby mogła zacząć czytać z wyprzedzeniem. Czytywała też tanią
fikcję, książczynę za książczyną, jakby odpalała jednego papierosa od
drugiego - romanse, science fiction, stare mierne fantasy. Chciała tylko
siedzieć w kręgu światła lampy, żyć cudzym życiem i żeby nikt jej w tym
nie przeszkadzał. Jednakże każdy wieczór spędzała w bibliotece.
Zapisywała sugestie Dawes w Księdze Albemarle'a albo sama na coś
wpadała, a potem czekała, żeby zobaczyć, co biblioteka jej dostarczy.
Jedna z książek miała grzbiet zrobiony z prawdziwych kręgów, a z innej
buchał obłok delikatnej mgiełki za każdym razem, gdy ją otwierała.
Kolejna była tak gorąca w dotyku, że Alex musiała poszperać w kuchni i wrócić z kuchennymi rękawicami.
Tylko zbrojownia była klimatyzowana - żeby chronić zgromadzone tam
przedmioty - więc kiedy zrobiło się za gorąco, Alex wzięła stos koców i poduszek z sypialni Dantego i umościła sobie posłanie w Tyglu Hirama.
Darlington byłby tym zgorszony, ale klimatyzacja była tego warta.
Czasem, kiedy tam spała, śniła o górze porośniętej zielenią. Była tam
już wcześniej, znała drogę prowadzącą schodami i ciasnymi przejściami, w których pachniało wilgotnym kamieniem. Było tam pomieszczenie z trzema
oknami i okrągłą misą, w której obserwowano gwiazdy. Widziała własną
twarz odbijającą się w wodzie. Ale kiedy się budziła, wiedziała, że
nigdy nie była w Peru i znała to miejsce tylko z książek.
Leżała na boku na jednej z welwetowych kanap w salonie w Il Bastone,
czytając podniszczony egzemplarz Człowieka ilustrowanego, który
znalazła w bibliotece Young Men's Institute, kiedy zadzwonił jej
telefon. Nie rozpoznała numeru, więc nie zamierzała go odbierać. Usunęła
wszystkie stare kontakty po wyjeździe z Los Angeles. Kiedy jednak
zadzwonił po raz drugi, odebrała.
Natychmiast rozpoznała głos Eitana i jego wyraźny akcent.
- Alex Stern. Musimy porozmawiać. Rozumiesz?
- Nie - odpowiedziała z sercem szaleńczo bijącym w piersi.
Tego dnia padało, więc rozsunęła wszystkie zasłony, żeby patrzeć na
burzę, jasne okrzyki błyskawic skrzące się na szarym niebie. Usiadła
prosto, zaznaczając miejsce w książce rachunkiem. Ogarnęło ją
nieprzyjemne przeczucie, że nigdy nie dokończy tej konkretnej historii.
- Nie chcę rozmawiać przez telefon. Odwiedź mnie.
Myślał, że Alex jest w L.A. To dobrze, powiedziała sobie. Nie wiedział,
że nie dostanie jej tak łatwo w swoje łapy. Tylko po co do niej dzwonił?
Eitan był izraelskim gangsterem, który działał z eleganckiej posiadłości
znajdującej się na szczycie Encino nad autostradą 405; Len rozprowadzał
dla niego towar. Alex myślała, że Eitan już dawno o niej zapomniał.
- Nie pojadę aż na Mulholland - odpowiedziała. - Nie mam samochodu.
Nawet gdyby była w L.A., za żadne skarby nie pojechałaby na wzgórza do
domu Eitana tylko po to, żeby mógł posłać kulkę prosto w jej głowę bez
żadnych świadków.
- Twoja matka ma samochód. Stary volkswagen jetta. Nie powiem, że to
niezawodny wóz. - Oczywiście Eitan wiedział, jak znaleźć jej matkę.
Ludzie tacy jak on doskonale wiedzą, gdzie szukać punktów nacisku. -
Shlomo obserwuje twój dom od bardzo dawna, ale tylko twoja mama wychodzi
z niego i wraca. Gdzie jesteś, Alex?
- W tej chwili? - Alex rozejrzała się po salonie, po zakurzonych
dywanach, letnim słońcu sączącym się łagodnie przez obryzgane deszczem
szyby. Słyszała, jak maszyna do lodu hałasuje w lodówce w kuchni.
Później zrobi sobie kanapkę z chleba i mielonki, które zamówiła Dawes,
gdy dowiedziała się, w jakim stopniu dieta Alex składa się z paluszków z kurczaka, i teraz pojawiały się w domu co tydzień jak za sprawą magii. -
Zatrzymałam się u przyjaciół w Topanga Canyon. Wrócę w ten weekend.
- Byle nie w sobotę. Przyjedź jutro, w piątek, przed piątą.
Eitan przestrzegał zasad koszeru i świętości szabatu. Zabijaniem i wymuszeniami zajmował się przez pozostałe sześć dni w tygodniu.
- Mam pracę - odpowiedziała Alex. - Mogę przyjechać w niedzielę.
- Grzeczna dziewczynka.
Rozłączyła się i przycisnęła telefon do piersi, wpatrując się w kasetonowy sufit. Światła zamigotały. Wiedziała, że dom wyczuwa jej
strach. Pochyliła się i przycisnęła dłoń do podłogi. W noc, kiedy Alex
prawie wykrwawiła się na śmierć w korytarzu na piętrze, Il Bastone też
otrzymało ranę, jedno z jego pięknych okien zostało stłuczone, a dywany
poplamiono krwią. Alex pomogła to wszystko uprzątnąć. Kręciła się przy
ludziach, których Dawes wynajęła do naprawy okna. Szorowała i czyściła
parą zakrwawione dywany w korytarzu. Czyściła je z własnej krwi, z krwi
dziekana Sandowa i Blake'a Keely'ego. Obaj teraz nie żyli, w przeciwieństwie do Alex. Alex przetrwała, podobnie jak Il Bastone.
Nie potrafiła powiedzieć, czy naprawdę poczuła wibrację w podłodze, czy
tylko poniosła ją wyobraźnia, ale uspokoiła się nieco. To było jej
bezpieczne miejsce, odkąd kampus się wyludnił - chronione magią, ciemne,
chłodne. Wychodziła czasem, szła na spacer na wzgórze albo na kryty most
przy Eli Whitney Museum, którego czerwona stodoła spinała brzegi rzeki
jak coś wyjętego żywcem z obrazu, który Mercy by wyśmiała. Jeździła na
swoim nowym rowerze do Edgerton Park, przejeżdżała między rabatami z kwiatami i patrzyła na starą stróżówkę. Co drugi dzień rano jeździła
rankiem aż do Black Elm, żeby nakarmić Cosmo i pobłądzić w labiryncie z żywopłotu. Zawsze jednak wracała do domu przy Orange Street, do Il
Bastone. Spodziewała się, że będzie się tam czuła samotnie bez Dawes i Darlingtona, ale zamiast tego piła oranżadę prosto ze staroświeckiej
zamrażalki, drzemała w eleganckiej sypialni z witrażem ze słońcem i księżycem, myszkowała w zbrojowni. Dom zawsze miał coś nowego do
pokazania.
Alex nie chciała wychodzić. Nie chciała wracać do nędznego mieszkanka
matki w Van Nuys, nie chciała rozmawiać z Eitanem. Miał jakiś
niedokończony interes z Lenem, z którym czekał cały rok? Czy w jakiś
sposób dowiedział się, co Alex zrobiła? Czy powiązał ją ze śmiercią
swojego kuzyna?
To nie miało znaczenia. Musiała jechać. Przejrzała telefon i znalazła
numer Michaela Anselma. To był członek zarządu Lete, zastępczy
autorytet, który wypełnił dziurę, jaką zostawił po sobie dziekan Sandow.
Skończył studia piętnaście lat temu. Alex i Dawes przejrzały jego
Pamiętnik z czasów w Lete i przekonały się, że jest wyjątkowo nudy.
Nazwiska, daty rytuałów i niewiele więcej. Takie samo wrażenie robił
przez telefon. Oschły, nudny, śpieszyło mu się, żeby wrócić do pracy w finansach, bankowości, czy jak tam nazywano drukowanie pieniędzy.
Załatwił jej jednak rower i laptop, więc nie zamierzała narzekać.
Anselm odebrał po drugim dzwonku.
- Alex?
Sprawiał wrażenie zaniepokojonego i wcale mu się nie dziwiła. Równie
dobrze mogła dzwonić, żeby mu powiedzieć, że biblioteka wydziału prawa
spłonęła albo armia nieumarłych gromadzi się w Jadalni. Niewiele
wiedziała na temat Anselma, ale wyobrażała sobie, że nosi krawaty w paski, wraca do domu, w którym czeka żółty labrador, dwójka dzieci
udzielających się w fundacji Habitat for Humanity i dbająca o figurę
żona.
- Cześć, Michael, przepraszam, że przeszkadzam ci w środku dnia...
- Wszystko w porządku?
- Wszystko jest w porządku, ale muszę jechać do domu w ten weekend.
Zobaczyć się z mamą.
- Och, przykro mi to słyszeć - powiedział, jakby właśnie go
poinformowała, że jej mama zachorowała. Co zresztą była gotowa
powiedzieć.
- Czy możesz... To znaczy, czy Lete może mi pomóc opłacić bilet?
Alex wiedziała, że powinna być skrępowana, ale odkąd prawie umarła w tym
domu, nie wahała się prosić Lete o wszystko, co było jej potrzebne.
Mieli dług u niej, u Dawes i Darlingtona. Dawes o nic nie prosiła, a Darlington z pewnością nie zamierzał odebrać swojego długu, więc to Alex
przypadło zadanie wyrównania rachunków.
- Oczywiście! - odpowiedział Michael. - Cokolwiek potrzebujesz. Połączę
cię z moją asystentką.
I to byłoby tyle. Asystentka Anselma załatwiła samochód, który zabrał
Alex na lotnisko, i bilet powrotny. Alex zastanawiała się, czy
wykorzysta bilet w obie strony, czy też umrze na końcu Mulholland Drive.
Spakowała bieliznę i szczoteczkę do zębów do plecaka, zajrzała do
zbrojowni i zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia, co zabrać. Miała
wrażenie, że pakuje się prosto w pułapkę, ale Lete nie obracało
rzeczami, które powstrzymałyby takiego człowieka jak Eitan. A w każdym
razie niczym takim, co mogłaby teraz zabrać na pokład samolotu.
- Wrócę - mruknęła do domu, kiedy zamek frontowych drzwi zamknął się za
nią. Przystanęła, żeby posłuchać cichego skowytu szakali pod werandą,
mając nadzieję, że mówi prawdę.
Alex dotrzymała słowa. Dokończyła nawet książkę Raya Bradbury'ego. Nie
wiedział tylko, że wróci ze świeżą krwią na rękach.