ALISTAIR LOWE
"Rodzina Lowe'ów uczyniła z okrucieństwa powód do dumy i, och tak!, szczyciła się nim".
- Tragiczna tradycja. Prawdziwa historia miasteczka, które posyłało swoje dzieci na śmierć
Rodzina Lowe'ów w długiej, krwawej historii ich miasteczka odgrywała zawsze rolę niekwestionowanych łotrów - i nikt nie pojmował tego lepiej niż bracia Lowe.
Ta rodzina mieszkała w leżącej na uboczu wiekowej kamiennej rezydencji porośniętej mchem i ocienionej drzewami płaczącymi. Niekiedy w noce poprzedzające Halloween dzieci z Ilvernath podkradały się pod wysokie ogrodzenie z kutego żelaza i zachęcały się nawzajem do dotknięcia słynnej kłódki zamykającej łańcuch bramy - tej z wyrytą na niej kosą.
- Oni uśmiechają się jak gobliny - szeptały, gdyż dzieci z Ilvernath uwielbiały baśniowe opowieści, zwłaszcza prawdziwe. - Są bladzi niczym zaraza i milczący jak duchy. Rozedrą ci gardło i wyssą duszę.
Wszystkie te opowieści były prawdziwe.
Obecnie bracia Lowe mieli dość rozsądku, by nie prowokować gniewu mieszkańców miasteczka, jednak to nie powstrzymywało ich przed potajemnym przeskakiwaniem przed świtem przez ogrodzenie, aby zasmakować upajającego ekscytującego dreszczyku.
- Słyszysz to? - Starszy z braci, Hendry Lowe, wstał, strzepnął leśną ściółkę ze swego szarego podkoszulka i kolejno wyłamał z trzaskiem kłykcie dłoni. - To odgłos łamania zasad.
Hendry Lowe był zbyt przystojny, aby przejmować się zasadami. Miał na nosie piegi od popołudniowych drzemek w słońcu i za długie, zbyt rzadko strzyżone czarne kręcone włosy sięgające do uszu i policzków. Jego ubranie pachniało słodko wypiekanymi rano ciastkami, którymi często napychał kieszenie.
A poza tym czarująco odgrywał łotra.
Jego młodszy brat Alistair zeskoczył niezgrabnie z płotu i grzmotnął o grunt. Nie lubił rezygnować z posługiwania się magią, gdyż bez niej nie potrafił niczego robić dobrze - nawet rzeczy tak prostej jak wylądowanie na ziemi. Lecz tej nocy nie mógł marnować swej magicznej mocy.
- Słyszysz to? - powtórzył jak echo, z uśmieszkiem wstając na nogi. - To odgłos łamania kości.
Chociaż bracia wyglądali podobnie, Alistair odziedziczył całkiem inne cechy rodziny Lowe niż Hendry. Miał bladą cerę wskutek spędzania życia pod dachem, oczy koloru popiołu papierosowego, głębokie zakola, przez które włosy pośrodku czoła układały się we wdowi szpic. Nosił we wrześniu wełniany sweter, ponieważ zawsze było mu zimno. W kieszeni trzymał niedzielną krzyżówkę, gdyż stale się nudził. Był o rok młodszy od Hendry'ego, sporo od niego potężniejszy i o wiele bardziej niegodziwy.
Alistair doskonale odgrywał łotra. Nie dlatego, że był z natury okrutny czy otwarcie dumny, ale ponieważ zwykle to lubił. Wiele spośród opowieści szeptanych przez dzieci z Ilvernath pochodziło od niego.
- To gówniany pomysł - powiedział do brata. - Wiesz o tym, prawda?
- Powtarzasz to za każdym razem.
Alistair zadrżał i wsadził ręce w kieszenie.
- Tym razem to co innego.
Przed dwoma tygodniami księżyc nad Ilvernath przybrał purpurową barwę, jaskrawą i oślepiającą, niczym świeża rana na niebie. Nazywano go Krwawym Księżycem - znak, że po dwudziestu latach spokoju znów zbliżał się czas turnieju. Do opadnięcia Krwawej Zasłony pozostało zaledwie czternaście dni i żaden z braci nie chciał ich spędzić w pogrążonych w ciszy, ponurych korytarzach rezydencji.
Droga pieszo im się dłużyła - zużycie pierścienia zaklęcia Stąd Tam, przenoszącego z miejsca na miejsce, byłoby marnowaniem magii na tak krótko przed turniejem, a nie potrafili prowadzić samochodu. Obaj byli pogrążeni w rozmyślaniach. Hendry, sądząc z tego, że wciąż poprawiał włosy i wygładzał rękawy, sprawiał wrażenie, jakby marzył o spotkaniu jakiejś miłej dziewczyny.
Alistair myślał o śmierci, a dokładniej o jej zadawaniu.
Posępne kamienne zabudowania Ilvernath wzniesiono przed szesnastoma wiekami, ale w ciągu kilku ostatnich dekad zostały odnowione, uzupełnione o eleganckie szklane witryny sklepowe i modne restauracje na wolnym powietrzu. Pomimo dezorientującego labiryntu brukowanych jednokierunkowych uliczek, wątpliwych udogodnień i niewielu parkingów miasteczko uważano za obiecujące miejsce uprawiania sztuki i magii.
Co nie znaczy, że siedem przeklętych rodzin z Ilvernath poświęcało wiele uwagi współczesnemu światu, chociaż świat zaczął ostatnio zwracać uwagę na nich.
Ulubionym pubem obu chłopaków był ten Pod Sroką, chociaż nikt by się tego nie domyślił, gdyż rzadko go odwiedzali. Alistair, zdecydowany ukryć ich tożsamość i uniknąć tego, by ich zdjęcia ukazały się w gazetach, wymógł, żeby zmieniali cele swoich nocnych wypadów. Nie mogli sobie pozwolić, aby ich twarze stały się rozpoznawalne; z tego samego powodu odbyli szkolną edukację w domu. Jak ujmowała to ich babka: wystarczyłoby, żeby raz wyszeptano imiona obydwu braci, a mieszkańcy miasteczka wzięliby ich na widły.
Alistair popatrzył ponuro na pub Pod Sroką i jego szyld, mroczny i ciemny w czerwonym blasku księżyca, i zastanowił się, czy cała rzecz była warta zachodu.
- Nie musisz wchodzić do środka - rzekł do niego Hendry.
- Ktoś powinien cię strzec.
Hendry sięgnął pod T-shirt i wyciągnął kryształ kwarcu wiszący na łańcuszku. Wewnątrz pulsowało szkarłatne światło - barwa kamienia zaklęć naładowanego w pełni wysoką magią.
Alistair złapał Hendry'ego za przegub i wepchnął mu kamień z powrotem pod koszulę, zanim ktoś mógłby go zauważyć.
- Szukasz kłopotów.
Hendry tylko mrugnął do niego.
- Szukam piwa.
Magia była na całym świecie cennym dobrem: czymś, co można było znajdować, gromadzić, a potem przekształcić w określone zaklęcia bądź klątwy.
Dawno temu istniały dwa rodzaje magii: przerażająco potężna wysoka magia oraz występująca w obfitości słabsza - zwykła. W trakcie dziejów imperia walczyły chciwie o wejście w posiadanie zapasów wysokiej magii i do czasu, gdy ludzkość wynalazła teleskop i nauczyła się butelkować piwo, zasoby tej magii zostały całkowicie wyczerpane.
A przynajmniej tak sądzono.
Setki lat temu siedem rodzin starło się ze sobą w walce o zdobycie wysokiej magii z Ilvernath. I ostatecznie osiągnęły straszliwy kompromis - klątwę, którą rodziny rzuciły na siebie nawzajem. Ta klątwa pozostawała tajemnicą... aż do zeszłego roku.
Od wszystkich tych siedmiu rodzin wymagano, aby w każdym pokoleniu wybrała mistrza, który weźmie udział w śmiertelnym turnieju. Zwycięzca zdobywał dla swojego rodu wyłączne prawo do wysokiej magii z Ilvernath, które wygasało na początku kolejnego cyklu, gdy znów zaczynał się turniej.
Na przestrzeni dziejów dominował ród Lowe'ów. Na każde trzy turnieje zwyciężał w dwóch. W ostatnim cyklu, przed dwudziestoma laty, ciotka Alistaira w cztery dni uśmierciła wszystkich rywali.
Zanim reszta mieszkańców Ilvernath dowiedziała się o turnieju, mogła wskazywać jedynie na bogactwo i okrucieństwo Lowe'ów jako powody respektu, jaki ta skądinąd tajemnicza i samotnicza rodzina wzbudzała wśród ustawodawców oraz wytwórców zaklęć. Teraz jednak wiedziano dokładnie, jak bardzo w rzeczywistości jest ona niebezpieczna.
Tak więc dzisiejsza noc, z Krwawym Księżycem lśniącym na niebie, była ryzykowną porą na to, aby jedyni dwaj członkowie rodziny Lowe'ów w wieku uprawniającym do udziału w turnieju zaspokoili ochotę na posłuchanie muzyki na żywo i wypicie piwa.
- Tylko jeden kufel - powiedział Hendry, posyłając bratu nikły uśmiech.
Chociaż rodzina Lowe'ów nie wybrała jeszcze oficjalnie swojego mistrza, obaj chłopcy zawsze wiedzieli, że będzie nim Alistair. Dzisiejsza noc oznaczała dla nich o wiele więcej niż tylko okazję do napicia się piwa.
- Dobrze - odrzekł Alistair i otworzył drzwi.
Pub Pod Sroką był zatłoczonym, brudnym lokalem. Powietrze było gęste od dymu tytoniowego; z szafy grającej w kącie dobiegała ogłuszająca muzyka rockowa. Każdy boks przysłaniały kraciaste czerwono-białe kotary. Dla towarzyskich gości ustawiono stoły bilardowe, a dla tych wolących trzymać się na uboczu był flipper z przyciskami lepkimi od dotyku palców wilgotnych od whisky.
W pubie roiło się od poszukiwaczy klątw. Przemierzali świat, aby oglądać magiczne anomalie, takie jak Ilvernath, klątwa w miasteczku Oxacota, która pogrążyła wszystkich mieszkańców we śnie na niemal stulecie, czy klątwa rzucona na ruiny w Môliere-sur-Olenne, skazująca intruzów na gwałtowną śmierć w ciągu dokładnie dziewięciu dni. Teraz turyści skupili się w grupki, szepcząc nad zaczytanymi egzemplarzami Tragicznej tradycji. Ten najnowszy bestseller ujawnił śmiertelny turniej w Ilvernath i to, że zachowała się tam żyła wysokiej magii - co błyskawicznie umieściło to prowincjonalne miasteczko w centrum międzynarodowej uwagi.
- Nie wierzyłem, że Krwawy Księżyc rzeczywiście jest szkarłatny - podsłuchał Alistair szept jednego z nich. - Myślałem, że to tylko taka nazwa.
- Ten turniej to klątwa wysokiej magii. Wysoka magia zawsze jest czerwona - odpowiedział inny.
- Albo może - rzekł przeciągle trzeci głos - jest nazywany Krwawym Księżycem, bo pod nim banda dzieciaków przez trzy miesiące morduje się nawzajem. Przyszło wam to kiedyś do głowy?
Alistair i Hendry przeczłapali przez pub, unikając turystów.
- Myślisz, że nasza babka zacznie dostawać listy od fanów? - spytał Hendry ze śmiechem. - Słyszałem, że w pierwszym rozdziale tej książki jest zdjęcie całej naszej rodziny. Mam nadzieję, że dobrze wyszedłem.
- Przykro mi, ale to zdjęcie sprzed dziesięciu lat - odparł Alistair beznamiętnym tonem.
Hendry przez moment wyglądał na rozczarowanego, ale potem na jego twarzy odbiła się satysfakcja.
- Czyli cały świat wie, że miałeś fryzurę na garnek?
Alistair przewrócił oczami i ruszył w kierunku baru. Chociaż był o rok młodszy od Hendry'ego, jego zapadnięte oczy sprawiały, iż wyglądał na starszego - na tyle, że nigdy nie żądano od niego okazania dowodu pełnoletności.
Złożywszy zamówienie, Alistair zorientował się, że czeka obok dwóch dziewczyn kłócących się ze sobą.
- Naprawdę przyszłaś tu sama? - spytała pierwsza.
Zalatywało od niej mocno tanim piwem i podobnie jak inni goście pubu na każdym palcu miała kryształowy pierścień zaklęć jarzący się białym blaskiem zwykłej magii: Leczenie Kaca, Usuwanie Pryszczy, Zapałka - komplet tego, co może się przydać podczas eskapady po knajpach w piątkową noc.
- Oczywiście, że nie - odparła druga dziewczyna, wygładzając jaskraworude loki. - Tam są moi przyjaciele - oznajmiła, wskazując nieokreślonym gestem cały bar.
- Tak myślałam - rzekła szyderczym tonem podchmielona dziewczyna. - Jesteś teraz sławna, wiesz? Na okładce jednej z gazet kupowanych przez moją mamę jest twoje zdjęcie. Masz na nim spodnie od dresu.
- Wiadomo, że czasami się to zdarza - burknęła rudowłosa.
- Słyszałam, że rodzina Darrowów też już wybrała. Co oznacza, że jak dotąd jest troje mistrzów: Carbry Darrow, Elionor Payne i ty. - Pierwsza dziewczyna uśmiechnęła się złośliwie, co nasunęło Alistairowi przypuszczenie, że były kiedyś przyjaciółkami. - Ale nikt nie chce, żeby zwyciężyli Macaslanowie.
Alistair uświadomił sobie teraz, że rozpoznaje tę rudowłosą. Pochodziła z rodu Macaslanów, który ogłosił ją swoją mistrzynią na wiele miesięcy przed pojawieniem się Krwawego Księżyca, i odtąd paparazzi uczynili z niej twarz turnieju. Alistaira nie zdziwiło, że Macaslanowie zniżyli się do takich desperackich kroków, by ściągnąć na siebie uwagę. Jego babka opisywała ich zawsze jako najpośledniejszą spośród siedmiu rodzin, skłonną użyć niegodnych metod, aby choćby tylko zasmakować władzy. Jednak modna torebka i ładna buzia tej dziewczyny z rodziny Macaslanów nie wskazywały na kogoś, kto musi walczyć o zwrócenie na siebie uwagi.
Słysząc tę rozmowę, kilkoro poszukiwaczy klątw zaczęło się gapić na córkę Macaslanów, ale ona odchrząknęła i odwróciła się do nich plecami.
- Nie obchodzi mnie, co ludzie o mnie myślą - oświadczyła. Lecz Alistair był innego zdania. Jeśli dziewczyna wkłada szpilki, wybierając się do takiej speluny, to znaczy, że zależy jej na reputacji. - W wieczornych wiadomościach nazwano już mnie i mistrza z rodziny Lowe rywalami. Ponieważ to ja zwyciężę.
Podchmielona dziewczyna przewróciła oczami.
- Lowe'owie jeszcze nawet nie ogłosili swojego mistrza. Kimkolwiek jest, nie może być zbyt groźny.
Gdy barman podsunął mu napoje, Alistair wyobraził sobie, jak szybko mistrzyni Macaslanów straci swoją pewną siebie minę, gdy on wyciągnie dłoń z jarzącym się na palcu pierścieniem zaklęć i udowodni jej, jak bardzo się myli.
Ale na to przyjdzie czas, kiedy rozpocznie się turniej.
Jednak gdy odwrócił się ze szklankami piwa w rękach, napotkał spojrzenie dziewczyny od Macaslanów. Przez chwilę wpatrywali się w siebie, oceniając się nawzajem. Ale Alistair odszedł, nie chcąc, by go rozpoznano.
Przy flipperze Hendry wziął od niego jedną ze szklanek i pokręcił głową.
- Myślałem, że wpakowałeś się w kłopoty - powiedział. Wokół jego uszu zamigotało zaklęcie, przypuszczalnie Podsłuchiwania. - Cieszę się, że tego nie zrobiłeś.
- Być może należało - odrzekł Alistair.
Wypił łyk piwa i wbrew sobie się uśmiechnął. Nie powinien odczuwać takiego podekscytowania zbliżającym się turniejem, ale przygotowywano go do niego od dzieciństwa. I był gotowy, żeby zwyciężyć.
- Nie, zdecydowanie nie - zaprzeczył Hendry. - Co takiego mawiasz o naszej rodzinie? "Uśmiechają się jak gobliny. Rozedrą ci gardło i wyssą duszę". Nie potrafisz się powstrzymać. Nie masz żadnych hamulców.
Chociaż słowa Hendry'ego brzmiały, jakby go krytykował, jego uśmieszek świadczył o czymś przeciwnym.
- I to mówi ten, kto wniósł do tej speluny kamień zaklęć pełen wysokiej magii.
- Ktoś powinien cię strzec - mruknął Hendry, powtarzając dokładnie wcześniejsze słowa brata.
Alistair skrzywił się kpiąco i skierował uwagę na flippera. Grafika maszyny przypominała baśnie, z którymi dorastał: książę ratujący księżniczkę z wieży, rycerz wjeżdżający konno w wir bitwy, wiedźma rechocząca nad kotłem. I ulubieniec Alistaira: smok z paszczą rozwartą w warknięciu, wart sto punktów, jeśli kulka trafi w jego kły.
Podczas gdy Alistair wrzucał monetę do szczeliny, Hendry westchnął i zmienił temat:
- Miałem dziś sen...
- W nocy zwykle się je ma...
- ...gdy drzemałem na cmentarzu.
Pomimo swojego uroku i piegowatego nosa Hendry był jednak członkiem rodziny Lowe'ów. Miał w sobie coś z łotra. Rodzinny cmentarz był jego ulubionym miejscem, pełnym częściowo zatartych niepokojących epitafiów poświęconych tym, którzy zmarli młodo; nawet uwzględniając turnieje, w historii ich rodziny wydarzyło się zaskakująco wiele tragedii.
- W tym śnie byłeś prawdziwym potworem - dodał cicho Hendry.
Alistair prychnął i wcisnął guzik inicjujący grę.
- Jak wyglądałem?
- Och, wyglądałeś tak samo.
- Więc co czyniło mnie potworem?
- Zbierałeś pierścienie zaklęć martwych dzieci, ukrywałeś je w swojej szafie z ubraniami, chichocząc i drwiąc z uwięzionych wewnątrz nich dusz.
- Nie bądź śmieszny - odrzekł Alistair. - Nawet teraz zrobiłbym coś takiego.
- Wiesz, powinieneś wyrwać kartkę z książki dziewczyny od Macaslanów i postarać się wydać bardziej sympatyczny. Ten turniej jest inny: klątwa przestała już być sekretem. Spójrz na tych wszystkich turystów! Turyści w Ilvernath! Jeśli zamierzasz przeżyć, będziesz potrzebował sojuszników wśród innych mistrzów. Partnerstwa z wytwórcami zaklęć. Będziesz potrzebował przychylności świata.
Alistair popatrzył uważnie na brata. Hendry łamał ich niewypowiedzianą zasadę, aby nie dyskutować o turnieju, i był nietypowo dla siebie poważny. Poza tym bez znaczenia było, że książka Tragiczna tradycja uczyniła z osobliwego czerwonego księżyca Ilvernath i krwawej historii miasteczka globalny skandal. Rodzina Lowe'ów miała aż nadto wielu wytwórców zaklęć, którzy czekali w kolejce, by zaoferować Alistairowi swoje produkty. Nieszczęście znalazło sposób dopadnięcia tych, którzy przeciwstawili się rodowi Lowe'ów - zapewniły to osławione klątwy ich babki.
- Martwisz się o mnie? - zapytał Alistair.
- Oczywiście.
- Rodzina nie.
- Jestem twoim starszym bratem - rzekł Hendry. - Muszę się o ciebie martwić.
Alistair w pierwszym odruchu chciał, jak zawsze, rzucić jakiś żart. Jednak niezależnie od jego pewności siebie trudno było znaleźć w turnieju coś śmiesznego.
Zabijesz albo zostaniesz zabity. To ponura sprawa.
Alistair obawiał się nie o swoje życie, lecz o swój umysł. Nawet najbardziej niegodziwi zwycięzcy z rodu Lowe'ów wychodzili z turnieju odmienieni, złamani. Ale Alistair odmawiał zaakceptowania takiego losu. Bez względu na to, jak brutalnie i straszliwie będzie musiał postępować, nie pozwoli sobie na przejmowanie się innymi mistrzami. Ani na troskę o swoją duszę.
Musi się stać największym łotrem z nich wszystkich.
Wciąż jeszcze rozważał, jak odpowiedzieć Hendry'emu, gdy ktoś klepnął go w ramię.
- Nigdy dotąd się nie spotkaliśmy - powiedziała dziewczyna od Macaslanów, kiedy porzucił grę na flipperze i odwrócił się do niej.
Jej słowa nie były stwierdzeniem faktu, lecz oskarżeniem. Inni stojący za nią mieszkańcy miasteczka oraz poszukiwacze klątw szeptali i wpatrywali się wytrzeszczonymi oczami w tych dwóch chłopaków, którzy przyciągnęli uwagę miejscowej celebrytki z rodziny Macaslanów.
Hendry błysnął swoim promiennym uśmiechem i wyciągnął dłoń.
- Nie jesteśmy stąd. Przyjechaliśmy zobaczyć, czy książka opisuje prawdę. Ten Krwawy Księżyc to rzeczywiście coś.
Jego uśmiech nie wywarł wrażenia na dziewczynie i go nie odwzajemniła. Spojrzała w dół na dłoń Hendry'ego, której palce zdobiły pierścienie z magicznymi kryształami.
- Sharma, Aleshire, Walsh, Wen - powiedziała. - Jakież to imponujące, że będąc turystą, zdołałeś dokonać zakupów u połowy wytwórców zaklęć w mieście.
Hendry cofnął rękę i uśmiechnął się z zakłopotaniem.
- Imponujące, że potrafisz zidentyfikować wytwórcę pierścienia zaklęć, jedynie spoglądając na jego dzieło.
Trącił brata łokciem w bok, żeby się odezwał. Niestety, pomimo przestróg ich babki, żeby nie ujawnili swojej tożsamości, Alistair nie miał zbytniej ochoty na dalsze odgrywanie tej komedii. Poszukiwacze klątw i tak będą się gapić - mógł więc równie dobrze dać im powód.
"Uśmiechają się jak gobliny" - pomyślał, uśmiechając się.
- Co mam zrobić, żebyś zostawiła nas w spokoju? - zapytał, choć miał nadzieję, że dziewczyna postąpi odwrotnie.
Skrzyżowała ramiona na piersi.
- Podaj mi wasze nazwiska.
"Bladzi niczym zaraza i milczący jak duchy".
Alistair groźnie podszedł o krok bliżej, chociaż dziewczyna była w szpilkach wyższa od niego. Podobało mu się to.
- Chciałbym najpierw poznać twoje - powiedział i wyciągnął dłoń.
- Jestem Isobel Macaslan - rzekła stanowczym tonem.
"Rozedrą ci gardło i wyssą duszę".
Ujęła jego dłoń i uścisnęła. Jej dotyk był chłodny, lecz jego chłodniejszy.
- Wydaje mi się, że nazwałaś mnie swoim rywalem - powiedział Alistair.
Z jednego z jego pierścieni wystrzeliła klątwa do nadgarstka dziewczyny, a potem, wijąc się, popełzła w górę ramienia niczym wąż. Zatopiła zęby w jej szyi, pozostawiając dwa ślady ugryzienia nad obojczykiem. Skóra Isobel barwy kości słoniowej natychmiast spuchła na fioletowo.
Dziewczyna jęknęła cicho i rzuciła się do tyłu, przyciskając dłoń do rany. Lecz zamiast krzyknąć na niego, w kilka chwil odzyskała opanowanie, maskując ból złośliwym uśmiechem.
- Zatem miło mi cię poznać, Alistairze Lowe.
Alistair poczuł uszczypnięcie w nadgarstek. Marszcząc brwi, popatrzył na ślad w miejscu badania pulsu: biały odcisk ust. Odcisk Magicznego Pocałunku.
To nie była klątwa, jaką skierował na Isobel. To było coś gorszego. Ta dziewczyna wejrzała w jego umysł i wydobyła stamtąd jego nazwisko. Sprytne, pomysłowe zaklęcie. Czego jeszcze się o nim dowiedziała? Ogarnęło go zakłopotanie, lecz szybko stłumił to uczucie.
"Nie mogła dowiedzieć się wiele - pomyślał. - W przeciwnym razie byłaby przerażona".
Isobel uśmiechnęła się z satysfakcją.
- Może to ty powinieneś bać się mnie.
Alistair zaklął bezgłośnie. Oczywiście, działanie zaklęcia jeszcze nie ustało.
I wtedy dziewczyna odeszła, stukając wysokimi obcasami po podłodze wyłożonej kafelkami. Alistair patrzył, jak zniknęła za drzwiami, dziwnie rozczarowany jej odejściem. Nocne eskapady ich obu rzadko bywały tak zajmujące.
Kiedy wyszła, poczuł na skórze palące spojrzenia zebranych w pubie - i nagle zrobiło mu się od nich gorąco, aż pożałował, że ma na sobie tak gruby sweter. Usłyszał kilka szeptów: "straszny", "bezduszny", "okrutny". W przyćmionym papierosowym dymem świetle lamp neonowych te słowa wydawały się bardziej realne niż historie opowiadane w jego rodzinie dzieciom przed snem. Ostrzejsze. Usiłował się nie wzdrygnąć.
Hendry z dezaprobatą zacisnął usta.
- Klątwa Zęba Jadowego Żmii? Ta dziewczyna odchoruje to przez kilka dni. - Gdy brat posłał mu podejrzliwe spojrzenie, dorzucił: - Ktoś mógłby nazwać to nieuczciwą zagrywką.
Alistair wzruszył ramionami i dopił piwo. W przeciwieństwie do Isobel naprawdę nie dbał o to, co świat o nim pomyśli.
- Spodziewała się tego, inaczej nie uścisnęłaby mi dłoni.
Podciągnął rękaw, odsłaniając ślad po rzuconym przez dziewczynę zaklęciu. Nigdy dotąd nie przyszło mu do głowy, że może istnieć mistrz równie przebiegły jak on. Niemal równie.
- Rzeczywiście jesteś potworem - stwierdził Hendry. Wysączył resztkę piwa ze szklanki i czknął. - Zepsutym do szpiku kości.
Chociaż Alistair wiedział, że brat żartuje, nagle opuściła go ochota do śmiechu.
- Rumienię się ze wstydu - oświadczył.
- Mówisz bzdury.
- A ty jesteś pijany - rzekł Alistair.
"I to po zaledwie jednej szklance piwa" - pomyślał.
Odwrócił się i oślepił go błysk flesza jednorazowego aparatu fotograficznego, trzymanego zatłuszczonymi palcami jakiegoś poszukiwacza klątw.
Ogarnęła go wściekłość. Przez setki lat świat nie poświęcił choćby przelotnej myśli miasteczku Ilvernath, jego dziwacznym zjawiskom naturalnym, szeptanym baśniowym opowieściom ani splamionym krwią stronicom jego sekretnej historii.
Aż do teraz.
- Nienawidzę tej pieprzonej książki - warknął.
Potem chwycił Hendry'ego za ramiona i wyprowadził z baru. Jeśli to zdjęcie ukaże się w jutrzejszych gazetach, babka go zabije.
Z pewnością to furia brzmiąca w głosie Alistaira sprawiła, że Hendry przystanął, gdy obaj znaleźli się na dworze.
- Al - rzekł cicho. - Jeżeli kiedykolwiek będziesz chciał pogadać o turnieju, tak szczerze pogadać, masz mnie. Wysłucham cię.
Alistair przełknął ślinę. Przez całe życie rodzina Lowe'ów przygotowywała go do tego turnieju, rozwijała w nim strach i zaszczepiała bezwzględność, uczyła małego chłopca, jak przekształcić historie, które go przerażały, w takie, które opowiadał o sobie. Nie akceptowała u mistrza słabości. Hendry był - od zawsze - jego jedynym powiernikiem.
Alistair z wielu powodów pragnął zwyciężyć w turnieju. Oczywiście, chciał przetrwać. Chciał przynieść dumę swojej rodzinie. Chciał powrócić do spędzania z bratem nocy takich jak ta: na upijaniu się, graniu na flipperze i dzieleniu się z Hendrym sekretami w miejscowym pubie; udawaniu, że obaj wiodą normalne życie, jakiego w rzeczywistości nigdy nie mieli.
Przede wszystkim jednak nie mógł znieść myśli, że brat miałby opłakiwać jego śmierć. Zawsze byli nierozłączni.
- Pogadam z tobą - szepnął. - Ale nie dzisiejszej nocy.
Nie miał ochoty zepsuć tej nocy wolności. Zwłaszcza jeśli mogła być ich ostatnią.
- Jak chcesz - odparł Hendry.
Alistair uśmiechnął się szelmowsko.
- Teraz chcę wypić jeszcze jedno piwo. Znajdźmy inny pub, gdzie będzie mniej turystów.
Tak więc dwie godziny później bracia Lowe z szumem w głowach od wypitego piwa, ze śladem po białym pocałunku nadal widocznym na nadgarstku Alistaira wrócili do swojej ponurej rezydencji.
Każdy z nich, choć w odmienny sposób, rozmyślał o śmierci.