2
Ilekroć Daria spoglądała na śpiącego Antosia, jej żołądek skręcał się z niepokoju. Dlatego odwróciła głowę i wyglądała za okno samochodu. Wzgórza, plamy zieleni, winnice, zaniedbany, ale malowniczy dom na skraju wąskiej drogi, niebieskie niebo i równie niebieskie morze, słońce, Chorwacja - ładnie. Powinna się tym cieszyć, a ona po prostu się bała. Pociła się strasznie, jej letnia koszula kleiła się do pleców. Nie pomagała nawet szumiąca w tle klimatyzacja.
Wypadek samochodowy zaczęła sobie wyobrażać, gdy przekraczali czesko-austriacką granicę. Niby cały czas mieli jechać autostradami, więc bezpiecznie, ale i tak wyobraźnia zaczęła jej podsuwać kolejne obrazy. Najpierw Marek jedzie za szybko. Potem pęka opona. Huk, jakby obok nich wybuchła bomba. A później wbijają się z prędkością ponad stu dwudziestu kilometrów na godzinę w barierkę ochronną. Zgrzyt zgniatanego metalu, pękające szkło, poduszki powietrzne. Ich auto zmienia się w harmonijkę, kiedy jeszcze z tyłu uderza w nich ciężarówka.
No właśnie, ciężarówki! Kolejny powód do fantazjowania. Jakiś kierowca dostaje w kabinie zawału serca, bo za długo pracował. Jasne, niby mają te tachometry, ale wszyscy na nich oszukują. Liczy się przede wszystkim czas, czas i czas. Byle szybciej, byle prędzej. Dlatego ten kierowca jest w drodze od czterdziestu godzin, przemierza kontynent z jednego krańca na drugi. Trzęsą mu się ręce. Nie zasnął tylko dlatego, że jedzie na napojach energetycznych. Cała podłoga w kabinie zawalona jest puszkami po red bullach, tigerach, blackach i monsterach. W żyłach zamiast krwi płynie mu kofeina, co tłumaczy zawał. Albo nie! Facet wciąga non stop amfetaminę! Jego nos jest cały biały, jakby miał twarz w mące. W każdym razie w pewnym momencie serce odmawia mu posłuszeństwa. Facet umiera na miejscu, pada głową na kierownicę, a ciężarówka zjeżdża na lewy pas. Tam, gdzie oni. Nie mają jak wyhamować, nie udaje im się uciec. Wielki tir wbija się w ich bok, a potem przebijają się przez barierkę między pasami i pędzą na czołowe zderzenie!
Te wizje przychodziły i odchodziły, ale też Antoś wtedy nie spał. Czterolatka cały czas trzeba było jakoś zagadywać. Puszczała mu bajki na tablecie, śpiewali piosenki, grali w proste gry albo po prostu pokazywała mu to, co dzieje się za oknem, i opowiadała o krajach, przez które przejeżdżali. Nie miała więc czasu, żeby skupić się na swoich makabrycznych wizjach. Było dużo ważniejszych rzeczy do zrobienia.
A potem przejechali przez Słowenię. Tam Marek się zirytował, bo nawigacja źle ich poprowadziła. Zamiast jechać na wybrzeże Adriatyku, pojechali prosto do granicy.
- Będziemy musieli płacić za jazdę chorwackimi autostradami - powiedział.
- I tak byśmy musieli - przypomniała mu.
- Ale mniej - mruknął zirytowany.
Tłumaczył, że mają winietę na wszystkie autostrady w Słowenii. Kosztowała ich kilkanaście euro, a teraz po prostu wywalili je w błoto, bo przejechali pewnie ledwo z pięćdziesiąt kilometrów. I jeszcze snuł opowieść o tym, że wszystko dobrze ustawił w nawigacji i nie wie, dlaczego komputer poprowadził ich w ten sposób. Pewnie na postoju coś się przestawiło. Daria kiwała głową.
W Chorwacji najpierw było płasko i nudno, jak na polskiej A2, ale potem dojechali w góry, tak piękne i malownicze, że na moment zapomniała o swoich morderczych wizjach. Antoś też nic nie mówił, tylko szeroko otwartymi oczami chłonął przesuwające się za oknami krajobrazy. Potem zaczęły się tunele, które z jednej strony były fajne, bo Daria z Antosiem radośnie krzyczeli za każdym razem, kiedy do jakiegoś wjeżdżali i kiedy z niego wyjeżdżali. Z drugiej jednak strony wyobrażała sobie, jak by to było, gdyby z pełną prędkością wbili się w ścianę. I jak wielki korek by powstał, gdyby gdzieś na środku utknął płonący wrak ich samochodu.
Jechali tak przez kilka godzin. Marek narzekał, kiedy okazało się, że muszą zapłacić dodatkowo za przejazd tunelem Učka, aż wreszcie zjechali z ciągu autostrad. Wtedy też Antek zasnął i wyobraźnia Darii zaczęła pracować pełną parą, bo teraz drogi robiły się coraz węższe, coraz bardziej kręte i coraz bardziej dziurawe. Miała wizję kolizji z niemal każdym samochodem, który nadjeżdżał z naprzeciwka, który mijali lub który ich wyprzedzał. Czasami nie potrzebowała innego pojazdu. Wystarczył tylko ostrzejszy zakręt i już była pewna, że zaraz z niego wylecą, wbiją się w jakieś drzewo lub polecą w dół urwiska.
I to będzie koniec. Jej. Bo w każdej z tych wizji była tylko jedna ofiara śmiertelna - Daria. Antoś i Marek zawsze wychodzili bez szwanku. Może czasami Marek miał drobne zadrapania, jakieś siniaki i rozbite okulary, ale to tyle.
To nie było tak, że wymyślanie tych strasznych scen sprawiało jej przyjemność. Robiła wszystko, żeby je od siebie odegnać. Przypominała sobie różne trudne sprawy z praktyki podatkowej, myślała nad interpretacjami przepisów, po raz kolejny zastanawiała się, czy na pewno zamknęła swoje sprawy przed wyjazdem na urlop (i za każdym razem odpowiedź brzmiała: tak), ale nic to nie dawało. Same do niej przychodziły, jedna po drugiej. Na przemian chciało jej się płakać i krzyczeć. Powstrzymywało ją przed tym tylko to, że najpierw obudziłaby Antka, a potem musiałaby się wytłumaczyć ze swojego zachowania Markowi. A nie wiedziała, jak miałaby to zrobić, co wpędzało ją w jeszcze większy popłoch. Nie była pewna, jak długo tak wytrzyma.
- Wszystko tam z tyłu w porządku? - rzucił Marek.
- Tak - skłamała.
- Pobladłaś.
- To z tego upału.
- Podkręcić klimę?
- Nie. Nie trzeba.
- Może chcesz się zatrzymać na chwilę?
Na samą myśl rozbolało ją całe ciało. Z jednej strony marzyła o tym, żeby wreszcie wysiąść z samochodu, ale z drugiej to tylko przedłużyłoby całą podróż. A ona chciała, żeby ten koszmar wreszcie się skończył.
- Nie, nie trzeba. Po prostu jedźmy.
On jednak zaczął zwalniać. Daria pomyślała, że Marek w swojej dobroci postanowił zrobić postój. Zawsze był bardzo opiekuńczy. Czasami troszczył się o nią tak, że robiło się to niezręczne. Jakby chciał wynagrodzić jej te wszystkie godziny, kiedy nie było go w domu, bo rozkręcał fundację. Odpięła pas (natychmiast zobaczyła, jak wylatuje przez przednią szybę i uderza z głuchym łupnięciem o asfalt. I znowu Markowi ani Antosiowi nic się nie stało, nawet samochód był cały, z wyjątkiem szyby, oczywiście) i wychyliła się w kierunku męża. Chciała zaprotestować, kazać mu przyśpieszyć, ale wtedy zorientowała się, że Marek naciska hamulec z zupełnie innego powodu.
Droga była strasznie wąska. Z jednej strony wyrastało strome zbocze, z drugiej kamienny murek, a za nim zarośla tak gęste, że trzeba by się przez nie przedzierać z maczetą. Na prawym skraju drogi jakaś dziewczyna próbowała złapać stopa. Miała trochę ponad metr sześćdziesiąt i fioletowe włosy. Krótkie spodenki, ledwo zakrywające pośladki, odsłaniały opalone na brązowo nogi, ramiączka koszulki były tak cienkie, że prawie niewidoczne. Ocierała spocone czoło dłonią, w której trzymała przeciwsłoneczne okulary. Stary, brudny i straszliwie kopcący biały opel kadett wyminął ją z trudem, niemal przejeżdżając jej po palcach. Niczym w tańcu zrobiła obrót o sto osiemdziesiąt stopni, krzycząc coś za kierowcą i wyciągając w jego kierunku środkowy palec. A potem obróciła się po raz kolejny, tak że znowu stała frontem do nich. Na ich widok lekko zmarszczyła brwi i nagle, zanim zdążyli obok niej przejechać, wyskoczyła na środek drogi, szeroko rozkładając ramiona. Marek zahamował gwałtownie.
- Co jest... - mruknął pod nosem, zirytowany, ale chyba i lekko przestraszony.
Nacisnął klakson. Stojąca kilka metrów przed nim dziewczyna najpierw się skrzywiła, a potem przewróciła demonstracyjnie oczami. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby równocześnie ich oceniała i zastanawiała się, co zrobić. Najwyraźniej jednak miała zamiar zejść z drogi i pozwolić im przejechać, ale wtedy dostrzegła wychyloną do przodu Darię. Znowu się uśmiechnęła, jakby były koleżankami z dawnych lat, które przypadkiem spotkały się na bezludziu. Najpierw wykonała gest łapania autostopu, a potem złożyła obie dłonie w błagalnym geście i kilkakrotnie lekko się pochyliła, niemo prosząc o podwózkę.
- Co ona wyrabia... - rzucił Marek. Chciał znowu nacisnąć klakson, ale Daria chwyciła go za ramię.
- Weźmy ją - powiedziała.
Pomyślała, że to najszybszy sposób na rozwiązanie tej absurdalnej sytuacji. Co ważniejsze jednak, miała nadzieję, że obecność dziewczyny podziała na nią uspokajająco. Zamiast rozmyślać nad kolejnymi scenariuszami drogowych wypadków, spróbuje się dowiedzieć, kim ona jest i gdzie ją zawieźć.
- Przecież nawet nie wiemy, kto to!
- Tak działa autostop.
- Widzisz, że to jakaś wariatka. Nie wiadomo, co jeszcze strzeli jej do głowy.
- To młoda dziewczyna, która prosi o podwózkę. Waży pewnie z połowę tego co ty. Co ona niby może nam zrobić?
Marek zerknął w tylne lusterko, jakby szukał pomocy u śpiącego Antka, a potem zrezygnowany kiwnął głową.
- Jak nam coś ukradnie, to będzie na ciebie - rzucił.
- Będę jej pilnować - obiecała.
Wycofała się na tylne siedzenie, a ponieważ Marek się nie ruszał, opuściła szybę. Do środka od razu wpadło rozgrzane południowe powietrze. Na moment odebrało jej oddech. Daria wychyliła się przez okno i pomachała do wciąż stojącej na drodze dziewczyny.
- Chodź! - rzuciła. - Come!
Autostopowiczka przekrzywiła głowę, chyba zaskoczona, że udało jej się złapać podwózkę. Podbiegła w ich stronę. Po kilku krokach potknęła się i na chwilę przystanęła, by ściągnąć z nóg japonki. Marek wykorzystał ten moment, żeby wrzucić do schowka leżący nieopodal skrzyni biegów portfel. Dziewczyna już na bosaka, skacząc na palcach jak balerina, dopadła do samochodu. Otworzyła drzwi od strony pasażera i w pośpiechu wpadła do środka, jakby bała się, że spróbują jej teraz odjechać.
- Tack! - powiedziała, kiedy już się umościła. - Dzięki - dodała po angielsku.
- Gdzie jedziemy? - zapytał Marek.
- Przed siebie! - wykrzyknęła i roześmiała się perliście.
Mąż odwrócił się do Darii i rzucił jej ciężkie spojrzenie, jakby chciał w ten sposób powiedzieć: patrz, w co nas wpakowałaś. Potem wrzucił bieg, zwolnił sprzęgło, przycisnął pedał gazu i samochód ruszył powoli do przodu.
- Skąd jesteście? - zapytała dziewczyna, kręcąc się na fotelu w taki sposób, żeby spoglądać to na Darię, to na Marka.
Zanim którekolwiek z nich zdążyło odpowiedzieć, samochód zaczął wydawać z siebie piszczące dźwięki. Marek popatrzył na deskę rozdzielczą.
- Musisz zapiąć pasy - powiedział do dziewczyny.
Wydęła usta niezadowolona, zrobiła jednak to, o co poprosił.
- To skąd jesteście? - powtórzyła swoje pytanie i zaraz klasnęła. - Nie, czekajcie. Sama zgadnę! Niemcy? Richtig, ja?
- Nie - odpowiedziała po chwili milczenia Daria.
- No jasne, że nie. Nie macie tego okropnego twardego akcentu. Włosi?
- Też nie Włosi.
- Nie wyglądacie na Włochów. Za jaśni jesteście. Wiem! Ci, jak oni się nazywają... To słówko... Węgrzy!
- Nie jesteśmy też Węgrami - powiedział Marek. - Jesteśmy...
- Polakami! - dokończyła za niego dziewczyna. - Od razu przecież po was widać!
- Jak to od razu po nas widać? - Daria nie potrafiła się powstrzymać przed zadaniem tego pytania.
Usta autostopowiczki rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, odsłaniając rząd równych białych zębów. Daria przyjrzała jej się uważnie. Teraz, kiedy siedziała tuż obok, okazało się, że jest jeszcze ładniejsza. Jej twarz zdobiły drobne piegi, co współgrało z niebieskim kolorem oczu. Była szczupła i emanowała tym szczególnym rodzajem zadowolenia z siebie, którym cieszą się młodzi ludzie przeżywający właśnie przygodę swojego życia. Daria zorientowała się, że dziewczyna nie nosi stanika. Kiedy wsiadła do samochodu, a nawiew z klimatyzacji skierowany był prosto na klatkę piersiową, stało się to, co musiało się stać - jej sutki stwardniały jak dwa kamienie. I były doskonale widoczne pod cienkim materiałem koszulki. Daria poczuła, jak robi jej się gorąco od specyficznej mieszaniny zazdrości i niezadowolenia. Lubiła swoje piersi i uważała, że wyglądają naprawdę dobrze, ale były to piersi kobiety, która wykarmiła dziecko. Jej sutki miały już inny kształt i wielkość, przestały być drobne, dziewczęce, ona jednak akceptowała swoje ciało i to, jak zmieniło się w ostatnich latach. Zazdrość brała się stąd, że zauważyła, jak Marek zerka na ich towarzyszkę. Bo przecież on widział to samo co Daria. Niezadowolenie zaś wynikało z tego, że nawet nie mogła się na niego za to złościć. Sama nalegała, żeby zabrali tę dziewczynę.
Tymczasem autostopowiczka położyła stopy na desce i postukała dużym palcem (paznokcie oczywiście miała pomalowane) w naklejkę na przedniej szybie.
- Macie tutaj swoją flagę - wyjaśniła.
Daria aż się zaczerwieniła. Wyglądało na to, że wyszła na idiotkę.
- A ty skąd jesteś? - zapytał Marek.
Pomyślała z irytacją, że wystarczą dwa stojące dziewczęce sutki i jej mąż od razu robi się dużo bardziej towarzyski.
- Szwecja - wyjaśniła dziewczyna. - Sztokholm.
- Nie wiedziałem, że Szwedzi też tutaj przyjeżdżają.
- Och! Jeździmy wszędzie. Byleby było ciepło! I żeby było słońce!
Dziewczyna przeciągnęła się, odsłaniając przy tym pępek i kawał opalonego, umięśnionego brzucha z minimalną ilością tkanki tłuszczowej. Wydała przy tym długie, ciche westchnienie, jakby dopiero co wstała z łóżka.
- A wy na długo? - zapytała.
- Na tydzień - odpowiedziała Daria.
- To krótko! - zdziwiła się autostopowiczka. - Ledwo zdążycie się rozpakować i już trzeba będzie wracać!
- No tak wyszło - powiedział półgębkiem Marek.
Nagle przestał zerkać na siedzącą obok dziewczynę i skupił się całkowicie na drodze. Darii się to spodobało, postanowiła więc pociągnąć temat.
- A ty? Ile już tutaj jesteś?
- Za długo.
- Przyjechałaś sama czy z przyjaciółmi? - zapytała Daria, chociaż odpowiedź była oczywista. Przyjechali tutaj pewnie całą zgrają. Wszyscy piękni, młodzi, z dobrych domów, z kieszeniami wypchanymi euro (chociaż nie, w Szwecji chyba ciągle mieli korony). Wynajęli sobie jakąś wypasioną willę albo siedzą na polu namiotowym, bo niewiele im przecież potrzeba. Chodzą na plażę, piją wino, łykają różne tabletki, dużo się bawią i mało śpią.
- Z mężem - odpowiedziała dziewczyna i pomachała przed twarzą zaskoczonej Darii. Na serdecznym palcu znajdowała się złota obrączka, a pod nią pierścionek zaręczynowy z lśniącym brylantem. Na oko trzy razy większym od tego, który nosiła Daria.
Droga, wciąż trochę się wijąc, wiodła wzdłuż wybrzeża. Krzaki ustąpiły miejsca gęstemu lasowi, choć co pewien czas dało się dostrzec błękitne morze, a dalej, po drugiej stronie cieśniny, wysokie brzegi wyspy Cres.
- Możecie mnie poczęstować papierosem? - zapytała Szwedka, równocześnie otwierając schowek samochodowy. Auto właśnie w tym momencie podskoczyło na wyboju, a ze środka wyleciał najpierw portfel, potem paczka chusteczek, długopis i dwa splątane kable od ładowarek.
- Jej! Przepraszam!
Nachyliła się, zaczęła zbierać rzeczy z podłogi i pakować je z powrotem do schowka. Pośpiesznie go zamknęła.
- Przepraszam - powtórzyła. - Myślałam, że tam trzymacie papierosy.
- Nie palimy - powiedziała Daria.
- Przepraszam! Byłam pewna, że on... - Niepewnie wskazała na Marka. - Sorry, nie wiem, jak masz na imię.
- Marek.
- No więc że Marek pokazał mi na schowek.
- Nie pokazywałem na schowek.
- Ale zrobiłeś taki ruch...
- Redukowałem bieg.
- Aha... No tak... Bo to ręczna skrzynia, tak?
- Tak.
- My mamy automat.
- No my nie.
- Myślałam, że pokazujesz na schowek. Że tam są papierosy... - Dziewczyna przerwała na moment. - Ja też nie palę - oznajmiła nieoczekiwanie po kilku sekundach. - Czasami mam ochotę, jak teraz. Wtedy zapalę. Ale normalnie to nie. Mąż mi zabronił. Ma trochę świra na tym punkcie. Jeśli kiedyś go spotkacie, to nie mówcie, że prosiłam was o fajkę.
- Nie powiemy - obiecała Daria.
Przed nimi pojawiła się tablica z nazwą miejscowości, zaraz za nią pokazały się pierwsze domy, a na jezdni progi zwalniające.
- My mamy apartament tutaj, więc zaraz będziemy musieli cię wysadzić - powiedział Marek.
- Spoko. Też tutaj mieszkam - ucieszyła się Szwedka. - To może zobaczymy się kiedyś na plaży!
- Może - powiedziała Daria, nie do końca pewna, czy byłaby zadowolona z takiego spotkania.
- Gdzie cię wyrzucić? - zapytał Marek.
- Jedźcie jeszcze, jedźcie!
No to jechali. Spokojnie, góra trzydzieści kilometrów na godzinę, nie tylko ze względu na progi zwalniające. Marek rozglądał się na boki, szukając wynajętego przez nich apartamentu. Samo miasteczko było niewielkie. Niemal wszystkie domy postawiono wzdłuż drogi. Większość z nich wyglądała na nową lub przynajmniej niedawno odnowioną. Do tego zielone trawniki, białe ściany i drewniane okiennice, a w kilku ogrodach palmy. Przejechali też obok paru dopiero budowanych budynków, nikt tam jednak nie pracował. Na placach stały tylko betoniarki, piramidy cegieł i worki cementu. Zresztą całe miasteczko sprawiało wrażenie opuszczonego. Nikt nie spacerował. Chociaż raczej nie miał gdzie, bo nie było chodnika. Nikt nie odpoczywał w cieniu drzew ani nie pluskał się w ogrodowych basenach. Z żywych stworzeń Daria zauważyła tylko brązowego, zadowolonego z siebie kota, który wygrzewał się na betonowym podjeździe.
- Prawie jesteśmy - oznajmił po polsku Marek. - To chyba tutaj.
Skręcił w lewo, w stronę morza, w drogę z obydwu stron ograniczoną kamiennymi murkami i tak wąską, że Daria modliła się, żeby nikt nie jechał z naprzeciwka, bo nie będzie jak się wyminąć. Po ledwo trzydziestu metrach dotarli do żeliwnej bramy. Na słupku przybito niebieską laminowaną tabliczkę z napisem "Apartman" i czterema gwiazdkami pod spodem.
- Wy tutaj? - zapytała Szwedka.
Marek kiwnął głową.
- Super! Bo ja też! Poczekajcie, pomogę wam!
Otworzyła drzwi i wyskoczyła z samochodu. Schyliła się, żeby zabrać swoje sandały, a potem podbiegła do bramy. Chwilę siłowała się z zamkiem, ale w końcu rygiel ustąpił i otworzyła im szeroko wjazd. Zamachała trzymanymi w dłoniach japonkami, udając kontrolera ruchu na lotnisku. Kiedy przejechali, popędziła za nimi, żeby po kilku krokach skręcić w bok, na schody wiodące w górę. Dopiero tam się zatrzymała i pomachała im na pożegnanie.
Posesja była na tyle duża, że mieściły się na jej terenie trzy domy. Pierwszy znajdował się na samej górze, w rogu. Prowadziła do niego wąska ścieżka ułożona z betonowych płyt. Był najmniej reprezentatywny. Biała farba mocno poszarzała, okna potrzebowały czyszczenia, pod ścianami leżały luzem narzędzia ogrodnicze. Drugi budynek, do którego właśnie zmierzała Szwedka, albo został niedawno zbudowany, albo przynajmniej solidnie odnowiony. Jednopiętrowa willa o ścianach z szarego kamienia, z dachem z czerwonych dachówek, na którym postawiono kilka słonecznych paneli, miała duży taras z parasolami chroniącymi przed słońcem i zestawem mebli ogrodowych. Tam, na drewnianym fotelu, wpatrzony w ekran komputera, palił cygaro siwowłosy mężczyzna w przeciwsłonecznych okularach i białej lnianej koszuli. Szwedka podbiegła do niego, otoczyła ramionami i pocałowała mocno w policzek.
Dalej teren szedł lekkim spadkiem w dół, ku wbudowanym w zbocze trzem garażom, parkingowi i wreszcie ostatniemu domowi. Także jednopiętrowemu. Prawdopodobnie był to przebudowany budynek gospodarczy, ale ładny, zadbany. Przygotowany pod przyjęcie gości. On również posiadał taras, ale ze zwyczajnymi plastikowymi meblami.
Pomiędzy budynkami rosła trawa, teraz pracowicie podlewana przez trzy zraszacze, a także kilka niskich palm i przyciętych krzewów.
Marek zaparkował pod trzecim z domów. Wyłączył silnik, westchnął z ulgą i obrócił się do Darii.
- Jesteśmy - powiedział z uśmiechem.
- Jesteśmy - powtórzyła za nim i także się uśmiechnęła.
Pochyliła się do niego, on do niej i pocałowali się. Delikatnie i ostrożnie. Pomyślała, że Marek smakuje zmęczeniem, kawą i gumą do żucia.
- Poszukam kogoś, kto nam otworzy.
- A ja obudzę Antosia.
Cmoknął ją jeszcze raz, pośpiesznie i niezdarnie, po czym wysiadł z samochodu. Daria natomiast zajęła się synem. Trochę bała się go ruszać. Po przebudzeniu bywał marudny i często wpadał w płacz, a potem trudno go było uspokoić. Najchętniej po prostu przeniosłaby go do łóżka i poczekała, aż sam się obudzi, ale nie mieli jeszcze kluczy. W aucie też nie chciała go zostawiać, bo wystarczyła chwila bez włączonej klimatyzacji i już zaczynało się robić nieprzyjemnie duszno i parno. Nawet przy otwartych drzwiach już po kilku minutach byłby cały czerwony i spocony.
Pogłaskała syna po policzku. Po raz kolejny zdumiała się, jak miękką i delikatną ma skórę. Pomyślała, że mogłaby całymi dniami po prostu go gładzić i się do niego przytulać. Antek zaczął się wiercić w foteliku. Daria na moment wstrzymała oddech. Chłopiec otworzył oczy, zamiast jednak zwyczajowego grymasu na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Jesteśmy? - zapytał.
- Jesteśmy - potwierdziła.
- Tata?
- Poszedł poszukać kogoś, kto nam otworzy drzwi.
- Aha.
Czterolatek przyjął to jako coś oczywistego i zwyczajnego. Ziewnął i przeciągnął się. Daria rozpięła mu pasy.
- Poczekaj. Wyciągnę cię.
Wysiadła z samochodu. Na tarasie domu powyżej, opierając się o kamienny murek, stał siwowłosy mężczyzna z cygarem. Przyglądał się Darii i ich samochodowi. Nie potrafiła ocenić, ile ma lat. Ponad pięćdziesiąt? Sześćdziesiąt? Czy to on był mężem tej Szwedki, którą podwieźli? Trochę nie mieściło jej się to w głowie. Wyglądał raczej na ojca tej dziewczyny, ale ona nie wspominała, że przyjechała tu z kimś jeszcze. Daria rozumiała, że są pary, u których różnica wieku jest dość spora. Nie miała nic przeciwko temu, jednak ujrzenie tego na własne oczy sprawiło, że zrobiło jej się dziwnie.
- Mamo!
To nie moja sprawa, pomyślała. Obeszła samochód, nachyliła się do syna i pomogła mu wysiąść. Kiedy tylko stanął na podjeździe, jego malutkim ciałem wstrząsnął dreszcz.
- Chce ci się siusiu? - zapytała.
- Chce - potwierdził.
Rozejrzała się dookoła, ale nigdzie nie widziała Marka. Wzięła Antka za rączkę i poprowadziła go pod jedną z palm. Pomogła mu ściągnąć spodnie i asystowała, kiedy sikał. Zerknęła przez ramię. Mężczyzna z cygarem ciągle stał na tarasie. Ciągle im się przypatrywał. Poczuła się nieswojo.
- Skończyłeś? - zapytała.
Antek przytaknął i podciągnął spodnie.
- Jaki ładny chłopiec. - Usłyszała kobiecy głos, mówiący po angielsku.
Odwróciła się. Zobaczyła, jak ścieżką z góry idzie w jej stronę starsza Chorwatka, a za nią Marek. Kobieta trzymała w dłoni pęk kluczy, które dźwięczały przy każdym jej kroku.
- Już was wpuszczam! Już was wpuszczam! - powtarzała na przemian ze słowami: "Jaki śliczny chłopiec, jaki śliczny chłopiec".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki