ROZDZIAŁ 1
Ktoś mnie obserwuje.
Czuję to. To bez sensu, że człowiek jest w stanie czuć czyjeś spojrzenie na swej potylicy, ale w jakiś sposób ja właśnie to czuję. Mam wrażenie mrowienia zaczynające się na czubku głowy i pełznące w dół do nasady karku, a następnie spływające po moim kręgosłupie.
Przyszłam do tego baru sama. Lubię być sama - zawsze lubiłam. Gdy tylko miałam wybór. Zawsze stawiałam na własne towarzystwo. Nawet gdy idę do restauracji, nawet gdy jestem otoczona gwarem ludzi rozmawiających ze sobą, wolę siedzieć sama.
Przed sobą mam swój ulubiony drink - Old Fashioned. Nocami nie mam ochoty wracać prosto do domu, zawsze przychodzę do Christopher's. Lokal jest ciemny i intymny, z dymem papierosowym nad barowymi ladami. Zazwyczaj jest też prawie pusty, a barmani są przystojni. Czasami zajmuję miejsce w loży, ale dziś siedzę przy barze, ze wzrokiem wbitym w szklankę, obserwując pojedynczą, powoli znikającą kostkę lodu, a uczucie mrowienia na mojej głowie się nasila.
Niewyraźnie słyszę telewizor rozbrzmiewający w tle. Zazwyczaj wyświetlają rozgrywki sportowe. Ale dziś włączony jest teleturniej. Ekran wypełnia twarz prowadzącego, gdy ten czyta pytanie z trzymanej przed sobą karty.
Który przyjaciel Charles'a de Gaulle'a był premierem Francji przez większość lat 60.?
Odwracam się, próbując złapać tego, kto się na mnie gapił, na gorącym uczynku. Bez powodzenia. Są za mną ludzie, ale nikt nie patrzy na mnie. A przynajmniej nikt nie patrzy na mnie w tym momencie.
To pewnie coś niewinnego. Może mężczyzna myślący o postawieniu mi drinka. Może ktoś, kto rozpoznaje mnie z pracy.
To wcale nie znaczy, że jest to ktoś, kto wie, kim naprawdę jestem. Nigdy tak nie jest. Dziś mam pewnie paranoję, bo to dwudziesta szósta rocznica dnia, w którym zmieniło się całe moje życie.
Dnia, w którym odkryli, co było w naszej piwnicy.
- W porządku, doktorko?
Barman pochyla się w moją stronę, jego umięśnione przedramiona balansują na lekko lepkim blacie. To nowy barman - widziałam go tylko kilka razy. Jest nieco starszy niż poprzedni facet, może po trzydziestce, jak ja.
Chwytam kołnierzyk mojego fartucha. Zaczął nazywać mnie "doktorką" właśnie z jego powodu. Co jest, w rzeczy samej, trafnym przypuszczeniem - jestem chirurgiem. Ponieważ jestem kobietą, większość ludzi na widok medycznego uniformu myśli, że pracuję jako pielęgniarka, ale on postawił na lekarkę.
Mój ojciec jest prawdopodobnie dumny, jeśli o tym wie. Jeżeli jest zdolny do jakichkolwiek emocji lub uczuć, duma jest z pewnością jednym z nich - to było jasne od czasu jego procesu. Sam zawsze chciał być chirurgiem, ale nie miał wystarczających wyników w nauce. Może gdyby został chirurgiem, powstrzymałoby go to od robienia rzeczy, które ostatecznie robił.
- W porządku. - Przesuwam palcem po krawędzi szklanki. - Wszystko w porządku.
Unosi brew.
- Jak drink? Jak się spisałem?
- Dobrze.
To niedopowiedzenie. Spisał się perfekcyjnie. Obserwowałam, jak ułożył kostkę cukru na dnie szklanki - nie wsypał po prostu saszetki cukru do drinka, jak robią to niektórzy inni barmani. Dodał idealną ilość bittersa. I nie musiałam zaznaczać, aby nie dolewał wody gazowanej.
- Muszę przyznać - mówi - że nie spodziewałem się, że zamówisz Old Fashioned. Nie wyglądasz na ten typ.
- Mmm. - Staram się, aby mój głos nie wykazywał żadnego zainteresowania, tak aby sobie poszedł i zostawił mnie w spokoju. Nie powinnam była siadać przy barze. Ale, mówiąc szczerze, tutejsi barmani rzadko kiedy są tacy rozmowni.
Uśmiecha się rozbrajająco.
- Myślałem, że zamówisz Cosmopolitana albo szprycera z lemoniadą, albo coś takiego.
Gryzę policzek, aby powstrzymać się od odpowiedzi. Kocham pić Old Fashioned. To mój drink, odkąd miałam dwadzieścia jeden lat, może nawet trochę przed tym, jeśli mam być szczera. Jest ciemny i mocno alkoholowy, lekko słodki i lekko gorzki. Biorę łyk i rozdrażnienie gadatliwym barmanem wyparowuje.
- W każdym razie - barman rzuca mi ostatnie przeciągłe spojrzenie - zawołaj mnie, gdybyś potrzebowała czegoś jeszcze.
Obserwuję, jak się oddala. Przez ułamek sekundy. Pozwalam sobie docenić mięśnie, które zarysowują się pod jego koszulką. Jest atrakcyjny w nienachalny sposób, ze swoimi brązowymi włosami i łagodnymi brązowymi oczami. Zarost na jego twarzy raczej nie wystarcza, by określić to coś mianem brody. Facet jest bardzo nieokreślony - to ten rodzaj gościa, którego nie dostrzeżesz w szeregu innych. Typ, którym był mój ojciec.
Odliczam na palcach liczbę miesięcy, odkąd w moim domu był mężczyzna. Potem zaczynam liczyć lata. Właściwie wchodzimy już w kategorię dekady. Straciłam rachubę, co samo w sobie jest niepokojące. Ale nie jestem zainteresowana randką z przystojnym barmanem ani nikim innym. Dawno temu zdecydowałam, że związki nie będą już częścią mojego życia. Kiedyś przysparzało mi to smutku, ale zaakceptowałam fakt, że tak jest lepiej.
Znowu unoszę drinka i kręcę płynem po wewnętrznych ściankach szklanki. Wciąż mam to pełzające po karku uczucie, jakby ktoś mnie obserwował. Ale może nie jest to prawda. Może to wszystko jest w mojej głowie.
Dwadzieścia sześć lat. Nie mogę uwierzyć, że minęło już tyle.
Prowadzący teleturniej przerywa moje myśli, odrywam oczy od drinka.
Który seryjny morderca był powszechnie znany jako Handyman?
Barman zerka na ekran i rzuca bezceremonialnie:
- Aaron Nierling.
Dziś mój ojciec jest odpowiedzią w teleturnieju. Może tak być z powodu rocznicy jego aresztowania, ale najprawdopodobniej to przypadek. Nie ma znaczenia, ile lat minie, bo to, co zrobił, nigdy nie będzie zapomniane. Zastanawiam się, czy ogląda. Kiedyś lubił teleturnieje. Czy może tam oglądać telewizję? Nie jest pewne, na co mu pozwalają w więzieniu. Nie rozmawiałam z nim, odkąd zabrała go policja.
Mimo to co tydzień pisze do mnie list.
Wyganiam z głowy myśli o ojcu, upijając łyk drinka i pozwalając miłemu, ciepłemu uczuciu rozejść się po ciele. Barman wyciera ladę po drugiej stronie baru, jego mięśnie napinają się pod koszulką. Zatrzymuje się na chwilę, aby spojrzeć na mnie - i mruga.
Hmm. Może mój narzucony samej sobie celibat nie jest wcale takim wspaniałym pomysłem. Czy zabiłaby mnie jedna noc dobrej zabawy? Założenie czegoś innego niż fartuch lekarski? Albo pozwolenie moim czarnym włosom opaść swobodnie, zamiast spinania ich w ciasny koczek, który sprawia, że moje mieszki włosowe krzyczą z bólu.
- Doktor Davis? To pani?
Na dźwięk głosu zza moich pleców wspaniałe ciepłe uczucie po wypitej whisky natychmiast znika. Miałam rację. Ktoś patrzył na mnie. Chciałabym być w błędzie ten jeden jedyny raz. Wszystko, czego dziś chciałam, to trochę spokoju i ciszy.
Przez dobre dwie sekundy rozważam, aby się nie odwracać. Udawać, że tak naprawdę nie jestem doktor Norą Davis. Że jestem jakąś inną kobietą w zielonym fartuchu, która, tak się składa, wygląda jak doktor Davis.
Ale przynajmniej nie nazwał mnie Norą Nierling. Nikt nie nazwał mnie tak od bardzo, bardzo dawna. I zamierzam utrzymać ten stan rzeczy.
Mężczyzna stojący za mną jest po pięćdziesiątce, niski i krępy. To na pewno pacjent. Nie przypominam sobie jego nazwiska, ale pamiętam wszystko inne. Przyjechał do szpitala z gorączką i bólem brzucha. Zdiagnozowano zapalenie pęcherzyka żółciowego. Próbowaliśmy usunąć go laparoskopowo, ale w połowie zabiegu musiałam zmienić zabieg na otwartą operację. Dlatego wiem, że gdyby uniósł koszulę ponad swój wystający bebech, ukazałaby się przekątna blizna biegnąca przez prawą górną część brzucha. Zapewne dobrze już zagojona.
- Doktor Davis! - Mężczyzna uśmiecha się do mnie promiennie, pokazując szereg żółtych, nieco zepsutych zębów. - Przypatrywałem się i nie byłem pewny, ale... To pani. O ja cię, nie spodziewałem się spotkać pani w takim miejscu jak to.
Co taka miła dziewczyna jak ty robi w takim miejscu? Przynajmniej nie skomentował mojego Old Fashioned.
- No tak, cóż - mamroczę.
Chciałabym, aby się przedstawił. Czuję się w tej sytuacji niekorzystnie. Mam doskonałą pamięć do wielu rzeczy - mogłabym z zamkniętymi oczami narysować każdą żyłkę dostarczającą krew do jelit - ale nazwiska ludzi nie są jedną z nich. Docieram do głębin swojego mózgu, jednak w tej kwestii znajduję tam pustkę.
- Hej, kolego! - woła mężczyzna do barmana. - Drink dla doktor Davis na mój koszt! Ta kobieta ocaliła moje życie!
- Nie ma potrzeby - mamroczę. Ale już za późno. Bezimienny pacjent wygodnie rozsiada się obok mnie na barowym stołku, mimo że czuję, iż brak makijażu i fartuch, któremu niewiele brakuje, by przypominał worek na ziemniaki, nie wyglądają zapraszająco.
- To mi zrobiła! - obwieszcza i unosi rąbek koszuli. Jego brzuch jest pokryty szorstkimi, ciemnymi włosami, ale wciąż można dojrzeć bladą bliznę tam, gdzie go rozcięłam. Dokładnie tak, jak pamiętam. - Dobra robota, no nie?
Uśmiecham się lekko.
- Jest pani bohaterką, doktor Davis - mówi. - To znaczy, czułem się tak źle...
I zaczyna z dumą opowiadać swoją historię wszystkim w zasięgu ucha. O tym, jak ocaliłam mu życie. Myślę, że można by o tym dyskutować. Tak, to ja usunęłam jego zainfekowany pęcherzyk żółciowy, ale pewnie niektórzy do końca by się upierali, że infekcję wyleczą dożylne antybiotyki i dren poprzedzone radiologią interwencyjną. Niekoniecznie uratowałam mu życie.
Mężczyzna się nie zniechęca. Tak, z sukcesem przeprowadziłam operację, on całkowicie wydobrzał i wygląda zdrowo, z wyjątkiem uzębienia.
- Imponujące - zauważa barman, gdy tajemniczy pacjent kończy długi wykaz mych wyczynów. Na jego ustach tańczy rozbawiony uśmiech. - Prawdziwa z ciebie bohaterka, doktorko.
- Tak, cóż. - Wychylam resztki mojego Old Fashioned. - To moja praca.
Podnoszę się niepewnie ze stołka. Gdyby ktoś mnie oglądał, mógłby się zastanawiać, czy nie jestem zbyt pijana, by prowadzić. Ale powód, z którego się trzęsę, nie ma z alkoholem nic wspólnego.
Dziś mija dwadzieścia sześć lat. Mam czasami wrażenie, jakby to było wczoraj.
- Uciekam. - Grzecznie uśmiecham się do dawnego pacjenta. - Dziękuję za drinka.
- Och. - Twarz mężczyzny się zmienia, jakby miał nadzieję, że zostanę tu kolejną godzinę, by rozmawiać o jego zainfekowanym pęcherzyku żółciowym. - Naprawdę już jedziesz?
- Obawiam się, że tak.
- Ale... - Patrzy na moją pustą szklankę i stuka pulchnymi palcami o blat. - Myślałem, że postawię ci kolejnego drinka. Może kolację. Wiesz, w ramach podziękowania.
I teraz kolejny drobiazg związany z tym mężczyzną do mnie wraca. Gdy dziękował mi podczas wizyty kontrolnej, położył mi rękę na kolanie. Ścisnął je, zanim się odsunęłam. Odwaliła pani kawał dobrej roboty, doktor Davis. Oczywiście wciąż nie pamiętam jego cholernego nazwiska.
- Nie ma potrzeby - mówię. - Pański ubezpieczyciel już mi zapłacił.
Drapie się po szyi, po czerwonej łatce, która jest raną po goleniu. Próbuje wskrzesić swój uśmiech.
- No dalej, doktor Davis... Noro. Taka ładna kobieta jak ty nie powinna siedzieć sama w barze.
Uprzejmy uśmiech zniknął z mej twarzy.
- Jestem zadowolona i idę do domu, bardzo dziękuję.
- No weź. - Puszcza mi oczko. Teraz dostrzegam, że jeden z jego zepsutych siekaczy jest ciemnobrązowy, prawie czarny. - Będzie fajnie. Zasługujesz na miły wieczór.
- Właśnie tak. - Przewieszam torebkę przez ramię. - I dlatego idę do domu.
- Powinnaś się zastanowić. - Próbuje złapać moją rękę, ale go odtrącam. - Mogę ci wiele pokazać, Noro.
- Szczerze w to wątpię.
Wszelka sympatia znika z jego twarzy. Oczy mu się zwężają.
- Ach, rozumiem. Jesteś zbyt dobra, by spędzić pięć minut na rozmowie przy barze z jednym ze swoich pacjentów.
Zaciskam palce na pasku od torebki. Cóż, szybko poszło. Będę musiała powiedzieć Harper, aby nie zapisywała już tego mężczyzny do naszej kliniki. A, wróć, nie mogę tego zrobić. Wciąż nie znam jego nazwiska.
- Przepraszam. - Surowy głos barmana przerywa naszą konwersację. - Doktorko, czy ten mężczyzna ci się naprzykrza?
Henry Callahan. Tak się nazywa - wraca to do mnie jak uderzenie w twarz. Wzdycham z ulgą.
Callahan mierzy wzrokiem barmana, dostrzegając jego wzrost, mięśnie przedramion i bicepsy. Marszczy brwi.
- Nie, właśnie wychodzę.
- Dobrze.
Callahanowi udaje się szturchnąć mnie w ramię, gdy potyka się, zmierzając w stronę drzwi. Zastanawiam się, ile drinków wypił, zanim do mnie podszedł. Prawdopodobnie o jeden za dużo - kto wie, czy w ogóle rano będzie pamiętał to wszystko.
Henry Callahan. Pierwsze, co zrobię rano, to powiem Harper. Nie jest już mile widziany w mojej klinice.
Zerkam z powrotem na moją pustą szklankę. Wygląda na to, że stary dobry Henry koniec końców nie kupił mi tego drinka. Sięgam po torebkę, by za siebie zapłacić, ale barman potrząsa głową.
- Na koszt firmy - mówi.
Wysuwam brodę.
- Chciałabym zapłacić.
- Cóż, a ja chciałbym postawić drinka kobiecie, która ocaliła facetowi życie.
Łagodne brązowe oczy barmana spoglądają na mnie. Wyraz jego twarzy jest dziwnie znajomy. Czy ja go już gdzieś widziałam?
Odwzajemniam spojrzenie, wpatrując się w jego przystojne rysy, próbując go jakoś skojarzyć. Nie mógł być pacjentem. Jest dużo młodszy od większości ludzi, których przyjmuję, no i pamiętam każdego, kogo biorę pod nóż - jak Henry'ego Callahana - nawet jeśli nie od razu przypominam sobie, jak się nazywał.
Czy my się skądś znamy? Pytanie mam już na czubku języka, ale go nie zadaję. Pewnie się mylę. To był dziwny wieczór, delikatnie mówiąc. Marzę już tylko, by iść do domu.
- OK - mówię ostatecznie. - Dzięki za drinka.
Przechyla głowę.
- Czy wszystko w porządku? Odprowadzić cię do samochodu?
- Nic mi nie będzie - mówię.
Zerkam na parking baru. Moje auto zaparkowane jest tuż pod latarnią, rzut beretem stąd. Widzę, jak Henry Callahan wsiada do swojego samochodu - małego niebieskiego dodge'a z dużym wgnieceniem na tylnym błotniku. Ramiona mi się rozluźniają, gdy patrzę, jak odjeżdża.
Mrowiące uczucie na karku przeszło, ale zamiast tego zrobiło mi się lekko niedobrze. Staram się to od siebie odepchnąć. Nie martwię się Henrym Callahanem. Po tych wszystkich rzeczach, które w życiu widziałam, niewiele może mną wstrząsnąć.
Jednak siedzę przy barze kilka dodatkowych minut, aby mieć pewność, że odjechał.