Zbędni - Wojciech Chmielarz

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (32,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3

Drew­niane schody na klatce sta­rej ka­mie­nicy na ko­war­skiej sta­rówce ci­cho skrzy­piały pod bu­tami aspi­rantki Ma­rii Szu­lej. Sama klatka zo­stała nie­dawno od­no­wiona. Ściany, kie­dyś odra­pane, ozdo­bione wul­gar­nymi na­pi­sami, te­raz były po­kryte grubą war­stwą ja­sno­be­żo­wej farby. Z ja­kie­goś po­wodu ża­den z miesz­kań­ców nie wy­ko­rzy­stał fla­ma­strów, żeby na­pi­sać, kto lub co jest chu­jem, albo na­ry­so­wać mę­skie przy­ro­dze­nie, choć wcze­śniej zda­rzało się to na­gmin­nie. Be­żowy ich od­stra­sza czy co? - po­my­ślała i uśmiech­nęła się pod no­sem.

Po­li­cjantka za­trzy­mała się na pół­pię­trze, żeby prze­pu­ścić scho­dzącą z góry sta­ruszkę z la­ską i kil­koma re­kla­mów­kami za­wi­nię­tymi w kłę­bek. Chwilę póź­niej sta­nęła przed drzwiami miesz­ka­nia, któ­rego szu­kała. Z we­wnątrz do­cho­dził pol­ski hip-hop, pusz­czany tak gło­śno, że na­wet ona sły­szała, co pod­miot li­ryczny za­mie­rza zro­bić z ko­lej­nymi su­kami, które twarde jak be­ton ży­cie sta­wia na jego dro­dze. Za­ło­mo­tała za­ci­śniętą pię­ścią, a po­tem oparła się o dzwo­nek. Wy­soki, świ­dru­jący dźwięk na­wet dla niej był nie do znie­sie­nia. Tym w środku pew­nie roz­ta­piał mózg. I tak jak się spo­dzie­wała, naj­pierw usły­szała czyjś krzyk i prze­kleń­stwa, po­tem szyb­kie kroki, aż wresz­cie drzwi się otwo­rzyły.

- Co jest, kurwa?! - wrza­snął wście­kle Do­nio i za­raz zrze­dła mu mina, kiedy zo­ba­czył sto­jącą na­prze­ciwko Szu­lej. - Co jest, kurwa, pani wła­dzo? - za­py­tał już ci­szej i odro­binę uprzej­miej.

Miał dzie­więt­na­ście lat, łysą głowę i sze­ro­kie barki. Krótki rę­kaw od­sła­niał ży­la­ste, umię­śnione ra­miona, biały T-shirt kon­tra­sto­wał z czar­nymi spodniami od dresu. Oczy Do­nia po­ru­szały się ner­wowo, ale on już tak miał. Czę­sto mru­gał, jakby cier­piał na nie­zdia­gno­zo­waną krót­ko­wzrocz­ność.

- Mogę wejść, Do­nio? - za­py­tała.

- A ma pani... ten... no, na­kaz?

- Do­nio - spoj­rzała na niego po­błaż­li­wie - a jak ko­le­dzy do cie­bie przy­cho­dzą, to też im ka­żesz naj­pierw po­ka­zy­wać na­kaz?

- No nie.

- A ja je­stem prze­cież twoją ko­le­żanką, Do­nio. Od ko­le­żanki chcesz na­kaz do­stać? No nie wy­głu­piaj się - po­wie­działa i po pro­stu we­szła do miesz­ka­nia. Chło­pak mi­mo­wol­nie od­su­nął się, by zro­bić jej miej­sce.

W środku pach­niało ku­rzem, sta­ro­ścią, ro­so­łem go­to­wa­nym ty­siąc razy i - przede wszyst­kim - ma­ri­hu­aną. Szu­lej prze­szła do du­żego po­koju, gdzie wo­kół stołu sie­działo trzech chło­pa­ków. Po­li­cjantka znała wszyst­kich, na­wet le­piej, niżby so­bie ży­czyła. Mi­siek, Łysy i Mati. Ka­ta­log ich wy­stęp­ków był rów­nie mało ory­gi­nalny jak ich ksywki. W po­koju do do­tych­cza­so­wej pa­lety do­łą­czył nowy za­pach - woń ta­niego od­świe­ża­cza do po­wie­trza. Szu­lej zwró­ciła jesz­cze uwagę na sze­roko otwarte okno, wy­peł­nioną po­piel­niczkę oraz bu­telki z pi­wem na stole. Po­de­szła do wieży i wy­łą­czyła ją, czym prze­rwała wo­ka­li­ście w po­ło­wie opo­wieść o ko­lej­nych week­en­do­wych pod­ry­wach.

- Pani wła­dzo! - za­pro­te­sto­wał je­den z chło­pa­ków.

- A ty, Mati, już peł­no­letni je­steś, że piwo pi­jesz? - za­py­tała.

Chło­pak wy­szcze­rzył sze­roko zęby.

- Je­stem! Od dwóch mie­sięcy! Do­wo­dzik po­ka­zać?

Mach­nęła ręką. Ona przy­glą­dała się im, a oni jej. Czte­rech chło­pa­ków wyż­szych od niej o głowę, ma­syw­niej­szych i sil­niej­szych. Po­my­ślała, że kie­dyś, na po­czątku służby, może by się bała w ta­kiej sy­tu­acji, ale te­raz wie­działa, jak so­bie z nimi po­ra­dzić. Poza tym to oni, po­mimo har­dych min lub drwią­cych uśmiesz­ków, byli prze­stra­szeni. Wi­działa to w ich oczach.

- Co jest, pani wła­dzo?

- Po ro­wer przy­szłam, Do­nio.

- Ale po jaki ro­wer? - za­py­tał ze źle uda­wa­nym zdzi­wie­niem.

- Po je­den taki na­prawdę za­je­bi­sty ro­wer - od­po­wie­działa. - Je­den z tych, co kosz­tują tyle, ile mały sa­mo­chód. Z prze­rzut­kami i łań­cu­chem, ramą z włókna szkla­nego czy z czego oni ją tam te­raz ro­bią. Ale przede wszyst­kim w żół­tym ko­lo­rze. Przy­szłam więc po żółty ro­wer.

- Ja nie wiem, o co cho­dzi!

- O ro­wer, Do­nio.

- Jaki, kurwa, ro­wer?!

- Na pe­dały.

Tak jak się spo­dzie­wała, trójka sie­dząca przy stole za­re­cho­tała ra­do­śnie.

- Słu­chaj, Do­nio - po­wie­działa. - Przy­je­chał do na­szego mia­steczka pe­wien pan aż z sa­mego Gdań­ska. I przy­wiózł ze sobą za­je­bi­sty, drogi i żółty ro­wer, żeby po­jeź­dzić po gó­rach. Ale po­peł­nił błąd, bo za­trzy­mał się przy Car­re­fo­urze, żeby ku­pić coś do pi­cia. No i wy­obraź so­bie, że w tym cza­sie ktoś mu ten ro­wer ukradł. Żeby nie po­wie­dzieć: za­je­bał. Nie­źle, nie?

- A kłódki nie miał? - za­py­tał z ka­napy Mi­siek.

- Ktoś mu ją prze­ciął.

- To trzeba było se ku­pić lep­szą.

- A wiesz, że to samo so­bie po­my­śla­łam, Mi­siek? Że jak so­bie ku­pu­jesz ro­wer za kil­ka­na­ście ty­sięcy zło­tych, to stać cię na po­rządną kłódkę. No, ale co zro­bić! Wy­szło, jak wy­szło.

- A co ja mam z tym wspól­nego?! - wy­rzu­cił z sie­bie Do­nio.

- To, że ty ten ro­wer ukra­dłeś.

- Ja?! No co pani!

- Do­nio! Prze­cież lu­dzie cię wi­dzieli!

- Jacy lu­dzie?!

- Wszy­scy! Ci, co tam cho­dzą, za­kupy ro­bią, sie­dzą na ła­wecz­kach. Wszy­scy lu­dzie!

- To pier­dolą głu­pio, bo ja żad­nego ro­weru nie mam.

Szu­lej prze­wró­ciła oczami. Mi­nęła Do­nia, wy­szła z du­żego po­koju i po­de­szła do ko­lej­nych drzwi. Otwo­rzyła je sze­roko, a po­tem te­atral­nym ge­stem wska­zała na za­ba­ła­ga­nione wnę­trze i żółty spor­towy ro­wer sto­jący nie­opo­dal łóżka.

- Nie mam, kurwa, po­ję­cia, skąd on się tam wziął - po­wie­dział Do­nio, a z du­żego po­koju do­biegł ich re­chot ko­le­gów.

- Oczy­wi­ście, że nie masz - zgo­dziła się i ciężko wes­tchnęła. - Po­wiedz mi, Do­nio, co ty z nim chcia­łeś zro­bić. Na OLX-ie sprze­dać? Bo to jest drogi, spe­cja­li­styczny ro­wer, a nie ja­kieś gówno z mar­ketu. Tego się nie pusz­cza za parę stó­wek, a jak się pusz­cza, to od razu wia­domo, że lewy. Fa­cet do tego jest praw­ni­kiem, więc jest cięty. I ma kum­pla in­for­ma­tyka, który ma za­raz za­ło­żyć mo­ni­to­ring wszyst­kich por­tali au­kcyj­nych.

Chło­pak mil­czał.

- Chcę, żeby do cie­bie do­tarło, bę­cwale, że ja ci tu­taj przy­sługę wy­świad­czam - po­wie­działa Szu­lej i spoj­rzała na niego ba­daw­czo, jakby chciała się upew­nić, że zro­zu­miał.

We­szła do po­koju, z obrzy­dze­niem omi­nęła brudną bie­li­znę le­żącą na pod­ło­dze, chwy­ciła za ro­wer, wy­krę­ciła nim i bez słowa wy­pro­wa­dziła go z miesz­ka­nia. Do­nio to­wa­rzy­szył jej ze spusz­czoną głową i nie od­zy­wał się już ani sło­wem. Gdy za­mknął za nią drzwi, po­my­ślała, że mógłby przy­naj­mniej po­dzię­ko­wać. Gdyby jej się chciało, na­prawdę mo­głaby spro­wa­dzić na niego spore kło­poty. Ale jej się nie chciało. Znała Do­nia i jego ko­le­gów od lat. Za­cho­wy­wali się jak ty­powi mło­dzi i znu­dzeni fa­ceci, któ­rzy pró­bują ja­koś żyć w ta­kim mia­steczku jak Ko­wary. Tro­chę ło­bu­zują, cza­sami wda­dzą się w ja­kąś bójkę, cza­sami szczają w miej­scu pu­blicz­nym, tro­chę han­dlują trawką, ale za parę lat znajdą wresz­cie po­rządną ro­botę, będą mieli dziew­czynę, uspo­koją się i ustat­kują. Trzeba ich było tylko pil­no­wać, pro­fi­lak­tycz­nie szturch­nąć raz czy dwa, ale wsa­dza­nie ich do wię­zie­nia albo na­wet w za­wiasy ozna­czało pro­sze­nie się o kło­poty i za­kłó­ce­nie de­li­kat­nego na­tu­ral­nego pro­cesu do­ra­sta­nia.

Pod­nio­sła ro­wer, za­ska­ku­jąco lekki jak na swoje ga­ba­ryty, i za­rzu­ciła go so­bie na ra­mię. Ze­szła po scho­dach i już po chwili była na ulicy. Za­pięła do końca po­la­rową kurtkę i już chciała po­je­chać, ale sie­dze­nie znaj­do­wało się za wy­soko.

Aspi­rantka Szu­lej była ni­ska i pu­cu­ło­wata. Zda­wała so­bie sprawę, że z po­wodu krótko ostrzy­żo­nych wło­sów i mi­ni­mal­nego ma­ki­jażu (je­śli w ogóle ja­kiś no­siła) z da­leka można ją było po­my­lić z chłop­cem z nad­wagą.

Ob­ni­żyła sio­dełko. Te­raz już mo­gła ru­szać.

Zje­chała w dół ulicą 1 Maja, przez nie­malże całe mia­sto, żeby skrę­cić w Zam­kową, nie­da­leko sta­rej fa­bryki dy­wa­nów, a póź­niej w lewo - w Grab­skiego. Po kil­ku­set me­trach do­tarła do ko­mi­sa­riatu. Mie­ścił się w no­wym bu­dynku, wy­bu­do­wa­nym kilka lat wcze­śniej. Szary, lekko de­pre­syjny klo­cek wy­glą­dał, jakby prze­nie­siono go żyw­cem z osie­dla dom­ków sze­re­go­wych, prze­ma­lo­wano i lekko prze­ro­biono, ale przy­naj­mniej nie mu­sieli sie­dzieć jedno na dru­gim, jak w sta­rym ko­mi­sa­ria­cie na Sien­kie­wi­cza.

Wpro­wa­dziła ro­wer do środka, mi­nęła dy­żurkę i wtedy na jej dro­dze sta­nął ko­mi­sarz Je­rzy Grzy­bow­ski, ko­men­dant ko­mi­sa­riatu. Szu­lej za­wsze ko­ja­rzył się z ty­po­wym wu­jem na pol­skim we­selu - z krót­kimi si­wymi wło­sami, buj­nym wą­sem pod no­sem i zbyt małą ko­szulą, która z tru­dem opi­nała ro­snący brzuch. Ko­war­scy po­li­cjanci na­zy­wali go Grzy­bem, ale bez zło­śli­wo­ści, bo ko­men­dant był ra­czej lu­biany. Sam jed­nak nie prze­pa­dał za swoją ksywą i po­tra­fił się ze­mścić kiep­ską roz­pi­ską, kiedy usły­szał, że ktoś go tak na­zywa.

- Co ty tu­taj ro­bisz, Szu­lej? - za­py­tał na jej wi­dok. - Prze­cież dzi­siaj masz wolne.

Pod­nio­sła ro­wer i od­wró­ciła go tak, żeby mógł mu się do­brze przyj­rzeć.

- Służba nie drużba, pa­nie ko­men­dan­cie. A to ko­lejny suk­ces pol­skiej po­li­cji!

Grzyb zmarsz­czył brwi, jakby w pierw­szej chwili nie zro­zu­miał, co po­li­cjantka ma na my­śli, a po­tem się roz­po­go­dził.

- A! To ro­wer fa­ceta z Trój­mia­sta.

- Tak jest.

- Pew­nie się ucie­szy. Pra­wie się po­pła­kał, jak skła­dał za­wia­do­mie­nie o kra­dzieży. My­śla­łem, że się ze­szcza w tę ly­crę. Kto go zwi­nął?

Szu­lej zro­biła minę nie­wi­niątka i wzru­szyła ra­mio­nami.

- Nie wiem, sze­fie.

- Jak to nie wiesz?

- Tak po pro­stu. Zna­la­złam go przed wej­ściem do ko­mi­sa­riatu. Ktoś go mu­siał tam pod­sta­wić. Zło­dziej pew­nie się zo­rien­to­wał, że nie bę­dzie ła­two go opchnąć, i po­sta­no­wił od­dać.

- I po­sta­wił przed ko­mi­sa­ria­tem? - W gło­sie ko­men­danta za­brzmiała zło­śliwa nuta.

- Tak jest - po­twier­dziła Szu­lej.

- Zda­jesz so­bie sprawę, że mamy tu­taj ka­mery, przed wej­ściem i na par­kingu, więc mogę te­raz pójść i spraw­dzić, kto go pod­sta­wił?

Spoj­rzał na nią wy­cze­ku­jąco, a ona po­czuła, że mi­mo­wol­nie się czer­wieni. Co ją pod­ku­siło, żeby po­wie­dzieć, że stał przed ko­mi­sa­ria­tem? Mo­gła prze­cież wy­brać do­wolne miej­sce w ca­łych Ko­wa­rach. Po­wie­dzieć, że za­uwa­żyła go pod skle­pem, kiedy prze­jeż­dżała obok. Za­miast tego wy­my­śliła jedno z naj­głup­szych kłamstw.

- No, ale ja mia­łam na my­śli stary ko­mi­sa­riat. Ten na Sien­kie­wi­cza.

- Aha... Stary ko­mi­sa­riat - po­wie­dział ko­men­dant i po­dra­pał się po po­liczku. - Wiesz co, Szu­lej? Od­daj ten ro­wer jed­nemu z chło­pa­ków i niech da znać temu ko­le­siowi z Gdań­ska, że zguba się zna­la­zła.

- Tak jest.

- I jesz­cze jedno, Szu­lej.

- Tak?

- Zda­jesz so­bie sprawę, że ża­den z tych dup­ków nie do­ceni tego, co te­raz ro­bisz?

Nie od­po­wie­działa.

- Nie będę w tym grze­bał tylko dla­tego, że dzi­siaj jest dzień, jaki jest. Ale od­pa­lisz mi jesz­cze raz taki głupi nu­mer i bę­dziesz miała kło­poty. Zro­zu­mia­łaś?

- Tak - po­wie­działa ci­cho.

- To od­daj te­raz ten ro­wer chło­pa­kom i spier­da­laj na cmen­tarz.

Zro­biła to, co jej ka­zał. Za­pro­wa­dziła ro­wer do po­koju kry­mi­nal­nych i po­roz­ma­wiała z jed­nym z ko­le­gów, który obie­cał, że skon­tak­tuje się z fa­ce­tem z Gdań­ska. W prze­ci­wień­stwie do Grzyba nie za­da­wał nie­po­trzeb­nych py­tań. Nie dzi­wiła mu się. Ostat­nie ty­go­dnie ca­łej lo­kal­nej po­li­cji dały mocno w kość. Pew­nie cie­szył się, że przy­naj­mniej je­den te­mat spadł mu z głowy.

Kiedy wy­cho­dziła z ko­mi­sa­riatu, Grzyb wy­ło­nił się jesz­cze na mo­ment ze swo­jego ga­bi­netu.

- Szu­lej! - za­wo­łał za nią.

- Tak, pa­nie ko­men­dan­cie? - za­py­tała, od­wra­ca­jąc się po­woli. Przez głowę prze­szło jej, że jed­nak zmie­nił zda­nie i po­sta­no­wił wziąć ją na dy­wa­nik. A po­tem co? Po­stę­po­wa­nie wy­ja­śnia­jące? Na­gana?

- Jesz­cze raz... - za­czął Grzyb i za­raz prze­rwał, chrząk­nął, jakby coś wpa­dło mu do gar­dła - moje kon­do­len­cje.

Jego słowa albo ton, ja­kim je wy­po­wie­dział, z praw­dzi­wym współ­czu­ciem, a może sam fakt, że były tak nie­ocze­ki­wane, spra­wiły, że w jej oczach sta­nęły łzy. Chciała po­dzię­ko­wać, ale na­gle po­czuła, że nie ma na to siły. Ski­nęła tylko głową i wy­szła.

1

A to był taki piękny, kurwa, wie­czór, po­my­ślał Ja­siek ze łzami w oczach, pa­trząc na le­żące na dro­dze ciało ko­biety.

Pra­co­wał cały dzień, w sią­pią­cym desz­czu sprzą­tał te­ren kem­pingu. Se­zon się skoń­czył, tylko ten Belg, ale on nie prze­szka­dzał. Pra­wie nie wy­cho­dził ze swo­jego kam­pera, nie wia­domo, co wła­ści­wie tam ro­bił.

Ja­siek krą­żył więc po kem­pingu w po­szu­ki­wa­niu ostat­nich śla­dów lata, które wrzu­cał do śmieci. W naj­dziw­niej­szych miej­scach znaj­do­wał pu­ste puszki po pi­wie, bu­telki po wódce, wy­pa­lone pa­pie­rosy i zu­żyte pre­zer­wa­tywy. Łącz­nie sie­dem wor­ków, wy­peł­nio­nych po brzegi, któ­rych za­war­tość na­le­żało jesz­cze przej­rzeć i po­se­gre­go­wać. Za­jęło mu to po­nad dwie go­dziny.

Po­tem dał psu jeść. Pies był stary. Miał już dwa­na­ście lat. Albo i wię­cej, bo nikt prze­cież tego do­kład­nie nie li­czył, nikt mu nie wy­pra­wiał uro­dzin z mię­snym tor­tem i pa­rów­kami za­miast świe­czek. Mie­sza­niec la­bra­dora, wielki, czarny jak noc. Wzięli go, żeby pil­no­wał te­renu poza se­zo­nem. Daw­niej cią­gle darł się jak opę­tany, kiedy po­ja­wiał się ktoś obcy, te­raz zda­rzało mu się to dużo rza­dziej. Przez lata się po­sta­rzał, zro­bił się le­niwy. Do tego miał pro­blemy z bio­drami. Nie bie­gał, ale truch­tał i przy każ­dym ru­chu wi­dać było, że spra­wia mu to ból. Ja­siek ukry­wał go przed wła­ści­cie­lami. Na szczę­ście oni rzadko się po­ja­wiali. Mieli inne biz­nesy. Więk­sze, waż­niej­sze, przy­no­szące wię­cej pie­nię­dzy. A gdyby zo­ba­czyli zwie­rzaka, na pewno ka­za­liby go uśpić, pie­przy­liby coś o tym, że po co im pies stró­żu­jący, który nie po­trafi bie­gać.

- Co oni, kurwa, wie­dzą? - mruk­nął Ja­siek, sie­dząc na roz­ło­żo­nej kurtce, pa­ląc pa­pie­rosa i ob­ser­wu­jąc je­dzą­cego kun­dla.

Pies pod­niósł łeb i spoj­rzał na niego ciem­nymi oczami, jakby chciał do­py­tać, o co mu wła­ści­wie cho­dzi, a po­tem pod­biegł nie­zgrab­nie i ude­rzył czule łbem w pierś męż­czy­zny, prze­wra­ca­jąc go na zie­mię. Ja­siek stęk­nął ci­cho, pa­pie­ros wy­padł mu z ust. Przez chwilę tak le­żał, czu­jąc, jak woda prze­siąka mu przez weł­niany swe­ter, i gła­skał psa po gru­bym karku.

- No już, już - po­wie­dział wresz­cie, od­py­cha­jąc go od sie­bie.

Wstał, po­tar­mo­sił jesz­cze kun­dla za uszami i wró­cił do pracy.

Po­my­ślał, że po ca­łej tej ha­rówce za­słu­guje na to, by zro­bić dla sie­bie coś do­brego. Wsiadł do wy­słu­żo­nego ci­tro­ëna i po­je­chał do Ko­war, żeby zjeść obiad w tam­tej­szym ba­rze. Za­mó­wił ham­bur­gera z fryt­kami, a po chwili za­sta­no­wie­nia - piwo. Uznał, że jedno mu nie za­szko­dzi. Był wiel­kim fa­ce­tem. Poza tym miało być do po­siłku, a i tak pew­nie jesz­cze po­sie­dzi i za­pali pa­pie­rosa, po­roz­ma­wia z ko­le­gami, któ­rzy po­woli za­częli się scho­dzić, rów­nie zmę­czeni jak on po ca­łym dniu ro­boty.

Wy­pił sześć, cho­ciaż nie do końca pa­mię­tał, kiedy i dla­czego. Bo na­prawdę pla­no­wał wy­pić tylko jedno - do po­siłku - ale przy­szedł Wójt. Wy­szli na ze­wnątrz, roz­ma­wiali o pier­do­łach i o tym, że Jaś­kowi kiep­sko cho­dzą ha­mulce. Wójt za­chę­cał go do wi­zyty w warsz­ta­cie, obie­cy­wał, że coś za­ra­dzą, i to ta­nio. Ja­siek po­wie­dział, że przy­je­dzie, ale skła­mał. Nie prze­le­wało mu się i uznał, że wy­star­czy, jak bę­dzie jeź­dził wolno. Po­tem wró­cili do środka i Wójt za­czął na­ma­wiać go na ko­lejne piwo. Ja­siek od­ma­wiał, cał­kiem długo, aż zi­ry­to­wany męż­czy­zna wy­cią­gnął port­fel, za­mó­wił dwa bro­wary i po­sta­wił przed nim pe­łen ku­fel. Ja­siek nie miał zwy­czaju od­ma­wiać dar­mo­wego trunku.

A po­tem było trze­cie, bo do­brze się ga­dało. Poza tym w gar­dle dra­pało go po ko­lej­nym pa­pie­ro­sie. I czwarte, bo za­grali w bi­lard, a jak tu grać w bi­lard, skoro nie ma ni­czego do pi­cia. Piąte, bo ja­kiś de­bil za­czął ga­dać o po­li­tyce, a ta­kie roz­mowy za­wsze Jaśka iry­to­wały, a nic nie uspo­ka­jało tak jak piwo. Wresz­cie szó­ste, bo wszy­scy roz­cho­dzili się już do do­mów i trzeba się było po­że­gnać.

Plan miał taki, że naj­pierw przej­dzie się ko­war­skimi ulicz­kami. Nie­da­leko, może prze­ma­sze­ruje w dół i w górę sta­rówki, do urzędu mia­sta i z po­wro­tem, otrzeź­wieje tro­chę. Ale znowu za­częło sią­pić. Prze­klęta kar­ko­no­ska mżawka. Lo­do­wata, gę­sta, prze­ni­ka­jąca do szpiku ko­ści. Wsiadł więc do sa­mo­chodu, od­pa­lił sil­nik, na­sta­wił ogrze­wa­nie na maksa i obie­cał so­bie, że nie bę­dzie się śpie­szył. Zresztą nie miał da­leko, a do tego drogą głów­nie przez las, gdzie ni­gdy ni­kogo o tej po­rze nie było. By­leby tylko tam do­je­chać.

Ru­szył spo­koj­nie. Je­chał nie wię­cej niż trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów na go­dzinę. Ści­skał mocno kie­row­nicę, wy­chy­lał się lekko do przodu i marsz­czył brwi, ma­jąc na­dzieję, że to po­może na roz­chwiany, roz­ma­zu­jący się ob­raz przed oczami. Bek­nął prze­cią­gle. Cie­płe po­wie­trze z na­wiewu ude­rzało go pro­sto w twarz.

Wkrótce wy­je­chał na ob­wod­nicę Ko­war. Tam lekko przy­śpie­szył, bo o tej po­rze droga była pra­wie pu­sta, a on chciał jak naj­szyb­ciej do­trzeć do domu i po­ło­żyć się spać.

Kiedy mi­jał skrzy­żo­wa­nie nie­da­leko sta­cji ben­zy­no­wej Circle K, za­uwa­żył sto­jący tam ra­dio­wóz z włą­czo­nym kie­run­kow­ska­zem. Po­li­cjanci ru­szyli, gdy prze­je­chał obok nich. Ja­siek na­tych­miast za­czął się po­cić. Ner­wowo zer­kał w tylne lu­sterko, na ja­sne re­flek­tory ja­dą­cego za nim sa­mo­chodu. Dla­czego byli bli­sko? Nie­mal sie­dzieli mu na zde­rzaku! Co po­wi­nien te­raz zro­bić? Zje­chać w bok, żeby ich prze­pu­ścić? Ale to wy­da­wa­łoby się prze­cież po­dej­rzane. Nie je­chali na sy­gnale ani nic ta­kiego. Przy­śpie­szyć? Ale czy wtedy nie prze­kro­czyłby pręd­ko­ści? Albo mo­głoby się wy­dać, że przed nimi ucieka? A może zwol­nić? Sam nie wie­dział. Przez mo­ment roz­wa­żał, czy po pro­stu nie za­trzy­mać się na po­bo­czu i nie uda­wać, że chce mu się siku (w su­mie nie mu­siałby uda­wać), ale nogi zro­biły mu się mięk­kie i bał się, że kiedy wy­sią­dzie z sa­mo­chodu, od­mó­wią mu po­słu­szeń­stwa i wy­łoży się jak długi na as­falt. Czyli mógł tylko je­chać przed sie­bie. Pełną za­krę­tów, nie­równą, ciemną drogą pro­wa­dzącą na Prze­łęcz Ko­war­ską. Z sie­dzą­cymi mu na ogo­nie po­li­cjan­tami, co do któ­rych był pe­wien, że cze­kają tylko na je­den jego błąd, żeby włą­czyć sy­gnał i za­trzy­mać go do kon­troli dro­go­wej.

- Ja pier­dolę - wy­mam­ro­tał.

Plecy miał całe mo­kre, dło­nie śli­zgały mu się po kie­row­nicy. Się­gnął po paczkę pa­pie­ro­sów, żeby za­pa­lić jed­nego i w ten spo­sób się uspo­koić. Sa­mo­chód jakby sam zje­chał w prawo i nie­mal ude­rzył w ba­rierkę, która od­dzie­lała drogę od stro­mego zbo­cza. Ja­siek od­bił w ostat­niej chwili. Szybko spoj­rzał w lu­sterko, pewny, że po­li­cjanci za­uwa­żyli nie­bez­pieczny ma­newr i za­raz każą mu się za­trzy­mać.

Ale nic ta­kiego się nie stało.

Po pro­stu da­lej za nim je­chali. Jakby ich to ba­wiło. Jakby zbie­rali do­wody. Pew­nie mieli w środku ja­kąś ka­merkę. Po­li­czą jego błędy, wszyst­kie zła­mane przez niego prze­pisy, a po­tem go znisz­czą, zmiaż­dżą i prze­mielą.

- Kurwa - wark­nął.

Po­czuł do nich nie­na­wiść. Miał ochotę za­ha­mo­wać gwał­tow­nie. Nie zdą­ży­liby się za­trzy­mać, wal­nę­liby w tył jego sa­mo­chodu. Był cie­kaw, jak by im się to spodo­bało.

Po­wstrzy­mała go jedna z nie­licz­nych roz­sąd­nych jesz­cze ko­mó­rek w jego mó­zgu. Za­ci­snął zęby.

Prze­stał na mo­ment my­śleć o po­li­cjan­tach i za­czął w du­chu prze­kli­nać Wójta. Gdyby nie on, nie wpa­ko­wałby się w te kło­poty. Zjadłby obiad, wy­pił jedno piwo i wró­cił do sie­bie. Tyle. Ale Wójt mu­siał go na­ma­wiać, wier­cić mu dziurę w brzu­chu, po­sta­wił na­wet tego bro­wara. Jakby źle Jaś­kowi ży­czył. Jakby spo­dzie­wał się, że coś ta­kiego się zda­rzy.

A może to on na­słał na niego po­li­cjan­tów? Za­dzwo­nił do nich albo wy­słał ano­ni­mowy cynk, że Ja­siek wy­pił tro­chę za dużo?

Za­czął zwal­niać, za­nim jesz­cze do­je­chał do Prze­łę­czy Ko­war­skiej. Od­dy­chał płytko, serce mocno mu wa­liło, do tego chciało mu się si­kać. Przez chwilę za­sta­na­wiał się, co pierw­sze pęk­nie - serce czy pę­cherz.

Wrzu­cił kie­run­kow­skaz w lewo i skrę­cił w wą­ską le­śną drogę pro­wa­dzącą na kem­ping.

Po­li­cjanci po­je­chali pro­sto.

Ode­tchnął głę­boko kilka razy. Po­czuł, jak roz­koszna ulga roz­pływa się po jego ciele. Za­czął się gło­śno śmiać i wa­lić jak osza­lały w kie­row­nicę.

Przy­śpie­szył, bo chciał być już w domu. Droga była wą­ska i nie­równa, oświe­tlały ją tylko re­flek­tory jego ci­tro­ëna, ale znał ją na pa­mięć. Pa­mię­tał każdą dziurę i mógł do­je­chać do celu na­wet z za­mknię­tymi oczami.

I chyba na­wet je za­mknął. Może dla­tego, że tak gło­śno się śmiał. A może fala ulgi i go­rące po­wie­trze wie­jące mu pro­sto w twarz spra­wiły, że za­snął na mo­ment, na do­słow­nie kilka se­kund, po­ko­nany przez zmę­cze­nie, stres i al­ko­hol.

Nie wi­dział jej.

Nie po­winno jej tu­taj być. Nie w środku nocy. Nie o tej po­rze.

Nie wi­dział jej.

Tylko usły­szał, jak ude­rza w nią roz­pę­dzo­nym sa­mo­cho­dem.

Huk, jakby ktoś wal­nął w ma­skę wiel­kim młot­kiem.

Krzyk­nął, prze­stra­szony. Otwo­rzył oczy. Zo­ba­czył jesz­cze, jak ko­bieta leci w górę, jakby po­de­rwana przez ogromną siłę, a po­tem ude­rza głową w pień ro­sną­cej nie­opo­dal so­sny.

Za­ha­mo­wał gwał­tow­nie. Pas wbił mu się bo­le­śnie w pierś.

Sie­dział w wo­zie. Nie wie­dział, jak długo. Sil­nik pra­co­wał mia­rowo, a on pa­trzył na le­żącą przed nim na dro­dze ko­bietę w ciem­nym dre­sie. Nie­na­tu­ral­nie po­wy­gi­naną, z dziw­nie prze­krzy­wioną głową, roz­pusz­czo­nymi wło­sami, które uło­żyły się tak, że przy­po­mi­nały te­raz au­re­olę, i strużką krwi wy­pły­wa­jącą z ust.

- Pa­nie Boże... spraw, żeby to była sarna... - Usły­szał swój głos i do­piero wtedy wy­siadł.

Szedł na mięk­kich no­gach, za­ta­cza­jąc się, z tru­dem sta­wiał ko­lejne kroki. Kiedy był już przy niej, opadł na ko­lana. Jego cia­łem wstrzą­snął dreszcz.

- Pro­szę pani... Pro­szę pani... - po­wie­dział i na­gle bek­nął.

Zro­biło mu się nie­do­brze. Na czwo­ra­kach po­ko­nał dwa me­try i zwy­mio­to­wał bo­le­śnie na mo­krą zie­mię. Wy­da­wało mu się, że za chwilę straci przy­tom­ność.

Od­wró­cił się. Ude­rzył się otwartą dło­nią w twarz i wró­cił do ko­biety. Chwy­cił ją za ra­miona. Uniósł ją i po­trzą­snął nią mocno.

- Pro­szę pani... Pro­szę pani... - po­wta­rzał, ale jej głowa la­tała jak u szma­cia­nej lalki.

Odło­żył ją, przy­ło­żył dwa palce do jej szyi i przy­ci­snął mocno. Nic nie po­czuł. Ale czy to co­kol­wiek zna­czyło? Czy przy­kła­dał palce we wła­ściwe miej­sce?

Na­chy­lił się, ale nie usły­szał jej od­de­chu. Klatka pier­siowa rów­nież się nie uno­siła.

Po­de­rwał się gwał­tow­nie z ziemi. Od­biegł kilka me­trów w las i na­gle po­czuł, że wła­śnie te­raz musi od­dać mocz, bo nie wy­trzyma już ani se­kundy.

I tak wła­śnie zro­bił.

Co te­raz? - za­sta­na­wiał się, kiedy mocny stru­mień ude­rzał o le­śną ściółkę. Po­wi­nien za­dzwo­nić na po­go­to­wie, po­li­cję. Spro­wa­dzić po­moc.

Ale po co po­moc, skoro ona już nie żyła?

Bo tak się robi!

Ale je­śli za­dzwoni na po­li­cję, to go za­trzy­mają. Wsa­dzą do wię­zie­nia!

Dla­czego mie­liby to zro­bić? Prze­cież to jej wina! To ona włó­czyła się nocą po le­sie! To jej nie po­winno tu być!

Ale ty je­steś na­pier­do­lony jak szpa­del! Ile piw wy­pi­łeś?! Ile piw wy­pi­łeś?!

Sie­dem.

Bo było jesz­cze jedno. To ostat­nie przed za­mknię­ciem. Na szybko.

Sie­dem.

Wsa­dził so­bie pięść do ust i za­gryzł ją mocno, aż po­czuł krew na ję­zyku. Wtedy na mo­ment otrzeź­wiał.

Skoń­czył si­kać i wró­cił do ko­biety. Chwy­cił ją pod pa­chy, prze­cią­gnął z drogi do lasu, rzu­cił ciało gdzieś pod na wpół uschnię­tym świer­kiem i wsiadł do sa­mo­chodu. Uru­cho­mił sil­nik i ru­szył.

Prze­je­chał za­le­d­wie kil­ka­na­ście me­trów, za­nim się za­trzy­mał.

Nie mógł jej prze­cież tu­taj zo­sta­wić. Ktoś ją w końcu znaj­dzie. Za bli­sko drogi, na­tych­miast sko­ja­rzą, że tylko on te­raz tędy jeź­dzi. To bę­dzie aż za pro­ste.

Wrzu­cił wsteczny i cof­nął. Otwo­rzył ba­gaż­nik. Po­szedł do lasu, od­na­lazł świerk, za­brał ciało ko­biety i wrzu­cił je do sa­mo­chodu.

Resztę le­dwo pa­mię­tał.

Na pewno był na kem­pingu. Po­trze­bo­wał na­rzę­dzi. Wziął ze skła­dziku fo­lię, ło­patę i ki­lof. Po­tem je­chał. Naj­pierw tą samą ciemną, nie­równą drogą, którą tak do­brze znał, a która tak okrut­nie go zdra­dziła. Na Prze­łęcz Ko­war­ską, a póź­niej przez las, w stronę gra­nicy z Cze­chami na prze­łę­czy Okraj. Tam droga się roz­ga­łę­ziała i po­je­chał w lewo, w dół, na Lu­bawkę, i ja­kąś ścieżką, na któ­rej ni­gdy nie był, a która za­pro­wa­dziła go na po­lanę. Tam wy­siadł. Zna­lazł miej­sce na skraju lasu, wy­ko­pał dół, wsa­dził do niego ciało owi­nięte w fo­lię i je za­ko­pał. Rzu­cił na grób ga­łę­zie oraz pa­pro­cie wy­rwane z ziemi.

Kiedy wró­cił na kem­ping, był wy­koń­czony. Bo­lało go całe ciało, wszyst­kie mię­śnie, krę­ciło mu się w gło­wie. Po­ło­żył się od razu do łóżka, na­wet nie wziąw­szy prysz­nica, ale tylko prze­wra­cał się z boku na bok, szlo­chał albo wył w po­duszkę.

Nie po­tra­fił za­snąć.

W końcu wstał i wy­szedł na dwór w sa­mym T-shir­cie, ale po­mimo mżawki nie było mu zimno. Ru­szył pro­sto do kam­pera Belga. Bez za­sta­no­wie­nia za­ło­mo­tał w drzwi. Raz i drugi, z ca­łych sił, aż wóz za­dy­go­tał. Do­piero wtedy do­tarło do niego, co wła­śnie robi. W pierw­szej chwili chciał ucie­kać, ale usły­szał ruch w czę­ści miesz­kal­nej po­jazdu i wie­dział już, że na to za późno. Cze­kał jak na wy­rok.

Drzwi otwo­rzyły się i sta­nął w nich Belg. Był łysy i ni­ski - nie miał chyba na­wet me­tra sie­dem­dzie­się­ciu - dość okrą­gły z po­wodu nad­wagi, te­raz w sa­mych bok­ser­kach i bia­łym T-shir­cie. Na wi­dok Jaśka o dziwo się uśmiech­nął.

- O! Pan też nie może spać! - po­wie­dział po an­giel­sku.

- Nie. Nie mogę - od­parł Ja­siek. Kilka lat prze­pra­co­wał na zmy­wa­kach i bu­do­wach w Wiel­kiej Bry­ta­nii, znał więc tro­chę ję­zyka.

Przez mo­ment tak stali. Belg pa­trzył na niego wy­cze­ku­jąco, a on prze­łknął ślinę i prze­je­chał ję­zy­kiem po su­chych war­gach.

- Ja chcia­łem za­py­tać... czy ma pan może... No, czy ma pan może piwo?

Belg uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. Wzniósł pa­lec, w ten spo­sób ka­żąc mu po­cze­kać, a po­tem znik­nął we wnę­trzu kam­pera i za­raz wró­cił z dwiema zim­nymi bu­tel­kami.

- Piwo! - po­wie­dział, wrę­cza­jąc mu obie. - Do­bre! Bel­gij­skie!

- Dzięki - mruk­nął za­wsty­dzony Ja­siek. Ukło­nił się nie­zdar­nie, od­wró­cił się i od­szedł.

- Do­bre! Bel­gij­skie! - za­wo­łał za nim Belg, a po­tem do­dał jesz­cze po pol­sku: - Smacz­nego!

Ja­siek wró­cił do sie­bie. Otwo­rzył pierw­szą bu­telkę i wy­pił jej za­war­tość dusz­kiem. Po­tem drugą, już wol­niej, ale i tak szybko.

Do­piero wtedy udało mu się za­snąć.

Kiedy obu­dził się ran­kiem na­stęp­nego dnia, ko­bieta już na niego cze­kała.

4

Ja­siek otwo­rzył oczy i przez długą chwilę le­żał w bez­ru­chu, czu­jąc, jak wnętrz­no­ści prze­wa­lają mu się z jed­nej strony ciała na drugą. W końcu zmu­sił się, żeby wstać, i pod­trzy­mu­jąc się ścian ho­len­der­skiego domku, w któ­rym - jak za­wsze rano o tej po­rze roku - było cho­ler­nie zimno, do­padł do to­a­lety i zwy­mio­to­wał do ubi­ka­cji. Tak jak to ro­bił co­dzien­nie od trzech ty­go­dni.

Za­raz po wy­padku obie­cał so­bie, że ni­gdy nie weź­mie al­ko­holu do ust. Wy­trzy­mał w tym po­sta­no­wie­niu całe dwa dni. Te­raz pił wię­cej niż wcze­śniej, tyle że już nie jeź­dził sa­mo­cho­dem. I nie od­wie­dzał swo­jego ulu­bio­nego baru w Ko­wa­rach. Po pro­stu ku­po­wał piwo w skle­pie, naj­tań­sze i naj­moc­niej­sze, ja­kie aku­rat było, i chlał sa­mot­nie przy stole, słu­cha­jąc ra­dia lub oglą­da­jąc ja­kiś głupi pro­gram w te­le­wi­zji. W ca­łym domku śmier­działo prze­tra­wio­nym al­ko­ho­lem, wy­pa­lo­nymi pa­pie­ro­sami i kwa­śnym po­tem. Nie żeby Jaś­kowi to prze­szka­dzało. Przy­zwy­czaił się, wła­ści­wie le­dwo to czuł.

Kiedy skoń­czył wy­mio­to­wać, wstał, spu­ścił wodę, a po­tem pod­niósł się i prze­płu­kał usta. Przyj­rzał się so­bie w lu­strze. Schudł od czasu wy­padku, ale uro­sły mu włosy i broda, ob­fi­cie prze­pla­tane si­wi­zną. Oczy miał pod­krą­żone, skórę bladą. Na czole po­ja­wił mu się wielki, czer­wony pryszcz. Przez mo­ment chciał go wy­ci­snąć, ale mach­nął ręką. Jak już jest, niech bę­dzie. No i znowu spał w ubra­niu. W tym sa­mym ciem­nym weł­nia­nym swe­trze, który no­sił od kilku dni, i brud­nych dżin­sach. Nie pa­mię­tał, kiedy po raz ostatni zmie­niał skar­petki i bie­li­znę. Ale ja­kie to miało zna­cze­nie? Dla kogo miałby się stroić?

Wy­szedł z domku, a po dro­dze za­brał ze sto­lika paczkę pa­pie­ro­sów. Sta­nął na tra­wie, te­raz po­kry­tej buj­nie li­śćmi spa­da­ją­cymi z oko­licz­nych drzew. Po­my­ślał, że po­wi­nien zgra­bić te­ren, na wy­pa­dek gdyby po­ja­wili się wła­ści­ciele kem­pingu. Ale w su­mie po co mie­liby te­raz przy­jeż­dżać? Wia­domo, że po se­zo­nie nic się tu­taj nie dzieje.

Ja­siek pra­co­wał na kem­pingu już od bli­sko dzie­się­ciu lat. Wła­ści­wie od sa­mego po­wrotu z Wiel­kiej Bry­ta­nii. W se­zo­nie ro­bił wszystko - sprzą­tał, ob­słu­gi­wał klien­tów, do­ko­ny­wał pro­stych na­praw, dbał o sprzęt i pil­no­wał po­rządku. Poza se­zo­nem w su­mie było tak samo - też ro­bił wszystko, tylko że pracy było mniej. Za­ra­biał nie­wiele, ale do­stał do­mek ho­len­der­ski, w któ­rym mógł miesz­kać przez cały rok. Jemu to pa­so­wało. Pie­nią­dze za­wsze mógł do­ro­bić - na­jąć się do re­mon­tów czy in­nych na­praw. By­wało, że rą­bał i ukła­dał drewno lub sprzą­tał star­szym lu­dziom w obej­ściach. Kilka osób miało jego nu­mer te­le­fonu i dzwo­niło, jak była fu­cha. Ja­siek pra­co­wał su­mien­nie, ci­cho i nie brał za wiele.

Wy­cią­gnął pa­pie­rosa, wsa­dził go so­bie do ust i za­pa­lił. Za­cią­gnął się głę­boko i roz­ko­szo­wał się słod­kim dy­mem, który draż­nił mu płuca, gar­dło i usta. Kem­ping znaj­do­wał się w oko­li­cach Ko­war, na gra­nicy lasu w Ru­dach Ja­no­wic­kich. Oprócz kilku dom­ków ho­len­der­skich stały tu bar, te­raz za­mknięty, to­a­lety z ła­zien­kami, bu­dy­nek go­spo­dar­czy, w któ­rym trzy­mali na­rzę­dzia, ko­siarki i inne nie­zbędne sprzęty, i drugi, znaj­du­jący się nie­mal przy sa­mym le­sie, w od­da­le­niu od reszty kom­pleksu. Była to prze­pom­pow­nia, na te­re­nie kem­pingu znaj­do­wał się bo­wiem otwarty ba­sen, pra­wie dwu­dzie­sto­pię­cio­me­trowy, do któ­rego wodę po­bie­rano z prze­pły­wa­ją­cej nie­opo­dal gór­skiej rzeczki. Miesz­kańcy po­ło­żo­nego ni­żej Ogo­rzelca, szcze­gól­nie rol­nicy, pro­te­sto­wali prze­ciwko tej in­we­sty­cji, bo oba­wiali się, że za­brak­nie dla nich wody, ale wła­ści­ciele długo wal­czyli i osta­tecz­nie po­sta­wili na swoim.

To wła­śnie tego wszyst­kiego w mie­sią­cach je­sien­nych, zi­mo­wych i wcze­sno­wio­sen­nych, kiedy w oko­licy nie było żad­nych go­ści, pil­no­wał Ja­siek.

- Dzień do­bry, pa­nie Ja­siek! - za­wo­łał nie­zgrab­nym pol­skim Belg, nad­cho­dzący od strony ba­senu.

Ja­siek ski­nął mu głową. Miał na­dzieję, że to wy­star­czy, ale Belg, ubrany w pra­wie nowy dres, wła­śnie skrę­cał w jego kie­runku. Męż­czy­zna na­brał w zwy­czaju uci­nać so­bie z nim krót­kie po­ga­wędki, ile­kroć się mi­jali. Przed pra­wie czte­rema ty­go­dniami przy­je­chał tu swoim kam­pe­rem, jed­nym z tych więk­szych i now­szych, bar­dziej luk­su­so­wych, ja­kimi zwy­kle przy­jeż­dżają do Pol­ski tu­ry­ści z Za­chodu. Opo­wia­dał, że nie­dawno stra­cił żonę. Ich wspól­nym ma­rze­niem była taka po­dróż przez Eu­ropę Środ­kową i Wschod­nią, ale ni­gdy nie udało im się go speł­nić. Belg po­sta­no­wił więc wy­ru­szyć w drogę sam, żeby w ten spo­sób uho­no­ro­wać jej pa­mięć. Ja­siek nie ro­zu­miał tego za­cho­wa­nia. Dla niego ra­czej wy­glą­dało to tak, że męż­czy­zna cze­kał, aż mał­żonka zej­dzie z tego świata, żeby cie­szyć się wy­prawą sa­mot­nie. Ale to nie była jego sprawa. Pod­łą­czył kam­pera do me­diów i po­brał opłatę. Jesz­cze bar­dziej jed­nak dzi­wiło go to, że Belg nie ru­szył w dal­szą drogę. Zo­stał na kem­pingu i nie wy­glą­dało na to, żeby pla­no­wał go opu­ścić w naj­bliż­szym cza­sie. Wy­po­ży­czył w Je­le­niej Gó­rze auto, zwy­kłego kil­ku­let­niego volks­wa­gena polo, żeby jeź­dzić nim na za­kupy. Dla Jaśka było to do­dat­kowe utra­pie­nie, mu­siał bo­wiem dbać o to, żeby to­a­lety i sa­ni­ta­riaty dzia­łały, za­miast za­mknąć je do wio­sny na cztery spu­sty. Belg mógłby się myć i za­ła­twiać u sie­bie w kam­pe­rze, ale wo­lał ko­rzy­stać z kem­pin­go­wej in­fra­struk­tury.

- Dzień do­bry - po­wie­dział Ja­siek, kiedy ten zna­lazł się tuż przy nim.

- Jak się panu spało? - za­py­tał je­dyny gość kem­pingu, prze­cho­dząc na an­giel­ski.

- Do­brze.

- I nic panu nie prze­szka­dzało? Żad­nych dziw­nych ha­ła­sów pan nie sły­szał?

- Nie. A czemu?

- A bo ja sły­sza­łem - od­parł Belg. - To wy­cie, jakby szcze­ka­nie. Strasz­nie gło­śne. Ja kiep­sko sy­piam, od kiedy żona mi zmarła. Oka nie mo­głem zmru­żyć.

- To pew­nie znowu sarny - po­wie­dział Ja­siek.

- Znowu sarny - po­wtó­rzył za nim męż­czy­zna.

Ja­siek kiw­nął po­nuro głową. Po raz ostatni za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem, a po­tem rzu­cił go pod nogi i przy­dep­tał bu­tem.

- Cho­lerne sarny - mruk­nął za­my­ślony Belg. - Nie wiem, czemu tu­taj przy­cho­dzą. Kiedy wy­sze­dłem na ze­wnątrz, tylko sły­sza­łem, jak ucie­kają. I tak za każ­dym ra­zem. Mo­głyby się w końcu na­uczyć, żeby tu nie pod­cho­dzić.

- Dużo ich tu­taj w oko­licy i nie są za mą­dre.

- A nie da się ich ja­koś od­stra­szyć? - za­py­tał Belg. - Może trzeba bramę na noc za­my­kać.

- Za­my­kam - po­wie­dział po­nuro Ja­siek. - Przez płot prze­ska­kują.

- A tego two­jego psa się nie boją?

- Naj­wy­raź­niej.

Wzrok Belga po­wę­dro­wał w stronę ogro­dze­nia: zwy­kłej dru­cia­nej siatki, ale jed­nak dość wy­so­kiej. Przyj­rzał się jej po­dejrz­li­wie, a po­tem wzru­szył ra­mio­nami.

- Jak pan może spać przy ta­kim ha­ła­sie, pa­nie Ja­siek? - za­py­tał.

Ja­siek po­czuł, jak na po­liczki za­czyna wy­pły­wać mu ru­mie­niec wstydu. Bo co miał po­ra­dzić temu Bel­gowi? Żeby upi­jał się do nie­przy­tom­no­ści jak on i wtedy żadna sarna nie bę­dzie mu prze­szka­dzać?

- Mam mocny sen.

- Po­zaz­dro­ścić. A tak poza tym, pa­nie Ja­siek, wszystko w po­rządku?

- W po­rządku.

- No to do­brze. Mi­łego dnia, pa­nie Ja­siek! Mi­łego! - po­wtó­rzył na ko­niec Belg i klep­nął go kilka razy w ra­mię.

Kiedy od­cho­dził, Ja­siek śle­dził go wzro­kiem, roz­złosz­czony i zi­ry­to­wany. Przez chwilę było do­brze. Przez chwilę był spo­kojny i zdo­łał na­wet za­po­mnieć. A ten Belg wszystko znisz­czył. Naj­chęt­niej ka­załby mu się pa­ko­wać i go stąd wy­wa­lił, ale nie mógł tego zro­bić. Nie był wła­ści­cie­lem, a tam­ten pła­cił w euro. Co prawda nie­wiele, bo było poza se­zo­nem, ale prze­cież na tym po­le­gała praca Jaśka, żeby ob­słu­gi­wać go­ści. Na­wet późną je­sie­nią.

Zer­k­nął do wnę­trza paczki. Zo­stały mu jesz­cze trzy pa­pie­rosy. Przez chwilę za­sta­na­wiał się, czy nie wy­pa­lić ko­lej­nego dla uko­je­nia ner­wów, ale zre­zy­gno­wał. Zro­biło mu się na­gle zimno. Poza tym bał się, że wy­pali wszyst­kie trzy, za­nim zdąży po­je­chać do mia­sta po nową paczkę, piwo i coś do je­dze­nia.

Obej­rzał się za sie­bie, przez jego ciało prze­szedł nie­przy­jemny dreszcz. Nie chciał wra­cać do domku ho­len­der­skiego. Nie na trzeźwo. Ale tam zo­sta­wił klu­czyki od sa­mo­chodu. Poza tym był już głodny.

Po­sta­no­wił jed­nak wy­pa­lić jesz­cze jedną fajkę. By na­brać sił.

Kilka mi­nut póź­niej wszedł do swo­jego domku i przez trzy se­kundy wy­da­wało mu się, że tego dnia ma szczę­ście. Ale po­tem ją za­uwa­żył. Sie­działa sztywno przy stole, z rę­kami uło­żo­nymi na bla­cie, i uśmie­chała się uro­czo, ale jed­nak drwiąco. Ona. Ko­bieta, którą prze­je­chał trzy ty­go­dnie temu i po­cho­wał w le­sie za­le­d­wie parę ki­lo­me­trów stąd.

- Gdzie by­łeś? - za­py­tała we­soło.

Po­czuł, że za­czyna mu się krę­cić w gło­wie, a w jego oczach mi­mo­wol­nie po­ja­wiły się łzy. Otarł je po­śpiesz­nie wierz­chem dłoni. Nie chciał, żeby to za­uwa­żyła.

- Na dwo­rze by­łem - po­wie­dział ci­cho, strze­la­jąc oczami na boki, jakby bał się, że w domku jest jesz­cze ktoś, kto mógłby ich pod­słu­chać. A wła­ści­wie jego. Bo może był sza­lony, ale nie głupi. I wie­dział, że tak na­prawdę jej nie ma.

- Po co?

- Za­pa­lić.

- Prze­cież mo­żesz pa­lić tu­taj.

Ale ba­łem się, że ty tu­taj bę­dziesz, po­my­ślał, nie po­wie­dział tego jed­nak na głos.

- Chcia­łem się prze­wie­trzyć - mruk­nął, idąc do czę­ści ku­chen­nej, żeby zro­bić so­bie kawę. Do­lał wody do czaj­nika elek­trycz­nego, pstryk­nął prze­łącz­nik. Wy­cią­gnął z szafki nad głową puszkę z kawą. Się­gnął do zlewu po ku­bek, prze­płu­kał go i wy­lał fusy. Po­tem na­sy­pał dwie czu­bate łyżki mie­lo­nej kawy i za­lał je go­rącą wodą.

Od­wró­cił się, ma­jąc na­dzieję, że już jej tam nie bę­dzie, ale cią­gle sie­działa przy stole i przy­glą­dała mu się, za­cie­ka­wiona.

- Chcia­ła­bym za­pa­lić - po­wie­działa.

- Aha - mruk­nął, cho­wa­jąc się za kub­kiem go­rą­cym od wrzątku.

- Ale trudno pa­lić, jak się nie żyje, nie?

Ręka mu za­drżała. Ku­bek pra­wie wy­padł z dłoni. Ja­siek od­sta­wił go na blat i ode­tchnął głę­boko. Co miał te­raz zro­bić? Znów ją prze­pro­sić? Zro­bił to, kiedy po­ja­wiła się po raz pierw­szy. Pła­kał i prze­pra­szał, prze­pra­szał i pła­kał. Bez żad­nego efektu.

- Coś już wia­domo? - za­py­tała, zmie­nia­jąc te­mat.

- O czym?

- O mnie - od­po­wie­działa we­soło i po­trzą­snęła głową, a ko­smyki jej wło­sów za­tań­czyły ra­do­śnie. - My­ślisz, że już ktoś mnie zna­lazł? My­ślisz, że już wie­dzą, kim je­stem? I, przede wszyst­kim, czy my­ślisz, że ktoś dzi­siaj do cie­bie przyj­dzie, żeby za­dać kilka py­tań?

Pa­trzyła na niego wy­cze­ku­jąco, a jego na­gle ude­rzył w noz­drza smród wła­snego ciała, jakby to była ja­kaś ma­ni­fe­sta­cja wy­rzu­tów su­mie­nia. Znowu za­chciało mu się wy­mio­to­wać, ale w żo­łądku nic już nie było. Dla­tego tylko stał, oparty o zlew, za­ci­ska­jąc zęby i cze­ka­jąc, aż tor­sje miną. Po­tem pod­szedł do sta­rego od­bior­nika ra­dio­wego, tak wie­ko­wego, że miał jesz­cze od­twa­rzacz ka­se­towy, i włą­czył ra­dio. A po­tem po­gło­śnił na maksa.

- To nic nie da. - Usły­szał jej głos, mocny i wy­raźny, jakby stała tuż obok niego, a prze­cież nie ru­szyła się na­wet o krok od sto­lika. - Ja i tak tu zo­stanę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

2

Alina Mro­wiec za­par­ko­wała przed ho­te­lem, nie wy­sia­dła jed­nak z wozu. Przez długą chwilę sie­działa ze zga­szo­nym sil­ni­kiem i przy­glą­dała się kan­cia­stej bryle bu­dynku. Skrę­cało ją na samą myśl, że ma wejść do środka. Się­gnęła do schowka, ale nie zna­la­zła tam tego, czego szu­kała. Za­częła grze­bać wśród do­ku­men­tów, książki ser­wi­so­wej, opa­ko­wań chu­s­te­czek i zwy­kłych śmieci, z se­kundy na se­kundę co­raz bar­dziej znie­cier­pli­wiona, aż wresz­cie jej palce od­na­la­zły paczkę pa­pie­ro­sów. Wy­cią­gnęła ją i na­tych­miast po­czuła ukłu­cie wy­rzu­tów su­mie­nia. Nie po­winna pa­lić, a już szcze­gól­nie w sa­mo­cho­dzie. Bę­dzie wa­lił ty­to­nio­wym smro­dem. Tyle lat su­szyła Mir­kowi głowę, żeby rzu­cił pa­le­nie, i te­raz wyj­dzie na hi­po­krytkę. Trudno, po­my­ślała. Otwo­rzyła paczkę. Była pu­sta.

- Kurwa - wy­rwało jej się.

Za­ci­snęła po­wieki tak mocno, że aż za­tań­czyły pod nimi róż­no­ko­lo­rowe plamy.

Zmięła w dło­niach opa­ko­wa­nie po pa­pie­ro­sach i rzu­ciła je na pod­łogę, od strony pa­sa­żera. Z tyl­nego sie­dze­nia za­brała to­rebkę i wy­sia­dła. Ru­szyła w stronę ho­telu, ale za­trzy­mała się po przej­ściu kil­ku­na­stu me­trów. Za­wró­ciła. Otwo­rzyła auto i pod­nio­sła z pod­łogi paczkę, a po­tem wy­rzu­ciła ją do ko­sza usta­wio­nego tuż przy oszklo­nych drzwiach w gór­skim stylu.

Otwo­rzyli z mę­żem ho­tel w 2019 roku, w naj­gor­szym moż­li­wym mo­men­cie. Le­dwo zdą­żyli się ja­koś roz­re­kla­mo­wać i roz­ru­szać dzia­łal­ność, a za­częła się pan­de­mia. Za­mknięto ich na ja­kiś czas, póź­niej ob­ło­żono mi­lio­nem ob­ostrzeń, a gdy już za­częto je zdej­mo­wać, przy­szła in­fla­cja.

Ale naj­gor­sze było jesz­cze przed nimi.

Sta­rała się o tym wszyst­kim nie my­śleć, bo kiedy tylko za­czy­nała, miała wra­że­nie, że się topi, za­le­wana na prze­mian fa­lami smutku, roz­cza­ro­wa­nia i roz­go­ry­cze­nia.

Ho­tel wy­bu­do­wali na działce, którą zna­leźli wy­soko w gó­rach, z pięk­nym wi­do­kiem na Ko­tlinę Je­le­nio­gór­ską i za­lew So­snówka. Był to roz­le­gły dwu­pię­trowy bu­dy­nek w stylu gó­ral­skim, z dwoma skrzy­dłami. Co nie miało wiel­kiego sensu, bo w Kar­ko­no­szach ni­gdy prze­cież nie było gó­rali, tych pol­skich przy­naj­mniej, ale bali się, że je­śli styl bę­dzie na­wią­zy­wał do nie­miec­kiej prze­szło­ści re­gionu, klienci nie przy­jadą. Te­raz więc stał tu, w po­ło­wie drogi po­mię­dzy Bo­ro­wi­cami a Kar­pa­czem, jakby żyw­cem prze­nie­siony z Za­ko­pa­nego.

We­szła do środka. Ob­casy szpi­lek za­stu­kały we­soło o ka­mienną pod­łogę i od razu zro­biło jej się odro­binę le­piej. Lu­biła ten dźwięk, uspo­ka­jał ją. Przy­wi­tała się kiw­nię­ciem głowy z dziew­czyną pra­cu­jącą w re­cep­cji. Ta uśmiech­nęła się sze­roko i dy­gnęła. Alina za­pa­mię­tała, że pla­kietka z imie­niem na piersi pra­cow­nicy jest prze­krzy­wiona. Póź­niej zwróci jej na to uwagę.

We­szła do biura. Le­dwo zdą­żyła się ro­ze­brać i po­wie­sić kurtkę na wie­szaku, roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

- Pro­szę! - za­wo­łała.

Przed Aliną po­ja­wiła się Do­rota Wi­jas. Była od niej młod­sza o dwa lata. Wy­cho­wały się na jed­nym po­dwórku. Z cza­sem wy­je­chała, naj­pierw na stu­dia do Wro­cła­wia, po­tem do pracy do Nie­miec, gdzie zna­la­zła męża, z któ­rym - jak sama czę­sto we­soło wspo­mi­nała - spę­dziła pięć naj­pięk­niej­szych lat swo­jego ży­cia i sie­dem naj­gor­szych. Roz­wio­dła się i wró­ciła do Pol­ski, naj­pierw do Wro­cła­wia, a po­tem do Je­le­niej Góry, żeby opie­ko­wać się chorą matką. Szu­kała pracy i Alina ją za­trud­niła. Do­rota nie miała od­po­wied­niego wy­kształ­ce­nia, ale nad­ro­biła to na wie­czo­ro­wych kur­sach. Dla Aliny waż­niej­sze było to, że do po­mocy przy pro­wa­dze­niu ho­telu po­trze­bo­wała ko­goś za­ufa­nego. A kto mógł być bar­dziej za­ufany niż dziew­czyna, z którą wspól­nie cho­dziły kraść owoce z sadu są­siada i sie­dząc w ciem­nym po­koju, ćwi­czyły po­ca­łunki?

- I co tam, Do­rotka? - za­py­tała, si­ląc się na uśmiech.

Do­rota zro­biła nie­szczę­śliwą minę i wy­cią­gnęła przed sie­bie do­ku­menty trzy­mane w dłoni. Nie­które były jesz­cze w ko­per­tach.

- Co to ta­kiego?

- We­zwa­nia do za­płaty.

- Od kogo?

- Wła­ści­wie od wszyst­kich, ale naj­bar­dziej rzuca się Ko­lar­ski. Dzwo­nił jesz­cze dzi­siaj i opo­wia­dał, że do sądu nas po­zwie. Gro­ził ko­mor­ni­kiem i tak da­lej.

- Ko­lar­ski? - zdzi­wiła się Alina. - Prze­cież je­ste­śmy mu winni ja­kieś gro­sze.

- Tro­chę po­nad je­de­na­ście ty­sięcy - po­wie­działa Do­rota.

Ko­lar­ski zaj­mo­wał się u nich ad­ap­ta­cją przy­zie­mia jed­nego ze skrzy­deł, w któ­rym pla­no­wali zro­bić spa i nie­wielki ba­sen. Pro­jekt na ra­zie wstrzy­mali. Mieli do dys­po­zy­cji tylko ga­bi­net ko­sme­tyczny z pod­sta­wo­wymi za­bie­gami dla go­ści - ma­sa­żami i tym po­dob­nymi. Li­czyli, że w cza­sie fe­rii bę­dzie spore ob­ło­że­nie i po zi­mie ru­szą ze spa od nowa. Było od nich bli­sko do sto­ków w Kar­pa­czu, do Bo­ro­wic zresztą też. Byle do zimy, po­wta­rzała so­bie czę­sto, wtedy się od­kują.

- Za­dzwo­nię do niego, po­roz­ma­wiam z nim i ja­koś to za­ła­twię.

- No nie wiem, czy da radę, Alinko. Ze mną nie roz­ma­wiał, tylko wrzesz­czał do te­le­fonu i nie dał mi na­wet dojść do słowa.

- Bo to fu­riat jest, ale ja mam na niego swoje spo­soby - od­parła, przyj­mu­jąc od niej do­ku­menty.

Gdy Do­rota po­że­gnała się i znik­nęła z ga­bi­netu, Alina za­jęła miej­sce przy biurku. Po­bież­nie przej­rzała pa­piery, które przy­nio­sła ko­le­żanka, ale już po kil­ku­na­stu se­kun­dach stwier­dziła, że nie ma na to siły.

Nie z sa­mego rana. Nie bez kawy.

Odło­żyła do­ku­menty na biurko. Z pełną pre­me­dy­ta­cją zo­sta­wiła też na nim ko­mórkę. Przez chwilę chciała po­być sama ze swo­imi my­ślami.

Po­szła do ja­dalni, która mie­ściła się w jed­nym ze skrzy­deł ho­telu. Co prawda miała eks­pres do kawy u sie­bie, ale po pierw­sze, kawa z niego mniej jej sma­ko­wała, a po dru­gie, gdyby zo­stała w ga­bi­ne­cie, to za­miast zła­pać od­dech, wzię­łaby się pew­nie do pracy. Po trze­cie wresz­cie, w ja­dalni były wiel­kie okna i wspa­niały wi­dok na pa­no­ramę Ko­tliny Je­le­nio­gór­skiej. Wła­śnie głów­nie z jego po­wodu zde­cy­do­wali się wy­bu­do­wać obiekt w tym miej­scu. Co prawda mu­sieli wy­ciąć kil­ka­na­ście drzew, ale było warto.

- Dzień do­bry, pani Alino - przy­wi­tała się z nią jedna z pra­cow­nic. Ko­lejna dziew­czyna. Pla­kietka na jej piersi, tym ra­zem za­wie­szona po­praw­nie, mó­wiła, że ma na imię Iwona. Za­trud­nili ją przed wa­ka­cjami.

- Dzień do­bry. Przy­go­tu­je­cie mi kawkę? - za­py­tała.

- Już się robi.

W ja­dalni za­jęty był tylko je­den sto­lik. Para eme­ry­tów, któ­rzy przy­je­chali tu­taj cho­dzić po gó­rach, ja­dła wła­śnie późne śnia­da­nie. Alina kie­dyś z nimi roz­ma­wiała i opo­wia­dali jej o tym, że uwiel­biają je­sień w Kar­ko­no­szach. Uwa­żali, że tu­taj to naj­pięk­niej­sza pora roku. Ona wo­lała lato, wio­snę, a na­wet zimę, ale zgo­dziła się z nimi, kie­ru­jąc się za­sadą, że klient ma za­wsze ra­cję.

Uśmiech­nęła się do nich uprzej­mie, kiedy ją za­uwa­żyli. Star­sza ko­bieta po­ma­chała ra­do­śnie ręką, jakby były naj­lep­szymi ko­le­żan­kami. Męż­czy­zna, si­wo­włosy i po­marsz­czony jak przej­rzałe jabłko, tylko uniósł lekko dłoń.

Za­jęła miej­sce i po­pa­trzyła na wy­sta­wiony bu­fet. Na pół­mi­skach cią­gle le­żały wę­dliny, wa­rzywa i sery. Pod­grze­wa­cze pra­co­wały pod tac­kami z pa­rów­kami i ja­jecz­nicą. Alina po­my­ślała, że znowu przy­go­to­wali za dużo je­dze­nia. Tyle zmar­no­wa­nych pie­nię­dzy... Ale prze­cież nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na to, żeby go­ście wy­cho­dzili po śnia­da­niu głodni. Po­my­ślała, że musi za­cząć le­piej pla­no­wać. A może da się zna­leźć tań­szych do­staw­ców? Co prawda od dawna pró­bo­wała to zro­bić, ale było jesz­cze kilka miejsc, do któ­rych nie dzwo­niła.

- Byle do fe­rii - po­wie­działa sama do sie­bie.

- Słu­cham, pani Alino?

Nie usły­szała, kiedy Iwona zna­la­zła się tuż przy niej z fi­li­żanką kawy.

- Nie, nic - od­parła i mach­nęła lek­ce­wa­żąco ręką, jakby od­ga­niała mu­chę.

- Dla pani biała, jak za­wsze? - upew­niła się dziew­czyna, sta­wia­jąc przed nią fi­li­żankę.

- Tak, biała. Dzię­kuję.

- Bar­dzo pro­szę, pani Alino.

- A po­wiedz mi, Iwonko - za­trzy­mała dziew­czynę, która miała już od­cho­dzić - jak śnia­da­nie? Wszy­scy go­ście już byli?

- Wszy­scy już ze­szli - po­twier­dziła pra­cow­nica i za­wa­hała się. - Z wy­jąt­kiem... Pani wie... No... no... tej...

- Któ­rej?

- Je­de­nastki.

No tak, je­de­nastka. Ko­lejny bo­le­sny skurcz w oko­licy żo­łądka.

- Dzię­kuję ci.

- To ja pójdę po­móc w kuchni.

- Oczy­wi­ście.

Dziew­czyna ode­szła. Eme­ryci koń­czyli po­si­łek. Męż­czy­zna wy­cie­rał wła­śnie usta w chu­s­teczkę, po czym po­ło­żył ją na ta­le­rzu. Jego żona piła ostat­nie łyki her­baty. Wstali, szu­ra­jąc krze­słami, a kiedy prze­cho­dzili obok Aliny, ko­bieta znów do niej po­ma­chała, tym ra­zem na po­że­gna­nie. Wła­ści­cielka ho­telu od­po­wie­działa tym sa­mym ge­stem.

Wrzu­ciła do swo­jej kawy dwie kostki cu­kru ze sto­ją­cej nie­opo­dal cu­kier­nicy, za­mie­szała ły­żeczką i wy­piła łyk. Nie sma­ko­wała jej. Po­cząt­kowo my­ślała, że to coś z na­po­jem. Już chciała za­wo­łać Iwonę, ka­zać jej prze­czy­ścić eks­pres, kiedy do­tarło do niej, że z kawą jest wszystko w po­rządku. To w jej ustach, na ję­zyku, po­ja­wił się kwa­śny po­smak.

Od­su­nęła od sie­bie fi­li­żankę. Oczy­wi­ście wie­działa, skąd to się wzięło. Je­de­nastka i ko­bieta miesz­ka­jąca tam od trzech ty­go­dni. Rzadko scho­dziła do ja­dalni. Mo­gło się na­wet wy­da­wać, że ni­gdy nie opusz­czała po­koju, cho­ciaż mu­siała to ro­bić, bo z par­kingu re­gu­lar­nie zni­kał jej sa­mo­chód. Ale nikt nie wi­dział, kiedy to ro­biła. Po­ru­szała się po obiek­cie jak duch.

Alina pod­nio­sła się i po­szła do kuchni. Przy­wi­tała się szybko z pra­cu­ją­cymi tam ko­bie­tami, po­pro­siła o tackę i wró­ciła z nią do bu­fetu. Po­sta­wiła na niej duży ta­lerz z ja­jecz­nicą, ciem­nym i ja­snym chle­bem, pa­rów­kami, se­rem, wę­dli­nami i wa­rzy­wami, mi­seczkę pełną owo­ców, ku­be­czek jo­gurtu na­tu­ral­nego, srebrny dzba­nu­szek z mle­kiem i fi­li­żankę z dwiema kost­kami cu­kru. Przy­go­to­wała też kawę i na­lała soku do szklanki. Po­pa­trzyła na tackę. Sporo tego było, ale prze­cież nie wie­działa, co ko­bieta je i na co bę­dzie miała ochotę, mu­siała więc za­brać wszyst­kiego po tro­chu.

Ze śnia­da­niem w rę­kach prze­szła do dru­giego skrzy­dła, wdra­pała się na pierw­sze pię­tro i szybko zna­la­zła się przed wej­ściem do po­koju nu­mer 11. Po­pra­wiła so­bie tackę tak, by ta zna­la­zła się mię­dzy drzwiami a jej brzu­chem, i przy­trzy­mu­jąc ją tylko jedną ręką, za­pu­kała. Naj­pierw de­li­kat­nie.

- Pro­szę pani! - za­wo­łała.

Nie było żad­nej od­po­wie­dzi.

Za­pu­kała gło­śniej i za­raz zro­biło jej się nie­przy­jem­nie. Po­my­ślała, że ta­kie na­tar­czywe wa­le­nie w drzwi jest jed­nak nie­sto­sowne.

- Pro­szę pani! - po­wtó­rzyła.

Na­słu­chi­wała, ale nie do­cho­dził do niej ża­den dźwięk.

- Nie­ba­wem za­my­kamy ja­dal­nię, więc przy­nio­słam pani coś do je­dze­nia! Po­my­śla­łam, że może by pani chciała...

Nie do­koń­czyła, bo nie miała po­ję­cia jak. Serce biło jej te­raz szyb­ciej niż zwy­kle. Dło­nie za­czy­nały się ro­bić śli­skie od potu i przy­szło jej do głowy, że jesz­cze tro­chę, a tacka jej się wy­śli­zgnie.

Po dru­giej stro­nie drzwi cią­gle pa­no­wała ci­sza.

A je­śli ona się za­biła, po­my­ślała na­gle. Je­śli po­łknęła za dużo ta­ble­tek albo się po­wie­siła. Albo znajdą ją, le­żącą w wan­nie, z pod­cię­tymi ży­łami.

Nikt by się prze­cież nie zdzi­wił, prawda?

Po­trzą­snęła głową, żeby od­go­nić od sie­bie te ob­razy. Nie. Może po pro­stu nie było jej w po­koju. Może znowu się wy­mknęła. Alina pró­bo­wała so­bie przy­po­mnieć, czy wi­działa na par­kingu czer­woną mazdę, ale mózg zło­śli­wie nie pod­su­wał żad­nych ob­ra­zów.

Odło­żyła tackę na pod­łogę.

- Pro­szę pani - po­wie­działa, tym ra­zem ci­szej, tro­chę nie­śmiało, ale cią­gle na tyle gło­śno, że ktoś po dru­giej stro­nie po­wi­nien ją usły­szeć. - Zo­sta­wiam tackę z je­dze­niem pod drzwiami. Pro­szę nie kło­po­tać się z jej od­no­sze­niem, tylko zo­sta­wić ją w po­koju. Sprzą­taczki za­biorą.

Przez chwilę za­sta­na­wiała się jesz­cze, czy po­winna coś do­dać, ale nic nie przy­cho­dziło jej do głowy.

Ru­szyła z po­wro­tem do ja­dalni i zim­nej już pew­nie kawy. Za­trzy­mała się przy scho­dach pro­wa­dzą­cych na dół, bo wy­da­wało jej się, że usły­szała ja­kiś szmer. Od­wró­ciła się. Tacka, którą zo­sta­wiła przed je­de­nastką, znik­nęła. Czyli ko­bieta była w środku i naj­wy­raź­niej wszystko było z nią w po­rządku.

Alina po­czuła ulgę. W su­mie to jed­nak do­brze, że tamta jej nie otwo­rzyła. Nie była pewna, jak by się za­cho­wała, gdyby rze­czy­wi­ście sta­nęły w twa­rzą w twarz. Czy mia­łaby dość od­wagi, żeby spoj­rzeć jej pro­sto w oczy? I czy by­łaby go­towa na to, co może w nich zo­ba­czyć?