2
Dlaczego się na to w ogóle zgodziłem? Po pierwsze Wikuś mimo wszystko był moim szefem. Po drugie wynajmowałem od niego mieszkanie, i to w dobrej cenie. Kiedy ktoś taki prosi cię o przysługę, musisz mieć powód, żeby odmówić. Tak naprawdę jednak chodziło o coś innego. Przez dwa tygodnie za mną chodził, powtarzając, że wielu chłopaków z klubu mnie zna, podziwia i w sumie dobrze by było, jakbym dał im dobry przykład. Pokazał, jak się powinno przygotowywać do zawodów, a przede wszystkim zachować na ringu. Nie wiedziałem, dlaczego mu na tym zależy, ale truł mi dupę tak długo, że miałem go po prostu dosyć. I tak wylądowałem na sali sportowej, na środku której ustawiono ring. Wokół niego tłoczyli się nieliczni widzowie i znacznie więcej trenerów oraz zawodników. Chłopaki i dziewczyny w różnym wieku, różnej wagi, ale nie dało się ukryć, że spośród wszystkich najstarszy byłem ja. Zwracałem na siebie uwagę. Dostrzegałem zaintrygowane spojrzenia i nie podobało mi się to, bo oznaczało, że kilka osób na pewno mnie zapamięta. W dodatku niedługo miałem stanąć na ringu, w samym centrum tego zamieszania. Poczułem się jak idiota. Na szczęście wkrótce na salę wszedł chłopak w wieku dwudziestu kilku lat, dość szczupły, w puchowej kurtce z obszytym białym futrem kapturem. Miał ufarbowane na blond włosy, wytatuowaną szyję i aroganckie spojrzenie. Towarzyszyła mu jakaś znudzona dziewczyna, która tonęła w zbyt luźnym dresie i ukrywała się za wielkimi przeciwsłonecznymi okularami. Natychmiast po ich pojawieniu się sala jakby straciła zainteresowanie zawodami (a także mną) i przeniosła je na dziewczynę i chłopaka. Nie miałem pojęcia, kim oni są. Zauważyłem jednak, że ten wytatuowany dostrzegł Wikusia i skinął mu na powitanie głową. Wikuś odpowiedział tym samym gestem.
- Po tej walce wchodzisz - rzucił mój szef, który właśnie wrócił od stolika sędziowskiego.
- Załatwiłeś wszystko?
- Po starej znajomości - powiedział. - Ale nie byli szczęśliwi.
Wzruszyłem ramionami. Obserwowałem z daleka to, co się dzieje na ringu. Walczyło dwóch chłopaczków. Obaj mieli bodajże po czternaście lat, byli zadziorni, charakterni i żaden nie chciał przegrać. Nieustannie się okładali, jakby nie wiedzieli, co to takiego walka w dystansie albo unik. Mieli twarze całe czerwone od uderzeń, a na ich ciałach lśniły krople potu. Po zakończonej rundzie trenerzy pośpiesznie wycierali ich ręcznikami, podawali bidony z wodą i gorączkowo coś powtarzali. Jestem pewien, że obaj mówili to samo - zwolnij, bo się zajedziesz. Żaden z chłopaczków nie posłuchał. Taki wiek, kiedy wydaje ci się, że na ringu nie musisz myśleć. Wkrótce stało się to, co musiało się stać. Jeden z nich - ten w niebieskim kasku - zaczął tracić siły. Coraz wolniej się poruszał, coraz słabiej bił, a przede wszystkim nie nadążał z gardą. Początkowo przewaga tego w czarnym kasku nie była duża, ale słabszy okazał się zbyt ambitny. Nie chciał klinczować, żeby złapać chwilę na odpoczynek, nie próbował uciekać. Wdał się w wymianę ciosów, której wynik mógł być tylko jeden.
Wkrótce walka się zakończyła. Chłopcy uciekli każdy do swojego narożnika. Obaj byli wykończeni. Przez chwilę po prostu opierali się o liny, dyszeli i pozwalali się poić wodą. Potem sędzia wywołał ich na ring. Odczytał werdykt. Walka trwała dwie rundy po dwie minuty. W pierwszej był remis, w drugiej czarny kask zdecydowanie wygrał, i to jego ręka powędrowała w górę. Na twarzy drugiego chłopaczka odmalowało się rozczarowanie, jakby naprawdę wierzył, że to on powinien zwyciężyć. Po wszystkim obaj uścisnęli sobie dłonie i poklepali się po plecach.
- Mój zawodnik pyta, czy możecie się bić bez kasków. - Usłyszałem za swoimi plecami.
Odwróciłem się. Do Wikusia podszedł właśnie łysy mężczyzna w czarnym dresie. Dobrze zbudowany, mierzący około metra dziewięćdziesięciu. Wielki facet, który wyglądał, jakby nieco się tutaj nudził. Wikuś spojrzał na mnie pytająco.
- Może być bez kasku - odpowiedziałem.
Łysy kiwnął głową, odwrócił się na pięcie i odszedł.
- Jesteś pewien? - zapytał Wikuś.
- Ogranicza pole widzenia.
- Ale mniej boli, jak dostaniesz w łeb.
- Nie zamierzam dać się trafić - mruknąłem, żeby się odczepił.
- Jasne. Tarczki na rozgrzewkę?
Przeszliśmy na tył sali, gdzie było trochę więcej miejsca. Ściągnąłem z siebie dres i zostałem już w stroju, w którym miałem wyjść na ring - krótkie spodenki i bezrękawnik. Zawiązałem taśmy, włożyłem ochraniacz na nogi i rękawice. W tym czasie Wikuś wyciągnął z torby sportowej tarczki. Zrobiliśmy kilka ćwiczeń, powtórzyliśmy kombinacje ciosów. Zauważyłem, że blondyn z tatuażami uważnie nam się przygląda. Zupełnie nie zwracał uwagi na to, co dzieje się na ringu, gdzie właśnie walczyły dwie dziewczyny. Nie miałem jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo przyszła nasza kolej.
Wszedłem na ring. Wikuś stanął w moim narożniku. Przywitałem się z sędzią i przeciwnikiem. Facet wyglądał na kilka lat ode mnie młodszego. Miał gęste czarne włosy i zadbaną brodę, lekko mrużył oczy, jak krótkowidz. Podobnej wagi co ja, ale byłem wyższy o jakieś dziesięć centymetrów, co oznaczało też większy zasięg ramion. Uznałem, że powinienem sobie z nim poradzić.
Nie przedstawiono nas, o co zadbał Wikuś. Poinformowano tylko, w jakiej kategorii wagowej odbywa się walka, i zaczęliśmy. Trzy rundy po trzy minuty. Pierwsza na spokojnie. Nie chcieliśmy się zbytnio zmęczyć na samym początku, tylko wybadać przeciwnika - co potrafi i na co go stać. Kilka wymian ciosów, z których jednak prawie wszystkie trafiały w gardę. Ja go trafiłem lewym prostym, ale za słabo, żeby zrobić mu wielką krzywdę, a przed prawym zdążył się już uchylić. Oddał mi prawym hakiem, na co z kolei ja byłem gotowy. I dobrze, bo cios okazał się naprawdę mocny. Świetnie wymierzony, zrobiony ze skrętu bioder, a nie samym ramieniem. Gdybym się nie zasłonił, byłoby ciężko. Pokopaliśmy się trochę po nogach, ale bez wielkich sukcesów. Raz mnie zmylił. Wymierzył trzy lewe proste, lekkie, które trafiały prosto w gardę - nie po to, żeby mi zrobić krzywdę, tylko odpowiednio mnie ustawić. Potem poszedł kopniak prawą nogą, tak zwany low kick, na wysokości mojego uda. Byłem gotowy. Napiąłem mięśnie. Zabolało, ale bez przesady. Brodacz spróbował wtedy kolejnego kopnięcia. Tym razem uniosłem nogę, żeby przyjąć cios na ochraniacz na piszczeli, on jednak, zamiast posłać mi low kicka, przeniósł stopę nad moim udem i kopnął mnie prosto w brzuch od frontu. W ostatniej chwili spiąłem mięśnie. Poczułem, jak uderza, i w tym momencie opuściłem uniesioną ciągle nogę, robiąc równocześnie krok do przodu. Uderzyłem prawym prostym. Mocny cios. Trafił w gardę, ale nie szkodzi. Chodziło mi o to, żeby go lekko przepchnąć, sprawić, by stracił równowagę. Potem zadawałem kolejne ciosy. Lewy prosty, prawy prosty, sierp, podbródkowy. Jeden za drugim, nie dając mu chwili na oddech i odpoczynek. Krótkowidz cofał się pod tą nawałą, z twarzą schowaną za rękawicami, nie widział więc, co robię. A ja zwolniłem, poczekałem, aż między nami będzie odpowiedni dystans, i uderzyłem go stopą prosto w brzuch. Trafiłem. Nie był gotowy. Zobaczyłem jeszcze, jak po jego twarzy przebiega grymas bólu, a potem poleciał na liny.
W tej chwili rozległ się gong. Koniec rundy. Odwróciłem się i poszedłem do swojego narożnika. Pozwoliłem, by Wikuś wyjął mi ochraniacz na zęby z ust i napoił wodą z bidonu.
- Lekkie wskazanie na ciebie - powiedział. - Powinieneś dostać tę rundę.
- Wiem - mruknąłem.
- Wykończ go teraz.
- Co?
- Druga runda. Pod koniec pierwszej już go miałeś. Jedziesz z frajerem.
Przechyliłem się, żeby wyjrzeć zza Wikusia, który stał przede mną i zasłaniał mi widok na narożnik krótkowidza. Kiedy tylko to zrobiłem, poczułem, jak Wikuś wymierza mi siarczysty policzek.
- Skup się, kurwa! - warknął. - Przyjechałeś tu się głaskać czy napierdalać?
- Napierdalać - mruknąłem.
Nie rozumiałem, dlaczego zaczął się tak spinać. To były małe, lokalne zawody, a nie żadna walka o mistrzostwo świata.
- To jedziesz frajera i kończysz w tej rundzie.
Pozwolił mi się jeszcze napić. Potem wsadził ochraniacz do ust, potarmosił po głowie i w tej samej chwili rozległ się gong. Wikuś zszedł z ringu. Wydawało mi się, że zerknął w stronę wytatuowanego blondyna i jego dziewczyny, ale nie byłem pewien.
Uderzyliśmy się lekko rękawicami z krótkowidzem na przywitanie i zaczęliśmy kolejne starcie. Tym razem wszedł na znacznie wyższe obroty, a ja poczułem, że jednak go nie doceniałem. Nieustannie się poruszał wokół mnie, uderzając lewymi z każdej możliwej strony. Odskakiwał, a potem doskakiwał z kombinacjami ciosów. Próbowałem go kontrować, ale skubany był po prostu za szybki. Moje ciosy albo lądowały prosto na jego gardzie, albo zdecydowanie za często przecinały powietrze. Krótkowidz był już wtedy gdzie indziej i szykował się do kolejnego ataku. Nie wyglądało to dla mnie zbyt dobrze, ale wbrew pozorom zachowywałem spokój. Nie da się za długo walczyć tak intensywnie. Musiałem go tylko przeczekać, nie pozwolić sobie zrobić za dużej krzywdy i uderzyć, kiedy się zmęczy. Pomyślałem, że Wikuś ma rację. Mogłem to zakończyć już w tej rundzie.
Wreszcie dostrzegłem swoją szansę. Ciężej oddychał, wolniej odskakiwał, ciosy były słabsze. Mogłem działać. Najpierw lewy prosty, niespecjalnie mocny, tylko po to, żeby założył gardę. Równocześnie ruch prawą nogą do przodu na skos i kopnięcie lewą w jego lewą łydkę. Jeśli straci równowagę, to dobrze. Jeśli go zaboli, jeszcze lepiej. Ale najważniejsze było to, żeby się znalazł w odpowiedniej pozycji. Żebym miał przestrzeń do wymierzenia dwóch ciosów, które go powalą. Najpierw tak zwany backfist. Lewa stopa staje bokiem, mniej więcej na wysokości prawej. W tym momencie mam mocno skręcone biodra, co wykorzystuję do tego, żeby zrobić pełen obrót. Nabieram pędu, żeby uderzyć prawą pięścią prosto w głowę przeciwnika. Dobrze wykonany backfist jest szybki, jest mocny, jest zaskakujący. Ale nawet jeśli nie trafię czysto, mam jeszcze zwieńczenie tej kombinacji - cios kolanem natychmiast po backfiście, kiedy ręce przeciwnika są uniesione, a brzuch niechroniony. Tyle przynajmniej w teorii. W praktyce wyszło inaczej.
Przy backfiście musiał zrobić ruch do przodu. W rezultacie nie trafiłem go w głowę, a zderzyły się nasze łokcie, tylko że mnie zabolało bardziej. Od razu to wiedziałem. Piorunujący, ostry ból, który niczym błyskawica pomknął wzdłuż ramienia, a potem zaczął piec żywym ogniem, jakby moje kości zmieniły się w rozżarzone węgielki. Kombinację zakończyłem tak, jak chciałem - kolanem. I trafiłem go w brzuch, ale pomiędzy nami nie było dość przestrzeni, żeby to kopnięcie miało odpowiednią moc. Stęknął i odskoczył. Jeszcze próbowałem go uderzyć zwykłym prostym, ale znowu znalazł się poza moim zasięgiem. Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając biały ochraniacz na zęby, a potem skinął lekko głową, jakby chciał mnie pochwalić za dobrą akcję.
Ruszyłem do przodu. Teraz to ja atakowałem. Kolejne ciosy, kolejne kopnięcia, ale z powodu łokcia nie miałem dość mocy w prawej ręce. Całe ramię mi drżało. I w końcu stało się to, co musiało się stać - zmęczyłem się.
Zacząłem się wycofywać. Potrzebowałem chwili, żeby odsapnąć, odpocząć, złapać oddech. Pomyślałem jeszcze, że pewnie przegram tę rundę. Trudno. Jedna moja, jedna jego. Wykończę go w trzeciej.
Doskoczył do mnie. Nagle zmienił pozycję. Teraz z przodu miał prawą nogę zamiast lewej. Wymierzył prawy prosty, który przyjąłem na gardę. Potem lewy. Z tym samym rezultatem. Lewy kopniak na wysokości mojego uda, od wewnętrznej strony. Trudniejszy do zablokowania, ale nie tak mocny, jak się obawiałem. Wiedziałem dlaczego. Odczytałem jego grę. Od razu kopnął po raz kolejny, tym razem wyżej, na wysokości brzucha. Middle kick.
Przy bloku należy skręcić ciałem w kierunku kopnięcia. Zastawiamy się zgiętą ręką. Należy pamiętać o tym, żeby nie opuszczać jej za nisko, bo wtedy przeciwnik może dostrzec swoją szansę i uderzyć w głowę.
Wszystko to wiedziałem. Wszystko to robiłem tysiące razy na treningach. Ale trening to jedno, a walka to drugie.
To była chyba wina wcześniejszego uderzenia w łokieć. Nie żeby doszło do jakiejś poważnej kontuzji. Należało jedynie wysmarować maścią, obłożyć lodem i za dwa dni nic by mnie nie bolało. Teraz jednak ramię, drżąc, mimowolnie powędrowało w dół. Nie zdążyłem tego poprawić.
Ale i tak powinienem dać radę. I tak powinienem się zasłonić, przynajmniej częściowo. Noga krótkowidza powędrowała jednak wyżej, niż się spodziewałem. Nie uderzył z boku, tylko od góry. Chociaż był niższy niż ja. Zobaczyłem jeszcze, jak na mnie spada, a potem tuż nad czołem poczułem ostre uderzenie, które wbiło mnie w ziemię. Nagle przed oczami zrobiło mi się ciemno.
To był amatorski turniej. Bez żadnej wielkiej stawki. Kilkudziesięciu uczestników w różnym wieku. Kilkanaście walk.
Był tylko jeden nokaut.
I na deski poleciałem właśnie ja.