Autorka bestsellerów „New York Timesa”, „USA Today” i „Wall Street Journal”. Twórczyni gorących historii, które podbijają serca czytelników na całym świecie. Jej seria „Kontrakt” stała się bestsellerem wśród czytelniczek romansów w Polsce. Melanie Moreland przy okazji premiery nowych wydań „Przeklętego kontraktu”, „Nowej klauzuli” i „Decydującego paragrafu” opowiedziała nam o swojej serii, procesie twórczym i nie tylko.
Od początku planowałaś, że to będzie seria?
Planowałam, że „Kontrakt” będzie jedną książką. Jednak ludzie bardzo pokochali tę historię i chcieli więcej, postanowiłam więc napisać „The Baby Clause” [pol. „Przeklęty kontrakt. Nowe warunki”, dodatek do pierwszego tomu serii – przyp. red.]. A kiedy wciąż pytano mnie o losy Richarda i Katy, napisałam dwie kolejne części. Kocham pisać o tej rodzinie, opowiadać o niej. O losach kilkorga ich dzieci pisałam również w innej mojej serii, tym samym utrzymywałam tę historię wciąż żywą.
Która z postaci z serii „Kontrakt” jest Ci najbliższa?
Zdecydowanie Katy. Jesteśmy bardzo podobne: rodzina zawsze na pierwszym miejscu, obie jesteśmy ciche, silne, opiekuńcze. I widzimy to, czego inni ludzie mogą nie dostrzegać. W jej miękkim sercu kryje się siła ze stali.
Seria porusza temat relacji opartej na „umowie”, skąd taki pomysł?
Miałam pomysł na książkę z relacją szef – podwładna, tak w mojej głowie powstała postać Richarda. Podobnie Katy. On nie był mężczyzną, którego ona mogłaby kiedykolwiek poślubić, dlatego wiedziałam, że musi zrobić to z innych powodów niż miłość. A on – jako biznesmen – nigdy nie zrobiłby niczego bez zabezpieczenia siebie, więc między nimi musiała zostać zawarta umowa. Po prostu umowa biznesowa. Tytuł nasunął się więc naturalnie. Chciałam, żeby Richard był niemal stracony jako człowiek, a Katy miała w sobie cichy spokój i miłość, które by go odkupiły. To, co zaczęło się jako prosta umowa, stało się realne i konkretne. Zmieniające życie.
Jak wygląda u Ciebie proces twórczy? Od czego zaczynasz pracę nad książką?
Często najpierw w głowie „widzę” scenę, która potem pojawia się w książce. Zwykle nie na jej początku. Scenę, w której Richard strofuje Katy, a ona opowiada mu swoją historię, napisałam, zanim powstało cokolwiek innego – a to się dzieje mniej więcej w połowie książki. Potem powstała scena ich pierwszego spotkania w biurze, dalej ta, w której Richard poznaje Penny. Rzadko piszę po kolei. I rzadko robię konspekt. Pozwalam, żeby postacie same opowiadały mi historie, by robiły to na swój sposób.
Seria zdobyła popularność na całym świecie. Spodziewałaś się tak dużego sukcesu?
Nie, nawet za milion lat. Nie spodziewałam się, że czytelnicy docenią Richarda w taki sposób, w jaki to zrobili. Nie byłam nawet pewna, czy powinnam publikować tę książkę, ale mój ówczesny wydawca nalegał, by to zrobić, bo ludzie pokochają tego przechodzącego wewnętrzną przemianę buca. Byłam bardzo zdenerwowana, kiedy w końcu wyszła i przeżyłam szok, jak dobrze została przyjęta. Wciąż zresztą jestem w szoku. Postać Richarda zmieniła moje życie – dzięki jego popularności mogłam porzucić dotychczasową pracę i zająć się pisaniem na pełny etat. To był dla mnie wspaniały prezent. Jestem dozgonnie wdzięczna.
