Młoda, utalentowana pisarka z imponującym dorobkiem, której ósma już książka, „Keep Me In”, ukazała się pod koniec ubiegłego roku. Autorka, nazywana „królową jednotomówek”, tym razem ponownie zaprasza czytelników do świata, w którym literatura splata się ze sztuką, emocjami i czułą refleksją nad pasją oraz odwagą bycia sobą. W rozmowie opowiada o impulsach twórczych, inspiracji malarstwem Claude’a Moneta, znaczeniu komfortowych historii z nutą goryczy oraz o tym, dlaczego romantyzm – choć subtelny – zawsze musi znaleźć miejsce w jej książkach. To wywiad o dojrzewaniu, sztuce i potrzebie barwności w świecie, który wciąż potrzebuje artystów.

W listopadzie premierę miała Twoja ósma książka, o której za chwilę nieco więcej. Jak się czujesz jako młoda autorka z tak pokaźnym dorobkiem twórczym?

Wciąż tak samo nierealnie! Nie wiem, czy kiedykolwiek się przyzwyczaję do emocji, które towarzyszą wydawaniu książek. Cieszę się, że dostałam szansę, by wydawać je w tak młodym wieku. Odmieniło to moje życie i teraz już wiem, że trudno mi będzie bez tego żyć. Uwielbiam to robić!

 

„Let Me In” i „Keep Me In” weszły w skład serii „On the Inside”. Jak to się stało, że Ty, autorka okrzyknięta „królową jednotomówek”, zdecydowałaś się stworzyć cykl książek?

Zupełnie szczerze – nie mam pojęcia. To był impuls. Nic tak bardzo nie pobudza mojej kreatywności jak sztuka, a wymyślanie historii z wykorzystaniem nazwisk malarzy okazało się bardzo przyjemne; jest czymś, przy czym jeszcze bardziej „się wyżywam”. Myślę jednak, że ta seria wcale nie musi odbierać mi miana „królowej jednotomówek”, bo każda z tych książek jest osobną historią – nie trzeba ich czytać w konkretnej kolejności ani znać pozostałej części.

 

Seria zawiera wątki nawiązujące do sławnych malarzy. W „Let Me In” mieliśmy van Gogha, tym razem padło na Claude’a Moneta. Skąd pomysł, by sięgnąć po tego artystę?

Wszystko zaczęło się niespełna dwa lata temu, kiedy po premierze „Cynthii” pojechałam do Nowego Jorku. W Museum of Modern Art natrafiłam na wystawę sztuki Moneta. Od jakiegoś czasu krążyła mi po głowie myśl o kolejnym tomie – z innym artystą – i wtedy poczułam, jakby rozwiązanie samo do mnie przyszło!

 

W obu książkach malarstwa i – ogólnie ujmując – sztuki jest naprawdę sporo. Jak wyglądał research do „Keep Me In”? Sama wcieliłaś się w malarkę, by wczuć się w sytuację bohaterów?

Czasem wspieram się reaserchem, ale rzadko, szczególnie jeśli chodzi o sztukę. Staram się pisać tak, jak czuję, jak ja ją odbieram. Sama dla siebie jestem królikiem doświadczalnym. Wszystko, o czym mówią bohaterowie, i to, jak wypowiadają się o sztuce, wynika z moich przemyśleń, do których nieraz potrzebowałam długiego, intensywnego spaceru albo pobycia w ciszy.

 

Keep me in - baner

 

Każda Twoja książka niesie pewne przesłanie. W dylogii „Płakajki” jest to walka o siebie, o swoje marzenia, podobnie w „Niewidzialnych sercach”. W „Cynthii” mowa o problemie wykluczenia społecznego. Jakie przesłanie dla czytelników ukryłaś w „Keep Me In”?

W „Keep Me In” skupiam się między innymi na relacji z rodzicami – konfrontacji z ich oczekiwaniami, które są dla bohaterów ciężarem. Opowiadam także o ich zmaganiu się z oceną społeczeństwa, o wykluczeniu, niezrozumieniu. Jest to również, a może przede wszystkim, opowieść o pasji. O miłości do tego, co sprawia największą przyjemność. O miejscach, w których czas płynie wolniej, a serce bije szybciej.

 

Mówi się o Tobie jako autorce komfortowych opowieści, otulających jak koc, pełnych ciepła, tymczasem przesłaniem, które przekazujesz w książkach, chyba dodajesz im trochę goryczy, prawda? Trudnościami, które sprowadzasz na bohaterów, lubisz nieco namieszać im w życiu.

Uwielbiam pod tym kocem zostawić coś, co sprawi, że moja opowieść nie będzie kolejną, o której prędko się zapomni. Chcę, by czytelnicy i czytelniczki mieli z niej coś dla siebie. Coś, co zostanie z nimi na długo. Choć uwielbiam łamać serca, lubię także zostawiać coś miłego. Cieszy mnie chociażby myśl, że po lekturze „Let Me In” słoneczniki i obrazy van Gogha podsuwają czytelnikom w myślach właśnie moją historię.

 

Do tego wątki romantyczne, dodajmy bardzo subtelnie poprowadzone w Twoich powieściach – uważasz, że da się napisać książkę dla odbiorców nurtu young adult bez elementu romansowego?

Na pewno się da! Absolutnie tego nie wykluczam. Choć – mówię wyłącznie za siebie – absolutnie nie byłabym w stanie! Uwielbiam romanse, mam nieuleczalną duszę romantyczki. Uwielbiam czułe gesty i powoli rodzące się uczucia. Mimo że wątek romantyczny w moich książkach nigdy nie gra pierwszych skrzypiec, zawsze musi być!

 

A jak zmieniłaś się na drodze od debiutu do Twojej najnowszej książki „Keep Me In”?

„Keep Me In” jest moją ósmą książką. Czuję, że jako autorka na przestrzeni lat nie tylko dojrzałam, ale także stałam się lepsza. Nauczyłam się lepiej rozbudowywać swoje historie, w ciekawszy sposób je opowiadać i patrzeć na nie z perspektywy czytelnika.

 

Planujesz odkryć dla czytelników świat kolejnego malarza?

Oczywiście! Choć są to plany raczej dalsze niż bliższe. Mam w głowie jednego artystę, powoli układa mi się ta historia – na razie jednak zostawię jego nazwisko w tajemnicy.

 

Na koniec konkluzja związana z „Keep Me In”. Czy świat potrzebuje więcej artystów?

Świat potrzebuje więcej osób, które mają odwagę dzielić się z innymi swoją pasją. Potrzebuje artystów, którzy nie będą się bali oceny, nie rzucą pędzla w kąt, gdy poczują, że coś im nie wychodzi, a będą śmiało rozwijać swój talent. Świat zdecydowanie potrzebuje ich barwności.