Recenzje
Życie w fast foodzie. Co czeka McCzłowieka
Maxxxymy Skowrona. Wydanie Pierwsze Poprawione
Junior sam w domu albo Oskar de la Mancha, Rycerz Nieasertywnego Oblicza i Ludzie, których lubię najmniej
Junior sam w domu albo Oskar de la Mancha, Rycerz Nieasertywnego Oblicza i Ludzie, których lubię najmniej
Aktora przyprawiłem w ostrym sosie antypatii i bez spożywania spuściłem w ubikacji -- o wrzody na żołądku trzeba dbać. Dla pewności dwa razy ciągnąłem za skobelek...
I wtedy wpadła mi w ręce jego książka "Junior sam w domu albo Oskar de la Mancha, Rycerz Nieasertywnego Oblicza i Ludzie, których lubię najmniej". Już sam tytuł wywołał burzę niezlasowanych jeszcze życiem w tym kraju komórek mózgowych. Znając nieco (nawet jeśli to "nieco" oparte jest na doniesieniach prasowych) realia życia w Hollywood nie dziwi ostatni jego człon. Tam wszyscy się sympatycznie nienawidzą, a lista wzajemnych antypatii przebiłaby niejedną książkę telefoniczną średnio-dużego miasta.
Zastanowiło użycie sformułowań "Oskar de la Mancha" -- co w czasach, gdy większa część amerykańskiej młodzieży nie potrafi pokazać na mapie sąsiadującej z USA Kanady, świadczy o wiedzy/oczytaniu autora, oraz "Nieasertywnego" -- co w dobie sms-owych nieortograficznych skrótów myślowych zadziwia podwójnie. Prawdziwe zaskoczenie przyszło jednak, kiedy okazało się, że nie trzymam oto w ręku kolejnej wygładzonej biografii hollywoodzkiej gwiazdy, spisanej przez dorabiającego na boku akademika, po kilku seansach terapeutycznych wynurzeń, lecz... No właśnie. Z czym tak właściwie mamy do czynienia?
Już od pierwszych stron Culkin przekonuje nas do swego literackiego dyletanctwa -- mało tego -- prawie do wtórnego analfabetyzmu, która to cecha skutecznie utrudnia: jemu -- pisanie, nam zaś -- zamierzony odbiór przekazu! Aż trudno w to uwierzyć, bowiem podobnego pióra mógłby mu pozazdrościć niejeden domorosły pisarzyna (czyli jakieś 80% nazwisk zalegających społem i hurtem w księgarniach).
Sama książka to jeden wielki pocięty na nierówne kawałki monolog Juniora (bo tak nazwał się autor). Raz jest to fragment opowiadania, raz lista osób nielubianych (co Ci chłopie zrobił Kopernik!), raz opatrzona napisem "pusta strona" pusta strona. Choć sam Culkin wielokrotnie zwraca się do Czytelnika, odnosi się wrażenie, że "Junior" to książka pisana dla niego samego, że to spowiedź w pustym konfesjonale, to próba samooczyszczenia i samorozgrzeszenia. W kilku miejscach monolog przekształca się w rozmowę z ojcem, z którym nigdy nie miał dobrych stosunków i którego szczerze nienawidził, przybierającą formę niewysłanych listów. Macaulay stawia mu długą listę zarzutów, które skutecznie wypaczyły życie jemu i jego matce, choć nie unika odpowiedzialności za swój, o wiele większy w obliczu przewin ojca -- grzech zaniechania, brak reakcji, spolegliwość.
Książka nie jest jednak pasmem nienawistnych zarzutów, jest również świadectwem przeżywanej miłości i zrozumienia swego dotychczasowego życia. Jest również listą marzeń i planowanych zmian. Choć Junior nie stawia grubej kreski w życiorysie i nie odżegnuje się od przeszłości, to daje jasno do zrozumienia, że dorósł i doświadczył błogosławieństwa dojrzałości.
Nie lubiłem Macaulay′a Culkina, lecz po lekturze "Juniora" musiałem zrewidować swoje poglądy. Choć nadal uważam, że chłopina w "Kevinach sam... gdzieś tam" grał jakby połknął kij od szczotki wraz z włosiem i szufelką, to jego plastelinkowa twarz nie wzbudza już odruchów wymiotnych, powiem więcej -- zaczyna budzić sympatię. Choć książkę szczerze polecam (w 10-stopniowej skali mocna ósemka), to nadal nie mogę zrozumieć czemu aktor dołączył naszego astronoma do listy osób nielubianych. W całej książce nie padło ani jedno złe słowo na słabą płeć, a przecież Kopernik również była kobietą!