Zakończenie losów bohaterów serii książek jest dla autora zamknięciem pewnego etapu. Towarzyszy temu często wiele emocji. Teraz, kiedy na półki księgarń trafił finałowy tom trylogii Angeliki Łabudy „Destination”, pytamy autorkę o kulisy powstawania historii Ruby i Tristana, proces twórczy i wyzwania, jakie pojawiły się na jej drodze w czasie pisania wszystkich trzech tomów. Zapraszamy do lektury!
Czy plan na całą trylogię miałaś od początku jej tworzenia, czy pozwalałaś mu się zmieniać z każdym kolejnym tomem?
Kiedy tworzyłam „Reflection”, wiedziałam jedno: nie dam rady zmieścić tej historii w jednej części, ale też nie byłam do końca pewna, ile tomów finalnie wyjdzie. W trakcie pisania często bywa tak, że bohaterowie przejmują nade mną kontrolę i plan, który układałam sobie skrupulatnie w głowie, przestaje mieć znaczenie, ponieważ pewne wątki i sceny ulegają modyfikacjom – jedne są skracane, inne z kolei rozbudowywane.
Co Cię najbardziej zaskoczyło w odbiorze „Reflection”, „Attention” i „Destination”?
Chyba autentyczność. Pierwszy raz w całej mojej przygodzie z pisaniem spotkałam się z tak szczerymi i emocjonalnymi recenzjami. Niejednokrotnie otrzymywałam wiadomości od swoich czytelników, że ta historia stała się bliska ich sercom, ponieważ w jakimś stopniu pomogła im zmienić życie. Dla mnie jako autorki to radość, dla mnie jako człowieka – ogromna duma, że mogłam komuś pomóc.
Co było największym pisarskim wyzwaniem przy tworzeniu trylogii „Reflection”?
Największym wyzwaniem było wcielić się w postać Tristana Blackwella. To był niezwykle wymagający bohater, nie tylko z racji wykonywanego zawodu, ale również dlatego, że wiele w życiu przeszedł, a na dodatek to mężczyzna. Dużo łatwiej tworzy mi się kobiece postaci, łatwiej jest mi oddać ich sposób myślenia, nawet jeśli są kompletnie inne ode mnie. Postać Tristana była bardzo skomplikowana. Chciałam go przedstawić jako osobę godną zaufania, ambitną, odnoszącą sukcesy jako psycholog, ale również jako zwykłego człowieka, takiego, który popełnia błędy, jak każdy ma gorsze dni, traumy i własny bagaż emocjonalny.
„Destination” to finałowy tom, a czy Ty sama już pożegnałaś się z bohaterami?
Sądzę, że to niemożliwe pożegnać się raz na zawsze z bohaterami trylogii. Ruby, Tristan, Astrid, Dexter – każde z nich ma w sobie cząstkę mnie, która będzie mi o nich przypominać do końca życia. Poza tym, jak możemy przeczytać w „Destination”, to był dopiero początek ich historii, nie koniec.
Co zawdzięczasz historii Ruby i Tristana, a także pozostałych bohaterów trylogii?
Zawdzięczam im wiele, począwszy od ogromnej determinacji i siły do walki o samych siebie. Jednak najbardziej jestem im wdzięczna za pokazanie – nie tylko mnie, ale wszystkim moim czytelnikom – jak wyjątkowymi są ludźmi. Chciałabym, aby dedykacja z „Reflection”, pierwszego tomu, mocno utkwiła wszystkim w głowach. Aby nikt nigdy nie zwątpił w siebie i nie poczuł się gorszy, bo jest inny niż wszyscy. Odmienność jest zaletą, a nie wadą, której mamy się wstydzić. To ona sprawia, że ten świat jest tak różnorodny.
Co sądzisz o takich stwierdzeniach jak „ból jest w modzie”, „im bardziej zaboli, tym lepiej”?
Och, uwielbiam te stwierdzenia! Książki powinny dostarczać czytelnikom emocji. Uważam, że te bardziej bolesne, prawdziwe wyciskacze łez, dostarczają ich najwięcej.
Która spośród napisanych przez Ciebie książek zajmuje szczególne miejsce w Twoim sercu?
Chyba „Reflection” i „Narzeczona na zamówienie” – są na równi, trudno wybrać jedną. Gdybym już musiała, to chyba skłoniłabym się bardziej ku „Reflection”, bo to książka zmieniająca spojrzenie na otaczający nas świat.
Co chciałabyś przekazać czytelniczkom i czytelnikom trylogii „Reflection”?
W moich oczach Wasze odbicie było, jest i będzie najpiękniejszym obrazem, jaki w życiu widziałam. Nigdy o tym nie zapominajcie. Spełniajcie swoje marzenia i walczcie o nie. Lepiej przegrać, walcząc, niż poddać się i nic nie zrobić.

