Recenzje
Dług Josephine. W kajdanach lojalności
Przychodzę do Was z recenzją kolejnego tomu serii Pozorów od Moniki Rutki. Tak szczerze Wam powiem, że nie miałam dużych oczekiwań i w sumie nie cieszyłam się, aż tak bardzo na tę premierę, ponieważ liczyłam na kontynuację historii Grace i Damiena. Jednakże po kilku wcześniej opublikowanych fragmentach, bardzo się podekscytowałam tą częścią i zaczynając ją byłam jej ciekawa. Główna bohaterka jest silną i inspirującą postacią. Bardzo ją polubiłam i miło mi się ją czytało. Z kolei James to dla mnie tajemnica, jest to bohater, od którego bije wyrafinowanie i spokój, jednak niektóre karty już odkrył przed Josephine, a ja czekam na całą talię. Odkrywanie coraz nowych sekretów i intryg napędza książkę, a fabuła sama się kręci. Czekam na kolejny tom, bo wiele spraw jest do wyjaśnienia, a zakończenie pozostawiło mnie z otwartą buzią.
Aberracja mroku
𝐨𝐜𝐞𝐧𝐚: 5/5 ༄ "𝐀𝐛𝐞𝐫𝐫𝐚𝐜𝐣𝐚 𝐦𝐫𝐨𝐤𝐮" to książka, która pochłonęła mnie od pierwszych stron i wciągnęła do świata pełnego sztuki, tajemnic oraz obsesji. ༄ Na początku poznajemy 𝐑𝐞𝐧𝐞𝐬𝐞 𝐀𝐬𝐭𝐨𝐫 - kobietę obdarzoną niezwykłą urodą, która zamiast darem okazuje się jej największym przekleństwem. Sprawia, że staje się zakładniczką własnego ciała. Ludzie widzą w niej jedynie piękną twarz i obiekt pożądania, nie dostrzegając tego, co kryje się pod powierzchnią. A przecież jej osobowość jest naprawdę godna poznania. Szczególnie urzekła mnie jej fascynacja sztuką oraz sposób, w jaki o niej opowiada.. Tym bardziej boli fakt, że nawet jej własny ojciec uważa, że nie ma nic do zaoferowania poza urodą. Każde słowo wypowiedziane przez tego okropnego człowieka sprawiało, że krajało mi się serce. Bo jak własny rodzic może patrzeć na swoją córkę w tak okrutny sposób? Relacja Renese z ojcem jest jedną z najbardziej bolesnych i poruszających części tej historii. Pokazuje, jak ogromny wpływ na człowieka mają słowa najbliższych. To właśnie przez niego dziewczyna postrzega mężczyzn jako coś odpychającego, a wszelkie bliższe relacje budzą w niej strach i dyskomfort. Dlatego konsekwentnie ich unika. ༄ Wszystko zmienia się jednak w chwili, gdy na jej drodze staje tajemniczy 𝐉𝐚𝐬𝐯𝐞𝐫 𝐋𝐚𝐧𝐠𝐟𝐨𝐫𝐝. Ku własnemu zaskoczeniu Renese nie odczuwa przy nim lęku. Wręcz przeciwnie, po raz pierwszy od bardzo dawna czuje się bezpieczna. Jasver nie traktuje jej jak trofeum ani nie skupia się wyłącznie na jej wyglądzie. Nie narusza jej granic, nie zasypuje pustymi komplementami dotyczącymi urody. Zauważa w niej człowieka, jej charakter, zainteresowania i sposób myślenia. I myślę, że właśnie za to bardzo szybko zdobył moją sympatię i chęć odkrycia co kryje za tą swoją tajemniczą „aurą”. ༄ Wkrótce Renese i Jasver wchodzą w układ oparty na fałszywym związku. Dla niej ma być to szansa na uwolnienie się spod wpływu ojca tyrana, dla niego sposób na zadowolenie matki. Początkowo wszystko wydaje się działać idealnie. Ojciec Renese jest zadowolony, a ona po raz pierwszy od dawna otrzymuje od niego namiastkę pozytywnych emocji. Jednak jak to zwykle bywa, granice między prawdą a kłamstwem zaczynają się zacierać. Renese coraz bardziej angażuje się w tę relację i powoli akceptuje fakt, że Jasver zaczyna znaczyć dla niej znacznie więcej, niż powinien. A kiedy okazuje się, że mężczyzna ma związek z jej ukochanym malarzem, sprawy stają się jeszcze bardziej intrygujące. ༄ Muszę przyznać, że dość szybko domyśliłam się pewnego powiązania między Jasverem a idolem Renese. Był to dla mnie przewidywalny kierunek fabuły, ale mimo wszystko z ogromnym zaciekawieniem wyczekiwałam momentu, w którym główna bohaterka pozna prawdę. Podobało mi się, że po odkryciu kart, nie rozdmuchała się z tego wielka afera, co jest częstym zabiegiem w książkami i miejscami niepotrzebnym. ༄ I choć sam "plot twist" nie był wielkim zaskoczeniem, to jest jednym z tych przyjemniejszych wątków. 𝐎𝐛𝐬𝐞𝐬𝐣𝐚 pielęgnowana przez lata, emocje przelewane na płótno i uczucia ukryte w kolejnych dziełach tworzą niezwykle romantyczny, ale też z nutką mroku obraz. Myślę, że ten motyw szczególnie przypadnie do gustu osobom, które lubią historie z elementami fascynacji i obsesji. ༄ Bardzo spodobało mi się również zestawienie dwóch zupełnie różnych 𝐫𝐞𝐥𝐚𝐜𝐣𝐢 𝐫𝐨𝐝𝐳𝐢𝐧𝐧𝐲𝐜𝐡. Z jednej strony mamy toksyczną i wyniszczającą więź Renese z ojcem, a z drugiej rodzinę Jasvera, która wnosi do tej historii mnóstwo ciepła. Jego matka, choć momentami szalona, jest kobietą o wielkim sercu. Z kolei jego ojciec od razu reaguje, gdy dowiaduje się, przez co przechodzi Renese. To drobne momenty, ale właśnie one pokazują, jak powinna wyglądać prawdziwa troska o drugiego człowieka. Nie mogę też nie wspomnieć o braciach Jasvera, którzy szybko przyciągnęli moją uwagę i sprawili, że z przyjemnością przeczytałabym więcej o tej rodzinie. ༄ "𝐀𝐛𝐞𝐫𝐫𝐚𝐜𝐣𝐚 𝐦𝐫𝐨𝐤𝐮" to pozycja zdecydowanie godna uwagi. Jeśli lubicie tajemnice, motyw fake dating, skomplikowane relacje rodzinne oraz sztukę przedstawioną z niezwykłą pasją, ta książka może być idealna dla was. To historia o wolności, potrzebie bycia dostrzeżonym oraz o uczuciach, które potrafią być równie piękne, co obsesyjne.
Aberracja mroku
Muza rockmana
Sięgając po „Muzę rockmana”, byłam przekonana, że czeka mnie po prostu lekka historia miłosna z muzycznym tłem, taka idealna na jeden, może dwa wieczory. Taka, która umili czas, trochę rozczuli, trochę rozbawi i pozwoli na chwilę oderwać się od rzeczywistości. Tymczasem dostałam coś o wiele mocniejszego. Prawdziwy rollercoaster emocji, który nie tylko mnie wciągnął, ale też kilka razy autentycznie ścisnął za serce. To jedna z tych książek, które zaczynasz z nastawieniem na przyjemny romans, a kończysz z ciężarem emocji, wzruszeniem i tym nieprzyjemnie pięknym uczuciem, że ta historia została z tobą na dłużej. I przyznam się, uroniłam przy niej kilka łez. To, co zrobiło na mnie największe wrażenie, to fakt, że ta powieść wcale nie jest prostą historią o zakochiwaniu się. Owszem, romans jest tu bardzo ważny, ale pod warstwą przyciągania, rozmów i rodzącego się uczucia kryje się coś znacznie głębszego. To opowieść o tym, jak bardzo nasze życie potrafią naznaczyć decyzje podjęte przez innych ludzi. O tym, że czasem ponosimy konsekwencje cudzych wyborów, cudzych błędów, cudzej słabości i właśnie w tym tkwi największa niesprawiedliwość. Bo można być niewinnym, a mimo to musieć dźwigać ogromny ciężar. Ta książka bardzo mocno pokazuje, że przeszłość nie zawsze należy tylko do tych, którzy ją stworzyli czasem najmocniej uderza w tych, którzy nie mieli na nią żadnego wpływu. Powieść podkreśla, jak bohaterowie muszą zmierzyć się z konsekwencjami decyzji innych osób i z tajemnicami, które rzutują na ich życie. Ogromnie podoba mi się również to, że Penelope potrafi zaskoczyć. Naprawdę nie spodziewałam się tego, co wydarzyło się w tej książce a to, moim zdaniem, jest już spory wyczyn. W czasach, gdy tak wiele romansów opiera się na podobnych schematach, naprawdę trudno mnie czymkolwiek zdziwić. A tutaj? Udało się. To nie jest zwrot akcji wrzucony po to, żeby zaszokować czytelnika. To taki moment, po którym człowiek zatrzymuje się na chwilę i myśli: tego absolutnie się nie spodziewałam. Bohaterowie to kolejny ogromny atut tej książki. Emily Applewood od początku wzbudza sympatię. Jest młoda, ale jednocześnie silna, wrażliwa, naturalna i autentyczna; nie zna świata wielkich gwiazd od podszewki, nie zachwyca się nim bezmyślnie i właśnie dlatego tak dobrze wypada na tle rockowego otoczenia. Jest delikatna, ale nie słaba. Pogubiona, ale nie bezwolna. Jest też dość mocno poturbowana przez życie. Ma jednak w sobie coś bardzo prawdziwego i chyba właśnie dlatego tak łatwo ją polubić. Tristan Daltrey z kolei nie jest tylko stereotypowym rockmanem z plakatu. Owszem, ma wszystko, czego można się spodziewać po gwieździe rocka jest starszy, charyzmatyczny, ma surowy wygląd, tatuaże i charakterystyczny głos, wiele kobiet no i jest obiektem westchnień. Ale jednocześnie jawi się jako ktoś spokojny, dojrzały i bardzo uważny. Nie jest wydmuszką zbudowaną z seksapilu i sławy. To bohater, w którym widać emocjonalną głębię, zmęczenie życiem na pokaz i potrzebę autentycznej więzi z ludźmi, którzy niczego od niego nie chcą. I właśnie dlatego tych dwoje od razu się lubi, a ja, jako czytelniczka od razu lim kibicowałam. Między nimi nie ma tylko fizycznego przyciągania czy typowego dla romansów iskrzenia. Ich relacja rozwija się przez rozmowy, przez obecność, przez wzajemne dostrzeganie w sobie czegoś więcej. Bardzo doceniam też to, że „Muza rockmana” nie opiera się wyłącznie na romantycznych kliszach. To historia o bólu, o tajemnicach, o próbie pogodzenia się z przeszłością, ale też o wybaczeniu i o tym, że bez niego trudno pójść dalej. Autorka pokazuje, jak ważne jest przepracowanie bólu i nauczenie się życia mimo ciężaru przeszłości. I rzeczywiście, ta książka ma w sobie emocjonalną szczerość, której się nie spodziewałam. Podsumowując: spodziewałam się lekkiego romansu, a dostałam historię, która naprawdę mną poruszyła. To książka o miłości, ale nie tylko. To również opowieść o niesprawiedliwości losu, o konsekwencjach cudzych decyzji, o dźwiganiu ciężarów, których wcale nie powinno się nieść. To historia, która zaskakuje, boli i wzrusza, a przy tym daje bohaterów, których naprawdę da się polubić od pierwszych stron. Jeśli ktoś szuka romansu z emocjonalną głębią, tajemnicą i bohaterami, którzy nie są papierowi, to „Muza rockmana” zdecydowanie jest tytułem wartym uwagi.
W jego rękach. Iluzja
Niektóre drzwi lepiej zostawić zamknięte. Problem w tym, że Ayleen nie miała takiego wyboru. Kiedy pojawiła się szansa na zdobycie pieniędzy na leczenie mamy, weszła do świata, z którego nie tak łatwo się wydostać. A ja przepadłam w tej historii od pierwszych stron. Od pierwszych stron bardzo współczułam Ayleen. To młoda dziewczyna, która nie marzy o wielkiej miłości czy przygodach. Ona po prostu chce uratować swoją mamę. Kiedy pojawia się szansa na dobrze płatną pracę, trudno się dziwić, że ją przyjmuje. I właśnie wtedy zaczyna się coś, co wywołuje coraz większy niepokój. Największe emocje wzbudził we mnie Collin. To bohater, którego trudno polubić, ale jeszcze trudniej przestać obserwować. Jest niebezpieczny, bezwzględny i budzi strach, a mimo to między nim a Ayleen pojawia się napięcie, które sprawia, że chce się czytać dalej. Ciągle zastanawiałam się, jakie są jego prawdziwe intencje. Autorka umiejętnie pokazuje świat pełen sekretów, manipulacji i pozorów. Przez większość książki nie miałam pewności, komu można ufać. Kilka razy zmieniłam zdanie na temat bohaterów i wydarzeń, co tylko zwiększało moje zaangażowanie. Najbardziej poruszył mnie jednak wątek poświęcenia dla bliskiej osoby. Ayleen wielokrotnie staje przed trudnymi wyborami i pokazuje, jak wiele człowiek jest w stanie zrobić dla kogoś, kogo kocha. To książka pełna emocji, napięcia i niebezpiecznej fascynacji. Jeśli lubicie historie, w których granica między dobrem a złem nie jest oczywista, a bohaterowie mają swoje mroczne tajemnice, to zdecydowanie warto po nią sięgnąć. Po zamknięciu ostatniej strony zostało mi jedno pytanie: ile bylibyśmy w stanie poświęcić, gdyby los postawił nas pod ścianą tak jak Ayleen? Czytajcie,polecam.