Bony podarunkowe Podaruj prezent
ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

W uścisku żywiołów. El Condor Rio Colca

Książka "W uścisku żywiołów. El Condor Rio Colca" jest zapisem zmagań członków gliwickiego Akademickiego Klubu Turystycznego „Watra" i ich przyjaciół z kanionem Colca, zakończonych ostatecznie sukcesem - eksploracją niezbadanej części przełomu. Opowieść Krzysztofa Mrozowskiego przenosi nas w świat przygody, walki z surową przyrodą andyjskiej rzeki, a także mierzenia się z własnymi słabościami. Dla rodzimej literatury podróżniczej stanowi zaś najpełniejszy, źródłowy zapis niezwykłej wyprawy odkrywczej, zamykającej niemal 30-letnią historię polskiej eksploracji najgłębszego kanionu świata.
Goniec Górnośląski 2011-12-22

Filozofia sukcesu, czyli f**k it

Od razu ostrze­gam osoby wyczu­lone na „brzyd­kie słowa”: w tej recen­zji padną wul­ga­ry­zmy. Bowiem recen­zo­wana pozy­cja posiada spe­cjalną dedy­ka­cję: Dla rosną­cej na całym świe­cie armii tych, co to pieprzą

Szybki prze­gląd małej, czar­nej ksią­żeczki z szel­mow­sko uśmiech­nię­tym ludzi­kiem na okładce naprawdę mnie zacie­ka­wia (a to zja­wi­sko dość rzadko spo­ty­kane) – czuję, że to będzie nie­złe! Z początku myśla­łam, że F**k it to raczej forma żartu. Pod­ty­tuł głosi bowiem: Pieprz swój plan na dziś. Niech wyda­rzy się coś nie­sa­mo­wi­tego. Czyżby jakaś satyra na wszel­kiej maści porad­niki o poszu­ki­wa­niu dobrego samo­po­czu­cia? Troszkę tak – auto­rzy igrają sobie z czy­tel­ni­kami i pusz­czają do nich oko. Prze­cież każdy z nas pra­gnie, by szarą codzien­ność wypeł­niło jakieś nie­zwy­kłe wyda­rze­nie, wielka miłość, no, osta­tecz­nie inte­res życia. Wszy­scy o tym marzymy, do tego dążymy, ale… dla­czego tak nie jest?

Zacznijmy od tego, że filo­zo­fia „Pieprz to” naprawdę ist­nieje! Trzeba wie­dzieć, że owo uro­cze wyra­że­nie nie jest oznaką osten­ta­cyj­nie lek­ce­wa­żą­cego sto­sunku do rze­czy­wi­sto­ści – to cały światopogląd, który stwo­rzyli auto­rzy książki, John C. Par­kin i Gaia Pol­lini. Opi­sany w książce
nie­ty­powy punkt widze­nia to wynik dłu­go­let­niego zagłę­bia­nia się w mądro­ści Wschodu, upra­wia­nia jogi, łącze­nia się ze swoją Wewnętrzną Naturą i… nie odna­le­zie­niu w nich uko­je­nia. Pew­nego dnia po pro­stu powiedzieli:

Dosyć! Pie­przyć to! Tak dalej nie będzie, czas na zmiany!

Filo­zo­fia „Pieprz to” ma swój począ­tek razem z zało­że­niem przez auto­rów w sercu Włoch ośrodka wypo­czyn­ko­wego The Hill That Bre­aths. Powo­łali do życia nie tylko prze­piękne miej­sce ucieczki od dnia codzien­nego, lecz także całą ide­olo­gię oparli o te dwa klu­czowe słowa. Lecz co tak naprawdę zna­czy „Fuck it”? Olej coś, zlek­ce­waż, nie przy­wią­zuj do tego tak wiel­kiej wagi, „Polu­zuj tam, gdzie cię ciśnie”, jak pod­po­wiada napis na tyl­nej stro­nie okładki. Sami auto­rzy wie­lo­krot­nie pod­kre­ślają, że klu­czem jest uprasz­cza­nie, pro­wa­dzące do wyzwolenia.

Jakie są naj­waż­niej­sze ele­menty kon­cep­cji „Pieprz to”? I co wła­ści­wie mamy pie­przyć? Par­kin i
Pol­lini pod­kre­ślają, że naj­waż­niej­sze to uświa­do­mić sobie, że ota­cza­ją­cego świata nie należy
odbie­rać aż tak bar­dzo poważ­nie. Słowa „Fuck it” kryją w sobie rów­nież, akcep­ta­cję naszych
sła­bo­ści i tole­ran­cję wobec innych ludzi. Masz się przej­mo­wać krzy­wym spoj­rze­niem sąsiadki i zepsuć sobie cały dzień? Pieprz to! Nie możesz już słu­chać, jak w tele­wi­zji wciąż mówią o woj­nach, poli­tyce, sek­sie, pie­nią­dzach (lub ich braku), prze­mocy i bie­dzie? Pieprz to – nie oglą­daj wia­do­mo­ści przez tydzień. Męczą cię sztywne kon­we­nanse życia spo­łecz­nego? Pieprz to: połóż się na
pod­ło­dze w cen­trum han­dlo­wym i zrób na niej orzełka!

Kolejna nie­spo­dzianka: prawdę powie­dziaw­szy, jest to raczej książka nie do czy­ta­nia, a…
oglą­da­nia. Tek­stu jest nie­wiele (uprasz­cza­nie!), a za ozdobę służą pro­ste, wesołe rysunki synów auto­rów. W moim przy­padku się udało: prze­glą­da­jąc kolejne strony, czy­ta­jąc zało­że­nia filo­zo­fii „Pieprz to” i oglą­da­jąc prze­za­bawne ilu­stra­cje – śmia­łam się do roz­puku. Bo koniecz­nie trzeba zwró­cić uwagę na to, że także poprawa nastroju jest celem tej książki! Odczu­wa­nie rado­ści,
szczę­ścia i speł­nie­nia, świa­do­mość bycia we wła­ści­wym miej­scu i czy­nie­nia tego, co naprawdę lubimy – czyż nie jest to sens życia dla więk­szo­ści z nas? Jed­nak bar­dzo czę­sto dusimy się w
znie­na­wi­dzo­nej pracy, pośród kole­gów, któ­rych tak naprawdę szcze­rze nie zno­simy; mamy kło­poty w życiu rodzin­nym i narze­kamy na wszystko i wszyst­kich. Wtedy też szu­kamy cze­goś, co
pomo­głoby nam prze­zwy­cię­żyć te trudne chwile. A gdyby po pro­stu to wszystko… pie­przyć? Nie brać do sie­bie wszyst­kich zło­śli­wo­ści, nie ule­gać pre­sji oto­cze­nia, pozwo­lić sobie na szarą
prze­cięt­ność i nie uczest­ni­czyć w wyścigu szczu­rów? Kiedy zasto­su­jesz tumi­wi­sizm prak­tyczny i powiesz całemu światu, że cię on nie obcho­dzi, poczu­jesz się wolny. I o to chodzi!

Pod tym ironiczno-​​zabawnym tytu­łem, „F**k it” dotyka naprawdę waż­nych aspek­tów naszej codzien­no­ści. Znaj­dziemy tam tematy zaha­cza­jące o psy­cho­lo­gię i socjo­lo­gię, głów­nie kwe­stie
doty­czące czło­wieka jako odręb­nej istoty oraz egzy­sten­cji jed­nostki pośród innych. Nie jeste­śmy bowiem samot­nymi wyspami, jeste­śmy z ludźmi, bo jest to fun­da­ment czło­wie­czeń­stwa. Jak ma się do tego filo­zo­fia „Pieprz to”? Auto­rzy zwra­cają uwagę na to, że zado­wo­le­nie z samego sie­bie to pod­stawa popraw­nych rela­cji z oto­cze­niem – bez tego będziemy czuli, że coś jest nie tak, że nie znaj­du­jemy się w połą­cze­niu z naszą praw­dziwą istotą. W ów pedan­tyczny, ściśle upo­rząd­ko­wany świat powin­ni­śmy wnieść tro­chę luzu, zapo­mnieć o nie­speł­nio­nych marze­niach i skon­cen­tro­wać się na rado­ści z tego, co drobne, lecz piękne. Warto cza­sami pie­przyć to, pozwo­lić sobie na małe
przy­jem­no­ści i zasza­leć – prze­cież wszystko jest dla ludzi.

Lek­tura Filo­zo­fii suk­cesu powo­duje, że czy­tel­nik uśmie­cha się od pierw­szej do ostat­niej strony. Z książki pły­nie ogromna ilość pozy­tyw­nej ener­gii, która naprawdę się udziela (nabra­łam nie­opi­sa­nej wręcz ochoty, by pie­przyć to i usnąć na łóżku w Ikei, a pod­czas podróży tram­wa­jem popi­sowo wyko­nać Bohe­mian Rhap­sody). Powiedz sobie: „Pieprz to” i zaproś świad­ków Jehowy na her­batę! Pieprz strach przed porażką – zdo­bądź się na odwagę i wyznaj miłość oso­bie, która skry­cie ci się podoba. Pieprz swój har­mo­no­gram i wyrzuć całą listę rze­czy do zro­bie­nia. A kiedy sprawy idą źle, pieprz to i idź dalej. W końcu nikt nie umarł.

Trudno mi jed­no­znacz­nie wska­zać, co w tej książce podo­bało mi się naj­bar­dziej. Jej pro­sty,
nie­skom­pli­ko­wany język? Żarto­bliwa forma w myśl zasady „bawiąc-​​uczyć”? Czy może fakt, że
filo­zo­fia „Pieprz to!” jest… sku­teczna? Treść skła­nia do tego, by zasta­no­wić się nad swoim życiem i odpo­wie­dzieć sobie na pyta­nia: Czy jesteś zado­wo­lony z tego, gdzie się znaj­du­jesz i co robisz? Jak pod­cho­dzisz do świata, czy wsłu­chu­jesz się cza­sami w to, co mówi ci twoje serce? Czy jesteś szczęśliwy?

Jeśli na któ­reś z powyż­szych pytań odpo­wie­dzia­łeś prze­cząco, to… już wiesz, co masz zrobić.
Bookznami.pl Agata Omelańska, 2012-01-02

Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata

Już sam pomysł, aby wybrać się w podróż po Tybecie na rowerze, uznałem biorąc relację z niej do ręki z zaciekawieniem, za trochę zwariowany. W trakcie lektury okazało się, że były to dwie samotne wyprawy.

I to w okresach niezbyt, delikatnie to określając, sprzyjających poznawaniu tego regionu świata. W lecie, a więc okresie pory deszczowej i w lutym, gdy szaleją wichury, mrozy przekraczają 30 stopni, a śniegi potrafią tam zablokować drogi i przełęcze na dłużej.

A jednak autorowi książki wydanej przez „Bezdroża” w serii „Szlaki ludzi ciekawych” obie wyprawy udały się, chociaż nie bez niemiłych przygód. Z których część była do uniknięcia, gdyby starczyło mu czasu, a może i chęci, aby się do niej lepiej przygotować nie tylko pod względem sprzętu, ale również wiedzy o realiach kraju, do którego zamierza pojechać.

Co prawda na końcu książki znajduje się 17 pozycji bibliograficznych z których autor korzystał lub coś cytował, ale tylko kilka z nich dotyczy Tybetu. Przy czym jedna to relacja z podróży po fragmencie tego regionu Azji w końcu… XIX w. Głównym źródłem wiedzy o kraju i trasie, z którego, jak wynika z lektury książki, korzystał podróżnik, był przewodnik rowerowy „Tibet Overland” Kyma McConnell’a … pominięty w bibliografii.

I 3 mapy bardzo istotnie różniących się w szczegółach. A przecież dostępnych jest przynajmniej kilka ciekawych przewodników i książek o Tybecie zarówno w języku polskim, jak i obcych. O licznych, pełnych informacji relacjach podróżników w czasopisamch już nie wspominając.

Czytając „Campę w sakwach czyli rowerem na Dach Świata” odnosiłem jednak wrażenie – być może mylne i dla niego krzywdzące, że autora bardziej interesowała sama podróż, pokonywanie w tak trudnych terenowo i klimatycznie warunkach przestrzeni rowerem, niż sam kraj.

Owszem, trochę ludzie, chociaż wielokrotnie wspominał o barierach językowych, które uniemożliwiały dowiedzenia się czegoś o nich i ich życiu. Trochę krajobrazy z paroma ładnymi ich opisami, gdy gdzieś zatrzymywał się na chwilę lub dłużej. Bo, co stwierdził jednoznacznie, w czasie jazdy nie myśli się o niczym poza drogą.

Podróżuję po świecie od paru dziesiątków lat starając się zobaczyć jak najwięcej, zwłaszcza tego, co jest najistotniejsze dla danego kraju, jego dziejów i kultury. Tym trudniej było mi zrozumieć, jak będąc trzykrotnie w Pekinie, nawet traktowanym tylko jako punkt przesiadkowy, autor nie poświęcił chociażby odrobiny czasu na poznanie najważniejszych zabytków tego miasta.

A wręcz zaszokował fakt, że mając do dyspozycji w sumie ponad 2 tygodnie w stolicy Tybetu Lhasie, jeden z najsłynniejszych zabytków świata – Pałac Potala, byłą siedzibę dalajlamów zamienioną w muzeum, obejrzał tylko z zewnątrz. Nie znalazłem ani słowa w relacji z tej podróży, że w nim był, chociaż jest on przecież dostępny dla zwiedzających.

To trochę tak, jak gdyby bazylikę św. Piotra w Rzymie obejrzeć tylko z wylotu Via Conciliazione, a Wawel z drugiego brzegu Wisły. I to mając czas, aby poznać je dokładniej. W Lhasie autor wspomniał w paru słowach, że był w najważniejszym sanktuarium Tybetu – świątyni Jokhang. Ale już pominął szalenie ciekawy, ogromny bazar dla pątników i turystów wokół niej i na placu Barkhar.

A także najcenniejszy i starszy od niej klasztor Remoche, niewielką, ale bardzo ważną świątynię Tepe Klapkan, czy – również dostępny – letni pałac dalajlamów Norbulingka. W okolicach stolicy odnotował na połowie strony zwiedzenie klasztoru Sera – w tłumaczeniu „Ogrodzenia z róż”, wspomniał jednym zdaniem o klasztorze Drepung.

Z innych zabytków opisał 9–poziomową świątynię ( po tybetańsku mcz’od-rten ) Kumlon w mieście Gyantse, ale błędnie, także w opisie zdjęcia, nazywając ją stupą. Gdyż stupa to charakterystyczna, w kształcie kopuły, rzadziej wieży, sakralna budowla buddyjska. W której z reguły, chociaż nie zawsze, znajdują się szczątki lub prochy któregoś ze „świętych mężów” lub zasłużonych mnichów.

Z niedostępnym, bo nie ma do niego wejścia, wnętrzem. Zaś Kulon to świątynia z 72 kaplicami na kilku poziomach i tylko wieńczącą ten kompleks stupą. Kilkanaście wierszy autor poświęcił też opisowi klasztoru w Sakji, w innej części kraju. Wspomniał i zamaieścił jego zdjęcie - także na okładcde - klasztoru Rongpu pod Mount Everestem. I to już chyba wszystko.

Byłem w tamtych stronach, m. in. w Pekinie i Lhasie oraz ich okolicach, kilkanaście miesięcy przed autorem podróżując po Chinach i Tybecie, chociaż nie rowerem. Znam więc przynajmniej częściowo tamtejsze realia. Tym łatwiej mi ocenić to, co przeczytałem w książce. Jej najlepsze partie, to opisy prób uzyskania zgody na podróż do Tybetu i to rowerem. Mimo zapewnień chińskich urzędników i biur podróży w kilku miastach na trasie, że zwiedzanie tego autonomicznego regionu przez cudzoziemca na rowerze i w ogóle w pojedynkę jest zabronione oraz podlega karze. A następnie uzyskania przez autora książki, za równowartość kilkudziesięciu dolarów, "Permitu" uprawniającego do 10–dniowej podróży po Tybecie, podczas nielicznych policyjnych czy wojskowych kontroli drogowych okazywało się, że żadne inne dokumenty poza paszportem i ważną wizą chińską nie są potrzebne.

Na to, że jedzie on, rzekomo zabronionym rowerem ( autor nie dał się nabrać na wykupienie „specjalnego” nań zezwolenia za sporą kwotę ) uwagę zwracali tylko mieszkańcy miejscowości, przez które przejeżdżał. Z dużym zainteresowaniem czytałem również o parokrotnych próbach kupienia w Pekinie biletów na dalszą drogę.

Autobusowych, a gdy okazało się to niemożliwe, kolejowych na głównym dworcu w Pekinie. Najpierw do Lhasy, a gdy go przez kolejne dni "nie było", do Lanzhou. Aby stamtąd dostać się autobusami do Golmudu, planowanego miejsca rozpoczęcia podróży rowerem. Podróżowałem koleją też z tego dworca, z informacjami wyłącznie po chińsku.

Tylko w poczekalni dla cudzoziemców, ale aby się do niej dostać, trzeba mieć bilet, pojawiają się informacje po angielsku o konkretnych pociągach. Z kasjerami znającymi – w najlepszym razie – parę słów angielskich. Cudzoziemiec jest tam zupełnie bezradny, bo ilu z nich mówi lub chociażby czyta i pisze po chińsku?

Autor książki miał jednak w tym i paru kolejnych przypadkach sporo szczęścia natrafiając na młodych ludzi uczących się angielskiego, chcących go trochę poćwiczyć praktycznie i skłonnych do pomocy. Bo w Chinach generalna zasada jest taka – a opisy stosowania jej w praktyce należą również do bardzo ciekawych – że ludzie pytani o cokolwiek na ulicy czy w innych miejscach w języku obcym, w ogóle na to nie reagują.

Mijają pytającego jak powietrze. W obawie, jak pisze autor, przed tak ważną na Dalekim Wschodzie „utratą twarzy”. A obejmuje ona również niezrozumienie kogoś, czy niemożliwość odpowiedzi na jego pytanie. Pomija jednak, jakże nadal żywy w starszym i średnim pokoleniu, zakodowany z czasów maoistowskich strach przed konsekwencjami jakiegokolwiek kontaktu, nawet przypadkowego, z „obcymi”.

Nie obawia się tego tylko młodzież ucząca się angielskiego. Ale to, zwłaszcza w Tybecie, kropla w morzu spotykanych ludzi. Znakomicie czyta się też, barwnie opisane, podróże pociągami na długich trasach na podstawie najtańszych biletów. Sceny z niektórych pociągów PKP w okresie przedświątecznym, to w porównaniu z nimi idylla.

Podobnie jazd autobusami, czy korzystania z miejscowej gastronomii. W której cudzoziemcy, zwłaszcza, jak pisze autor, w lokalach bez menu w języku angielskim, płacą znacznie więcej niż miejscowi. W tej dziedzinie mam jednak zupełnie inne doświadczenia, chociaż dotyczą one nie przydrożnej gastronomii, ale miast.

Na spożycie posiłku wybieraliśmy w parę osób niewielkie restauracyjki, najwyżej o 5–6-ciu stolikach, w których nie widzieliśmy żadnej „bladej twarzy”. Wskazywaliśmy, bo o innym porozumieniu się z personelem nie było mowy, kilka dań wystawionych w gablocie lub aktualnie spożywanych przez innych gości i zamawialiśmy po jednym z nich oraz pustym talerzu dla każdego. I z każdej potrawy braliśmy po trochu. Jadając w sumie obficie, smacznie i za niewielkie pieniądze.
W relacji z podróży rowerem po Dachu Świata bardzo ciekawe są też spotkania z ludźmi. Zarówno niemiłe, jak dosyć nagminne domaganie się, niekiedy agresywne, pieniędzy za nic, nie tylko przez dzieci i młodzież. Z kuriozalną sytuacją, gdy przypadkowy tybetański rowerzysta, któremu polski podróżnik pomógł naprawić przebitą dętkę … zażądał pieniędzy. Chyba za to, że pozwolił sobie pomóc.

Bardzo niemiłe, a niestety powszechne, było obmacywanie – też nie tylko przez dzieci – zarówno gołych i owłosionych ( krótkie spodnie ) nóg autora, jak i otwieranie bez pozwolenia jego toreb oraz oglądanie co w nich jest. A nawet próby, raz udaną, bo sytuacja dla wlaściciela stała się niebezpieczna, a protest praktycznie niemożliwy, wybierania sobie z nich czegoś „na prezent”.

Równocześnie przypadkowo poznawani ludzie – opis tych spotkań i warunków w jakich żyją to przeważnie też interesujące fragmenty książki – udzielający podróżnikowi noclegu czy zapraszający go do wspólnego posiłku, często obrażali się, gdy próbował za to płacić. Chociaż zdarzali się i tacy, którzy wystawiali za to rachunek tak wysoki, jak w luksusowym hotelu czy restauracji. No cóż, nie tylko w Tybecie, ale i w wielu innych egzotycznych krajach panuje przekonanie, że przyjeżdżający do nich biali to bogacze, a więc powinni podzielić się swoim majątkiem.

Pomysł podróży rowerowej po Tybecie powstał wiosną, a jego realizacja nastąpiła w lecie 2006 roku. Czasu na solidne przygotowania do wyprawy i lektury było więc mało. Stąd może sporo zaskoczeń podróżnika i jego trudnych chwil na trasie. Autor poleciał do Pekinu samolotem. Następnie pociągiem i autobusami, z wieloma, jak już wspomniałem, przygodami dotarł do Lhasy – stolicy Tybetu, gdzie rozpoczął podróż rowerem.

Z niemiłym początkiem. Okazało się, że jego organizm źle reaguje na tamtejsze, niezbyt przecież wysokie, bo poniżej 4 tys. m n.p.m. wysokości. Mimo iż w czasie kilkudniowej podróży miał trochę czasu na adaptację. W tym przypadku aklimatyzacja zajęła kilka dni, z objawami, na szczęście krótkimi, początków choroby wysokościowej. Ludzkie organizmy różnie bowiem reagują na takie zmiany wysokości.

Startując z Lhasy autor „Campy…” dotarł przez m.in. Shigatse, Lhatse i Baipe do Bazy pod Everestem. W ciągu ponad 2 miesięcy podróży był również w innych miejscowościach południowo – zachodniego Tybetu, a także na północ od stolicy, aż po jezioro Nam Tso. Trasy jakie przejechał mocno obciążonym rowerem – czterema torbami o łącznej wadze, przynajmniej początkowo, kilkudziesięciu kilogramów – przedstawione zostały na mapie na tylnej wewnętrznej, rozkładanej stronie okładki.

Niestety w sposób fatalny. Na jasno kremowym tle, z szarymi terenami górskimi, oznaczono je cieniutkimi liniami. I to żółtą przebiegu wyprawy letniej, zaś jasno niebieską zimowej. W sumie w sposób niemal nieczytelny. A wystarczyło przecież narysować to grubszą linią. W jednym przypadku np. czerwoną, w drugim granatową czy ciemnozieloną.

Nasz podróżnik jeździł w upale, deszczu i gradzie. Pokonał kilka przełęczy powyżej 5 tys. m n.p.m.. Sypiał w taniutkich hotelikach – relacje z nich to kolejna mocna strona książki, w przydrożnych chatach, ale najczęściej we własnym namiocie rozstawianym nierzadko w przygodnych miejscach, również podczas nawałnic. Jadał też różnie, ale bardzo często tytułową campę – tybetańską potrawę narodową.

Jest to mąka jęczmienna ugniatana z herbata lub wodą na ciasto, ewentualnie z dodatkiem cukru lub mięsa i jedzona z miseczki rękoma. No i przywiezione z kraju lub kupowane w sklepach produkty gotowane na kuchence. Dopóki butla do niej nie „wyparowała” z torby nierozważnie pozostawionej z rowerem. Wspomniałem, że jest to relacja z dwu podróży do Tybetu w ciągu kilku miesięcy.

W drodze powrotnej z Lhasy do Pekinu słynnym pociągiem jadącym najwyżej obecnie położoną linią kolejową świata okazało się – autor wcześniej tego nie sprawdził, że nie wpuszczą go do niego z rowerem. Zostawił więc wehikuł przypadkowo poznanej chińskiej studentce, która podczas wakacji pracowała jako kelnerka w Lhasie. Odbiór tego roweru stał się, obok chęci sprawdzenia się na częściowo znanej już trasie w warunkach zimowych, pretekstem do drugiej wyprawy.

Pomysł zgoła absurdalny, ale zrealizowany. Podróżnik – z wieloma przygodami związanymi zarówno ze spotkaniem z tą studentką w mieście Chongqing w którym mieszkała, jak i odzyskaniem roweru pozostawionego u kogoś na przechowanie w tybetańskiej stolicy – przejechał z Lhasy do stolicy Nepalu – Katmandu. Podróż ta opisana została w krótkiej, drugiej części książki „Zimowy Epilog”.

Z kolejnymi spotkaniami, na częściowo nieznanej trasie. W mrozie, śnieżycach, z noclegami tym razem bez namiotu, pod gołym niebem itp. W warunkach wyjątkowo niesprzyjających podróżom, tym bardziej na rowerze. Ale szczęście mu dopisało, plan i powrót do kraju z cennym rowerem został wykonany. W sumie jest to ciekawa i nieźle napisana relacja z tych podróży.

Jej mocną stroną jest też 95 barwnych fotografii, w tym części świetnych. Chociaż… dla mnie to rzecz niezwykła, że nie ma wśród nich żadnych wnętrz tak przecież bogatych w rzeźby, malowidła, ołtarze itp. tybetańskich obiektów sakralnych i klasztorów. Rozczarują się też ci, którzy chcieliby się z niej dowiedzieć czegoś więcej o zabytkach Tybetu. Opisy nielicznych, niekiedy tylko wzmianki, że autor je odwiedził, stanowią objętościowo jak i tematycznie margines tej książki.

Znalazłem w niej także trochę błędów. Zarówno merytorycznych, jak i językowych. Najsłynniejsze tybetańskie miejsce pielgrzymkowe, świątynia Jokghang w Lhasie w jednych miejscach, także w opisie zdjęć, nazywana jest tak właśnie – prawidłowo, w innych fonetycznie Dżok’ang, co może prowadzić do nieporozumień, że chodzi o różne obiekty.

W dwu miejscach: w tekście i opisie zdjęcia, chińskie miasto Chongqing określane jest jako „dwudziestomilionowe”, a nawet „ponad dwudziestomilionowa metropolia”. Tymczasem w Chinach, o ile dostępne mi informacje są nadal aktualne, gdyż zmiany zachodzą tam szybko, w ogóle nie ma jeszcze miasta o takiej liczbie mieszkańców.

Najludniejszy Szanghaj liczy ich nie więcej niż 19 mln. W 1992 roku było ich tam, wg. Nowej Encyklopedii Powszechnej, zaledwie 7,9 mln. Pekin ( wg. NEP w 1991 r. 10,9 mln ) szacowany jest, łącznie z około 2 mln nielegalnych, nigdzie nie zameldowanych mieszkańców, na 17,5 – 18 mln. Natomiast wspomniany Chogqing liczył ich, wg. tego samego źródła, w 1990 r. zaledwie 3 mln. Jeżeli ich nawet od tamtego czasu przybyło, to najwyżej kilkaset tysięcy. Do 20 milionów jest więc baardzo daleko.

Natrafiłem również na sprzeczności między tekstem i ilustrującym go zdjęciem. W pierwszym można przeczytać, że robotnicy ( którzy zaprosili autora na posiłek ) jedli z jednej miski. A na umieszczonym obok zdjęciu widać, jak każdy je z własnej. Trafiają się też, chociaż rzadko, błędy lub niezręczności językowe.

O ile „w drewnianej konwie” można potraktować jako literówkę, to nie da się powiedzieć tego o „drzewcach”, które jakoby, żarzące się, strzelały z pieca. Według Słownika Języka Polskiego drzewce to trzon sztandaru, kosy, dzidy, ewentualnie część omasztowania statku. A w tym przypadku chodzi zapewne o iskierki czy rozżarzone węgle lub drewniane drzazgi.

Dwukrotnie też błędnie wydrukowano rzekomy cytat konduktora – raz kolei transsyberyjskiej, drugi ukraińskiej – na temat zamkniętych okien. Jako analogię do okien w pociągach chińskich, w tym w … klimatyzowanym super pociągu Lhasa – Pekin. Zapewniam, że żaden Rosjanin ani Ukrainiec nie mógł powiedzieć „uże zakryte na zimoj”. Jak już się coś cytuje, to warto sprawdzić czy jest to poprawne.

Autor, nie pierwszy zresztą, bo przed nim jeździli tam w ten sposób inni, udowodnił, że po Tybecie można podróżować także na rowerze. Nawet przeżyć taką podróż w zimie, chociaż to warunki ekstremalne. Przy czym miał on wiele szczęścia, że w lutym na trasie Lhasa – Katmandu śnieg i zaspy pojawiły się dopiero na ostatnim odcinku, tuż przed granicą nepalską. I daly się pokonać.

W relacji z letniej wyprawy, gdy podróżnik z autopsji znał tylko kawałek tej trasy, a resztę z lektury przewodnika, stwierdził, że jest ona wymarzona dla osób lubiących podróże rowerem i nie tak trudna, jak sądził. Nie powtórzył tego po pokonaniu jej w zimie, gdyż chyba nie miał już sił. Nawet, żeby obejrzeć cokolwiek z jakże ciekawych zabytków Katmandu.

Czy inni polscy turyści rowerowi zechcą pójść śladem autora, który na końcu książki w „Garści informacji praktycznych” do tego zachęca, trudno przewidzieć. Ale raczej nie będą to setki chętnych. Podróż na własną rękę, i to na rowerze, po kraju tak niełatwym dla cudzoziemców nie tylko ze względu na bariery językowe i mentalne, ale także biurokrację oraz często zmieniające się przepisy, jest bowiem bardzo trudna i skomplikowana.

Uniemożliwia też, co autor podkreślał wielokrotnie, poznawanie życia, zwyczajów, kultury itd. mieszkańców wobec niemożności porozumienia się z nimi. Tymczasem Chiny i ich regiony oraz krainy, w tym Tybet, należą do najciekawszych, wręcz fascynujących, przy czym szybko zmieniających się, miejsc na naszym globie. Warte są głębszego poznawania. Czy rower zazwyczaj ułatwiający dotarcie tam, dokąd nie ma innego, poza własnymi nogami, środka transportu, w tym przypadku sprawdza się? Po lekturze tej, ciekawej jak już wspomniałem książki, mam co do tego wątpliwości.

GLOBTROTER INFO Cezary Rudziński, 2011-12-26

Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata

Podróżować można na wiele sposobów i za pomocą różnych środków lokomocji. Piotr Strzeżysz, autor książki „Campa w sakwach”, przekonuje czytelnika, że wspaniale podróżuje się rowerem. A gdzie można nim jeździć? Wszędzie. Można na przykład wybrać się na wyprawę rowerową po Tybecie.
Na książkę tę składają się relacje z dwóch podróży, jakie Piotr Strzeżysz odbył po Tybecie, latem i zimą. Dlaczego właśnie rower uważa za najlepszy środek lokomocji? Autor opowiada o swojej fascynacji takim sposobem poznawania świata, mówiąc: „Rower to wolniejsze odkrywanie, głębsze poznawanie, wolność wyboru, niezależność, samowystarczalność. Rower prowadzi cię do miejsc, o których nawet nie wiedziało się, że istnieją, pomaga przeżyć chwile, o których nie myślało się, że mogą się wydarzyć”. Książka Piotra Strzeżysza o takich właśnie miejscach i przeżytych chwilach opowiada.
Autor w książce stwierdza, że takie podróże w dalekie, odległe zakątki wywołują u niego poczucie radości, szczęścia i poczucia bezpieczeństwa. I to widać w jego relacjach – z książki emanuje prawdziwy entuzjazm, dzięki czemu jej lektura daje radość i sprawia przyjemność.
Piotr Strzeżysz, relacjonując swoje wyprawy, opowiada o wszystkim, co go w drodze spotkało. Znajdziemy więc w książce opowieści o jego walce z absurdalnymi przepisami i biurokracją, o jeździe w nieraz trudnych warunkach drogowych i pogodowych, o spotkanych po drodze ludziach, o gościnności, jakiej doświadczał od zupełnie obcych osób.
Jak autor pisze, nieznajomość języka stanowiła dla niego dość dużą barierę komunikacyjną, co nieraz doprowadzało do zabawnych, a czasem kłopotliwych sytuacji. Ale jednocześnie okazywało się, że przy odrobinie dobrej woli można było tę barierę pokonać, gdy uniwersalnym językiem porozumienia stawało się dobre serce. W książce przeczytamy wiele budujących opisów niezwykłej gościnności ludzi, nieraz bardzo ubogich, którzy potrafili przyjąć pod swój dach zupełnie obcą osobę, której mowy w dodatku nie rozumieli, a od której często nawet nie chcieli przyjąć zapłaty.
Piotr Strzeżysz pisze, że będąc w gościnie u napotkanych w drodze ludzi, starał się wtopić w ich świat. Myślę, że w jakimś stopniu mu się to udało, gdyż w swojej książce znakomicie udało mu się przekazać panującą w tym świecie atmosferę spokoju i wolno płynącego czasu, który w tym zakątku świata „się spędza, ale bynajmniej nie traci, na domowych pracach, na zabawie, na rozmowie, ale i na milczeniu, na uśmiechach, nieśmiałych próbach zbliżenia, wzajemnego poznania, zrastania się myśli, zaplatania spędzanych razem chwil”.
Można powiedzieć, że „Campa w sakwach” to wspaniała, pobudzająca wyobraźnię opowieść o Tybecie – niedostępnej, odosobnionej, bezkresnej krainie, znajdującej się poza czasem i przestrzenią.
Jest to również opowieść o ludziach – mieszkańcach tej dalekiej krainy, o ich codziennym, zwyczajnym życiu. Zwyczajnym, a jednocześnie niezwyczajnym. Dla mnie, mieszkanki kraju o zupełnie odmiennej kulturze, poznanie za pośrednictwem tej książki życia tamtejszych ludzi, było czymś bardzo ciekawym.
„Campa w sakwach” to opowieść o różnych ludziach – i tych, o których wspomniałam, bardzo gościnnych, otwierających swe domy i serca, i tych nieraz zbyt ciekawskich, natrętnych, natarczywych. Jednak w tym drugim przypadku autor, opisując oglądaną rzeczywistość, jawi się jako wnikliwy obserwator, który opowiada, lecz nie ocenia, jedynie czasem drażniące go sytuacje skomentuje żartobliwie lub z dobrotliwą ironią.
Nawet o trudnościach, jakie spotykały go nieraz w drodze, potrafi opowiadać z humorem, wywołując uśmiech na twarzy czytelnika.
Piotr Strzeżysz relacjonuje swoje wyprawy w sposób barwny i interesujący – żartobliwie, z poczuciem humoru, czasami też z nutką zadumy, smutku, refleksji. Dzięki swojemu bezpośredniemu sposobowi opowiadania staje się dla czytelnika kimś bliskim, niemal znajomym. Aż chce się towarzyszyć mu w jego podróży. Z zaciekawieniem czytałam o jego przeżyciach, czując się, jakbym przy tym była, a nawet jakbym to ja sama przemierzała rowerem Tybet.
Myślę, że autor zasługuje na uznanie z tego powodu, że potrafi tak bardzo zaciekawić i przyciągnąć uwagę czytelnika.
„Campa w sakwach” to nie tylko książka o wielkiej przygodzie. Jest to także opowieść o podróżowaniu, które może nadać sens życiu. Uczy ona tego, że warto mieć swoje pasje i marzenia i je konsekwentnie realizować. Uczy też radości życia, zwraca naszą uwagę na piękno i różnorodność otaczającego nas świata. Pokazuje, że czasem można podróżować, nie mając ściśle określonego planu wyprawy. A mimo to i taka podróż przynosi wiele radości, dając satysfakcję i wytchnienie od codzienności. Tak było w przypadku autora książki. Pisze on, że ta jego podróż, przepełniona rozmaitymi trudnościami, była jak walka z wiatrakami, ale pozwalała poznać prawdziwą wartość życia.
W książce znajdziemy też bardzo ciekawe fotografie, które swym pięknem robią wrażenie. Pokazują nie tylko miejsca, ale przede wszystkim ludzi – dzieci, dorosłych i starszych – na których twarzach uchwycone zostały uczucia i emocje.
Książka „Campa w sakwach” naprawdę spodobała mi się. Uważam, że dla miłośników literatury podróżniczej może stanowić ona prawdziwą gratkę. Ale każdy czytelnik może znaleźć tu coś dla siebie.
Warto ją przeczytać, aby dowiedzieć się, czym jest tytułowa „campa” i jakie znaczenie miała dla autora.
Warto ją przeczytać, by poznać choć w jakimś stopniu życie innych ludzi, żyjących w dalekim, egzotycznym dla nas kraju.
Warto ją przeczytać, aby po lekturze pozwolić sobie na chwilkę refleksji i zadać sobie pytanie: Co nadaje sens mojemu życiu i czy potrafię cieszyć się tym życiem tak, jak umie radować się autor książki?
Szczerze polecam!
info.arttravel.pl Dorota, 2011-12-27

Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata

"Rower to wolniejsze odkrywanie, głębsze poznawanie, wolność wyboru, niezależność, samowystarczalność. Rower prowadzi cię do miejsc, o których nie wiedziało się że istnieją, pomaga przeżyć chwile, o których nie myślało się, że mogą się wydarzyć. Gdyby nie rower, umknęłyby niezauważone, przejechane, migawkowo dostrzeżone z okna pędzącego autobusu albo jeepa. Bo są takie chwile, obrazy i spotkania, które zdarzają się tylko gdzieś pomiędzy, a rower pozwala im zaistnieć." Piotr Strzeżysz to zdeklarowany rowerowy włóczykij, który od kilku lat realizuje marzenie zwiedzania świata jednośladem. Przemierzył ponad trzydzieści krajów na czterech kontynentach; "Campa w sakwach" jest zapisem dokumentującym doświadczenia, wrażenia i refleksje z włóczęgi po Tybecie, którą autor odbył w 2006 roku. Ten swoisty pamiętnik z podróży okazał się zadziwiająco interesującą i emocjonującą lekturą, co w dużej mierze jest zasługą lekkiego i sugestywnego stylu autora. Przebija z niego ekscytacja, ciekawość świata, fascynacja zarówno otaczającą go rzeczywistością, jak i możliwością jej doświadczania z perspektywy rowerowego siodełka. Czytelnikowi udziela się ten zaraźliwy entuzjazm skutecznie przykuwający uwagę do lektury. Dzięki niemu równie intrygujące wydają się same przygotowania do wyprawy, a więc planowanie optymalnej trasy i pokonywanie niezliczonych, często absurdalnych biurokratycznych przeszkód, jak i wspomnienia z samej podróży. Proza Strzeżysza jest bardzo zróżnicowana, podobnie jak jego zapiski; składają się na nie nie tylko celne obserwacje dotyczące rozmaitych aspektów chińskiej i tybetańskiej kultury, lecz także refleksje sprowokowane ich odmiennością i specyfiką. Hałaśliwe, chińskie miasta, zagubione w Himalajach wioski, buddyjskie świątynie, dzika i majestatyczna przyroda Dachu Świata, a przede wszystkim napotkani po drodze ludzie - doświadczaniu tego wszystkiego w sposób niczym nieskrępowany i nieograniczony daje wyraz autor, nad wyraz umiejętnie i zachęcająco. Książka obfituje również w refleksje i luźne przemyślenia dotyczące samotnego podróżowania rowerem, pokonywania własnych słabości, niezależności wynikającej z tego sposobu poznawania świata, wolności i radości, jakie daje możliwość przecierania nowych szlaków, doświadczania świata z nietypowej perspektywy, dreszczyku emocji wywołanego przez nieprzewidywalność i niebezpieczne nawet przygody wynikające z tego typu podróżowania, satysfakcji obcowania z dziką, monumentalną naturą i nieogarnionymi przestrzeniami Tybetu. Okazuje się, że taka rowerowa włóczęga to zarówno doskonały sposób na poznanie własnych możliwości i ograniczeń - tak fizycznych, jak i psychicznych - jak i najbardziej fascynujących zakątków naszego globu. Strzeżysz uświadamia, że choć świat stał się globalną wioską, zawsze jest w nim coś jeszcze do odkrycia, byle tylko trzymać się z dala od utartych turystycznych szlaków, a zdać się jedynie na własny kaprys i ślepy los - oraz przekonać się, jak wielką satysfakcję to daje. "Campa w sakwach" wciąga niemal niepostrzeżenie; pochłania się ją strona po stronie, udziela się emanująca z niej fascynacja i entuzjazm autora. Jedyne, co mi przeszkadzało, to irytujące nieraz podejście autora do odmiennej kultury wynikające zapewne z niezrozumienia jej realiów, tak różne od sympatycznej, pobłażliwej otwartości Cejrowskiego. Drażniły również, na szczęście nieliczne, rozważania na temat filozofii podróżowania rowerem oraz wykreowany w efekcie wizerunek autora, który nie do końca przypadł mi do gustu. Mimo to "Campa w sakwach" jest naprawdę dobrym i atrakcyjnym przykładem literatury podróżniczej, która może być również traktowana jako przewodnik dla zapaleńców wybierających się na rowerową wyprawę w Tybet. Nieocenioną pomocą przy jej planowaniu z pewnością okażą się liczne praktyczne informacje, których zatrzęsienie co prawda można znaleźć w internecie, jednak wiarygodności dodaje im fakt, że zostały osobiście zweryfikowane przez autora.. Warto sięgnąć po tę lekturę - nie tylko wzbogaca naszą wiedzę o świecie i jest świadectwem zachodzących w nim zmian, ale również intrygującym zapisem walki człowieka z własnymi słabościami w dążeniu do realizacji marzeń. Gorąco polecam!
http://zwiedzamwszechswiat.blogspot.com/ Isadora, 2012-01-01