Recenzje
Blade. Canmore #1
Nasłuchałam się o tej książce naprawdę wiele, naczytałam się tweetów i recenzji jeszcze więcej, więc stwierdziłam, że po prostu no muszę ją przeczytać i dowiedzieć się co się w niej tak dużej ilości osób podoba, no i chyba zrozumiałam, lecz niestety moim ulubieńcem ona nie zostanie, ale mimo wszystko fajnie spędziłam z nią czas. Styl pisania autorki jest bardzo przyjemny i lekki, ale też od samego początku wciąga, zamysł na fabułę też był naprawdę fajny, choć ja osobiście na początku myślałam, że naszym głównym bohaterem będzie ktoś inny:)))) to jednak Fane’a bardziej polubiłam. Na pewno mamy tutaj kilka fajnych, ale i chwytających za serce wątków, takich jak walka z chorobą brata Maeve, czy też przemoc domowa, której opisy za każdym razem rozrywały mi serce. Mamy też przemyconych trochę tajemnic i to właśnie tym wątkiem jestem najbardziej rozczarowana jeśli mam być szczera, bo pojawia się tajemnicza kobieta, dziewczyna odkrywa polaroidy z przeszłości swojej mamy, ale nic nie wychodzi na jaw, a a liczyłam, że właśnie jakimś jednym wyjawiającym prawdę zdanie autorka zakończy tą część, a tak to w sumie nic nie wiemy i pewnie ma być to po części zachęta do sięgnięcia kolejnego tomu, ale no coś mi tutaj nie zagrało. Nie do końca byłam też przekonana do postaci Maeve, z jednej strony miałam ochotę ją wyściskać, bo była niesamowicie silna, ciężko pracowała, aleby swojemu bratu i sobie zapewnić jak najlepsze życie, znosiła przemoc ojca, ale z drugiej jej relacja z Fane’m coś mi nie grała, chłopak wiele jej wyjawił, sprawiał żeby ta mu zaufała i to po części się działo, żeby po chwili ta wykrzyczała mu, że jednak mu nie ufa. Jej niektóre zachowania mimo, że może i mają jakieś wyjaśnienie, też nie do końca mi się podobały. Fane też miał swoje za uszami, zwłaszcza na początku ich burzliwej znajomości, lecz każdy kolejny rozdział sprawiał, że moja sympatia do niego rosła. Jestem mimo wszystko ciekawa jak relacja tej dwójki potoczy się dalej, więc z pewnością sięgnę po kolejną część:)
Zagubione sny
Dziewiętnastoletnia Maya, po trudnych doświadczeniach, pragnie, by jej życie wróciło do normy. Jednakże, kiedy jej choroba i stare lęki niespodziewanie nawracają, postanawia przenieść się do swojej bezpiecznej przestrzeni w świecie snów. Nagle wszystko staje się inne niż zazwyczaj. Kraina Snów, która dawniej wywoływała u niej spokój, stała się bardziej niepokojąca, a czyny dokonywane w śnie zaczynają przenosić się na rzeczywistość, co oznacza, że granica między snem a jawą zaczyna pękać. Maya, pogrążona w tajemnicach i kłamstwach, musi zmierzyć się ze swoimi lękami i przeszłością. „Zagubione Sny” to wspaniała powieść z motywem ucieczki do świata snów. Postacie zostały idealnie wykreowane, co sprawiło, że książkę czytało się z jeszcze większą przyjemnością🫶. Powieść „Zagubione sny” zachwycała swoim wyjątkowym, bajecznym klimatem i świetnym stylem pisania. Koniec książki bardzo mi się podobał i pozytywnie mnie zaskoczył, dlatego powieść „Zagubione Sny” definitywnie zasługuje na 5/5⭐.
Muza rockmana
To jedna z tych historii, które wciągają Cię niepostrzeżenie - zaczynasz „na chwilę”, a kończysz z poczuciem lekkiego emocjonalnego rozedrgania… i myślą, że coś tu jednak mogło wybrzmieć mocniej. Emily to bohaterka, którą naprawdę łatwo polubić. Jest naturalna, trochę zagubiona, ale nie bezbarwna - ma w sobie coś cichego, delikatnego, a jednocześnie zaskakująco silnego. Jej decyzja o wejściu w zupełnie obcy świat muzyki i ruszeniu w trasę to taki moment „co mi szkodzi?”, który pociąga za sobą lawinę emocji. I właśnie to było dla mnie piękne - obserwowanie, jak dziewczyna z bagażem tajemnic próbuje odnaleźć siebie wśród hałasu koncertów, autobusów, hoteli i ludzi, którzy żyją zupełnie innym rytmem. Klimat trasy koncertowej? Naprawdę dobrze oddany. Czuć ten kurz, zmęczenie, adrenalinę i napięcie. Ten świat nie jest tylko błyszczący - ma w sobie też coś surowego i samotnego. I to świetnie kontrastuje z rozwijającą się relacją Emily i Tristana. A Tristan… no cóż. To dokładnie ten typ bohatera, który powinien działać - i działa. Starszy, doświadczony, z przeszłością, która go ukształtowała. Ma w sobie magnetyzm, ale też pewną melancholię, która sprawia, że nie jest tylko „rockowym bad boyem”. Jego relacja z Emily rozwija się powoli, z wyczuwalnym napięciem, spojrzeniami, niedopowiedzeniami. I to jest naprawdę dobre - to budowanie emocji, które nie są od razu wyłożone na stół. Ich historia ma w sobie coś kruchego. Coś, co od początku daje Ci sygnał: „to nie będzie proste”. Ale… Im dalej w fabułę, tym bardziej zaczęłam czuć, że pewne elementy są potraktowane zbyt bezpiecznie. Sekret Emily, który miał być osią całej historii, nie uderzył mnie tak, jak się spodziewałam. Był ważny, owszem - ale zabrakło mi tego mocnego „wow”, tego momentu, który wbija w fotel i zostaje na dłużej. Do tego dochodzą decyzje bohaterów, które momentami wydają się trochę zbyt impulsywne albo… po prostu wygodne dla fabuły. Szczególnie końcówka - emocjonalna, ale jednak lekko przewidywalna. I to jest chyba największy minus tej książki: potencjał był ogromny, a finalnie dostałam historię bardzo dobrą, ale nie wybitną. Mimo to - naprawdę dobrze się to czyta. To historia o uczuciu, które pojawia się nie w odpowiednim czasie, nie w odpowiednich okolicznościach i między ludźmi, którzy wiedzą, że to może się nie udać. O tajemnicach, które potrafią zniszczyć coś pięknego. I o tym, że czasem trzeba odejść, nawet jeśli serce krzyczy, żeby zostać. To taka książka, która daje emocje tu i teraz - może nie roztrzaska Cię na kawałki, ale na pewno sprawi, że na chwilę się zatrzymasz i poczujesz ten specyficzny, lekko gorzki smak historii, która mogła być jeszcze bardziej intensywna.
Muza rockmana
Nowa klauzula. Kontrakt #2
„Nowa Klauzula” to druga odsłona serii „The Contract” autorstwa Melanie Moreland. Pierwszy tom miałam okazję czytać ponad trzy lata temu, ale nadal doskonale pamiętam, jaka byłam zła, że wydawnictwo nie zdecydowało się na wydanie kontynuacji. Dlatego, gdy całkiem przypadkiem odkryłam, że wreszcie po tylu latach będę mogła poznać dalszy ciąg historii Richarda i Katy, nie mogłam przejść obok tej publikacji obojętnie. Czy drugi tom również przypadł mi do gustu? Już spieszę z wyjaśnieniem. Zacznę od tego, że nowe wydanie jest po prostu piękne — jasne, minimalistyczne i wręcz zachęcające do sięgnięcia po tę lekturę, dlatego z pewnością w mojej prywatnej biblioteczce wymienię również pierwszy tom, na to urocze wydanie, bo po prostu nie jestem fanką poprzedniej oprawy. Jednak to, co najważniejsze w książce to z pewnością nie okładka, chociaż ciężko mi to mówić, zważywszy na fakt, że jestem okładkową sroką, a treść, która znajduje się w środku. I muszę przyznać, że ta bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. W pierwszej odsłonie Richard i Katy VanRyan przeszli naprawdę długą drogę, aby być razem. Mieliśmy tam motyw udawanej relacji, która miała przynieść korzyść głównym bohaterom, a po jej osiągnięciu mieli się oni po prostu rozstać. Jednak pod wpływem Katy Richard bardzo się zmienił. Wydoroślał, stał się bardziej przystępny i po prostu przewartościował swoje życiowe priorytety. I chociaż ich historia miała swoje szczęśliwe zakończenie i absolutnie „Przeklęty kontrakt” mógłby być jednotomową historią, autorka postanowiła pójść o krok dalej i stworzyć z ich losów trylogię. „Nowa Klauzula” nie jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniego tomu, ponieważ opowiada o zupełnie innym rozdziale życia VanRyanów. W momencie rozpoczęcia historii prowadzą oni naprawdę sielskie życie w towarzystwie swoich dwóch uroczych córek. Niestety, jak to powszechnie wiadomo — czasami los potrafi rzucić pod nogi naprawdę pokaźne kłody. I podobnie było również w tym przypadku. Jednak tym razem los postanowił wystawić na próbę nie tylko uczucia głównych bohaterów, ale również karierę, zdrowie i życie Richarda. Czy i tym razem będzie mu pisane szczęśliwe zakończenie? Tego wam nie zdradzę, ale obiecuje, że w tym tomie nie zabraknie emocji, bo autorka przygotowała dla swoich bohaterów niezły rollercoaster. To, co w tej odsłonie podobało mi się najbardziej to przedstawienie sytuacji i emocji Richarda po wypadku. Autorka w idealny sposób zaprezentowała to, jak często ludzie nie mogą pogodzić się z nową sytuacją, a ich niezadowolenie i brak samoakceptacji doprowadza do zgrzytów i rozpadów nawet najmocniejszych związków. Jednak w przypadku Richarda pokazała również, że ma on wokół siebie wspaniałych ludzi, którzy nie tylko nie pozwolili mu na pogrążenie się w żalu, ale również w odpowiedni sposób wyperswadowali mu, że ma zbyt wiele do stracenia, aby się poddać. Muszę przyznać, że ten tom podobał mi się zdecydowanie bardziej niż poprzedni i już nie mogę się doczekać, aż sięgnę po następny, by zapoznać się z kolejnymi perypetiami rodziny VanRyanów.