Recenzje
Demoniczne dwudziestolecie. Czarownice, znachorzy i zaświaty na usługach zbrodni
Zastanawiasz się czasem, jak naprawdę wyglądało życie w dwudziestoleciu międzywojennym? To jeden z tych tematów, które w szkole traktuje się po macoszemu - gdzieś między odzyskaniem niepodległości a wybuchem wojny. Kilka dat, kilka haseł, szybkie przejście dalej. A przecież to był czas skrajności - z jednej strony rozwój, nadzieja, odbudowa kraju, a z drugiej… bieda, strach i ogromna niepewność jutra. "Demoniczne dwudziestolecie. Czarownice, znachorzy i zaświaty na usługach zbrodni" autorstwa Pauliny Drożdż pokazuje właśnie tę mniej oczywistą, mroczniejszą stronę tamtych lat. Autorka przytacza 11 historii zbrodni - ale nie są to „zwykłe” sprawy kryminalne. To opowieści, w których granica między rzeczywistością a wiarą w nadprzyrodzone niemal się zaciera. Bo jak inaczej wytłumaczyć sytuacje, w których w sprawy zamieszane są czarownice, znachorzy, szeptuchy, a nawet… sam diabeł? To, co najmocniej wybrzmiewa z tych historii, to fakt, że zbrodnia bardzo często nie zaczynała się od samego czynu. Jej początkiem był strach - przed chorobą, przed biedą, przed tym, czego nie da się zrozumieć. Do tego dochodziła zazdrość, chęć zemsty, manipulacja i łatwowierność. I nagle okazuje się, że coś, co zaczyna się od niewinnej wiary w uroki, może doprowadzić do tragedii. Ogromnym plusem tego reportażu jest warsztat. Bardzo cenię książki od Wydawnictwo Sploty właśnie za to, jak dużo pracy autorzy wkładają w przygotowanie materiałów. Tutaj widać to na każdym kroku - bibliografia zajmująca około 80 stron robi ogromne wrażenie, ale jeszcze większe robi to, jak te źródła są wykorzystane. Mamy przypisy w tekście, mamy zdjęcia, mamy ilustracje - ale przede wszystkim mamy kontekst. I to on robi robotę. Bo nie dostajemy tylko informacji „co się wydarzyło”. Dostajemy pełen obraz - wydarzenia, które doprowadziły do zbrodni, relacje między ludźmi, tło społeczne. Poznajemy przebieg śledztw i procesów, nazwiska sędziów, prokuratorów, obrońców. Dowiadujemy się, jakie zapadały wyroki i jak wyglądał system prawny w tamtych czasach - z karą śmierci jako najwyższym wymiarem kary. Autorka idzie jeszcze dalej, pokazując nawet sylwetki katów - co dodatkowo uświadamia, jak realne i „bliskie” były konsekwencje tych historii. To też książka, która bardzo mocno osadza wszystko w realiach epoki. Ogromne bezrobocie, bieda, brak dostępu do lekarzy i opieki medycznej, niski poziom edukacji - to wszystko sprawiało, że ludzie szukali pomocy tam, gdzie mogli. U znachorów, u szeptuch, w wierzeniach i przesądach. I kiedy czyta się te historie z tej perspektywy… one przestają wydawać się aż tak odległe. Najbardziej poruszył mnie rozdział „Synowie ciemności” - historia brutalnego morderstwa całej rodziny dokonanego przez dwóch nastolatków. To jedna z tych opowieści, które zostają w głowie na długo. Przerażające jest nie tylko to, co zrobili, ale też motywacja - jak daleko można się posunąć dla pieniędzy i jak cienka bywa granica między „zwykłym człowiekiem” a kimś zdolnym do wszystkiego. To reportaż, który nie tylko opowiada historie, ale też zmusza do refleksji. Nad tym, jak działa strach. Jak łatwo manipulować ludźmi. I jak bardzo kontekst społeczny wpływa na decyzje jednostki. Jeśli lubisz true crime, ale szukasz czegoś więcej niż samego opisu zbrodni - czegoś z tłem, analizą i klimatem epoki - to zdecydowanie warto sięgnąć po tę książkę.
Frenemy. Przyjaciel czy wróg?
Do wesela się zagoi
Mój zachwyt nad książkami Pani Skrzydlewskiej już w ogóle mnie nie dziwi. Porozmawiajmy. Oficjalnie mogę powiedzieć, że Ludka Skrzydlewska tworzy romanse, które nie zawodzą. Umieszcza w nich lekkość, cudowne więzi i nieoczywiste połączenia charakterów, a co najważniejsze naturalnie wplata w historię trudny społecznie temat, empatycznie go opowiadając. Sutton poznaje Hugh w noc sylwestrową dość niefortunnie i w stroju dinozaura. Nie przypadają sobie do gustu, ale to nie stanowi problemu dla towarzyskiej Susie - adopcyjnej córki Sutton. Szybko okazuje się, że pierwsze spotkanie to dopiero początek, ponieważ ta dwójka ma zorganizować wesele swoich przyjaciół. Sutton i Hugh to ogień i woda, zorganizowanie i chaos, a przy tym ogromne uczucia i piękne emocje. Cała trójka, bo Susie jest równie ważna, buduje wspaniałą historię, rodzinę i obraz niezachwianego wsparcia. Znajdziesz tutaj wszystko to, co możesz sobie wymarzyć w słodkim, uroczym romansie. Przepiękne chwile przeplecione z przeciwnościami losu, walkę o bliskich, wspierających przyjaciół i sporo dinozaurów. Ode mnie bezapelacyjne 5 gwiazdek w pięciostopniowej skali. Mam nadzieję, że Ty też poznasz Susie, Sutton i Hugh i zachwycisz się ich historią tak mocno, jak ja.
Piekielne miejsce
Są takie książki, które zaczynają się jak obietnica terapii: cisza, natura, nowe życie, oddech. I są takie, które już na pierwszych stronach powinny mieć dopisek: „jeśli wierzysz w spokój, to lepiej usiądź”. „Piekielne miejsce” Anny Wolf należy do tej drugiej kategorii - i robi to z uśmiechem kogoś, kto doskonale wie, że zaraz rozwali ci emocje jak domek z kart. Bo tak, Samantha Baker robi to, co każda rozsądna kobieta po serii życiowych katastrof: pakuje walizki, odcina się od FBI, przeszłości, błędów i emocjonalnego bagna, które ciągnie się za nią jak cień po nieudanej relacji. Montana ma być jej resetem. Nowym początkiem. Tlenem. Tylko że w świecie Anny Wolf „nowy początek” to bardzo eleganckie określenie na „zaraz zacznie się coś jeszcze gorszego”. Na początku jest prawie sielankowo. Cisza, przestrzeń, konie, małe miasteczko, które wygląda jak miejsce, gdzie największym problemem powinno być to, że ktoś źle zaparkował pick-upa. I właśnie wtedy włącza mi się lampka ostrzegawcza: skoro jest tak spokojnie, to znaczy, że zaraz ktoś tu odpali emocjonalną bombę. I nie myliłam się ani trochę. Bo „Piekielne miejsce” to nie jest historia o ucieczce. To historia o tym, że przeszłość ma wyjątkowy talent do znajdowania ludzi, którzy bardzo chcą się zgubić. Samantha może zmienić adres, stan i całe otoczenie, ale nie zmieni faktu, że w środku nadal nosi wszystko to, przed czym próbuje uciec. A to „wszystko” ma imię, twarz i - niestety - bardzo dobry timing. Patrick. Ten człowiek to osobna kategoria problemów. To nie jest bohater, którego się „lubi”. To jest bohater, którego się analizuje, przeklina, a potem i tak czyta dalej, bo coś w nim działa jak emocjonalny narkotyk. Ich relacja z Sam to nie jest romans - to pole minowe, na którym każde słowo może być detonatorem. Przyciąganie i odpychanie? To brzmi zbyt delikatnie. Oni się orbitują, zderzają i rozwalają sobie nawzajem spokój z chirurgiczną precyzją. I najlepsze jest to, że to działa. Bo Wolf ma tę bezczelną umiejętność pisania relacji, które są jednocześnie toksyczne i magnetyczne. Takie, na które patrzysz i myślisz: „nie, absolutnie nie”, a po trzech stronach: „okej, ale jeszcze chwilę”. I zanim się zorientujesz, jesteś po uszy w tej historii, kibicując ludziom, którzy powinni najpierw iść na terapię, a dopiero potem do siebie. Ale żeby nie było - to nie jest tylko romans z problemami. To jest historia, która ma w sobie coś znacznie cięższego. Duszny klimat, napięcie, które wisi w powietrzu jak burza przed uderzeniem, i to nieustanne poczucie, że coś jest nie tak. Że to miasteczko nie jest tak niewinne, jak wygląda. Że ludzie wiedzą więcej, niż mówią. A przeszłość Sam nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa - ona dopiero się rozkręca. Wątek kryminalny wchodzi tu cicho, ale robi dokładnie to, co powinien: rozwala poczucie bezpieczeństwa. I nagle okazuje się, że to, co miało być ucieczką, jest tylko kolejnym etapem gry, w której stawką jest coś znacznie większego niż spokój ducha. Styl Anny Wolf? Dalej ten sam, który uzależnia. Lekki, dynamiczny, z dialogami, które mają więcej napięcia niż niejedna scena akcji. To ten typ pisania, przez który mówisz „jeszcze jeden rozdział”, a potem orientujesz się, że właśnie zaczynasz kolejny. I kolejny. I jeszcze jeden, bo przecież teraz to już nie możesz przerwać. I humor - czarny, złośliwy, momentami wręcz bezczelny. Taki, który pojawia się dokładnie wtedy, kiedy sytuacja powinna być śmiertelnie poważna. I właśnie dlatego działa. Bo życie też tak wygląda - najpierw dramat, potem śmiech, a na końcu zdanie: „serio, to się właśnie wydarzyło?”. Samantha to bohaterka, która nie jest idealna - i dzięki temu jest świetna. Popełnia błędy, podejmuje decyzje, które potrafią doprowadzić do szału, ale jednocześnie ma w sobie coś, co sprawia, że chcesz dla niej dobrze. Nawet jeśli ona sama robi wszystko, żeby to „dobrze” skutecznie sabotować. A zakończenie? Powiedzmy sobie szczerze - Anna Wolf nie jest typem autorki, która daje czytelnikowi spokojnie zamknąć książkę i iść spać. Ona raczej rzuca cię w ścianę emocji i mówi: „radź sobie”. I ty siedzisz, patrzysz w sufit i zastanawiasz się, czy możesz się jeszcze na nią obrazić, skoro i tak wiesz, że przeczytasz wszystko, co napisze. „Piekielne miejsce” to książka, która udaje, że daje oddech, a tak naprawdę tylko sprawdza, jak długo wytrzymasz bez powietrza. To historia o ucieczce, która nigdy nie jest ucieczką, o uczuciach, które nie znają granic i o tym, że czasem największym zagrożeniem nie są ludzie z przeszłości… tylko ci, których nie potrafisz z niej wyrzucić. Jeśli więc liczysz na spokój - nie tutaj. Ale jeśli masz ochotę na emocjonalny chaos, napięcie, które wchodzi pod skórę, i historię, która zostawia cię z myślą „co ja właśnie przeczytałam i czemu było to takie dobre?” - to witaj. W piekielnym miejscu. Zaskakująco ciężko się z niego wychodzi.
Redemption of Sins
Jeśli miałabym opisać "Redemption of Sins" jednym zdaniem, powiedziałabym, że jest to o historia, która chce złamać ci serce, ale robi to trochę zbyt delikatnie, jakby bała się zostawić po sobie prawdziwy ślad. To trzeci tom serii, który wyraźnie skręca w inną stronę, zamiast lodowisk i sportowych emocji dostajemy szpitalne korytarze, wojenne wspomnienia i ludzi, którzy próbują poskładać się na nowo. Killian wraca z wojny bardziej jako cień samego siebie niż bohater, a Kiara od lat ratuje innych, choć sama niekoniecznie wie, jak poradzić sobie z własną przeszłością. I gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest jeszcze niedokończona historia ich miłości. Brzmi intensywnie? Bo takie właśnie powinno być. I tu zaczyna się mały zgrzyt. Największą siłą tej książki są emocje, ale nie te wielkie, dramatyczne wybuchy, tylko te ciche, ukryte między słowami. Najbardziej poruszył mnie wątek małej Skye. To właśnie ona kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Jej historia jest surowa, momentami wręcz niewygodna, ale jednocześnie niesamowicie ludzka. To jeden z tych elementów, które zostają w głowie na długo po zamknięciu książki. Relacja Kiary i Killiana? Spokojniejsza, niż można by się spodziewać. I to akurat działa na plus, zamiast niekończących się dramatów dostajemy rozmowy. Normalne, potrzebne, momentami bardzo dojrzałe. Problem w tym, że trochę brakuje tu iskry. Niby wszystko jest na miejscu, ale trudno złapać z nimi głębszą więź. Mam też wrażenie, że ta historia próbuje złapać zbyt wiele srok za ogon. Wojna, trauma, strata, drugie szanse, relacje rodzinne, praca socjalna, to wszystko aż prosi się o rozwinięcie. A tutaj dostajemy raczej szkice niż pełne obrazy. Wątki pojawiają się, zarysowują i zanim zdążą wybrzmieć, to już znikają gdzieś w tle. Efekt? Czyta się szybko, płynnie i bez większego wysiłku, ale równie szybko ta historia gdzieś się rozmywa. Nie znaczy to, że to zła książka. Wręcz przeciwnie, ma w sobie coś „otulającego”. To taki typ historii, który dobrze sprawdzi się wieczorem, kiedy nie masz siły na ciężkie, przytłaczające lektury, ale nadal chcesz poczuć coś więcej niż tylko lekką rozrywkę. Szkoda tylko, że przy odrobinie większej objętości i głębi mogłaby być naprawdę mocna. To książka z ogromnym potencjałem, kilkoma naprawdę poruszającymi momentami i bohaterami, których da się polubić, ale trudno pokochać. Jeśli lubisz historie o drugich szansach i emocjach podanych w przystępnej formie, to warto spróbować. Jeśli jednak szukasz czegoś, co rozbije cię na kawałki, możesz poczuć lekki niedosyt