Bony podarunkowe Podaruj prezent
ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Demoniczne dwudziestolecie. Czarownice, znachorzy i zaświaty na usługach zbrodni

Witajcie, przychodzę do Was z recenzją książki „Demoniczne dwudziestolecie. Czarownice, znachorzy i zaświaty na usługach zbrodni” Pauliny Drożdż. Czy naprawdę jesteśmy wolni od zabobonów, czy tylko zmieniły one formę? To reportaż historyczny oparty na prawdziwych wydarzeniach z czasów dwudziestolecia międzywojennego. I powiem szczerze — ta książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Najbardziej uderzyło mnie to, że ja nie czytałam tego jak czegoś całkowicie oderwanego od rzeczywistości. Wychowałam się na wsi i od dziecka słuchałam opowieści starszych — dziadków, rodziców, wujków — o bardzo podobnych sytuacjach. O wierzeniach, o znachorach, o tym, że pewnych rzeczy „lepiej nie ruszać”. I to nie było sto lat temu, tylko dużo bliżej — 50-60 lat wstecz. Dlatego ta książka tak mocno do mnie trafiła. Autorka pokazuje świat, który z jednej strony wchodzi w nowoczesność — rozwój, technika, miasta — a z drugiej strony ludzie się tego po prostu boją. Nowe rzeczy były odbierane jako coś obcego, czasem wręcz „szatańskiego”. Postęp nie dla wszystkich był czymś dobrym — dla wielu był zagrożeniem, czymś niezrozumiałym. Do tego dochodzą zabobony i sposób myślenia, który dziś wydaje się wręcz nie do ogarnięcia. Choroby, które dziś mają swoje medyczne wyjaśnienie, wtedy często przypisywano czarom, opętaniu albo czyjejś złej intencji. Wierzono, że ktoś rzucił urok, że ktoś „coś zrobił”. I co najgorsze — ludzie naprawdę podejmowali działania na podstawie tych przekonań. Bardzo mocno wybrzmiewa też wątek znachorów. To byli często ludzie bez żadnego wykształcenia, którzy ogłaszali się „uzdrowicielami”, bo mieli jakieś swoje przekonania, metody czy po prostu potrafili przekonać innych. Działali na porządku dziennym — ludzie im ufali, oddawali im swoje zdrowie, czasem życie, a także pieniądze. I to bez większego zastanowienia. Najgorsze jest to, że wielu z nich po prostu na tym zarabiało, wykorzystując strach i desperację ludzi. Zamiast pomagać — często pogarszali stan chorych, a w skrajnych przypadkach prowadziło to do tragedii, a nawet zbrodni. Do tego dochodziła rywalizacja między nimi — o wpływy, o „pacjentów”, o pieniądze. I właśnie takie sytuacje najlepiej widać w niektórych historiach — szczególnie w wątku związanym z Huculszczyzną. To, co się tam wydarzyło, jest naprawdę trudne do ogarnięcia i pokazuje, do czego może doprowadzić ślepa wiara w takie osoby. Tego nie da się dobrze streścić — to trzeba przeczytać. Książka składa się z 11 historii z różnych stron Polski i każda z nich pokazuje inny wymiar tego świata — pełnego strachu, niewiedzy i łatwej manipulacji. I co ważne — to nie działo się tylko gdzieś na totalnym odludziu, ale też bliżej większych miast. Ogromnym plusem jest to, jak ta książka została przygotowana. Mamy autentyczne akta sądowe, zeznania, wycinki z gazet i ilustracje, które robią ogromne wrażenie i jeszcze bardziej potęgują poczucie, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Styl jest prosty, konkretny, momentami dosadny — bez zbędnego upiększania. Najbardziej zapadły mi w pamięć historie: „Krew czarownicy”, „Rozgłośnia Szatana”, „Sekta Ewertowskiej” oraz magia Huculszczyzny. Wszystkie są dobre, ale te były dla mnie najmocniejsze i najbardziej poruszające. Dla mnie dzisiaj to wszystko jest aż trudne do wyobrażenia — że ludzie naprawdę w to wierzyli i podejmowali takie decyzje. A jednocześnie wiem, że takie rzeczy działy się na wsiach jeszcze nie tak dawno temu. To książka, która mocno daje do myślenia i zostawia z refleksją na długo. Zdecydowanie polecam każdemu, kto lubi reportaże i true crime — szczególnie takie, które pokazują nie tylko zbrodnie, ale też to, jak bardzo strach i niewiedza mogą wpłynąć na człowieka.

thrillerywsluchawkach SZWALA DOROTA

Muza rockmana

To jedna z tych historii, które wciągają Cię niepostrzeżenie - zaczynasz „na chwilę”, a kończysz z poczuciem lekkiego emocjonalnego rozedrgania… i myślą, że coś tu jednak mogło wybrzmieć mocniej. Emily to bohaterka, którą naprawdę łatwo polubić. Jest naturalna, trochę zagubiona, ale nie bezbarwna - ma w sobie coś cichego, delikatnego, a jednocześnie zaskakująco silnego. Jej decyzja o wejściu w zupełnie obcy świat muzyki i ruszeniu w trasę to taki moment „co mi szkodzi?”, który pociąga za sobą lawinę emocji. I właśnie to było dla mnie piękne - obserwowanie, jak dziewczyna z bagażem tajemnic próbuje odnaleźć siebie wśród hałasu koncertów, autobusów, hoteli i ludzi, którzy żyją zupełnie innym rytmem. Klimat trasy koncertowej? Naprawdę dobrze oddany. Czuć ten kurz, zmęczenie, adrenalinę i napięcie. Ten świat nie jest tylko błyszczący - ma w sobie też coś surowego i samotnego. I to świetnie kontrastuje z rozwijającą się relacją Emily i Tristana. A Tristan… no cóż. To dokładnie ten typ bohatera, który powinien działać - i działa. Starszy, doświadczony, z przeszłością, która go ukształtowała. Ma w sobie magnetyzm, ale też pewną melancholię, która sprawia, że nie jest tylko „rockowym bad boyem”. Jego relacja z Emily rozwija się powoli, z wyczuwalnym napięciem, spojrzeniami, niedopowiedzeniami. I to jest naprawdę dobre - to budowanie emocji, które nie są od razu wyłożone na stół. Ich historia ma w sobie coś kruchego. Coś, co od początku daje Ci sygnał: „to nie będzie proste”. Ale… Im dalej w fabułę, tym bardziej zaczęłam czuć, że pewne elementy są potraktowane zbyt bezpiecznie. Sekret Emily, który miał być osią całej historii, nie uderzył mnie tak, jak się spodziewałam. Był ważny, owszem - ale zabrakło mi tego mocnego „wow”, tego momentu, który wbija w fotel i zostaje na dłużej. Do tego dochodzą decyzje bohaterów, które momentami wydają się trochę zbyt impulsywne albo… po prostu wygodne dla fabuły. Szczególnie końcówka - emocjonalna, ale jednak lekko przewidywalna. I to jest chyba największy minus tej książki: potencjał był ogromny, a finalnie dostałam historię bardzo dobrą, ale nie wybitną. Mimo to - naprawdę dobrze się to czyta. To historia o uczuciu, które pojawia się nie w odpowiednim czasie, nie w odpowiednich okolicznościach i między ludźmi, którzy wiedzą, że to może się nie udać. O tajemnicach, które potrafią zniszczyć coś pięknego. I o tym, że czasem trzeba odejść, nawet jeśli serce krzyczy, żeby zostać. To taka książka, która daje emocje tu i teraz - może nie roztrzaska Cię na kawałki, ale na pewno sprawi, że na chwilę się zatrzymasz i poczujesz ten specyficzny, lekko gorzki smak historii, która mogła być jeszcze bardziej intensywna.

Gypsygirlrecenzuje.blogspot.com/ Ewelina Pańczyk

Muza rockmana

Emily przez pomyłkę zostaje uznana za kandydatkę do pracy i nagle zostaje asystentka podczas trasy koncertowej znanej kapeli. Jest tam Tristan. Starszy od niej o ponad dziesięć lat, a jednak coś ich do siebie przyciąga. Próbują z tym walczyć, a jednak... Tylko, że ona ma sekret i znika. Bardzo lubię książki autorki i tym razem także się nie zawiodłam. Lekki styl pisania sprawia, że czytanie to sama przyjemność. Do tego dużo uczuć, emocji i muzyka. Świetne połączenie.
paulaczyta Ciulak Paula

Blade. Canmore #1

Jakie książki przychodzą Ci na myśl w podobnym klimacie? Drogi Czytelniku, ta historia udowadnia, że nie warto oceniać książki po pierwszych stronach, bo to, co najpiękniejsze, często kryje się dopiero w jej głębi… „Blade” to tytuł, o którym było głośno jeszcze przed premierą — fragmenty, które widziałam, skutecznie rozbudziły moją ciekawość, więc wiedziałam, że prędzej czy później ta książka musi trafić w moje ręce. W końcu to się stało, choć mój entuzjazm zdążył już nieco opaść i sięgając po egzemplarz, nie miałam wobec niego dużych oczekiwań. Ostatecznie myślę, że wyszło to na dobre, bo, jak już wiesz z początku mojej wypowiedzi, nie od pierwszych stron było tak, jak sobie to wyobrażałam. Pozwól, Drogi Czytelniku, że zaczniemy od aspektów, które nie do końca zagrały. Nie zniechęcaj się jednak od razu — później jest już tylko lepiej. W końcu debiutowi można wybaczyć kilka potknięć, prawda? „Blade” to książka, w której już prolog pokazuje, że nie będzie to jedynie słodki romans sportowy. To przede wszystkim historia o nastolatce, która próbuje poskładać swoje życie na nowo — jednak zamiast zadbać o siebie, skupia się na innych, przez co gubi się jeszcze bardziej. Aczkolwiek dobry prolog to nie wszystko, by w pełni zadowolić czytelnika i wciągnąć go na tyle, aby nie chciał odkładać książki. To właśnie z tym miałam największy problem — pierwsza połowa dłużyła mi się na tyle, że radość z czytania stopniowo wyparowała, a jej miejsce zajęło zwyczajne zmęczenie. Pierwsze rozdziały opierają się głównie na codzienności Maeve — chodzeniu do szkoły, opiece nad bratem i udzielaniu korepetycji. Oczywiście takie elementy są potrzebne, jednak tutaj brakowało czegokolwiek więcej. A przecież początek jest kluczowy, to on decyduje, czy czytelnik będzie chciał czytać dalej. Niestety w tym przypadku zabrakło momentu, który sprawiłby, że pomyślę: „Okej, robi się naprawdę ciekawie, chcę wiedzieć, co będzie dalej”. Zamiast tego pojawiła się monotonia, momentami większa niż w codziennym życiu, przez co trudno było mi odnaleźć przyjemność z lektury. Na plus zasługuje wprowadzenie wątków związanych z chorobą brata głównej bohaterki — to kolejny element pokazujący, że nie jest to wyłącznie słodka historia dla nastolatków. Oprócz tego nie znalazłam wielu pozytywnych aspektów, oczywiście nadal mówimy o początku historii. Sama główna bohaterka, przez to, że była ciągle zajęta, nie dała się bliżej poznać, a ja nie zdążyłam się do niej przywiązać na tyle, by móc powiedzieć, że ją lubię. Wręcz przeciwnie — momentami zwyczajnie mnie irytowała, do tego stopnia, że miałam ochotę wejść do książki i nią potrząsnąć. Szybko jednak przypominałam sobie, że to wciąż nastolatka i to w pewien sposób mnie powstrzymywało. Jeśli chodzi o bohatera, który rzekomo zadurzył się w naszej Maeve, to również mam mieszane uczucia. Jego zachowanie zupełnie nie wskazywało na to, że coś do niej czuje, chyba że mówimy o niechęci. Nie podobały mi się jego „podchody”, które momentami przypominały raczej dokuczanie niż jakąkolwiek formę okazywania uczuć. Nie jestem zwolenniczką pokazywania emocji poprzez dręczenie drugiej osoby, bo inaczej trudno to nazwać. Jasne, przyznał, że nie zachowywał się wobec niej w porządku i nawet wyjaśnił swój punkt widzenia, ale to nie sprawiło, że przestałam być czujna — wciąż nie wiedziałam, czego mogę się po nim spodziewać. Później było już tylko lepiej i muszę przyznać, że przy niektórych scenach moje serce zabiło nieco szybciej. „Blade” to nie jest książka, o której można mówić wyłącznie w negatywny sposób — gdy Martyna nabrała pewności siebie, co było od razu zauważalne, historia stała się pełniejsza, a akcja nabrała tempa. W efekcie nie miałam ochoty robić nic innego poza czytaniem. Jak na debiutancką autorkę przystało, w drugiej połowie pokazała, że potrafi wykreować nietuzinkowe postaci, które próbują odnaleźć się w życiu nieustannie rzucającym im kłody pod nogi. Maeve w końcu zaczyna dostrzegać, że praca to nie wszystko — że trzeba również korzystać z życia — a Fane chce jej w tym towarzyszyć. Ich historia w końcu nabrała romantycznego charakteru, a uczucia stały się wyraźnie odczuwalne. Nie miałam już wątpliwości co do zamiarów Fane’a — choć wiem, że w kolejnej części może się to jeszcze zmienić. Tak, „Blade” to nie jest jednotomowa historia, jednak na ten moment pozostaję przy pozytywnym nastawieniu. Jeśli chodzi o Maeve, która, jak wiesz, na początku mnie irytowała, tutaj moje odczucia względem niej znacząco się zmieniły. Zaczęłam rozumieć jej decyzje i zachowania, a także dostrzegłam, jaka jest naprawdę. Mogę śmiało powiedzieć, że w końcu zdobyła moje serce. Z dużym zainteresowaniem obserwowałam, jak zmienia się pod wpływem Fane’a — i nie ukrywam, sprawiało mi to prawdziwą przyjemność. Warto też wspomnieć o pozostałych wątkach — tajemniczej kobiecie, na którą z niecierpliwością liczę w kolejnej części, oraz o chorobie brata, o której już wspominałam. Te elementy sprawiły, że czytanie było prawdziwym emocjonalnym rollercoasterem: radość mieszała się z przerażeniem, a w niektórych momentach pojawiały się łzy. Dzięki nim historia nabrała głębi, a bohaterowie stali się bardziej realni i bliscy sercu czytelnika. Drogi Czytelniku, „Blade” to historia, która potrafi zaskakiwać i wzruszać, nawet jeśli początki bywają nieco ospałe. Martyna w drugiej części pokazała, że potrafi wykreować postaci z krwi i kości, a Meave i Fane udowodnili, że uczucia mogą być prawdziwe, głębokie i odczuwalne na każdym kroku. Historia przeplata emocje - od radości, przez niepewność, aż po momenty wzruszenia - i zmusza do refleksji nad tym, co w życiu naprawdę ważne. Choć debiut nie był wolny od niedoskonałości, to druga połowa książki sprawia, że czytelnik chce zanurzyć się w świat bohaterów i śledzić każdy ich krok. To lektura, która potrafi zostawić w sercu ciepło i sprawić, że trudno będzie o niej zapomnieć.

booktok_zaczytana Gleba Julka

Zwodniczy los

Książki Penelope Ward są moją tajną bronią. Złe samopoczucie, paskudna pogoda czy zmęczenie nie mają z nimi szans, potrafią nawet przezwyciężyć niechęć wywołaną przez jakąś poprzednią, nieudaną lekturę. W najgorszym kryzysie, gdy mam możliwość zanurzenia się w pozycji tej autorki, wiem, że wkrótce cały świat i wszelkie zło przestaną istnieć, a ja otumaniona zanurzę się w kolejnej obezwładniającej powieści, która przyniesie mi ukojenie, lecz również lawinę intensywnych, skrajnych emocji. W tym wypadku nie było inaczej, po przekroczeniu pierwszej strony przepadłam bez pamięci, poddałam swe serce niesamowitym torturom i razem z naszkicowanymi postaciami uparcie walczyłam z przeciwnościami losu. Książka napisana jest lekkim i przystępnym piórem, dlatego czytanie jej to niesłychana przyjemność. Całość dopełniają zabawne, frapujące, wręcz magnetyczne dialogi, przesycone humorem, lecz także przekomarzaniem, dzięki czemu emocjonalne zawirowania nie opuszczają czytelnika do ostatniej strony. Warto dodać też, że autorka nie zapomniała o opisach rozbudzających wyobraźnię i rozpalających zmysły, a zatem paleta zafundowanych wrażeń jest naprawdę ogromna. „Zwodniczy los” to wciągający, hipnotyzujący, fundujący całą paletę skrajnych emocji romans, który fani Penelope Ward pochłoną z wypiekami na twarzy. Doskonale nakreślone złożone postacie, pokiereszowane boleśnie przez los i uczące się życia na nowo, przekorność losu i nadzieja na lepsze jutro, lecz przede wszystkim skomplikowana miłość i lawina skrajnych emocji, a to wszystko nakreślone niesłychanie przyjemnym i sugestywnym piórem wspaniałej pisarki. Zanurzcie się w tej gorącej, porywającej lekturze i przepadnijcie na jej kartach bez pamięci. Polecam całym sercem!

zfascynacjaoksiazkach.blogspot.com/ Anna Rydzewska