Bony podarunkowe Podaruj prezent
ODBIERZ TWÓJ BONUS :: »

Aced. Uwikłani. Seria Driven

Seria "Driven" to jedna z moich ulubionych, a może nawet i ulubiona. Rylee i Colton na długo zapadli w moją pamięć, tak samo jak oryginalny sposób pisania autorki, więc wpadłam wręcz w ekstazę, kiedy dowiedziałam się, że kolejna i chyba niestety ostatnia część serii pojawiła się w Polce. Poprzednie części serii opowiadały o tym, jak tytułowa para się poznała, zakochała, omijała życiowe, ale błahe przeszkody, czyli krótko mówiąc, opowiadały niezbyt odkrywczą, ale ciekawą fabułę. "Aced" różni się od poprzedniczek diametralnie... Do tej pory Colton był dla mnie dość płytkim mężczyzną, aczkolwiek interesującym. Tutaj widzimy, jego ogromną przemianę, która nastąpiła zapewne za sprawą Rylee. Okazuje się, że mężczyzna potrafi działać również w sytuacjach kryzysowych, a tych tutaj nie zabraknie. Ktoś z przeszłości postanowi zniszczyć życie zakochanych. Byłoby to może prostsze, gdyby Rylee nie zaszła w tym samym czasie w ciążę, tak upragnioną. Szereg sytuacji sprawia, że ta silna kobieta już po porodzie wpada w poważną depresję, a Colton, który zawsze miał w niej wsparcie musi uporać się nie tylko z demonami przeszłości, ale i teraźniejszości. Ciężkie czasu nastały dla naszej dwójki, bardzo ciężkie. Książka potwierdza kolejny raz odwieczną regułę, że miłość zwycięży wszystko. Wracając do miłości. Jedna scena szczególnie utkwiła mi w pamięci i zauroczyła mnie na całego. Pewnego dnia Rylee narzeka, że przez ciążowy brzuch nie może sobie pomalować paznokci, a dodatkowo pojedzie do porodu nieogolona, bo nie może dosięgnąć okolic bikini. I co robi Colton? Bierze czerwony lakier do paznokci i maszynkę do golenia, a zaraz potem zabiera się za malowanie, a następnie golenie. O ile golenie idzie mu jak z płatka, to malowanie już tak proste nie jest, ale nie to w tym momencie się liczy - liczy się fakt, że mężczyzna słucha swojej kobiety i chce aby czuła się dobrze. Bardzo wzruszyła mnie ta scena. Wzruszyła i rozśmieszyła :) Driven, Fueled, Crashed, Raced. Rylee i Colton żyją długo i szczęśliwie... Stop. Życie to nie bajka. Zawsze przynosi jakieś niespodzianki. Minęło sześć lat. Pora na zmianę w odwiecznym cyklu życia. Kruche szczęście może roztrzaskać się na zawsze. Przez jedno wydarzenie. Odkryj najbardziej mroczne zakątki duszy Rylee i Coltona. Wkrocz w świat, w którym będziesz śmiać się i płakać razem z nimi, w którym doświadczysz rozpaczy i odrzucenia, ale też poznasz siłę prawdziwej miłości. Takiej, która potrafi przetrwać wszystkie klęski i niepowodzenia. I wyjść z nich zwycięsko. Wiem jedno: nie mogę go opuścić. Wiem jedno: nie mogę jej stracić. Ale jak odzyskać kontrolę nad własnym życiem? Ósma część serii Driven pokazała mi kolejny raz jak pięknie i oryginalnie pisze K. Bromberg, Ma niesamowicie ciekawy sposób opisywania uczuć. Seria Driven, to jedna z lepszych erotycznych serii jakie czytałam. Nie jest powierzchowna, nie mówi tylko o seksie i znalazłam w niej mnóstwo uczuć, takich prawdziwych, moich, jakbym czytała o cząstce siebie, o tym, co i mnie trapi. K. Bromberg napisała powieść cudownym i wciągającym stylem, nie wulgarnym, ale na tyle dobitnym, żeby seria mogła stać się erotykiem. Z niczym tutaj nie przesadziła. Jest seks, czasem subtelny, a chwilami ostry, są i uczucia. Dodatkowo bohaterzy dojrzeli, więc i fabuła stała się bardziej dojrzała. Nie zabrakło też świetnych dialogów i ciętych ripost. Nadal "wyściguję Cię" wywoływało uśmiech na mojej twarzy, by za moment wzruszać się specjalnymi majtkami Rylee ( w szachownicę), które ubiera na każdy wyścig Coltona. W "Aced" prym wiedzie Colton i to z jego punktu widzenia opisane jest większość rozdziałów. Oczywiście jest też kilka widzianych oczami Rylee. Ciekawie było czytać historię widzianą oczami tego tajemniczego mężczyzny i móc poznać go z innej strony. Kolejny raz Colton sprawił, że moje serce zabiło mocniej. Jak widać nieważne jaki Colton - młody, dziki i tajemniczy, czy Colton dojrzały, mądry i rodzinny - jednakowo można się w nim zakochać i przepaść w jego oczach. Ach, mieć takiego Donovana przy sobie na żywo - marzenie....
http://czasemtakjestczasemtakjest.blogspot.com/ Joanna Balcar-Palinker; 2017-05-24

Making Faces

Najbardziej szanuję autorów, którzy są w stanie wywołać w czytelniku lawinę emocji, czasami sprzecznych. To właśnie książki będące przyczyną uśmiechu na twarzy, śmiechu lub łez są według mnie najbardziej wartościowe. Można to przedstawić przy pomocy muzycznej metafory: autor to muzyk, uczucia jego czytelnika to instrument, na którym przy pomocy słów może wygrywać piękną melodię przy użyciu rozmaitych kombinacji. Powyższy wstęp znalazł się w tym poście nie bez przyczyny. "Making faces" bez dwóch zdań jest książką, która porusza najgłębszymi strunami duszy. Amy od pierwszych stron zapoznaje nas z historią tak naprawdę trójki głównych bohaterów - Fern, Bailey'a i Ambrose'a. Każda z postaci jest symbolem innych cech niż pozostała dwójka. Fern można przypisać współczucie i bezinteresowność, Bailey utożsamia radość życia i dzielne stawianie czoła przeznaczeniu, a Ambrose dla odmiany jest według mnie symbolem walki i radzenia sobie ze stratą. " Jeżeli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie? " Czytając książkę najbardziej pokochałam Bailey'a. I pomimo, że nie jest to typowy bohater romansów powalający swą urodą, to zdobył moje serce nawet w większym stopniu niż Ambrose. Jego intelekt, podejście do życia, pogodzenie z losem i jednocześnie stawianie mu czoła uczyniły go niezwykłym charakterem. Jestem szczęśliwa, że autorka stworzyła tak świetną postać, która nie tylko daje innym motywacyjnego kopa, ale też jest źródłem niczym niezmąconej pozytywnej energii. " Walka jest zwycięstwem. " Amy Harmon stworzyła dzieło przepełnione cierpieniem. Zapewne nie brzmi to zachęcająco, pozwólcie, że wyjaśnię. Przedstawiona historia uczy czytelnika by cieszył się każdą chwilą, momentami zwraca uwagę na szczegóły, które w szarości dnia codziennego nie przyciągają naszej uwagi. Nie mogę zaprzeczyć, że sięgnięcie po "Making faces" nie wiąże się z łzami i smutkiem. Wiąże się bezsprzecznie. Jednak to co jest ukryte wewnątrz, na kartach powieści może zmienić podejście do życia. Na koniec krótko chciałabym wypowiedzieć się na temat wątku miłosnego. Momentami odnosiłam wrażenie, że uczucie Fern do Ambrose'a jest jednostronne, pomimo jego zachowania. Na pewno mogę powiedzieć, że jest to uczucie dojrzewające. Jeśli nie należycie do osób, które gustują w historiach o miłości od pierwszego wejrzenia, to trafiliście w punkt. Czasami prawdziwe uczucie wymaga czasu i pielęgnacji. To właśnie kolejna lekcja autorki. Koniecznie musicie sięgnąć po tą przepełnioną mądrością i zrozumieniem książkę. Miłość ma wiele twarzy, a każda z nich opisana w "Making faces" otwiera oczy na różne aspekty życia. Po przeczytaniu mogę was zapewnić, że już nigdy nie spojrzycie na świat w ten sam sposób, co wcześniej.
ksiazkowapasja.blogspot.com Weronika Bar; 2017-07-14

Pod samym niebem

Tak albo ostatnio pomyślałam, że warto dać tej autorce szansę na rekonwalescencje i być może drugi tom tej serii bedzie lepszy niż poprzedni. Był? Dowiedzcie sie sami. Zarys fabuły : Pierwsza część trylogii, Podniebny lot, opowiada o początku burzliwego związku Bianki i Jamesa. Oto on, nieprzyzwoicie bogaty i urodziwszy od bogów Olimpu, wprowadza ją, złotowłosą, wyniosłą i chłodną piękność, w mroczne sekrety uległości i dominacji, pożądania i uzależniającej ekstazy, poruszając przy tym najbardziej skryte instynkty i pragnienia. Powoli staje się jasne, że Bianca zakochała się w Jamesie bezgranicznie... Jednak happy end nie mógł nadejść. Brutalny napad, bolesne nieporozumienia, strach i ból Bianki splotły się w decyzję o odrzuceniu Jamesa i rozstaniu. Po tych dramatycznych wydarzeniach Bianka nie może odzyskać równowagi. Czas uleczył jej ciało, ale nigdy nie ukoi rozedrganej duszy pięknej stewardessy. James nie jest kimś, kto pozwala się odrzucić. Bianka nie jest w stanie wyzwolić się z tęsknoty i pożądania. Wie, że w głębi duszy należy do tego pięknego mężczyzny o turkusowych oczach, zniewalającym głosie i wspaniałym ciele. I że nie będzie mogła oprzeć się Jamesowi — wystarczy, że na nią spojrzy... *** Jak w pierwszym tomie bohaterowie zarowno główni jak i drugoplanowi działają na nerwy tak przy drugim spotkaniu odniosłam wrażenie, że na tyle przyzwyczaiłam się do ich charakterów, iż przestali mi tak przeszkadzać. ,,Pod samym niebem" to kontynuacja zdarzeń z pierwszego tomu, ale z większą ilością zwrotów akcji, bardziej rozwiniętą fabułą i przede wszystkim juz nie jest tak nudzaca jak jej poprzedniczka. Fakt faktem do rewelacyjnych książek czy kontynuacji ona nie należy, ale autorka napisała powieść godna uwagi, taka na jeden wieczór. Bianka różni się trochę od innych bohaterek powieści z tego gatunku. Jest bardziej stanowcza, umie sama o siebie zadbać o nie jest glupiutką dziewczynką, którą trzeba na każdym kroku pilnować. Plusem jest też, że R. K. Lilley mi podkreśla na każdym kroku braku doświadczenia w sferze seksualnej naszej stewardeesy. Natomiast James... Nie jest zadufanym w soboe mężczyzną, przesadnie pewnym siebie. Stara się o Biancę, otacza ją opieką. Bywa namolny, ale kieruje nim głębokie uczucie, którego doświadcza po raz pierwszy w życiu. Obserwujemy również rozwój wydarzeń z życia najlepszego przyjaciela Bianki- Stephena. Ktoś mu zawróci w głowie, a mężczyzna pokaże swoją zupelnie inną twarz. Ale to nie koniec niespodzianek, bo na planie pojawi się ktoś jeszcze. I to pojawienie się tajemniczej postaci zaburza życie stewardessy. Jak juz podkreślałam ta lektura nie należy do ambitnych i jest dosłownie na jeden raz. Erotyk, który umilil mi podróż samochodem. Zdarzały się momenty gdzie nienmoglam się dosłownie oderwać, ale niestety należały do rzadkości. Język bywa wulgarny, wiec na to też musimy się nastawić. Ale mimo wszystko nie żałuję chwil spędzonych z Bianką i James'em. Nie dajcie się zwieść kiczowatym opisom tych książek. Powiem Wam, że mnie one zniechecaly i widząc stwierdzenie ,,urodziwszy od bogów Olimpu" moja wewnętrzna bogini przewracala oczyma. Mimo schematu te książki nie sa aż tak złe. Czy sięgnę po nią ponownie? Nie wiem. Ale ciekawość dalszych losów bohaterów we mnie pozostała. Szukacie przyjemnego odmóżdżacza i nie wymagacie zbyt wiele od powieści? Jeśli tak to książka dla Was.
http://adaline-bookworm.blogspot.com/ Hanna Wojtasińska; 2016-08-22

Pod samym niebem

Myślę, że każda z kobiet zauważyła że szał za literaturą erotyczną zapoczątkowała seria z Grey'em w roli głównej. Na dzisiejszy dzień euforia przycichła, ale gatunek ten pozostał dość popularny i do wyboru mamy na prawdę wiele pozycji. Ja zdecydowanie mam neutralne podejście do tego typu książek. Ani za nimi nie szaleję ani ich nie nienawidzę. Od czasu do czasu cenię je sobie jako przerywnik. A z Lilley mam do czynienia po raz drugi jako, że zaczęłam jej serię "W przestworzach" i chcę ją dokończyć w całości. Książkę będzie mi się recenzowało trudniej niż pierwszą, bo treść choć o wiele lepsza to jednak dość podobna, a nie chciała bym nieznającym pierwszego tomu opowiadać szczegółów... Znów wzbijamy się w niebo na pokładzie samolotu wraz ze stewardessą imieniem Bianca. Dziewczyna jeszcze do nie dawna była opanowana, nieczuła i niewzruszona jeśli chodzi o płeć przeciwną. Wszystko się zmienia, gdy w jej życiu pojawia się ekscentryczny James Cavendish. Bardzo szybko między nimi rodzi się specyficzna więź. To on wprowadza młodą kobietę w świat erotycznych fantazji z elementami BDSM, a ona odkrywa, że ten świat jej odpowiada. Bianca ma za sobą traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa, ale nie tylko. Niedawno została napadnięta przez własnego ojca, a nawał zbyt wielu emocji powoduje, że dziewczyna decyduje się na odrzucenie i rozstanie z mężczyzną, którego skrycie pokochała. Jednak trwa to krótko, bo niewinne spotkanie na jakie się decydują bardzo szybko łączy ich ponownie. "Po prostu nie byłam w stanie mu się oprzeć. Udało mi się opierać przez jakiś czas, ale jeśli miałam być szczera, to było to po prostu odliczanie przed kapitulacją." * Książka sama w sobie była by lepsza gdyby nie to, że autorka postanowiła odmienić zarówno Biancę jak i Jamesa. Ona straciła pazur i swoje zdanie, a on został zmiękczony na zaborczego romantyka. Trochę to zepsuło ciekawie zapowiadającą się historię. Jednak całość podobała mi się, a było by jeszcze lepiej gdyby nie uczucie, że Lilley zbyt oparła się na historii Grey'a, ale zaś z drugiej strony wprowadziła śmielsze sceny erotyczne. Pozycję polecam kobietom, które nie oczekują słodkiego romansu, bo tego tu nie znajdą. Jest to nieprzyzwoita acz zmysłowa książka dla odważnych kobiet. Jeśli jeszcze nie znasz tej historii, a masz ochotę na coś lekkiego lecz pikantnego to będzie to idealna pozycja, ale nie warto stawiać jej wysokich wymagań. Szybka i przyjemna w czytaniu, rozgrzeje w zimowy wieczór.
Bookhunter.pl Psotka; 2016-12-13

Tajemnica wyspy Flatey

Viktor Arnar Ingólfsson musiał czekać kilkanaście lat na spotkanie z polskim czytelnikiem i znakomite tłumaczenie, którego autorem jest niezastąpiony Jacek Godek. Islandczycy w zalewie nowości wydawniczych nie rozmyślają już może o „Tajemnicy wyspy Flatey”, ale to książka warta uwagi nie tylko dlatego, że portretuje idylliczne i enigmatyczne jednocześnie środowisko tej części kraju, która kiedyś była znaczącym punktem na mapie Islandii, a dziś jest tylko atrakcją turystyczną podczas rejsu promem po zatoce Breiðafjörður. Chodzi także o specyficzną niespieszność fabuły i dbałość autora, by oferować nam niekonwencjonalne rozwiązania i nietuzinkowych bohaterów. Kryminalna historia, która toczy się w 1960 roku, obrazuje nie tylko islandzką prowincję lata przed tym, gdy przestała ona istnieć (powieściowy wójt jest przekonany, że wyspa ma przyszłość, dziś jest już praktycznie niezamieszkana na stałe). Jej niemym bohaterem staje się ważna księga, Flateyjarbók. Ten średniowieczny manuskrypt działać będzie na wyobraźnię i poczujemy przez chwilę wpływy Dana Browna, ale Ingólfsson nie idzie w stronę efekciarskiej sensacyjności. Snuje rozważania o tym, w jaki sposób wierzenia, legendy, islandzkie sagi i pełne okrucieństwa narracje wpływają na ugodowych, pogodnych i przyjaźnie nastawionych do świata Islandczyków. Autor dyskretnie zaznacza granice między własną fikcją literacką a tym, o czym donosi księga. Flateyjarbók funkcjonuje jako punkt odniesienia w dwóch znaczeniach – to źródło ważnej do dziś obyczajowości, która kształtowała ludzi, i świadectwo bezwzględności w egzekwowaniu niepisanych nieraz praw. Właśnie wedle niepisanych praw każdy, kto wyniesie z biblioteki fragmenty księgi zawierające enigmatyczne zapisy, będzie musiał zmierzyć się z klątwą. Ze śmiercią, która nie nadejdzie nagle i w jakiś przewidywalny sposób. „Tajemnica wyspy Flatey” to historia niezwykle spokojnego miejsca, które ogniskuje w sobie mroczne wspomnienia, demony i ludzi przekonanych o żywotności zapisów z XIV wieku. Rozmowie o strukturze manuskryptu połączonej z odkrywaniem kolejnych kart zagadki towarzyszy główna narracja. Historia niekoniecznie przykuwająca uwagę od samego początku. Mająca jednak specyficzny klimat. Większość tego, co islandzkie, jest bowiem specyficzne. Pewnego czerwcowego dnia mężczyźni trzech pokoleń przybijają do wyspy Ketilsey, by zastawić sieci na foki. Najmłodszy z nich odnajduje zwłoki w stanie zaawansowanego rozkładu. Ktoś został przywieziony na wyspę i pozostawiony samemu sobie. Nie wiadomo, jak długo trwała jego samotna męczarnia, ale denat zginął w konfrontacji z siłami natury. To jednak zagadkowa śmierć. Zmarłym jest znany duński profesor, którego historię stopniowo poznamy. Okazuje się, że na odległej islandzkiej wysepce byli ludzie mu bliscy. Pośród tych wszystkich, którzy nie wiedzieli nawet o jego istnieniu. Profesor usiłował rozwiązać zagadkę skrytą między stronami Flateyjarbók. Podróżował incognito, a jego związki z Islandią są silniejsze, niż na początku można przypuszczać. Co się wydarzyło? Dlaczego pozwolono temu człowiekowi umrzeć w trudnych warunkach przyrody? Do Flatey z równie prowincjonalnego Patreksfjörður przybywa człowiek, któremu lokalny prefekt wyznaczył zadanie rozwikłania tajemniczej sprawy. Kjartan nie ma żadnych ku temu predyspozycji ani kompetencji. Nie jest policjantem, nigdy nie prowadził śledztwa, na Flatey miał w zasadzie załatwić kilka niezbędnych formalności. A jednak sprawa śmierci profesora staje się mu bliska. Z kilku powodów. Kjartan – modelowo stworzony przez autora przykład antybohatera – nosi w sobie mroczną tajemnicę, czym zaskakuje czytelnika. Nie tylko on skrywa niewygodne fakty z przeszłości. Także inny człowiek, który przybędzie z Reykjaviku, by na własną rękę węszyć, burząc spokój miejscowych. Ekscentryczny alkoholik w krótkim czasie dopiecze wielu mieszkańcom wyspy. Kim jest i dlaczego znalazł się na Flatey? Ingólfsson wprowadza jeszcze jednego ważnego bohatera. Mało atrakcyjnego dla czytelnika stołecznego policjanta, którego zmuszono do prowadzenia odrębnego dochodzenia. Otyły, niezgrabny, skłonny do kompromisów, mało lotny. A jednak zaskakuje. Tak jak cała powieść, w której bohaterowie odsłaniają się stopniowo, tworząc barwną galerię postaci mimo wszystko mocno zdystansowanych do czytelnika. To taki islandzki dystans, ale też nie do końca. Chodzi o sprawienie wrażenia, że wewnątrz opisywanej historii po prostu nie można być. Można jedynie obserwować ją z oddalenia – dotykać faktów, ale nie emocji. Tych jest niewiele. Mieszkańcy Flatey nie rozmawiają o tym, co czują. Na wyspie w harmonii żyją ze sobą ci, dla których Flatey jest miejscem ucieczki od problemów i wyzwań cywilizacji. Kościelny, nauczyciel, wspomniany wcześniej wójt czy lokalna lekarka – każde z nich to potencjalny morderca. Ludzie doskonale się znają, a jednocześnie żyją we własnych światach. Solidarnie odwracają się od śmierci, albowiem ma moc przyciągania. Czy zgon duńskiego profesora, którego zwłoki przetransportowano na wyspę, przyniesie jeszcze inne ofiary śmiertelne? „Tajemnica wyspy Flatey” zmierza w pozornie przewidywalnym kierunku, ale islandzki autor zaburzy poczucie komfortu czytelniczego, proponując nam narrację dość zaskakujących rozwiązań finałowych. To książka o ludzkiej naturze i ciekawości. Mówi pozornie o sprawach oczywistych, ale buduje na tych truizmach interesującą historię. O czym jeszcze jest ta powieść? O tym, że tajemnica przenoszona z pokolenia na pokolenie urasta do rangi czegoś legendarnego nawet wówczas, gdy jest zwykłym wymysłem. Może nawet zawsze wtedy, gdy nim jest, i nigdy nie jesteśmy w stanie odkryć, co było początkiem pierwotnej historii. Islandzki manuskrypt, wokół którego koncentrują się wydarzenia, to namacalny dowód na to, iż ludzie wciąż potrzebują opowieści sprzed lat, by w ich zawartości szukać ścieżek do porządkowania swojego życia. Zagadkowość tej powieści to nie tylko łamigłówka z Flateyjarbók. To także dość wyraźne sugestie mówiące nam o tym, że każdy człowiek jest dla drugiego zagadką. Każdego można podejrzewać o niecne czyny albo uznać, iż nigdy nie był nam bliski. To taki sztorm na oceanie spokoju, który tak cenią mieszkańcy islandzkiej prowincji. Ład ukształtowany przez powtarzalność i odcięcie od świata zaskakująco łatwo zniszczyć. Flatey jest centrum wszystkiego, bramą początku i końca świata. Malowniczo oddany nastrój codzienności wyspy sugestywnie konfrontowany jest z lękiem, jaki niesie ze sobą coś niezrozumiałego.
krytycznymokiem.blogspot.com JAROSŁAW CZECHOWICZ; 2017-07-20