Recenzje
Seks to zdrowie, czyli jak zbudować trwały i ekscytujący związek
O książce Anny Sasin piszę "z pewną taką nieśmiałością" gdyż traktuje ona o... yhym, yhym, seksie. A jak tu o seksie pisać, gdy, po pierwsze, mimo XXI wieku, Paris Hilton i rozerotyzowanych mediów, jest to nadal temat tabu? A po drugie, mam te same rozterki co Boy Żeleński w 1907 roku: w języku polskim brakuje słownictwa erotycznego i mam wrażenie, że treść tego wiersza, który zresztą uwielbiam, jest nadal aktualna:
PIEŚŃ O MOWIE NASZEJ
Rzecz aż nazbyt oczywista,
Że jest piękna polska mowa:
Jędrna, pachnąca, soczysta,
Melodyjna, kolorowa,
Bohaterska, gromowładna,
Czysta niby błękit nieba,
Mądra, zacna, miła, ładna -
Ale czasem przyznać trzeba,
Że ten język, najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki,
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki;
Że w podniebnej wysokości
Nazbyt górnie toczy skrzydła,
A nas, ludzi z krwi i kości,
Poniewiera - gorzej bydła.
To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to - nie ma wyrażenia,
O tym - w Polsce się nie mówi!
Pytam tu obecne Panie
(By od grubszych zacząć braków):
Jak mam nazwać ... „obcowanie”
Dwojga różnej płci Polaków?
Czy „dusz bratnich pokrewieństwem”?
Czy „tarzaniem się w rozpuście”?
„Serc komunią” - czy też „świństwem”
lub czym innym w takim guście?
Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina - Xiędza Wujka!
Dowody najoczywistsze
Znajdziesz choćby w takim głupstwie,
Że polskiego słowa mistrze
Śnią o - „rui i porubstwie”!!
W archaicznym tym zamęcie
Jak ma kwitnąć szczęścia era.
Gdzie zatraca się pojęcie,
Tam i sama rzecz umiera!
Ludziom trzeba tak niewiele,
By na ziemi niebo stworzyć -
Lecz wykrztusić jak: aniele,
Ja chcę z tobą - „cudzołożyć”!!?
Jak wyszeptać do dziewczęcia:
Chcę - „pozbawić cię dziewictwa”;
Nie obawiaj się „poczęcia”,
Kpij sobie z „ja-wno-grze-szni-ctwa”!
Jak kusić głosem zdradzieckim,
Wabić słodkich zaklęć gamą?
Każdy wyraz pachnie dzieckiem,
Każde słowo drze się „mamo!”
Nazbyt trudno w tym dialekcie
Romansowe snuć intrygi:
Polak cnotę ma w respekcie
Lub „tentuje” ją - na migi!
Stąd, gdy w Polsce do kolacji
„Płcie odmienne” siądą społem,
Główna cząstka konwersacji
Zwykła toczyć się - pod stołem ...
Niech upadnie ci serweta -
Człowiek oczom swym nie wierzy:
Gdzie mężczyzna? Gdzie kobieta?
Która noga gdzie należy?
Pantofelków, butów gęstwa
Fantastycznie poplątana,
Stacza walki pełne męstwa:
Istny Grunwald Mistrza Jana!
Tak pod stołem wieczór cały
Gimnastyczne trwa ćwiczenie,
A p r z y stole - komunały
O Żeromskim lub Ibsenie ...
Lecz najcięższą budzi troskę,
Że marnieje lud nasz chwacki,
Że już cichą, polską wioskę
Skaził żargon literacki;
Na wieś gdy się człek dobędzie,
Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,
Słyszy: „Kaśka, jagze bendzie
Wzglendem tego co i owszem ...”
Anna Sasin jest psychologiem, seksuologiem, certyfikowanym trenerem i coachem. Mnie przede wszystkim kojarzy się jednak z programem "Chcę być piękna", gdzie była jurorką. W swojej książce pisze o rzeczach tak oczywistych, że aż... można o nich zapomnieć. Bo to, że z partnerem należy rozmawiać, wie każdy. Że trzeba go słuchać, wspierać, reagować na jego potrzeby - to też oczywiste. To, że związek ewoluuję i że na każdym etapie trzeba o niego dbać - to także truizm, tylko ile osób tak naprawdę przestrzega tych zaleceń?
Każdy człowiek to odrębny wszechświat, związek dwojga ludzi jest więc czymś ogromnie skomplikowanym. Uważam, że jest tak, że nawet jeśli coś sprawdza się w przypadku jednej pary, u drugiej skuteczne może okazać coś dokładnie przeciwnego. Dlatego też nie do końca wierzę w prawdy objawione, jakie serwuje np. Cosmopolitan. Ale... no właśnie. Książka Anna Sasin Cosmopolitana na szczęście nie przypomina. Dla mnie "Seks to zdrowie" to takie trochę vademecum, zbiór prawd uniwersalnych, jak postępować w związku i wydaje mi się, że lektura tej książki może przydać się każdej parze. Jest to rzecz, którą z pewnością warto mieć na nocnym stoliku i raz na jakiś czas poczytywać sobie wzajemnie przed snem... lub niekoniecznie snem :)
PIEŚŃ O MOWIE NASZEJ
Rzecz aż nazbyt oczywista,
Że jest piękna polska mowa:
Jędrna, pachnąca, soczysta,
Melodyjna, kolorowa,
Bohaterska, gromowładna,
Czysta niby błękit nieba,
Mądra, zacna, miła, ładna -
Ale czasem przyznać trzeba,
Że ten język, najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki,
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki;
Że w podniebnej wysokości
Nazbyt górnie toczy skrzydła,
A nas, ludzi z krwi i kości,
Poniewiera - gorzej bydła.
To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to - nie ma wyrażenia,
O tym - w Polsce się nie mówi!
Pytam tu obecne Panie
(By od grubszych zacząć braków):
Jak mam nazwać ... „obcowanie”
Dwojga różnej płci Polaków?
Czy „dusz bratnich pokrewieństwem”?
Czy „tarzaniem się w rozpuście”?
„Serc komunią” - czy też „świństwem”
lub czym innym w takim guście?
Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina - Xiędza Wujka!
Dowody najoczywistsze
Znajdziesz choćby w takim głupstwie,
Że polskiego słowa mistrze
Śnią o - „rui i porubstwie”!!
W archaicznym tym zamęcie
Jak ma kwitnąć szczęścia era.
Gdzie zatraca się pojęcie,
Tam i sama rzecz umiera!
Ludziom trzeba tak niewiele,
By na ziemi niebo stworzyć -
Lecz wykrztusić jak: aniele,
Ja chcę z tobą - „cudzołożyć”!!?
Jak wyszeptać do dziewczęcia:
Chcę - „pozbawić cię dziewictwa”;
Nie obawiaj się „poczęcia”,
Kpij sobie z „ja-wno-grze-szni-ctwa”!
Jak kusić głosem zdradzieckim,
Wabić słodkich zaklęć gamą?
Każdy wyraz pachnie dzieckiem,
Każde słowo drze się „mamo!”
Nazbyt trudno w tym dialekcie
Romansowe snuć intrygi:
Polak cnotę ma w respekcie
Lub „tentuje” ją - na migi!
Stąd, gdy w Polsce do kolacji
„Płcie odmienne” siądą społem,
Główna cząstka konwersacji
Zwykła toczyć się - pod stołem ...
Niech upadnie ci serweta -
Człowiek oczom swym nie wierzy:
Gdzie mężczyzna? Gdzie kobieta?
Która noga gdzie należy?
Pantofelków, butów gęstwa
Fantastycznie poplątana,
Stacza walki pełne męstwa:
Istny Grunwald Mistrza Jana!
Tak pod stołem wieczór cały
Gimnastyczne trwa ćwiczenie,
A p r z y stole - komunały
O Żeromskim lub Ibsenie ...
Lecz najcięższą budzi troskę,
Że marnieje lud nasz chwacki,
Że już cichą, polską wioskę
Skaził żargon literacki;
Na wieś gdy się człek dobędzie,
Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,
Słyszy: „Kaśka, jagze bendzie
Wzglendem tego co i owszem ...”
Anna Sasin jest psychologiem, seksuologiem, certyfikowanym trenerem i coachem. Mnie przede wszystkim kojarzy się jednak z programem "Chcę być piękna", gdzie była jurorką. W swojej książce pisze o rzeczach tak oczywistych, że aż... można o nich zapomnieć. Bo to, że z partnerem należy rozmawiać, wie każdy. Że trzeba go słuchać, wspierać, reagować na jego potrzeby - to też oczywiste. To, że związek ewoluuję i że na każdym etapie trzeba o niego dbać - to także truizm, tylko ile osób tak naprawdę przestrzega tych zaleceń?
Każdy człowiek to odrębny wszechświat, związek dwojga ludzi jest więc czymś ogromnie skomplikowanym. Uważam, że jest tak, że nawet jeśli coś sprawdza się w przypadku jednej pary, u drugiej skuteczne może okazać coś dokładnie przeciwnego. Dlatego też nie do końca wierzę w prawdy objawione, jakie serwuje np. Cosmopolitan. Ale... no właśnie. Książka Anna Sasin Cosmopolitana na szczęście nie przypomina. Dla mnie "Seks to zdrowie" to takie trochę vademecum, zbiór prawd uniwersalnych, jak postępować w związku i wydaje mi się, że lektura tej książki może przydać się każdej parze. Jest to rzecz, którą z pewnością warto mieć na nocnym stoliku i raz na jakiś czas poczytywać sobie wzajemnie przed snem... lub niekoniecznie snem :)
slowoczytane.blogspot.com Skarletka, 2011-11-30
Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata
Chyba każda recenzja tej książki zaczyna się od magicznego słowa – Tybet. Więc i ja nie będę odstawał od reszty i wzdychnę z z zazdrością… Tybet! Magiczna kraina o której każdy chyba słyszał, marzył i czytał. Nieliczni zdecydowali się ją przemierzyć. Jeszcze rzadziej robili to rowerzyści. A samotni rowerzyści to już chyba wcale. No, może oprócz jednego człowieka z fantazją z Polski, Piotrka Strzeżysza.
„Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata” to zapis samotnej rowerowej wyprawy autora po Tybecie. Czy tak się da? Niby nie, podróżowanie po Tybecie jest ograniczone wieloma restrykcjami. Oficjalnie nie ma mowy, żeby podróżować tam bez specjalnego kompletu zezwoleń, zorganizowanej grupy turystów, poruszać się można tylko wyznaczonymi szlakami. Jednak autor nie zniechęca się takimi informacjami, bierze rower i wyrusza do Chin. Okazuje się, że najbardziej niedostępna część Państwa Środka, zarówno geograficznie, jak i politycznie, da się zjeździć rowerem, byle tylko nie poddawać się przeciwnościom i wierzyć, że się uda.
Wyprawa Piotra robi wrażenie. Samotnie podróżując po Tybecie poznaje miejsca niedostępne zwykłym turystom. Wioski rozrzucone po Tybecie stają przed nim otworem. Poznaje mieszkańców i ich codzienne życie. Mimo bariery językowej często udaje mu się skorzystać z ich gościny, schronić się na noc pod ich dachem, spróbować jedzenia jakim żywią się na co dzień – campy która to wedle tłumaczeń Tybetańczyków jest bardzo pożywna i daje dużo siły.
Książka napisana jest lekkim, swobodnym językiem, czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. Autor nie tylko podróżuje przez ciekawą krainę, ale i potrafi o tym interesująco pisać. Poznajemy jego codzienny trud podróży. Wysiłek związany z podjazdami na przełęcze, przyjemność zjazdu, zachwycamy się wraz z Piotrem surową urodą Tybetu i oganiamy się tak jak on od ciekawskich i wszędobylskich dzieciaków. Wraz z nim poznajemy przygodnych towarzyszy podróży z którymi spędza kilka dni, lub tylko kilka godzin, śpimy na twardych podłogach w górskich wioskach lub w namiocie na tybetańskim pustkowiu. Zwiedzamy tybetańskie miasta wraz ze słynną Lhasą, aż w końcu docieramy do bazy pod Everestem, by wrócić z powrotem przez bezdroża do znów do Lhasy. Całość okraszona jest wieloma zdjęciami będącymi dopełnieniem opisów w książce. Naprawdę ma się wrażenie, że uczestniczymy w wyprawie.
Przyznaję, że podziwiam autora za jego odwagę wyruszania na dalekie samotne rowerowe wyprawy. Wrażenia niewątpliwie są niezapomniane i bardzo się cieszę, że udało mi się na tą książkę trafić i ją przeczytać. Kocham rowery i wycieczki rowerowe, ale najczęściej zwiedzam tylko okolice, okazjonalnie zabierając rower na wakacyjne wyjazdy. Dzięki takim ludziom jak Piotr Strzeżysz wiem, że dla człowieka z rowerem nie ma granic. Pewnie nigdy nie odwiedzę Tybetu, ale patrząc na uśmiechniętą twarz autora zerkającą na mnie ze zdjęć w książce mam wrażenie, że jednak trochę tam byłem.
„Campa w sakwach, czyli rowerem na Dach Świata” to zapis samotnej rowerowej wyprawy autora po Tybecie. Czy tak się da? Niby nie, podróżowanie po Tybecie jest ograniczone wieloma restrykcjami. Oficjalnie nie ma mowy, żeby podróżować tam bez specjalnego kompletu zezwoleń, zorganizowanej grupy turystów, poruszać się można tylko wyznaczonymi szlakami. Jednak autor nie zniechęca się takimi informacjami, bierze rower i wyrusza do Chin. Okazuje się, że najbardziej niedostępna część Państwa Środka, zarówno geograficznie, jak i politycznie, da się zjeździć rowerem, byle tylko nie poddawać się przeciwnościom i wierzyć, że się uda.
Wyprawa Piotra robi wrażenie. Samotnie podróżując po Tybecie poznaje miejsca niedostępne zwykłym turystom. Wioski rozrzucone po Tybecie stają przed nim otworem. Poznaje mieszkańców i ich codzienne życie. Mimo bariery językowej często udaje mu się skorzystać z ich gościny, schronić się na noc pod ich dachem, spróbować jedzenia jakim żywią się na co dzień – campy która to wedle tłumaczeń Tybetańczyków jest bardzo pożywna i daje dużo siły.
Książka napisana jest lekkim, swobodnym językiem, czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. Autor nie tylko podróżuje przez ciekawą krainę, ale i potrafi o tym interesująco pisać. Poznajemy jego codzienny trud podróży. Wysiłek związany z podjazdami na przełęcze, przyjemność zjazdu, zachwycamy się wraz z Piotrem surową urodą Tybetu i oganiamy się tak jak on od ciekawskich i wszędobylskich dzieciaków. Wraz z nim poznajemy przygodnych towarzyszy podróży z którymi spędza kilka dni, lub tylko kilka godzin, śpimy na twardych podłogach w górskich wioskach lub w namiocie na tybetańskim pustkowiu. Zwiedzamy tybetańskie miasta wraz ze słynną Lhasą, aż w końcu docieramy do bazy pod Everestem, by wrócić z powrotem przez bezdroża do znów do Lhasy. Całość okraszona jest wieloma zdjęciami będącymi dopełnieniem opisów w książce. Naprawdę ma się wrażenie, że uczestniczymy w wyprawie.
Przyznaję, że podziwiam autora za jego odwagę wyruszania na dalekie samotne rowerowe wyprawy. Wrażenia niewątpliwie są niezapomniane i bardzo się cieszę, że udało mi się na tą książkę trafić i ją przeczytać. Kocham rowery i wycieczki rowerowe, ale najczęściej zwiedzam tylko okolice, okazjonalnie zabierając rower na wakacyjne wyjazdy. Dzięki takim ludziom jak Piotr Strzeżysz wiem, że dla człowieka z rowerem nie ma granic. Pewnie nigdy nie odwiedzę Tybetu, ale patrząc na uśmiechniętą twarz autora zerkającą na mnie ze zdjęć w książce mam wrażenie, że jednak trochę tam byłem.
lekturyreportera.pl Marek Bonarski, 2012-02-18
W uścisku żywiołów. El Condor Rio Colca
Jak to jest być odkrywcą? O wyprawie śladami „El Condor Rio Colca” opowiada Joanna Roś.
W dzisiejszych czasach często myślimy, że wszystko, co na Ziemi interesujące, zostało już zbadane. Jednak białe plamy na naszym globie wciąż istnieją i są tacy, którzy mają odwagę, aby odkryć je dla świata.
W 1981 r. Polska wyprawa Canoandes-79 rozpoczęła odkrywanie tajemniczego kanionu rzeki Colca, pozostawiając niezbadanym jedynie najwyższy odcinek niezwykle trudnego do przejścia przełomu. Książka „W uścisku żywiołów. El Condor Rio Colca” to dzieło Krzysztofa Mrozowskiego, jednego z uczestników wyprawy, która w 2009 r. dokończyła eksploatację kanionu. Autor opisuje w niezwykle ciekawy sposób drogę, jaką członkowie Akademickiego Klubu Turystycznego „Watra” musieli przebyć, aby poczuć się prawdziwymi odkrywcami. Krzysztof Mrozowski okazuje się być ciekawym sprawozdawcą – potrafi nie tylko wciągnąć czytelnika w przygodę z ryzykowną wyprawą, dziką i nieokiełznaną naturą, niesprzyjającą pogodą, ale także potrafi rozśmieszyć, a nawet wzruszyć czytelnika. Wydaje się być przy tym bardzo prawdziwy. Sposób, w jaki autor przedstawia zmagania swoje i współtowarzyszy urzekają szczerością. Rywalizacja, współzawodnictwo, negatywne emocje, rodzące się w sytuacji zagrożenia – wszystko to znajdziemy tutaj obok poczucia pewności siebie czy dumy, wynikającej z bycia „pierwszymi”.
Zdjęcia zawarte w książce pomagają wyobraźni, informacje dotyczące andyjskich Indian, miast do których zawitała grupa podróżników, a nawet trunków, jakie skosztowała – uatrakcyjniają treść. W książce znajdziemy także relacje prasowe, dotyczące przebiegu wyprawy oraz, co uważam za znamienne, spis osób zasłużonych dla historii Peru. ( Z ciekawością czytałam ostatni rozdział pt. „Perły Peru”, gdzie najmocniej zaskoczyła mnie relacja autora z lotu nad płaskowyżem Nasca, których podróżnik… nie mógł się dopatrzyć).
Uważam, że książka Mrozowskiego zasługuje na szczególną uwagę przynajmniej z dwóch powodów. Przede wszystkim zwraca uwagę na mało popularną w naszym kraju dziedzinę sportu wyczynowego, jaką jest kanioning, pokazując, że Polakom „chce się” i że mają się czym pochwalić. Ponad to ze względu na bogaty język i niezaprzeczalne zdolności literackie autora, „W uścisku żywiołów” jest perełką wśród rodzimej literatury podróżniczej.
W dzisiejszych czasach często myślimy, że wszystko, co na Ziemi interesujące, zostało już zbadane. Jednak białe plamy na naszym globie wciąż istnieją i są tacy, którzy mają odwagę, aby odkryć je dla świata.
W 1981 r. Polska wyprawa Canoandes-79 rozpoczęła odkrywanie tajemniczego kanionu rzeki Colca, pozostawiając niezbadanym jedynie najwyższy odcinek niezwykle trudnego do przejścia przełomu. Książka „W uścisku żywiołów. El Condor Rio Colca” to dzieło Krzysztofa Mrozowskiego, jednego z uczestników wyprawy, która w 2009 r. dokończyła eksploatację kanionu. Autor opisuje w niezwykle ciekawy sposób drogę, jaką członkowie Akademickiego Klubu Turystycznego „Watra” musieli przebyć, aby poczuć się prawdziwymi odkrywcami. Krzysztof Mrozowski okazuje się być ciekawym sprawozdawcą – potrafi nie tylko wciągnąć czytelnika w przygodę z ryzykowną wyprawą, dziką i nieokiełznaną naturą, niesprzyjającą pogodą, ale także potrafi rozśmieszyć, a nawet wzruszyć czytelnika. Wydaje się być przy tym bardzo prawdziwy. Sposób, w jaki autor przedstawia zmagania swoje i współtowarzyszy urzekają szczerością. Rywalizacja, współzawodnictwo, negatywne emocje, rodzące się w sytuacji zagrożenia – wszystko to znajdziemy tutaj obok poczucia pewności siebie czy dumy, wynikającej z bycia „pierwszymi”.
Zdjęcia zawarte w książce pomagają wyobraźni, informacje dotyczące andyjskich Indian, miast do których zawitała grupa podróżników, a nawet trunków, jakie skosztowała – uatrakcyjniają treść. W książce znajdziemy także relacje prasowe, dotyczące przebiegu wyprawy oraz, co uważam za znamienne, spis osób zasłużonych dla historii Peru. ( Z ciekawością czytałam ostatni rozdział pt. „Perły Peru”, gdzie najmocniej zaskoczyła mnie relacja autora z lotu nad płaskowyżem Nasca, których podróżnik… nie mógł się dopatrzyć).
Uważam, że książka Mrozowskiego zasługuje na szczególną uwagę przynajmniej z dwóch powodów. Przede wszystkim zwraca uwagę na mało popularną w naszym kraju dziedzinę sportu wyczynowego, jaką jest kanioning, pokazując, że Polakom „chce się” i że mają się czym pochwalić. Ponad to ze względu na bogaty język i niezaprzeczalne zdolności literackie autora, „W uścisku żywiołów” jest perełką wśród rodzimej literatury podróżniczej.
bookeriada.pl Joanna Roś, 2012-02-05
W uścisku żywiołów. El Condor Rio Colca
W 2008 r młodzi podróżnicy postanowili uczcić półwiecze gliwickiego Akademickiego Klubu Turystycznego "Watra" i odkryć tajemnice niezbadanego do końca najgłębszego kanionu na Ziemi – kanionu Colta. Do przebycia było 20 km nieznanego nikomu odcinka, na który jak się okazało członkowie „Watry” nie byli gotowi – braki sprzętowe spowodowały przerwanie eksploracji. Nie był to jednak koniec. Za rok gliwiczanie powrócili do kanionu z lepszym sprzętem.
Niezwykły zapis wędrówki w ekstremalnych warunkach jest nadzwyczaj wartościowy poznawczo – istnienie kanionu człowiek odkrył dopiero w 1931 i to jedynie poprzez zdjęcia robione z pokładu samolotu. Pierwsze zejście na dno kanionu odbyło się w 1975, w latach 80. Polacy pod kierownictwem Andrzeja Piętowskiego i Piotra Chmielińskiego kilkakrotnie organizowali wyprawy kajakowe do kanionu, nadając jako pierwsi odkrywcy wiele nazw, ale odcinek od wioski Madrigal do San Galle, zwany Cruz del Condor pozostawał nieodkryty do XXI wieku. Udało się go pokonać uczestnikom wyprawy pod kierownictwem Krzysztofa Mrozowskiego. Choć pierwsze podejście skończyło się fiaskiem, w drugim Polacy dopięli swego.
Książka trzyma w napięciu, bo eksploracja dziewiczego zakątka Andów była niezwykle trudna. Opowieść Krzysztofa Mrozowskiego, upamiętniająca to osiągnięcie zawiera zapis zmagań człowieka z nieokiełznaną przyrodą, która przypominała walkę o przeżycie. Polacy udowadniają siłę swoich charakterów, podchodząc dwukrotnie do zdobycia ostatniego dziewiczego kawałka świata. Bohaterowie imponują wytrwałością, ale też wielką pokorą. Nie kusi ich rywalizacja z konkurencyjną, medialną wyprawą. Dążą do celu, ale nie po trupach - pokonują przeszkody, chwile zwątpienia i ból z godnością i rozsądkiem.
Warto zwrócić też uwagę na piękne fotografie, dokumentujące wyprawę. Oddają wspaniale atmosferę i klimat miejsca. Po ich obejrzeniu ma się ochotę wybrać się do tego wspaniałego, tajemniczego miejsca.
Jestem pełna podziwu dla uczestników wyprawy za dokonanie rzeczy dotąd niemożliwej. Lektura wywarła na mnie ogromne wrażenie.
Polecam tę książkę wszystkim czytelnikom.
Niezwykły zapis wędrówki w ekstremalnych warunkach jest nadzwyczaj wartościowy poznawczo – istnienie kanionu człowiek odkrył dopiero w 1931 i to jedynie poprzez zdjęcia robione z pokładu samolotu. Pierwsze zejście na dno kanionu odbyło się w 1975, w latach 80. Polacy pod kierownictwem Andrzeja Piętowskiego i Piotra Chmielińskiego kilkakrotnie organizowali wyprawy kajakowe do kanionu, nadając jako pierwsi odkrywcy wiele nazw, ale odcinek od wioski Madrigal do San Galle, zwany Cruz del Condor pozostawał nieodkryty do XXI wieku. Udało się go pokonać uczestnikom wyprawy pod kierownictwem Krzysztofa Mrozowskiego. Choć pierwsze podejście skończyło się fiaskiem, w drugim Polacy dopięli swego.
Książka trzyma w napięciu, bo eksploracja dziewiczego zakątka Andów była niezwykle trudna. Opowieść Krzysztofa Mrozowskiego, upamiętniająca to osiągnięcie zawiera zapis zmagań człowieka z nieokiełznaną przyrodą, która przypominała walkę o przeżycie. Polacy udowadniają siłę swoich charakterów, podchodząc dwukrotnie do zdobycia ostatniego dziewiczego kawałka świata. Bohaterowie imponują wytrwałością, ale też wielką pokorą. Nie kusi ich rywalizacja z konkurencyjną, medialną wyprawą. Dążą do celu, ale nie po trupach - pokonują przeszkody, chwile zwątpienia i ból z godnością i rozsądkiem.
Warto zwrócić też uwagę na piękne fotografie, dokumentujące wyprawę. Oddają wspaniale atmosferę i klimat miejsca. Po ich obejrzeniu ma się ochotę wybrać się do tego wspaniałego, tajemniczego miejsca.
Jestem pełna podziwu dla uczestników wyprawy za dokonanie rzeczy dotąd niemożliwej. Lektura wywarła na mnie ogromne wrażenie.
Polecam tę książkę wszystkim czytelnikom.
irka.com.pl wanili, 2012-01-14
W uścisku żywiołów. El Condor Rio Colca
"Każde marzenie jest nam dane wraz z mocą potrzebną do jego spełnienia"
— te przytaczane często słowa Richarda Bacha są prawdopodobnie sentencją, najlepiej oddającą sens życia członków gliwickiego Akademickiego Klubu Turystycznego „Watra” oraz towarzyszących im pasjonatów odkrywania niezapisanych wówczas kart — swoistego przewodnika po kanionie rzeki Colca.
Grupa owych podróżników, kontynuując eksplorację kanionu rozpoczętą w 1981 roku przez polską wyprawę Canoandes — 79, ostatecznie w 2009 roku zrealizowała swój cel, który następnie stał się impulsem do napisania książki W uścisku żywiołów. El Condor Rio Colca.
Stanowi ona formę pewnego rodzaju pamiętnika, który niczym rwąca rzeka, porywa czytelnika w niebezpieczną, ale piękną podróż na… „koniec świata”.
"Przez cały czas trzymamy się koryta rzeki, poruszając się dnem kanionu, wąskiego, krętego i bardzo głębokiego, przez co nie widzimy słońca i cały czas jesteśmy w cieniu przy temperaturze wody wynoszącej tylko 5°C. Wszystkie możliwe trudności, zamiast rozłożyć się na 20 km, zgromadziły się na tym krótkim odcinku. Jest naprawdę wymagający i trudny technicznie. Satysfakcję daje nam fakt, że na całej jego długości nigdzie nie widzimy śladów człowieka"
Czy jest bowiem coś wspanialszego, niż radość z przezwyciężenia piętrzących się, jak głazy kanionu trudności, niebezpieczeństw, przeciwności i własnych słabości? Chyba nie.
Wzorując się na bohaterach książki, należy chyba tylko określić swoje cele i konsekwentnie je realizować, pamiętając ciągle przy tym, że:
„Świat ustępuje z drogi temu, kto wie, dokąd zmierza”
unfeigned.pl Krzysztof Mrozowski