Recenzje
Bez rozwagi. Chestnut Springs #4
Kiedy tylko dowiedziałam się o czym będzie ten tom, wiedziałam, że muszę go przeczytać i wiedziałam też, że oszaleję na jego punkcie. Należę do chyba tego nielicznego grona czytelników, którzy lubią motyw nieplanowanej ciąży i małego bobasa, bo co to ze mną wyprawia… Daddy Theo to zupełnie inny poziom rumienienia się i wzdychania podczas lektury. Wiedziałam, że “Bez rozwagi” będzie dobra, bo to Elsie, a ona jest aktualnie marką samą w sobie (przynajmniej dla mnie), co oznacza, że: 🫦 będzie gorąco, 🧡 zakocham się w głównym bohaterze 🫦 będzie gorąco 🫠 nie będzie niepotrzebnych dramatów. Chylę czoła przed autorką za stworzenie Winter, ponieważ Silver podjęła się kreacji trudnego charakteru, który potrzebował podstaw, żeby być autentyczny, ale też nie mogła zanudzać, bo w końcu to romans, ale istnieje też ryzyko stworzenia bohaterki, której nie idzie przełknąć. Ale ja ją uwielbiam! Naprawdę, cudowna, niezależna kobieta, która chociaż miała swoje demony i kompleksy, to starała się myśleć. Theo… cóż, zdecydowanie Cade pozostaje moim ulubieńcem serii, największą miłością, ale ten bohater wiedział, co powiedzieć. I zarówno jego “niegrzeczna strona”, jak i ta czuła, kochająca była po prostu perfekcyjna. Czytałam ją z zapartym tchem i serduszkami w oczach. Cudowna historia, taka ciepła, poważna i humorystyczna kiedy trzeba. Zakochałam się po raz kolejny, chociaż myślałam, że już nie mogę czuć więcej do historii Elsie. Ja po raz kolejny z całego serca polecam książki Elsie Silver, na razie ta jest moją ulubioną, ale już nie mogę się doczekać serii Emerald Lake 💚
Demoniczne dwudziestolecie. Czarownice, znachorzy i zaświaty na usługach zbrodni
Zastanawiasz się czasem, jak naprawdę wyglądało życie w dwudziestoleciu międzywojennym? To jeden z tych tematów, które w szkole traktuje się po macoszemu - gdzieś między odzyskaniem niepodległości a wybuchem wojny. Kilka dat, kilka haseł, szybkie przejście dalej. A przecież to był czas skrajności - z jednej strony rozwój, nadzieja, odbudowa kraju, a z drugiej… bieda, strach i ogromna niepewność jutra. "Demoniczne dwudziestolecie. Czarownice, znachorzy i zaświaty na usługach zbrodni" autorstwa Pauliny Drożdż pokazuje właśnie tę mniej oczywistą, mroczniejszą stronę tamtych lat. Autorka przytacza 11 historii zbrodni - ale nie są to „zwykłe” sprawy kryminalne. To opowieści, w których granica między rzeczywistością a wiarą w nadprzyrodzone niemal się zaciera. Bo jak inaczej wytłumaczyć sytuacje, w których w sprawy zamieszane są czarownice, znachorzy, szeptuchy, a nawet… sam diabeł? To, co najmocniej wybrzmiewa z tych historii, to fakt, że zbrodnia bardzo często nie zaczynała się od samego czynu. Jej początkiem był strach - przed chorobą, przed biedą, przed tym, czego nie da się zrozumieć. Do tego dochodziła zazdrość, chęć zemsty, manipulacja i łatwowierność. I nagle okazuje się, że coś, co zaczyna się od niewinnej wiary w uroki, może doprowadzić do tragedii. Ogromnym plusem tego reportażu jest warsztat. Bardzo cenię książki od Wydawnictwo Sploty właśnie za to, jak dużo pracy autorzy wkładają w przygotowanie materiałów. Tutaj widać to na każdym kroku - bibliografia zajmująca około 80 stron robi ogromne wrażenie, ale jeszcze większe robi to, jak te źródła są wykorzystane. Mamy przypisy w tekście, mamy zdjęcia, mamy ilustracje - ale przede wszystkim mamy kontekst. I to on robi robotę. Bo nie dostajemy tylko informacji „co się wydarzyło”. Dostajemy pełen obraz - wydarzenia, które doprowadziły do zbrodni, relacje między ludźmi, tło społeczne. Poznajemy przebieg śledztw i procesów, nazwiska sędziów, prokuratorów, obrońców. Dowiadujemy się, jakie zapadały wyroki i jak wyglądał system prawny w tamtych czasach - z karą śmierci jako najwyższym wymiarem kary. Autorka idzie jeszcze dalej, pokazując nawet sylwetki katów - co dodatkowo uświadamia, jak realne i „bliskie” były konsekwencje tych historii. To też książka, która bardzo mocno osadza wszystko w realiach epoki. Ogromne bezrobocie, bieda, brak dostępu do lekarzy i opieki medycznej, niski poziom edukacji - to wszystko sprawiało, że ludzie szukali pomocy tam, gdzie mogli. U znachorów, u szeptuch, w wierzeniach i przesądach. I kiedy czyta się te historie z tej perspektywy… one przestają wydawać się aż tak odległe. Najbardziej poruszył mnie rozdział „Synowie ciemności” - historia brutalnego morderstwa całej rodziny dokonanego przez dwóch nastolatków. To jedna z tych opowieści, które zostają w głowie na długo. Przerażające jest nie tylko to, co zrobili, ale też motywacja - jak daleko można się posunąć dla pieniędzy i jak cienka bywa granica między „zwykłym człowiekiem” a kimś zdolnym do wszystkiego. To reportaż, który nie tylko opowiada historie, ale też zmusza do refleksji. Nad tym, jak działa strach. Jak łatwo manipulować ludźmi. I jak bardzo kontekst społeczny wpływa na decyzje jednostki. Jeśli lubisz true crime, ale szukasz czegoś więcej niż samego opisu zbrodni - czegoś z tłem, analizą i klimatem epoki - to zdecydowanie warto sięgnąć po tę książkę.
Frenemy. Przyjaciel czy wróg?
Erika chce się dostać na Stanford jednak potrzebuje do tego stypendium. Nie uczy się wybitnie, nie ma super osiągnięć ani niczego czym mogłaby się wyróżnić jednak pojawia się dla niej szansa. Nowa dyrektorka szkoły oferuje jej stypendium w zamian za "dowody zbrodni" jednego z uczniów. Kuszące, prawda? Zniszczyć komuś życie by osiągnąć swój cel... Wszystko zaczyna się komplikować kiedy Erika poznaje bliżej owego ucznia i stają się sobie bliscy. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak ocenić tę książkę. Niby jest ona ok, ale mam tyle zastrzeżeń wobec głównej bohaterki, że już więcej nie można mieć. Jest ona kreowana na stanowcza, zdecydowana, odważną, a tak naprawdę jest płytkim dzieciakiem żerującym o uwagę rodziców... Nie umniejszam temu problemowi natomiast ja chyba jestem za stara by czytać o tak absurdalnych zachowaniach jakie ona przedstawiała. Fabuła miała dobre i stałe tempo choć miałam problem z wciągnięciem się w tę historię. Z początku bohaterowie można powiedzieć, że się nienawidzą jednak ja bym tego tak nie określiła. To Erika z góry założyła okropne rzeczy o tym chłopaku i od początku traktowała go źle i z góry. Nagle po wiecznych docinkach stają się najlepszymi przyjaciółmi co mnie też zdziwiło kiedy dla "nowej psiapsi" w odstawkę poszedł przyjaciel trwający przy nim od dzieciństwa. No dobra, pierwsza miłość ma swoje prawa... Kolejnym minusem jest to, że fabuła opierała się na jednym wielkim kłamstwie co aż raziło w oczy. Dobrze, że chociaż na koniec Autorka rozwiązała tę sprawę szczerą rozmową. Tylko czy nastolatki do których skierowana jest ta historia to zrozumieją? Mam duże wątpliwości odnośnie tej lektury...
Muza rockmana
Są książki, które bierzesz do ręki z myślą, że dostaniesz lekką historię o romansie w świecie muzyki… a kończysz z głową pełną emocji, które wcale nie są takie lekkie, i z tym specyficznym uczuciem, że ta historia w jakiś sposób w Tobie została. Tak właśnie miałam z „Muza rockmana” Penelope Ward. Na początku wszystko wskazuje na to, że będzie to dość schematyczna historia - młoda dziewczyna i starszy, charyzmatyczny rockman, trasa koncertowa, napięcie, zakazana relacja. I tak, ten schemat tutaj jest widoczny. Ale im dalej w tę historię, tym bardziej widać, że to nie jest tylko opowieść o romansie. To historia o emocjach, które pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie. O decyzjach, które podejmujemy pod wpływem strachu. I o tym, jak trudno jest odpuścić kogoś, kto w bardzo krótkim czasie staje się dla nas wszystkim. Jeśli chodzi o fabułę, to naprawdę mnie wciągnęła - głównie przez klimat. Motyw trasy koncertowej został tutaj pokazany w sposób, który bardzo działa na wyobraźnię. Ciągłe przemieszczanie się, życie w biegu, brak stabilności, intensywność codzienności - to wszystko tworzy idealne tło dla relacji, która sama w sobie jest niestabilna i pełna napięcia. Bardzo podobało mi się to, że historia nie opiera się tylko na jednej osi „poznali się i się zakochali”. Tutaj jest coś więcej - są próby powstrzymywania się, są momenty dystansu, są decyzje, które nie zawsze są logiczne, ale są bardzo ludzkie. I to właśnie sprawia, że ta fabuła wciąga. Jednocześnie mam wrażenie, że niektóre wątki mogłyby zostać zdecydowanie bardziej rozwinięte. Szczególnie sekret Emily - to element, który miał ogromny potencjał emocjonalny i fabularny, ale momentami był potraktowany zbyt powierzchownie. Brakowało mi głębszego wejścia w jej przeżycia, w to, co naprawdę czuje i dlaczego podejmuje takie, a nie inne decyzje. Czasami miałam też wrażenie, że niektóre momenty dzieją się zbyt szybko. Zdarzenia, które powinny mieć większy ciężar emocjonalny, pojawiają się i znikają, zanim zdążą naprawdę wybrzmieć. Przez to niektóre sceny, które mogłyby być bardzo mocne, były po prostu „dobre”, zamiast zapadających w pamięć.. Ogromnym atutem tej książki są dla mnie bohaterowie - chociaż i tutaj mam mieszane odczucia, co akurat uważam za plus. Emily to bohaterka, która jest bardzo ludzka. Nie jest idealna, nie zawsze podejmuje dobre decyzje, czasami działa impulsywnie i pod wpływem emocji. I właśnie to sprawia, że jest autentyczna. Były momenty, kiedy naprawdę ją rozumiałam i jej kibicowałam, ale były też takie, kiedy jej zachowanie mnie frustrowało. I to jest coś, co bardzo cenię - bo oznacza, że ta postać coś we mnie wywoływała. Tristan to z kolei bohater, który ma w sobie wszystko to, czego można oczekiwać od rockmana - charyzmę, pewność siebie, magnetyzm. Ale jednocześnie nie jest jednowymiarowy. Widać w nim emocje, widać jego zaangażowanie i to, że ta relacja nie jest dla niego tylko przelotną przygodą. Bardzo podobało mi się to, że autorka pokazała go nie tylko jako „gwiazdę”, ale też jako człowieka, który ma swoje uczucia i który musi mierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji. Relacja między nimi to zdecydowanie najmocniejszy punkt tej książki. Jest intensywna, momentami trudna, pełna napięcia i niedopowiedzeń. To nie jest historia, w której wszystko układa się idealnie - wręcz przeciwnie. I właśnie dzięki temu wydaje się bardziej prawdziwa. To, co szczególnie mi się podobało, to sposób, w jaki autorka buduje ich relację. Ona nie pojawia się nagle - rozwija się stopniowo, mimo prób jej powstrzymania. I to „mimo wszystko” jest tutaj bardzo dobrze wyczuwalne. Jeśli chodzi o styl Penelope Ward, to jest on bardzo przystępny i wciągający. To jedna z tych książek, które czyta się naprawdę szybko - język jest lekki, dialogi naturalne, a historia płynie bardzo płynnie. Z jednej strony to ogromny plus, bo książka wciąga i czyta się ją bez wysiłku. Z drugiej - momentami brakowało mi większej głębi, szczególnie w bardziej emocjonalnych fragmentach. Niektóre sceny aż prosiły się o to, żeby zostały bardziej rozbudowane, żeby można było je mocniej poczuć. Miałam też wrażenie, że tempo bywa nierówne - niektóre momenty są bardzo rozwinięte, a inne dzieją się zbyt szybko. Przez to odbiór emocji bywał trochę zaburzony. Mimo tych minusów uważam, że książka naprawdę dobrze spełnia swoją rolę jako emocjonalna historia o relacji, która nie powinna się wydarzyć, a jednak się wydarza. To nie jest książka idealna, ale ma w sobie coś, co sprawia, że chce się czytać dalej. Coś, co przyciąga i sprawia, że angażujesz się w tę historię, nawet jeśli widzisz jej niedoskonałości. Dlaczego polecam tę książkę? Bo to historia, która potrafi wciągnąć i wywołać emocje. Bo relacja między bohaterami jest intensywna i dobrze poprowadzona. Bo klimat świata muzyki dodaje jej charakteru i wyróżnia ją na tle innych romansów. Jeśli lubicie książki o zakazanych relacjach, o emocjach, które wymykają się spod kontroli i o bohaterach, którzy nie zawsze podejmują właściwe decyzje - „Muza rockmana” zdecydowanie jest czymś, po co warto sięgnąć. Dla mnie to była historia, która nie była perfekcyjna, ale była wystarczająco emocjonalna i angażująca, żeby zostać ze mną na dłużej. I właśnie za to cenię ją najbardziej. 🎸🖤
Redemption of Sins
Jeśli miałabym opisać "Redemption of Sins" jednym zdaniem, powiedziałabym, że jest to o historia, która chce złamać ci serce, ale robi to trochę zbyt delikatnie, jakby bała się zostawić po sobie prawdziwy ślad. To trzeci tom serii, który wyraźnie skręca w inną stronę, zamiast lodowisk i sportowych emocji dostajemy szpitalne korytarze, wojenne wspomnienia i ludzi, którzy próbują poskładać się na nowo. Killian wraca z wojny bardziej jako cień samego siebie niż bohater, a Kiara od lat ratuje innych, choć sama niekoniecznie wie, jak poradzić sobie z własną przeszłością. I gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest jeszcze niedokończona historia ich miłości. Brzmi intensywnie? Bo takie właśnie powinno być. I tu zaczyna się mały zgrzyt. Największą siłą tej książki są emocje, ale nie te wielkie, dramatyczne wybuchy, tylko te ciche, ukryte między słowami. Najbardziej poruszył mnie wątek małej Skye. To właśnie ona kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Jej historia jest surowa, momentami wręcz niewygodna, ale jednocześnie niesamowicie ludzka. To jeden z tych elementów, które zostają w głowie na długo po zamknięciu książki. Relacja Kiary i Killiana? Spokojniejsza, niż można by się spodziewać. I to akurat działa na plus, zamiast niekończących się dramatów dostajemy rozmowy. Normalne, potrzebne, momentami bardzo dojrzałe. Problem w tym, że trochę brakuje tu iskry. Niby wszystko jest na miejscu, ale trudno złapać z nimi głębszą więź. Mam też wrażenie, że ta historia próbuje złapać zbyt wiele srok za ogon. Wojna, trauma, strata, drugie szanse, relacje rodzinne, praca socjalna, to wszystko aż prosi się o rozwinięcie. A tutaj dostajemy raczej szkice niż pełne obrazy. Wątki pojawiają się, zarysowują i zanim zdążą wybrzmieć, to już znikają gdzieś w tle. Efekt? Czyta się szybko, płynnie i bez większego wysiłku, ale równie szybko ta historia gdzieś się rozmywa. Nie znaczy to, że to zła książka. Wręcz przeciwnie, ma w sobie coś „otulającego”. To taki typ historii, który dobrze sprawdzi się wieczorem, kiedy nie masz siły na ciężkie, przytłaczające lektury, ale nadal chcesz poczuć coś więcej niż tylko lekką rozrywkę. Szkoda tylko, że przy odrobinie większej objętości i głębi mogłaby być naprawdę mocna. To książka z ogromnym potencjałem, kilkoma naprawdę poruszającymi momentami i bohaterami, których da się polubić, ale trudno pokochać. Jeśli lubisz historie o drugich szansach i emocjach podanych w przystępnej formie, to warto spróbować. Jeśli jednak szukasz czegoś, co rozbije cię na kawałki, możesz poczuć lekki niedosyt